czwartek, 24 października 2013

"Czarna Księga" skutków "reform" MEN




















Już przed wakacjami pisałem o tym, że nie wierzę obecnemu rządowi w poszanowanie praw obywateli w państwie, które rzekomo jest demokratyczne. Deklaratywnie, normatywnie nie można władzy niczego zarzucić, bo jednak jeszcze pewne mechanizmy demokracji w III RP mają miejsce i działają. Natomiast to, że są bezskuteczne, ignorowane przez Premiera i zarazem lidera Platformy (rzekomo) Obywatelskiej, to już jest inna kwestia.

Nic dziwnego, że kiedy "ryba psuje się od głowy" - obywatele protestują, bronią się przed arogancją władzy, autorytaryzmem już tak nachalnym i coraz bardziej widocznym, że aż strach pomyśleć, co będzie dalej. Rodzice i stworzony przez nich ruch społeczny, obywatelski, dzięki którym polskie społeczeństwo dowiedziało się, jak skandalicznie została nieprzygotowana - kolejna zresztą - zmiana strukturalna w polskim szkolnictwie, tym razem dotycząca podstaw kształcenia ogólnego i wychowania przedszkolnego oraz obniżenia wieku obowiązku szkolnego, zmusili MEN do pracy u podstaw. Niestety, z pozytywizmem ten resort nie ma nic wspólnego. Dla urzędników tego resortu, zgodnie zresztą z wypracowaną już przez rządzących strategią propagandowej manipulacji, najważniejsze okazało się odwracanie uwagi od istoty problemu, maskowanie patologii, pozorowanie zmian i kompromitujące niektórych naukowców włączenie się w tę PR-owską akcję diagnozami, które mogą służyć w szkolnictwie wyższym do kształcenia studentów w tym, jak nie należy prowadzić diagnoz na zamówienie władzy oraz jak nie wolno oszukiwać społeczeństwa pseudonaukowymi interpretacjami danych. Poziom i zakres zaniedbań, arogancji, niekompetencji w strukturach zarządzania oświatą jest już tak wysoki, że nawet instytucje kontroli państwowej, do jakiej niewątpliwie zalicza się Najwyższą Izbę Kontroli, nie są w stanie dłużej milczeć i ukrywać zaniedbań w sferze, w której dzieci są ofiarami wspomnianej patologii zarządzania. Władze MEN nawet nie zareagowały na ostatni raport NIK, bo pewnie same były skonfundowane jego treścią. Nagłaśnia się za to inne problemy społeczne w kraju, by wyciszyć czy stłumić zainteresowanie obywateli ogólnokrajowym referendum.

Nie martwmy się. Pani minister edukacji - Krystyna Szumilas zatapia Platformę Obywatelską, której już nawet Greenpeace nie pomoże. Jak przeczyta - w co wątpię - Raport przygotowany przez Stowarzyszenie i Fundację Rzecznik Praw Rodziców w Warszawie pt. "Szkolna rzeczywistość. Raport 2013/2014", to się do tego nie przyzna, bo przecież ma wyrobioną już przez swoją poprzedniczkę opinię na temat tego, jak należy ignorować rodziców, lekceważyć obywateli tego kraju. Czy będzie ich 100, 200 czy 900 tysięcy, to dla władzy nie ma znaczenia.

Tymczasem autorzy "Czarnej Księgi" skutków "reform" MEN piszą we wstępie to samo, co stwierdzili inspektorzy NIK, o czym także krytycznie wypowiadali się eksperci - członkowie Zespołu ds. Polityki Oświatowej Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN, a mianowicie:

Szkolna rzeczywistość to zaniedbania organizacji pracy szkół, które stanowią prostą konsekwencję braku odpowiednich, określonych przepisami prawa standardów w zakresie infrastruktury edukacyjnej. Wyjątek potwierdzający regułę stanowią wyrywkowe przepisy określające liczebność dzieci w oddziałach świetlicowych, obligatoryjne wyznaczenie miejsca na pozostawienie podręczników w szkole czy przepisy wymagające zapewnienia ciepłej wody i mydła. Nawet te przepisy regulujące jedynie wycinki szkolnej rzeczywistości są powszechnie ignorowane. Tym gorzej wyglądają obszary, w których szkoły nie są zobligowane do przestrzegania standardów, takich jak: prowadzenie stołówki,
zapewnienie szatni czy zapewnienie odpowiedniej przestrzeni tj. liczby metrów na jednego ucznia. Regulacje prawne dotyczące warunków nauki i opieki nad dziećmi w placówkach szkolnych są w Polsce o wiele skromniejsze niż analogiczne regulacje dotyczące organizacji życia w zakładach penitencjarnych czy warunków hodowli zwierząt.

