poniedziałek, 22 lipca 2013

Jak ministrowie troszczą się o nauczycieli












Trybunał Konstytucyjny zdecydował w ubiegłym tygodniu, że nauczycielom należy się tzw. 14-tka, czyli jednorazowy dodatek uzupełniający, który zobowiązuje samorządy do zapewniania w małych miejscowościach wynagrodzenia nauczycielom na poziomie przewidzianym dla całego kraju. Art. 30a Karty nauczyciela, który obowiązuje od 2009 r., a więc powstały i wprowadzony przez platformerską K. Hall, stworzył mechanizm zmuszający gminy i powiaty, głównie w małych miastach i na wsiach do zwiększania środków na płace dla zatrudnionych w szkołach nauczycieli. Nie ma on jednak nic wspólnego z finansowym docenieniem tych najlepszych, najbardziej zaangażowanych. Katarzyna Hall niejako naprawiła błąd ustawowy swoich poprzedników, czyli ministra M. Handkego, który zapewnił nauczycielom średnie płace właśnie zapisem w Karcie nauczyciela w 2000 r. Od tego czasu gminy miały obowiązek realizować je przynajmniej na minimalnym poziomie. Nie wszystkie jednak realizowały to prawo, toteż w 2009 r. został dopisany w Ustawie karta nauczyciela do art.30 jeszcze art. 30a., który zobowiązał samorządy od 2009 r. sprawdzanie, czy rzeczywiście nauczyciele mieli zapewnione średnie płace. Jeśli ten wymóg nie został spełniony, samorząd musiał wypłacać jednorazowy dodatek uzupełniający

Do prorównościowej polityki płacowej włączają się samorządy i dyrektorzy szkół, którzy przyznają nauczycielom wszystkim dodatki motywacyjne w równych wysokościach, tylko po to, aby zapewnić średnie. To nie motywuje nikogo do lepszej pracy. Tym samym mamy płacowy PRL-bis. Nikt jednak nie zamierza tego zmienić, gdyż uderzyłoby to w jedną z najliczniejszych grup zawodowych sfery publicznej, której interesów bronią najsilniejsze związki zawodowe. Związki jednak nie walczą o to, by nareszcie nauczycielom płacono godnie, tylko by wynagradzano ich tak samo, bez względu na to, czy się stoi, czy się leży...

Samorządowcy jednak poradzili sobie z tym problemem. Zamiast zatrudniać młodych nauczycieli po studiach, czy z krótkim stażem pracy, ale bezrobotnych, po odchodzących na emeryturę pedagogach nie tworzą miejsc pracy, tylko... dają swoim godziny nadliczbowe. Tym samym wielu nauczycieli pracuje tygodniowo często więcej, niż obowiązujące minimum, a pewna ich część nawet 27 godz. tygodniowo. Dzięki temu obie strony są zadowolone, bo samorządy mają zapewnione średnie płace w tym zawodzie, a nauczyciele więcej zarabiają. Absolwenci po studiach nauczycielskich nie mają co szukać w najbliższych latach pracy w szkołach, gdyż jej po prostu nie będzie.

Jak pisze red. "Gazety Prawnej" Andrzej Radwan: Na najbliższym posiedzeniu rząd rozpatrzy projekt założeń do zmian w karcie. Średnia płaca ma być naliczana dla wszystkich stopni awansu zawodowego łącznie. Dzięki temu gminy będą mniej przeznaczać na wyrównania. Jak widzimy, nieustannie manipuluje się wysokością nauczycielskich płac w taki sposób, by z jednej strony utrzymywać je na względnie niskim poziomie, bo przecież nauczyciel w Polsce ma kosztować państwo jak najmniej, z drugiej zaś strony wmawia się społeczeństwu, że nauczyciele i tak zarabiają za dużo. Ciekawe, że jak ktoś wzywa do domu hydraulika czy musi położyć sobie parkiet w pokoju, to słono za to płaci, bo przecież "jaka praca - taka płaca".

Najlepiej więc zatrudniać w szkołach dziadów, żebraków, którzy bez kompetencji sprzedadzą się za grosze. Szkołą będzie dla budżetu tania jak podrabiany barszcz. Ministra Krystyna Szumilas proponuje już teraz nauczycielom, by poszukali sobie pracy w innych miejscach np. jako asystent rodziny czy w żłobku. W obu miejscach zarobią jeszcze mniej, niż w szkole. Pani minister troszczy się o to, co zaproponować nauczycielom, by wykorzystali swoje umiejętności w innym zawodzie. Nauczyciele szkół ponadgimnazjalnych, bo ich to będzie głównie dotyczyć ze względu na redukcję obowiązkowych zajęć z przedmiotów tak specjalistycznych, jak chemia, fizyka, geografia, historia, itp., jeśli dalej chcą być w zawodzie nauczycielskim, to powinni się przekwalifikować na nauczycieli przedszkoli czy opiekunów w żłobkach. Ciekawe, kogo zatrudnią dyrektorzy tych placówek - wykształconych pedagogów wczesnoszkolnych lub opiekuńczo-wychowawczych czy geografa po 3-semestralnych studiach podyplomowych "przyuczających" do pracy z małymi dziećmi?

