niedziela, 12 maja 2013

Profestytucja



Mocno pociągnął piórem w swoim felietonie w „Polityce” profesor filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego - Jan Hartman, który dokonał publicznej spowiedzi grzesznego ateisty w związku z nieustannie toczącą się debatą na temat szkolnictwa wyższego. Uczynił tak, bo sam kiedyś uległ "śmiertelnemu grzechowi iluzji", jakim jest – profestytucja akademicka. Dotyczy ona postinteligenckiej klasy profesorów, którzy ordynarnie wyprzedają się właścicielom pseudoakademickich szkół prywatnych. To są ci – zdaniem etyka UJ - „co kalają inteligencję jak miłość, dając zaliczenia jak nie powie za co i biorąc stówkę z hakiem za godzinę”. (J. Hartman, O postinteligencki neobolszewizm, Polityka 2013 nr 19, s. 89)

Miejscem pracy dla profestytucji jest zatem wyższa szkoła prywatna, z której jej właściciel uczynił intratny dla siebie i swojej rodziny biznes, z "rurą do tańczenia", bufetem, salą na występy i zakąskami. W takich szkołach zatrudnia się – jak pisze o tym w felietonie „Polityki” prof. Jan Hartman - profestytutki płci żeńskiej i męskiej, które traktuje się jak ulicznice do kasowania zysków. Profesor z UJ nie ukrywa, że sam dał się zatrudnić w jednej z wyższych szkół prywatnych w takiej roli, ale już się nawrócił. No cóż, to już jego problem, że dał się tak traktować. Czasami warto wiedzieć, z kim ma się do czynienia – z upozorowanym na wielkiego właściciela szkoły wyższej "sutenerem", czy może jednak z człowiekiem, niekoniecznie nawet wykształconym na poziomie wyższym czy ze stopniami naukowymi, ale rozumiejącym, szanującym i rozwijającym własną placówkę jako akademicką, a nie „dom schadzek” czy „akademicką agencję towarzyską”.

Nie szanuje się tylko ten, komu zależy na forsie bez względu na to, gdzie, z kim i w jakich okolicznościach będzie ją otrzymywał. Niektórzy gotowi są nawet przyjmować płace pod stołem, jak rzucone przez właściciela, a obgryzione już przez niego, kości. Trudno, by ktoś tej miary, zajmując się jeszcze etyką, miał dobre samopoczucie. Nie jest łatwo sprzedawać się byle trutniowi, dla kasy, „przykrywać” swoją osobą każdą nieuczciwość, patologię, a po jakimś czasie mieć wypieki na twarzy. Niektórzy nawet nie są w stanie półgębkiem wymówić nazwy szkoły, w której „dorabiają”, bo a nóż okaże się, że na salonach nie jest to dobrze widziane. Iluż to profesorów i doktorów wysługuje się takim pracodawcom mimo świadomości, jak są przez nich traktowani, poniewierani.

Przypomina mi się rysunek Henryka Sawki, na którym widnieje postać leżącego krzyżem człowieka u stóp pracodawcy, a ten mówi do niego: „Możesz już wstać. Chciałem tylko wiedzieć, czy jesteś lojalny”. Otóż to, właściciel wyższej szkoły prywatnej, który prowadzi ją jak dom schadzek, opowiada wszem i wobec, jak wspaniałe ma u siebie profestytutki, gotowe na wszystko i spełniające wszystkie życzenia klientów, jak to szkoła pnie się ku kolejnym sukcesom…

Dobrze, że profesor UJ przyznaje się, że zdarzyło mu się ulec pokusie profestytucji. Być może kimś to wstrząśnie, może nawet stanie się lustrem, w którym dostrzeże właściwe oblicze swojego zaangażowania. Czy będzie miał miejsce jakiś kolejny w naszym środowisku akademickim (ale nie w sensie genderowym) coming out? Odnoszę wrażenie, że toczy się tu jakaś podwójna gra, bo oto na konferencjach narzeka się i utyskuje na młodzież, na spadek jakości edukacji, na właścicieli szkół prywatnych, jacy to oni są podli, nieuczciwi, niemoralni, ale upełnomocnia się własną pracą w takich właśnie „agencjach” ich pseudoakademickie interesy. Wówczas - jak pisze J. Hartman - Hasło >> róbmy swoje<< wiedzie nas już tylko na dno via margines.