Kierownictwo Ministerstwa Edukacji Narodowej z pewnością jest dobrze poinformowane o tym, jak wygląda szkolna rzeczywistość. Od początku wdrażania reformy otrzymuje dokumenty przedstawiające realne problemy szkolnictwa i od początku konsekwentnie je ignoruje. Stowarzyszenie i Fundacja Rzecznik Praw Rodziców oprócz licznych listów do Ministra Edukacji Narodowej przekazało w latach 2011-2012 trzy obszerne raporty zawierające blisko 2 tysiące konkretnych sygnałów o problemach w konkretnych szkołach w całym kraju. Problemy dotyczyły braku szatni, stołówek, kuchni, wydzielonej przestrzeni dla uczniów młodszych, miejsc do zabawy czy opieki pozalekcyjnej oraz bardzo poważnych braków w zakresie sprawowanej opieki nad uczniami w szkole i w czasie przejazdu na zajęcia. MEN już w 2011 roku otrzymało od Fundacji analizę prawną, która ostrzegała o naruszeniu prawa międzynarodowego z racji ograniczenia prawa do nauki w godziwych warunkach i o możliwych pozwach wobec Państwa Polskiego z tego tytułu. W świetle relacji zawartych w niniejszym Raporcie należy stwierdzić, że w żadnym z wymienionych powyżej zakresów nie odnotowano poprawy sytuacji.

Autorzy reformy edukacji mimo tych alarmujących doniesień przez szereg lat nie podjęli próby zmiany szkolnej rzeczywistości, ograniczając się do budowy placów zabaw. Pominięto tak kluczowe kwestie jak szkolenia nauczycieli, wyposażenia sal, zapewnienie dodatkowej opieki w klasach młodszych. Nie wprowadzono nowych przepisów, nie określono zakresu koniecznych zmian, nie przekazano odpowiednich funduszy, ani nie przekazano rodzicom skutecznych narzędzi do egzekwowania standardów, których również nie wyznaczono. Ponadto podstawa programowa, w założeniu przygotowana dla o rok młodszych uczniów, w praktyce jest dla nich za trudna, ponieważ w sposób machinalny przenosi oczekiwania stawiane dotąd 7-latkom, na 6-latki. (...) Doprowadziło to do niespotykanego dotąd bałaganu w edukacji wczesnoszkolnej i przedszkolnej. Niniejszy Raport pokazuje konsekwencje powyższych działań i zaniedbań, szkolną rzeczywistość, w której funkcjonuje na co dzień 5. milionów polskich uczniów i ich rodziców oraz 600 tysięcy nauczycieli. Rzeczywistość, w której MEN chciałoby obowiązkowo umieścić 6-latki, a która nie przypomina obrazu z propagandowych ulotek, rozdawanych w pociągach, ani pokazywanych w telewizyjnych spotach.


NIK kompromituje MEN kolejnym swoim Raportem na temat niewłaściwego wydatkowania 3,4 mld zł (sic!) na wszystkie projekty w ramach priorytetu III Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki, które miały pomóc w dostosowaniu edukacji do potrzeb rynku pracy, poprawie jakości kształcenia nauczycieli i budowaniu skutecznych metod oceny sposobów nauczania. W wyniku analizy 21 konkretnych projektów okazało się, że wydatkowane na nie środki budżetowe zostały niewłaściwie wykorzystane, ba, okazały się pomocą dla bezrobotnych, skoro prawie 85 proc. uczestników studiów podyplomowych za unijne pieniądze nie znalazło zatrudnienia w profesji, do której byli przygotowywani. Już szczytem rozrzutności było zafundowanie nauczycielom studiów podyplomowych, których koszt na jednego uczestnika wynosił do 23 tys. zł!!! Kto za to odpowie? To tak wydatkowano środki na przygotowanie szkół do przyjęcia sześciolatków?

Nie będę mógł wysłuchać debaty na temat sytuacji sześciolatków w szkołach publicznych, gdyż pracuję. Szkoda, bo już wyobrażam sobie, jak będzie z wypowiedzi posłów PO "kapać gierkowszczyzną", czyli propagandą sukcesu.