Tegoroczny laureat honorowego tytułu Profesora Oświaty Tomasz Malicki, dyrektor I Liceum Ogólnokształcącego im. Bartłomieja Nowodworskiego w Krakowie doradza, by gminy mające problemy finansowe, zaczęły egzekwować od dyrektorów szkół prowadzenia racjonalnej polityki kadrowej. Co to znaczy? Jakież to proste. Dyrektorzy szkół - zdaniem PO - dyrektorzy powinni posiąść wiedzę na temat tego, jak skutecznie zwalniać z pracy nauczycieli. Szkoda, że nie pomyślał ów oświatowiec o tym, jak dobrze płacić nauczycielom za ich ciężką i wymagającą wysokich kwalifikacji pracę?

Tymczasem władze centralne już planują pomoc nie tyle nauczycielom, co samorządom, by te organizowały kursy przekwalifikowujące w ramach środków z funduszy z UE, a przewiduje się na to ok. 140 mln. Euro. Dla przekwalifikowanych osób miejsc pracy i tak nie będzie, natomiast znajomi królika dorobią się na kursikach, szkoleniach czy organizacji staży pracy. Nikogo to w MEN nie interesuje, że w Polsce kształci się pedagogów opiekuńczo-wychowawczych i wczesnoszkolnych w nadmiarze, a więc dla chętnych do przekwalifikowania się i tak nie będzie potem miejsca do pracy. w sprawozdaniach będzie można jednak odnotować wzrost wskaźników finansowych wydatkowanych na "oświatę".


Prof. Aleksander Nalaskowski z UMK w Toruniu pisze bez ogródek: Cechą urzędujących władz oświatowych w Polsce jest bezgraniczny brak odpowiedzialności za podejmowane decyzje. (...) Pomysły są całkowicie księżycowe, pozbawione podstaw ekonomicznych i merytorycznych, a ich wprowadzanie wydaje się być działalnością świniopasa przepędzającego z nudów trzodę z jednej zagrody do drugiej. Minister Szumilas na naszych oczach przechodzi metamorfozę. Z rumieniącej się zastępczyni swojej poprzedniczki zmieniła się we wzbudzającego litość milczka całkowicie bezradnego wobec postawionych jej zadań by ostatecznie, za sprawą swoich pomysłów, przeistoczyć się w postać absolutnie kabaretową.

Z danych Ministerstwa Edukacji Narodowej wynika, że ok. 7 tysięcy nauczycieli od września będzie bez pracy. Szkoda, że MEN nie podaje, dlaczego tak się dzieje, bo przecież niż demokratyczny jest tylko jedną z kilku zmiennych determinujących ten stan rzeczy.

4 komentarze:

  1. Nic doadać, nic odjąć ... ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj ta komputerowa korekta... Niż demograficzny przecież ... Tekst smutny bezgranicznie... czym będziemy bez dobrej szkoły... Uszanowanie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dokładnie nic dodać nic ująć. Na nie szczęście jestem świeżo upieczonym bezrobotnym mgr - nauczycielem. Kształcę się dalej - dla siebie, a może i w przyszłości dla innych. Szybkich szans na pracę w obecnym zawodzie nie widzę, ponieważ na wolne stanowiska w moich okolicach są obsadzani członkowie rodzin z samorządów (bez wykształcenia, w trakcie rocznych studiów podyplomowych lub emerytowani /emerytowani dawno, ale tak naprawdę w kwiecie wieku obecnie i jeszcze przed obowiązującym nas wiekiem emerytalnym ;)/ na pół etatu - "żeby do emerytury dorobić". Taką mamy rzeczywistości... Zostaje tylko czekać i realizować się najlepiej jak tylko potrafimy w innych kierunkach lub na wyższych stopniach :)

    OdpowiedzUsuń
  4. A była taka okazja, by zmniejszyć przy okazji niżu wielkość klas, podnieśc jakość edukacji... Proceder manipulacji średnią obrzydliwy. Zatrudnianie wg klucza opisanego przez Anonimowego z godz. 8.49 także - i niestety wiem, że to prawda! Jeśli ministerstwo (pozwolę sobie zapisać bez szacunku - z bardzo małej litery!) ma nauczycieli w tak głebokim poważaniu, to czy sa w tym kraju jakieś nauczycielskie związki zawodowe? Czy stan nauczycielski ma jakikolwiek instynkt samozachowawczy?

    OdpowiedzUsuń