Właśnie został opublikowany ranking szkół wyższych w Polsce. Znalazły się w nim uczelnie publiczne i niepubliczne, ogólnoakademickie i zawodowe, których założyciele czy władze nie obawiały się poddania ocenie, skonfrontowania z innymi, chociaż kryteria są tu dalece sprzeczne z metodologią badań komparatystycznych. A zatem, kandydaci do studiów wyższych powinni zajrzeć do opublikowanego przez "Rzeczpospolitą" i "Perspektywy" wykazu, by odnaleźć w nim uczelnię, w której mogliby studiować na prowadzonym przez nią kierunku studiów. Niezależnie bowiem od tego, na której jest dana szkołą rankingowej pozycji, jedno nie ulega wątpliwości, że nie wstydzi się swojej działalności, nie ma nic do ukrycia a nawet, jeśli nie spełnia kryteriów na najwyższym poziomie, potwierdza status swoich dążeń, misji, własnego rozwoju. Tegoroczni maturzyści będą zatem wybierać - czy chcą studiować, nauczyć się czegoś, czy może jednak skorzystają z "przydrożnych domów lub usług doraźnej uciechy".

19 komentarzy:

  1. Za sprawą tych - jak to się określa - "przydrożnych domów lub usług doraźnej uciechy" ja i 3/4 innych młodych pracowników uczelnianych ma za co spłacać kredyt, jeździć na konferencję i utrzymać rodzinę. Koniec kropka, a powoływanie się na jakieś akademickie ideały w czasach gdzie na bruk i bezrobocie wylądować można w ciągu 10 minut to głupota.
    W kontekście zaś relacji i zawodowych zobowiązań między mną a moim pracodawcą, który prowadzi jedną z takich WSP sparafrazuję przywołaną tu już kiedyś myśl "ona mnie oszukuje, ja go oszukuje, jakby nie patrzeć gramy uczciwie"

    Grzegorz

    OdpowiedzUsuń
  2. ...i jeszcze jedno, Pan Profesor Hartman Jan już chyba zapomniał, kiedy publicznie ogłosił, że kandydował do ramienia pewnej i jak sam przyznał z tego powodu "gotów zrzec się w tym względzie częściowo swojej autonomii" więc z całym szacunkiem, niechaj nie poucza innych bo po pierwsze z jego kieszeni nikt nie bierze po drugie żadna praca nie hańbi, nawet jeśli nie każda uszlachetnia"

    OdpowiedzUsuń
  3. Dobrze o tym wie akademicki sutener, dlatego ma klientów i profestytutki. Wyszukuje nawet na rynku takich pokrzywdzonych przez uniwetsytety czy politechniki i oferuje im swój dom usługowy za odpowiednią kasę. Wystarczy poczytać o prostytucji, by dostrzec, że Hartman użył właściwej analogii. Komentarz Grzegorza jest tu dobrym przykładem racjonalizacji takiej wyprzedaży.

    Joanna

    OdpowiedzUsuń
  4. Szanowna Pani Joanna, Pani wypowiedź jest cyniczna. W czym problem?, kogo krzywdzę?, jakim prawem się mnie potępia?. Praca jak każda inna...chyba nigdy nie pracowała Pani u jakiegokolwiek prywaciarza. Niczego nie racjonalizuję, lecz racjonalnie argumentuję.

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie rozumiem, jak się ma do ostatniego akapitu poprzedni post? Cyt. "Na rankingi szkolnictwa wyższego trzeba spojrzeć krytycznie, ze świadomością, iż tyle w nich prawdy, ile zostało m.in. rzetelnie wypełnionych ankiet przez władze tych szkół. Rankingi nigdy nie były i nie będą obiektywnym miernikiem akademickiej rzeczywistości, gdyż są tylko fragmentarycznym jej oglądem, w dodatku zredukowanym do kilku zaledwie kryteriów"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poprzedni wpis dotyczy błędów metodologicznych w odniesieniu do porównywania dyscyplin. Natomiast nie ma związku z porównywaniem uczelni jako takich, w całości. Warto dostrzec tę różnicę.