4 komentarze:

  1. Znakomity komentarz do "debaty" o 6-latkach!!1

    OdpowiedzUsuń
  2. Pan profesor po prostu wie o czym mówi i ważna jest dla niego przyszłość tych dzieci. Rozumie jak bardzo mogą się one od siebie różnić poziomem rozwoju emocjonalnego i nie tylko. Rok w tym wypadku to bardzo duzo i uważam, że to rodzice i dobry pedagog wspolnie powinni zastanowić się nad możliwością poslania sześciolatka do szkoły. Przecież kto jak nie rodzic widzi najlepiej na jakim etapie jest jego dziecko i czy posłanie go do szkoły jest słuszną decyzją

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdumiewa mnie propaganda i brak merytorycznej dyskusji. Jestem zainteresowana ta reformą bo mam dzieci zarówno w szkole jak i w przedszkolu. Dlaczego na temat posyłania bądź nie dzieci sześcioletnich do szkoły wypowiadają się jacyś kuriozalni eksperci? Dlaczego do dyskusji w Polsacie postawiono panie Dziamską i Zawadzką? Pierwsza wie o czym mówi, zjadła zęby na edukacji, punktowała niedociągnięcia, chaotyczność podstawy programowej. A pani Zawadzka, celebrytka wyśmiewała się z nazwy ruchu, że niby taki infantylny. Kobieta, której nie przeszkadzał udział w programach "Superniania", "Taniec z gwiazdami" -- no bo to nie infantylne nazwy? Wyzłośliwianie się, osobiste wycieczki do państwa Elbanowskich, pobłażliwe i lekceważące traktowanie rodziców, jako tych głupich, biednych, nieświadomych. No ale ta pani stwierdziła, że dzieci trzeba posłać. do szkoły wcześniej aby zabrać je z patologicznych rodzin. Rozmowie dwóch pań towarzyszyła dziennikarka -- obrzydliwie tendencyjna i nie mająca pojęcia o co chodzi w proteście.

      W konkurencyjnej stacji wystąpił zaś guru pedagogiki, pracownik IBE prof. Konarzewski. Ten zaś stwierdził, że ta reforma ma wszystko uporządkować bo wcześniej był bałagan i nie było ciągłości edukacyjnej. Źle było, zdaniem profesora, bo dzieci zaczynały naukę w zerówce a potem szły do pierwszej klasy i tej ciągłości nie było bo zmieniał się nauczyciel, czasem budynek albo skład klasy. Ponadto zerówka powodowała nierówny start bo, rzekomo uczyła albo źle albo wcale. Dzieci szły do pierwszej klasy i trzeba było zaczynać naukę od nowa bo dzieci były na nierównym poziomie. Jak to usłyszałam to mi ręce opadły. Ludzie, czy człowiek wypowiadający sie o edukacji nie powinien wiedzieć, że rozwój dzieci to nie funkcja liniowa? Że dzieci rozwijają się skokowo i w różnym czasie nabierają określonych umiejętności? Nawet jakby wystartować z edukacja obowiązkową od 1 roku, życia to miedzy dziećmi będą różnice i to spore. Dla pana profesora Konarzewskiego nie istnieje coś takiego jak wpływ domu rodzinnego. Uważa, że dziecko jest kształtowane tylko i wyłącznie przez placówki edukacyjne. Ponadto, profesor podał w wątpliwość to, że między dzieckiem sześcioletnim
      a siedmioletnim są różnice. Według niego nie ma. Powiedział też, że podstawa programowa dawnej zerówki była błędna bo nakładała obowiązek na uczenie czytania a nie pisania. A tak podobno nie powinno być, bo dziecko powinno jednocześnie uczyć się pisać i czytać. Dobrze, że o tym nie wiedzieli moi rodzice bo by przede mną chowali książki. Czytałam już w wieku 5 lat, a z pisania w pierwszej klasie przynosiłam złe oceny. Proszę by pan Panie Profesorze ustosunkował się do tego, czy faktycznie dziecko powinno jednocześnie uczyć się pisać i czytać? W starych zerówkach było poznawanie liter, początki czytania, trenowanie rączki i pisanie drukowanych liter -- przez taki kurs przeszedł mój najstarszy syn. Nie potrafię znaleźć w tym błędu ale brakuje mi wiedzy fachowej.

      Pozdrawiam,
      Anna

      Usuń
  3. Znakomity komentarz.
    Szacunek Profesorze!!!
    Pozdrawiam Edyta B.S.

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.