wtorek, 23 lipca 2013

Unijne fundusze zmieniają Polskę i ... Polaków

Jak podaje także na swojej stronie Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego - Mazowiecki Urząd Marszałkowski już po raz piąty ogłosił konkurs pt. „Innowator Mazowsza”. W jeden z jego kategorii znalazła się propozycja dla młodej kadry badawczej – „Innowacyjny Młody Naukowiec”. Na zwycięzców czeka prestiż, satysfakcja i oczywiście nagroda finansowa. W konkursie mogą stawać młodzi, kreatywni naukowcy w wieku do 39 lat, którzy w okresie ostatnich 3 lat ukończyli przewód doktorski lub posiadają stopień naukowy doktora, a ich prace zawierają innowacyjne, a jednocześnie praktyczne rozwiązanie. Konkurs daje też szansę środowisku instytutów badawczych na rozpropagowanie własnego potencjału badawczego." Tymczasem, także wśród licznych komentatorów w moim blogu - więcej jest narzekających i utyskujących na bariery w ich własnym rozwoju czy samorealizacji naukowej, niż chwalących się własnymi osiągnięciami. Ci zresztą, którzy je mają, nie potrzebują do tego autopromocji.

Jedna z łódzkich placówek oświatowych ogłosiła konkurs na stanowisko ewaluatora wdrażanego projektu innowacyjnego do szkół zawodowych. Czeka na ambitnego pedagoga czy socjologa, a w każdym razie osobę znającą się na ewaluacji działań pedagogicznych (edukacyjnych) z czteroletnim doświadczeniem zawodowym, ale... młodzież woli pojechać na wakacje, opalać się, pobawić - zgodnie z tezą prof. Z. Melosika - mieć wszystko natychmiast, jak kawę instant, albo nie robić nic. Czterokrotnie był ogłaszany konkurs i ... nie ma kandydatów do pracy. Tymczasem grzmi się na prawo i lewo o bezrobociu wśród osób z wyższym wykształceniem. Pewnie, gdybyśmy dobrze poszukali w ofertach pracy - tylko nie Urzędów Pracy, ale właśnie placówek edukacyjnych, oświatowych - to okazałoby się, że są konkursy, na które nikt się nie zgłasza. Pewnie praca na zmywaku w Wielkiej Brytanii jest dla nich atrakcyjniejsza, bo mogą dzisiaj i jutro świętować narodziny księcia.

Nie o tym jednak chciałem napisać, ale odnieść się do stwierdzenia ministry rozwoju regionalnego - Elżbiety Bieńkowskiej, że: "Unijne fundusze zmieniają Polskę". Niewątpliwie tak, ale także zmieniają Polaków. Brałem udział w ocenie jednego z setek projektów finansowanych z funduszy unijnych w ramach Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki. Projekt znakomity, natomiast język, jakim posługiwali się w jego opisie i ocenie wykonawcy oraz tzw. ewaluatorzy jest zaprzeczeniem troski o kulturę języka ojczystego. Niestety, pracownicy różnego rodzaju urzędów, którzy uczestniczą w odbiorze wyników prac zespołów projektowych są przesiąknięci angielszczyzną i nadmuchani nią jak balony. Może potraficie państwo przetłumaczyć to na język polski, jeśli on w naszym kraju jeszcze w ogóle ma obowiązywać?

1) zwalidowanie produktu;

2) beneficjent produktu (produktem jest np. program kształcenia);

3) empowerment decydentów;

4) mainstreaming produktu na poziomie horyzontalnym i wertykalnym;

5) wygenerowanie konkretnej dokumentacji.

Najzabawniejsze jest to, że posługujący się tym językiem, kiedy oceniają - przepraszam: "kiedy walidują projekty" -to zwracają uwagę na jasność i precyzyjność przekazu jako jedną z istotnych cech ich upowszechniania - przepraszam: "transferowania produktu". Walidowany produkt finalny nie może być "sztuką dla sztuki". Oj, nie jest, ale jego terminologia już jest.




5 komentarzy:

  1. Unijne fundusze i tak trafiają do swoich ludzi - reszta to tylko formalne przykrywki i ładne nazwy dla PR.... ;-) Szczególnie na Mazowszu - jest jeden klucz PSL-owsko płocki(okręg wyborczy marszałka Struzika) ... :-(

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten proces przenikania anglizmów już sam w sobie jest tematem na majstersztyk (germanizm) w badaniach lingwistycznych. Czy różni się to czymś o PRL-owskich rusycyzmów? Jedynie łaciną. Przyznam, że najbardziej drażniące są we wpisach Pana Profesora sformułowania nieco niezręczne językowo typu "ministra ta lub ta" gdzie niby szanuje się płeć, ale z założonym przekąsem. Iga

    OdpowiedzUsuń
  3. Z przykrością stwierdzam, że w tym urzędniczym bełkocie (1-5) niektórych punktów w ogóle nie rozumiem, chociaż jestem anglistą. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Panie Profesorze, nie cała młodzież wyjechała na zmywak do Wielkiej Brytanii. Oferta pracy w zawodzie, o której Pan Profesor pisze jest szalenie interesująca (i przyznajmy - jednak rzadko spotykana), ale wcale nie dziwi mnie, że nikt się nie zgłosił. Jakim sposobem ma młodzież zdobyć najpierw te wymagane cztery lata pracy w zawodzie? Niedoświadczonych nigdzie się nie chce, ale gdzie w takim razie to doświadczenie zdobyć? Wcale nie jest łatwo i to nie dlatego, że młodzież woli świętować narodziny księcia w Anglii.

    OdpowiedzUsuń
  5. Młodzież może też zwyczajnie być głupia. Głupia w sensie nie słuchania ojca, który wielokrotnie się pytał, powiedz mi dziecko drogie, kto jest zatrudniany? Odpowiedź młodzieży zwykle brzmi "najlepszy kandydat". Otóż mylisz się dziecko drogie, gdyż (o ile pozostaniemy w granicach naiwnej prostolinijności oczywiście), zatrudnią najlepszego Z TYCH, KTÓRZY APLIKOWALI.
    Te proste uściślenie nie chce się jednak przebić do łebków młodzieży gdyż ona zawsze wie lepiej.
    Tatuś zatem powinien odciąć źródła finansowania i poczekać na nagły przypływ rozumu.
    Wtedy młodzież "nagle" może poczuć się wystarczająco wykwalifikowana nawet bez 4 lat stażu. Słowo "kawlifikacje" zastępuje wtedy pojecie "motywacja" i robi to baardzo skutecznie. Doradzam odcięcie od pieniążków i wszystko będzie O.K.

    OdpowiedzUsuń