      Usuń
  6. Trochę zdziwiło mnie wygenerowanie wątku "profestytucji" przez Pana Profesora, jako kluczowej osi tekstu prof. J.Hartmana. Prof. J. Hartman w tekście odniósł się głównie raczej do słabych zasobów intelektualnych studentów. Poza tym napisał dla jakiejś równowagi o pozycji profesora w takiej uczelni jak o Rebece, czekającej na "jedynego wymarzonego słuchacza". Tak więc myślę, że artykuł prof. J.Hartmana był jedynie pretekstem do nasycenia własnego wpisu na blogu o "prowadzeniu się profesorów" analogiczną retoryką z półświatka przestępczego pełnego prostytutek i alfonsów. Co prawda, Pan Profesor nie pisał o alfonsach, ale i tak to osobliwa rozbudowana analogia. Jakkolwiek szkoły niepubliczne, mam na myśli tylko te z najciemniejszych obszarów pogardy i bezprawia, mają się niestety dobrze. Dokładnie wiedzą, na czym i na kim żerują oraz kogo można i jak "kupić". Przypuszczam, po lekturze tekstu prof. J. Hartmana, że profesorowie traktowani pogardliwie stosują swoisty "strajk włoski zrytualizowany". Jakkolwiek cała konfesja prof. J. Hartmana mnie zupełnie nie wzrusza, ponieważ dostrzegam tu jedynie profesorską kokieterię, nadmierne generalizacje i męską bezradność życiową bo oto, rozwiązał problem w ten sposób, że zaczął pracować z gimnazjalistami. To mnie nie zachwyca. Iga

    OdpowiedzUsuń
  7. Hartman pisze jakiekolwiek kontrowersyjne brednie byle było o nim głośno - jest niespełnionym naukowcem i,co ważne, synem wybitnego matematyka. On niczego w nauce nie zrobił i raczej już nie zrobi!!!;-) Inna rzecz, że swoje gromkie tezy formułuje w oparciu o rzeczywiste problemy...

