piątek, 8 marca 2013

E-learning is sexy?



Zima ma to do siebie, że sprzyja łatwemu przenoszeniu się różnego rodzaju wirusów. Nieco zatem wyłączony z możliwości bezpośredniego wykonywania pracy zawodowej, pomyślałem sobie, jakimż to dobrodziejstwem technologicznym byłoby dla mnie, w tej dyskomfortowej sytuacji, prowadzenie zajęć metodą e-learningu. Nie jestem jej zwolennikiem. Uważam, że studia humanistyczne i społeczne już z samej nazwy i ich tradycji oraz warsztatu metodologicznego wymagają, by nie dehumanizować edukacji i nie wprowadzać jej na ścieżkę pośrednich relacji społecznych. Wolę bezpośredni kontakt z moimi studentami czy doktorantami, gdyż z edukacji na odległość niewiele dobrego wynika dla obu stron.

W odróżnieniu od tego, o czym pisałem wczoraj, ze zdumieniem znalazłem w Facebooku reklamę jednej z wyższych szkół prywatnych w Łodzi, która w prostacki sposób, typowy dla części zapewne jej adresatów, skoro została skonstruowana i zamieszczona przez specjalistów od zarządzania informacją w takiej właśnie formie i obrazowej treści (foto 1), zachęca do studiowania w tej "wsp" metodą na odległość. No cóż, to pokazuje, jak dalece niektóre szkoły nie są w stanie sprostać kulturze, bo i nie rozumieją związków między nią a edukacją. Można tak bawić się z przyszłym kandydatem na studia. Dzięki internetowi jest on zresztą dobrze do takich reklam przygotowany. Jak coś nie "tchnie sexem", to jest de mode, więc po co tam studiować. Tym samym widać, że owa "szkoła" nastawiona jest na absolwentki szkół średnich, które są gotowe do spędzania czasu przed monitorem swojego "laptoka" nago. Zapewne w trakcie monitorowania zajęć przez kadrę tej szkółki z przodu będą już nieco odziane (fot.2), wypinając odpowiednią część ciała do innych.

Prawdopodobnie twórca tej reklamy doszedł do wniosku, że nie wybiera się szkoły po to, by studiować. Bez przesady. Po co tracić na to czas. Tu wszystko musi być sexy. Dobrze opisał to zjawisko prof. Zbyszko Melosik, wskazując na tego typu postawy jako najbardziej charakterystyczne dla globalnego nastolatka. Ciekawe, jakie zatem w ramach tego e-learningu szkoła zaproponuje przyszłym pedagogom filmy, materiały multimedialne? Czy takie, jakie ściągał w jednej z podłódzkich szkół nauczyciel informatyki? Ciekaw jestem, w jakiej to szkole uzyskał swoje kwalifikacje ów marketingowiec i czy produkuje też tego typu reklamy dla innych "wyższych szkół prywatnych", obsługiwanych przez Bułgarki, Ukrainki lub Polki?



No cóż, niektóre, podupadające już wyższe szkółki prywatne sięgają po najróżniejsze formy autoprezentacji, tworzą pokusy, które z akademickością nie miały, nie mają i nigdy nie będą miały nic wspólnego. Nie o akademickość tu chodzi. Ten biznesik trzeba jakość utrzymać - z seksem czy dla seksu, byle tylko jeszcze wyssać tu i ówdzie od naiwnych, rozbudzonych aspiracjami, które dalece odbiegają od poziomu wykształcenia, którego formalny zapis znajdzie się na ich dyplomach. W końcu otrzyma się je nie za wiedzę, umiejętności, tylko za to, czego oczekują ich założyciele. Widać to na reklamie.

