sobota, 16 marca 2013

Niepożądani wykładowcy



Nie można akceptować sytuacji, która nasila się w ostatnich latach, a dotyczy odwoływania wykładów otwartych członków akademickiej społeczności. Czyżby społeczność uniwersytecka zaczęła tracić swoją autonomię w obszarze, który jest jej największym atutem?

Rozumiem wątpliwości, jakie rodzą się w sytuacji, kiedy jakaś jednostka organizacyjna uniwersytetu czy akademii lub któryś z nauczycieli akademickich zapraszają z wykładem otwartym polityka, a więc osobę, która reprezentuje określone interesy władzy czy opozycji i poszukuje w środowisku akademickim wsparcia dla realizacji swoich interesów partyjnych. W moim przekonaniu może to mieć miejsce jedynie w sytuacji nadawania godności honorowej takiej osobie i wówczas jej wykład znajduje swoje uzasadnienie merytoryczne i kulturowe. Natomiast zapraszanie do uniwersyteckich aul posłów, senatorów nie będących członkami społeczności akademickiej, a więc nie będących czynnymi nauczycielami akademickimi jest naruszeniem suwerenności uczelni i wywoływaniem wojen politycznych dla nie dających się niczym uzasadnić celów politycznych. Od tego mają politycy siedziby swoich partii, gmach parlamentu, miejsca publicznych wystąpień w siedzibach władz państwowych czy samorządowych, by tam spotykać się ze swoimi wyborcami. Uczelnie wyższe powinny być dla nich zamknięte, tak samo jak objęte są formalnie takim zakazem placówki oświaty publicznej.

Są w uniwersytetach zatrudnieni na wydziałach nauk humanistycznych i nauk społecznych pracownicy naukowi, którzy reprezentują nie tylko kluczowe dla debat publicznych dyscypliny naukowe, prowadzą interesujące badania nad sferą publiczną, ale także ujawniają swój światopogląd. Ten wprawdzie nie powinien rzutować na ich warsztat naukowowo-badawczy, a tym samym przekaz wiedzy, ale zdarza się, że ten warunek przez niektórych jest łamany. Niemniej jednak nie ma żadnego problemu, by zorganizować wykład otwarty tak własnego profesora, jak i zaproszonego z innego uniwersytetu na temat, który rodzi szczególne zainteresowanie wśród akademickiej młodzieży. Tak studenci, jak i pracownicy naukowi powinni mieć nieograniczone prawo wstępu na taki wykład, by móc go wysłuchać, zadać prelegentowi pytanie czy prowadzić z nim dyskusję. Po to są uniwersytety. Rektor czy dziekan nie robi żadnej łaski, kiedy udostępnia aulę na taki wykład, gdyż jest to jego akademicką powinnością. Narusza ten status, kiedy odwołuje zapowiedziany wykład profesora własnej uczelni lub innego uniwersytetu z politycznego, a więc pozaakademickiego powodu.

Byłem i bywam zapraszany przez profesorów różnych uniwersytetów krajowych i zagranicznych na otwarte wykłady, ale jeszcze nigdy nie spotkałem się z naruszeniem akademickiej tradycji, prawa czy obyczajów, z jakimi spotykają się inni profesorowie polskich uniwersytetów. Coraz częściej ma jednak miejsce sytuacja niezapraszania niektórych profesorów, unikania ich możliwej obecności w danym środowisku akademickim. Ma miejsce ukryta "cenzura" czyichś rozpraw jako niepożądanych w toku studiów czy w ramach przygotowywanych rozpraw naukowych.

Niestety, złe wzory przechodzą z szkolnictwa prywatnego do państwowego, bowiem to właściciele wyższych szkół prywatnych zapraszali do swoich placówek polityków z tzw. wykładami otwartymi, inauguracyjnymi, które były i są niczym innym jak ukrytą formą korupcji i zabezpieczania sobie zaplecza politycznego do ochrony własnego biznesu. Właśnie z tego powodu wiele tzw. "wsp" nie można było ani objąć rzetelną kontrolą i oceną, ani też zastosować sankcji prawnych, bo w tle był lobbing polityków sowicie opłacanych z tej kasy. Niektórzy właściciele szkół mają poczucie nietykalności i bezkarności mimo bezczelnie naruszanego prawa i wykorzystywania polityków czy przedstawicieli władz do ochrony swojego biznesu, który niewiele ma wspólnego z akademickością. Z tej patologii jeszcze długo nie wyjdziemy.

Tym bardziej budzi mój sprzeciw fakt nieposzanowania profesorów w uczelniach państwowych, które są ich naturalną przestrzenią do prowadzenia badań naukowych, kształcenia kadr i młodzieży studenckiej oraz dzielenia się z zainteresowanymi swoją wiedzą i osiągnięciami.

9 komentarzy:

  1. A co Pan powie o politykach zaproszonych przez politologów czy ekonomistów na dyskusję o polityce czy ekonomii na przykład???;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. A po co im politycy? Własnego rozumu nie mają? Nauka powinna ròżnić się od potocznej wiedzy.

    OdpowiedzUsuń
  3. 1.Taki prof.Hartman, taka prof.Środa, taka prof.Senyszyn czy taka prof.Pawłowicz albo profesorowie teologii, żeby użyć wyrazistych przykładów, w debacie publicznej występują najczęściej jako ideolodzy, a nie naukowcy!!! Co wtedy???
    2.Są naukowcy parający się polityką - prof.prof.Hausner, Balcerowicz, Belka, Kołodko, Gilowska - co z nimi???

    OdpowiedzUsuń
  4. Piszę o uniwersytecie a nie o mediach. W nich niech każdy
    prezentuje swój pogląd na świat językiem -jak ktoś tu słusznie skomentował - potocznym, dla ludu. Aule uniwersyteckie wymagają innej kuktury debaty naukowej. Nie mogą być zamykane przed profesorami tylko dlatego, że są oni obecni w debatach publicznych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nie piszę o mediach!!!
      Czy jest Pan pewien, że każdy profesor w debacie na uniwersytecie będzie się zachowywał jak uczony a nie jak polityk czy ideolog??? ;-)

      Usuń
  5. Panie Profesorze, a coś się konkretnego stało, co sprowokowało Pana do tego wpisu? Odwołano zapowiadany wykład Profesora Nalaskowskiego czy kogoś innego?
    ps. Czym się różni prezentacja poglądów Prof. Nalaskowskiego od prezentacji, które określa Pan jako "dla ludu", "nienaukowe"? Nie zauważyłam tam odwołań do badań naukowych, empirycznych doniesień, które przynosiłyby właśnie tę "naukową", "wolną od subiektywnych poglądów" wiedzę np. na temat uwarunkowań i społecznych aspektów homoseksualizmu (podaję ten przykład, bo to jeden z tematów poruszanych przez Profesora w debacie publicznej). Poza tym - naprawdę dalej wierzymy w rozdział wiedzy potocznej i naukowej oraz w tzw. obiektywne naukowe fakty? Myślałam, że to już za nami :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie rozumiem tego dylematu. Cenzurę mieliśmy w PRL. Niech każdy odpowiada za swój wizerunek. Być moż przyjdzie do auli i zastanie ją pustą.

    OdpowiedzUsuń
  7. nie jest profesorem nawet uniwersytetu tylko szkoły zawodowej.

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.