    OdpowiedzUsuń
  8. Proszę przeczytać felieton Hartmana.Ja nie potępiam nikogo. To są ludzkie wybory. A motywacja taka sama jak w prostytucji - nikogo nie krzywdzę, tylko robie mu dobrze. Proszę się zastsnowić p. Grzegorzu co Pan pisze. Dokładnie to samo co mówią usługodawczynie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szanowna Pani Joanna, nawet jeśli zamiarem Pani nie jest nikogo obrażać, to jednak istotnie tak właśnie Pani czyni (już choćby dlatego, że kategorie takie jak „prostytutka”, „sutener” na gruncie polskiej obyczajowości uchodzą za sformułowania pejoratywne). Stanowczo zatem protestuję przeciwko takiemu i to jakkolwiek nieadekwatnemu porównaniu. Podążając Pani tropem rozumowania należałoby powiedzieć, że każdy kto pracuje w prywatnej firmie (i to bez względu czy miałaby jakikolwiek związek z szkolnictwem, oświatą) jest zawodową prostytutką, ten zaś kto jest jej właścicielem bądź akcjonariuszem jest sutenerem. Nie da się zaprzeczyć, że zgodnie z logiką wolnego rynku pracownik prywatnego przedsiębiorstwa/spółki jakkolwiek pomnaża przede wszystkim zyski swojego pracodawcy i jakkolwiek dostarcza mu tym samym „satysfakcji”, ale i to nie wystarcza aby analogię na którą się Pani powołuje uznać za trafną i adekwatną. Inna sprawa, że gdyby istotnie tak było, to także pracowników tzw. budżetówek (np. szkół/uczelni państwowych) potraktować należy jednakową miarą, skądinąd także ich zadaniem jest sprostać oczekiwaniom studentów przede wszystkim zaś nadzorującym je ministerstwom (patrz. sylabusy/programy nauczania itd.) i oni też jakkolwiek biorą za to pieniądze. I dalej; czy w takim ujęciu potęguję swoją prostytucję, gdy piszę książkę, która „robi dobrze” jej potencjalnym czytelnikom przynosząc ewentualne zyski wydawcy, czy to samo robi reżyser filmowy/muzyk/malarz bądź jakikolwiek inny wytwórca dóbr kulturowych (także tych materialnych)? Pani argumentacja jest jednak symptomatyczna dla świadomości obywateli minionego pokolenia (i nie ukrywam, że głównie pokolenia związanego ze środowiskiem akademickim), dla których „prywatny” zawsze będzie czymś, na co należy wylać pomyje. To prawda, że pracuję w prywatnej uczelni, nie zmienia to jednak faktu, że ze swoich obowiązków dydaktycznych staram się wywiązywać najlepiej jak potrafię. Jeśli zatem istotnie wierzy Pani analogii na którą się powołuje, proszę zapoznać z nią swoich uczniów/studentów i na gruncie ich reakcji skonfrontować swoje w tym względzie przekonania. Nawet więc jeśli jestem usługodawcom, to jestem w nim w niemniejszym stopniu aniżeli każdy kto uczciwe wykonuje swoją pracę i nie jestem w tym gorszy od tego, kto pracuje w instytucjach państwowych. Oto główny powód z uwagi na który w imieniu swoim oraz swoich kolegów i koleżanek wypraszam sobie porównywanie do nas do prostytutek zawodowych (z całym szacunkiem i dla tej jakkolwiek najstarszej profesji świata). Co więcej, o tym, że „przecież każdy ma wybór” proszę sobie przypomnieć jak będzie Pani miała dwójkę dzieci, i miesięczną ratę kredytową do spłacenia. Ci, którzy pracują w budżetówkach niechaj zatem cieszą się i szanują swoją pracę, niechaj jednak z nie spoglądają z pogardą na tych, którzy na chleb mają dlatego, że zasilają konta prywaciarzy. Także i ta tym blogu autor niejednokrotnie podejmuje refleksję nad szkolnictwem prywatnym. Nie one jednak samo w sobie staje się przedmiotem krytyki, ile nieuczciwi jej przedstawiciele.

      Usuń
  9. Hartman mówi i pisze cokolwiek, byle było na tyle kontrowersyjne, żeby o tym było głośno!!! Będąc niespełnionym naukowcem chce się wykreować na celebrytę!!! Oczywiście często wykorzystuje realne(!) problemy, ale nie ich rozwiązanie jest jego celem!!!:-(((

    OdpowiedzUsuń
  10. Dotknął jednak istoty problemu, sprostytuowania się środowiska naukowego na życzenie pod dyktando MNiSW, które od początku lat 90. XX w. pozostawiło naukę i szkolnictwo na pastwę losu, przyzwalając na wykwit wyższych szkół prywatnych jako domów publicznych za grosze oferujących najniższe usługi, zadowalających niedofinansowanych w uczelniach naukowców i aspirujących do dyplomu (a nie wykształcenia) studiów wyższych absolwentów szkół średnich o obniżonych standardach maturalnych. Śmieciowe pokolenie, na śmieciowych umowach, segregowane przez państwo jak surowce wtórne.
    Prywatyzacja polskiego szkolnictwa wyższego toczy się po cichu, z udziałem elit mających łaski w gronie władz MNiSW, o czym zresztą wielokrotnie pisał tu nasz bloger.
    Prostytucja istotnie jest krokiem rozpaczy, determinacją, by utrzymać własną rodzinę przy życiu i realizować własne aspiracje. Ktoś jednak na to pozawalał. Ktoś czerpie z tego zyski.