Rację ma minister Barbara Kudrycka, że czas najwyższym przerwać ten cyrk i jednak doprowadzić do czytelnego w społeczeństwie rozdziału między uczelniami akademickimi, a szkołami zawodowymi i pseudoszkołami wyższymi. Czas najwyższy. Tyle tylko, że wprowadzone regulacje prawne wcale temu nie sprzyjają. Wprost odwrotnie. Powiększa nam się dzięki nim import lipnych nauczycieli akademickich, grono quasi naukowców, którzy kompromitują nie tylko polską naukę i tradycje szkolnictwa wyższego.



PS. Zatarłem na tych reklamach nazwę szkoły - dla dobra - mimo wszystko tej części jej kadr, która nie utożsamia się z powyższym autowizerunkiem.

18 komentarzy:

  1. Nie wiem co bardziej bulwersuje Pana Profesora, czy to w jaki sposób szkoła się reklamuje, czy fakt, że edukacja w tejże odbywa się drogą E-Lerning'u. Jeśli chodzi o "sexy promocje" to w UK i za oceanem podobne formy promocji nie tylko nikogo nie bulwersują, ale okazują się być skuteczne. W podobny sposób reklamuje się bowiem np. Uniwersytet
    w Kentucky uwieczniając na swoich zdjęciach bardzo atrakcyjne i seksowne studentki reprezentujące drożynę hokejową (link: http://www.straitpinkie.com/kentucky-2/uk-hockey-drops-the-puck-this-weekend-uk-hockey-poster-girlsuh-yump/). Niestety, w Polsce nadal panuje mit uczelni jako "skansenu powagi, smutku i martyrologii". Tymczasem wystarczy odwiedzić stronę internetową jednej z najlepszych uczelni na świecie tj. Harvard University (http://www.harvard.edu ), aby przekonać się, jak „sexy” i „trendy” może być uczelnia, która wprost i jawnie inspiruje się estetyką kultury masowej, kultury która daaawno już przestała być w krajach o których mowa postrzegana jako „ta zła nikczemna”. Proszę zwrócić uwagę, na stronie H.U. nie uświadczymy „smutnych pełnych grozy Panów Profesorów w czarnych togach” ale uśmiechnięte twarze. Co więcej, na kolorowych przenikających bannerach widnieją osoby dla kultury masowej reprezentatywne a i kontrowersyjne (np. Oprah Winfrey) i które pojawiają się w sąsiedztwie cenionych intelektualistów (w Polsce zaraz byłoby wielkie oburzenie). Mało tego, aby zachęcić studentów do dyskusji w interesujących panelach formułuje się przyciągające i dwuznaczne hasła np. „Sex Week at Harvard” (podaję link do strony, wzbogaconej ilustracją, strony która w naszym kraju - obyczajowo miliony lat świetlnych za krajami Europy Zachodniej - wywołałaby skandal obyczajowy http://bostinno.com/2012/10/24/harvard-sex-week-2012/). [niżej ciekawy akrtykul o tym, jak skuteczną metodą nauczania może być e-learning) Jestem dumnym studentem uczelni o której mowa, i proszę mi uwierzyć, że wielu z naszych rodzimych Profesorów po prostu nie miałoby szans ani zaistnieć szerzej w tamtejszym środowisku akademickim, ani przekonać do siebie studentów. Nie z powodu wiedzy jednak, ale z powodu skostniałej formy obyczajowej. Czy potraficie sobie Państwo wyobrazić np. to, aby przejść z utytułowanym wykładowcą na „TY” w naszym kraju, albo żeby na ceremonię inaugurującą rok akademicki jako profesor zamiast w todze przyjść w T-Shirt;cie z napisem „F…your Self”. W Polsce nie do pomyślenia prawda?. Tam zaś nie do pomyślenia jest aby np. na oficjalnej stornie uczelni pojawiła się informacja zapraszająca na uczestnictwa w mszy świętej z okazji jakiegoś święta czy innej okoliczności. Paradygmat bowiem na którym ugruntowana jest tamtejsza obyczajowość wyraźnie rozgranicza religię od wszelkich innych form obyczajowości. Parafrazując zatem Pana Profesora, przeformułuję zdanie i napiszę, że powodem z uwagi na który nigdy nie będziemy konkurencyjni w stosunku do uczelni takich jak Harvard nie jest poziom wiedzy naszych uczonych, ale fakt, że korzystając z estetyki kultury masowej są w stanie sprostać kulturze akademickiej właśnie dlatego, że doskonale rozumieją jej związki z edukacją i właśnie dlatego nie bawią się przyszłym kandydatem na studia.