    OdpowiedzUsuń
  11. Uwaga moja z pewnością nie będzie reprezentatywna dla problemu o którym mowa, stanowi jednak wyjątek od owej niechlubnej tradycji. Otóż generalne przekonanie, że szkolnictwo prywatne jest z definicji czymś gorszym aniżeli te, które określa się mianem państwowym jest uproszczeniem i to uproszczeniem krzywdzącym. Znamiennym przykładem, który nie potwierdza tej reguły może być (w kontekście uczelni pedagogicznych) np. nierzadko przywoływana tu Dolnośląska Wyższa Szkoła we Wrocławiu, w której to wykładają znakomici wykładowcy, autorzy znakomitych publikacji a w której to studiują nie mniej zaangażowani, świadomi i pełni pasji studenci. Ze swojego podwórka zaś powołam się na przykład Gdyńskiej Szkoły Filmowej w której wykładają znakomici scenarzyści/reżyserzy/ludzie kultury i która – proszę mi wierzyć – za sprawą bardzo rygorystycznej rekrutacji stawia na najwyższy poziom, starając się tym samym rzetelnie hołdować idei etosu akademickiego. O tym, zaś że hołduje idei tej z powodzeniem, niechaj świadczy fakt, że dyplomowy film absolwentki niniejszej szkoły został nominowany „Złotej Palmy”, jednej z najbardziej prestiżowych europejskich nagród filmowych. To powód do dymu nie tylko dla niej ale i jej nauczycieli ale i samej szkoły.

    Dariusz

    OdpowiedzUsuń
  12. Obrzydliwa, szowinistyczna i mizoginistyczna, pełna pogardy stereotypizacja! Brawo Panowie Profesorowie Humaniści! Jeśli konsekwentnie mamy pozostać przy tej wulgarnej metaforze, to największym sutenerem, okaże się zatem Państwo, które tak ochoczo przyzwalało na rozwój szkół niepublicznych, które wpuściło w rynsztok tak studentów, jak i pracowników naukowych. A teraz proszę: ukamieniujmy nierządnice! Ludzi, którzy w dobrej wierze podjęli pracę w tych uczelniach (chcę przypomnieć, że to one były swego czasu nadzieją na lepsze wobec układów rządzących państwowymi uczelniami; tam się dopiero działo!). Ludzi, którzy pracowali i pracują solidnie, troszcząc się o studenta (który wybrał szkołę prywatną, bo po prostu niestety nie miał i nadal nie ma szans na inną), a którzy nie mają takiej mobilności i możliwości jak profesorskie gwiazdy, zmieniające uczelnie, jak im się tylko coś nie spodoba. Jak nie jeden uniwersystet, to inny. Jak nie w Polsce, to za granicą. A najlepiej nie jeden, tylko kilka. I oczwiście plucie przez ramię za siebie, na wszystkich, co pozostali - i co? I to jest godne zachowanie? Etyczne - pytam ja się Pana Etyka? I w takich okolicznościach ktoś zarzuca innym prostytucję? A cały wątek "nawrócenia", bardziej przypomina ujadanie taniej dziwki na luksusową prostytutkę, radzę więc zaprzestać tych odwetowych zabaw, bo krzywdzi się w ten sposób naprawdę wielu Bogu ducha winnych ludzi.
    Żegnam, bez większej nadziei na publikację tego wpisu, no ale taki już los szarego pracownika uczelni, którym Wielcy Naszej Nauki mogą pomiatać i poniżać go za to, że coś tam im w życiu nie wyszło.

    OdpowiedzUsuń
  13. Przepraszam, z podejrzenie o nie zamieszczenie wpisu. To gorycz przemawiała - niesłusznie widzę. Jeszcze raz przepraszam!

    OdpowiedzUsuń
  14. Dlaczego ten wpis miałby się nie ukazać? To ważna wypowiedź, bo odsłaniająca rzeczywiste powody zjawiska, które wymaga wielostronnego oglądu. To, co czyni i czego nie czyni MNiSW jest nie tylko naganne, ale katastrofalne.

    OdpowiedzUsuń
  15. A tak mi przyszło do głowy w emocjach, jakie wzbudził przywołany przez Profesora tekst. Wojny toczą się na górze, a obrywają maluczcy. A niesprawiedliwe oceny tak bolą, zwłaszcza gdy się doświadcza niezawinionej marginalizacji i deprecjacji. Dlatego protestuję - ze wzburzeniem, faktycznie - przeciw gierkom słownym, którego mają poprawić komuś humor, być narzędziem odwetu i okazania swego (aktualnego) désintéressement, ale uruchamiają niebezpieczne stereotypy i uprzedzenia. Z jednym mogę się zgodzić: autor faktycznie mocno pociągnął piórem. Za mocno!

    OdpowiedzUsuń
  16. Myślę, że w kontekście problemu. Otóż tu za Oceanem przedmiotem wzmożonej dyskusji stała się reakcja jednego ze studentów na sposób w jaki jego nauczycielka prowadzi zajęcia (wbrew pozorom student nie posłużył się ani razu jakimkolwiek wulgaryzmem)
    Zamieszczam dwa materiały 1) uchwycona telefonem komórkowym sytuacja o której pisze, oraz 2) komentarz w mediach. Ciekawe czy taka sytuacja mogłaby się wydarzyć w naszym kraju...

    1) (materiał jest przetłumaczony, wystarczy włączyć napisy) http://www.youtube.com/watch?v=BroCB72Z6SM

    2) relacja medialna: http://www.youtube.com/watch?v=bKjqjpePhTc

    OdpowiedzUsuń
  17. Szanowni Państwo:
    Moje spostrzeżenia nie dotyczą prostytucji, jednakże odnoszą się również do patologii społecznej.
    Otóż kilka dni temu padło odgórne „zarządzenie” i zaaplikowano mojej osobie „twardą” bajkę pt. „Maleńkie Królestwo królewny Aurelki” 5+ – proszę mi uwierzyć – po jej skonsumowaniu „syndrom odstawienia” dręczy mnie nadal, a minęło już przecież kilka dni. Jestem zatem zmuszony dokonać kilku wartościujących ocen owego tekstu, stwierdzam więc, iż jest on szowinistyczny i seksistowski, a ponadto kształtuje (już od najmłodszych lat, bo od 5 latków wzwyż), bezkrytycznych radarowców o niepohamowanych postawach roszczeniowych. Zachęca on dzieci do masowego pożerania „krówek”, co jest zrozumiałe w czasach gdzie mamy dostęp do sztucznych implantów dentystycznych, choć trzeba dodać, iż na skorzystanie z nich rzeczywiście mogą sobie pozwolić w naszym kraju jedynie „królewny” i metroseksualni „książęta” ewentualnie ich najbliżsi współpracownicy. Po za tym tekst ten uporczywie zniechęca do czytania „normalnych” bajek, przekonywająco dając do zrozumienia że wszystkie kłamią, bowiem „nic nie jest takie jak się wydaje”, ale za to skutecznie promuje internetowe zakupy. Mało tego propaguje „ćpanie”, czyli odurzanie się „herbatką” przygotowaną przez czarownice, uwalniającą od wszelkich problemów (tu nawiązanie do Huxley’owskiej somy, która gwarantowała „syntetyczne szczęście” wszystkim ludziom, którzy regularnie ją przyjmowali, z resztą analogii do Nowego wspaniałego świata jest więcej). Jedno jest pewne „wiedźmowa herbatka” nie ma nic wspólnego np. z sokiem z gumi-jagut, czy magicznym eliksirem Asterixa, bowiem tu mamy do czynienia z substancją zmieniającą stan świadomości, a przynajmniej uwalniającą od wszelkiego cierpienia. Należy dodać, iż owe dzieło jest zgrabnie skondensowane, tak by mogło zostać bezboleśnie skonsumowane, co potwierdzają przyznane mu nagrody. Jednakże trzeba posiadać mocną psychikę by przyjąć dawkę tej „bajki”, ja zdaje się jej nie mam więc trzymajcie mnie, bo odlatuje.
    Autorki nie znam i nie oceniam mam nadzieje, że do sądu nikt mnie nie poda, po za tym nie jestem profesorem, więc myślę do skandalu nie dojdzie. Nikogo nie chcę obrazić, pragnę jedynie zauważyć, że warto przeczytać powyższą bajkę, bowiem można wiele rzeczy się dowiedzieć i nauczyć, natomiast ostrzegam skutkiem ubocznym w moim wypadku jest to, że gdzie nie spojrzę widzę Aurelki, nie wspominając już o metroseksualnych „książętach”.
    Pozdrawiam i życzę miłej lektury - Andrzej

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.