    OdpowiedzUsuń
  2. Przyzna jednak Anonimowy, że jest jednak pewna różnica w percepcji produktów kultury estetycznej w formie nagiej kobiety a kobiety odzianej w koszulkę zawodnika hockeya...Osobiście uważam,że niekonwencjonalny format reklamy jest strzałem w 10! Jednak tak jak rozmowy w niedzielnej telewizji śniadaniowej o orgazmie aktorki Ilony F. tak naga baba na bilboardzie to lekka przesada.

    Z resztą argumentów nie dyskutuję, bo ma Anonimowy całkowitą rację. Edukacja jest skostniała i nie otwarta na "swobodę" przekazu i wykorzystwania popkultury. My koncentrujemy się na tym, żeby zatytułować profesora, nie urazić go swoim zachowaniem, traktować jak świętą krowę...a potem i tak Profesor zwyczajny mówi, że trzeba było rozkładać książki a nie nogi do ciężarnej studentki...

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy ma patologiczne wyobrażenie o polskich uczelniach i ich kadrach, toteż z taką łatwością je generalizuje na całe środowisko. Polska nauka nie jest martyrologiczna a profesorowie znakomicie i na wyższym poziomie niż niektórzy z UK posługują się i odwołują także do kultury popularnej. Anonimowy nie rozróżnia estetyki reklamy, która w opisanym przykładzie jest po prosu seksistowska, ordynarna i w USA wywołałaby protest genderowców.
    Czym innym jest tytuł wykładu a czym innym jego wizualizacja i doprawdy nie o takie sprostanie tu chodzi by zwulgaryzowaną nagością konkurować z wybitnym Harvardem. Oni tak nie rekrutują studentòw. Anonimowy zagalopował się w fascynacji tymi obrazami narzucając nieadekwatną do nich interpretację.

    OdpowiedzUsuń
  4. Skłonny jestem przyznać, Panu rację gdy mowa o ilustracjach widniejących powyżej, istotnie są banalne i pozbawione finezji, a nie musiałyby takie być gdyby jakiś artysta który za nie odpowiada bardziej się wysilił. Nie sądzę, jednak aby moje wyobrażenie o polskiej rzeczywistości akademickiej było patologiczne. Z jakiegoś bowiem powodu nie jestem w swoich uwagach osamotniony, czego dowodzi wpis poniżej mojego pierwszego komentarza. Jeśli chce Pan Profesor powiedzieć, że pod względem otwartości na kulturę popularną nie ustępujemy pod tym względem USA to w żadnej mierze zgodzić się nie mogę i podobnie nie zgodzi się z Panem nikt, kto choć raz miał okazję obcować z kulturą akademicką za czy w UK. Czy patologiczne jest moje wyobrażenie dotyczące kultu Profesora w Polsce? Nie sądzę. Cieszą mnie przykłady które ukazują następujący w tym względzie postęp obyczajowy, ale to wciąż raczej wyjątek aniżeli reguła.

    OdpowiedzUsuń
  5. Wszystko zależy w takim opiniowaniu od tego, kto ma dostęp do jakich źródeł i jakie ma kontakty. Anonimowy zdaje się je stracił, a pozostało w pamięci coś, czego nie musi akceptować, z różnych powodów. Ja znam świetnych profesorów w swojej dyscyplinie, dlatego nie wypowiadam się tak kategorycznie o całym świecie akademickim, jak czyni to Anonimowy. Też mógłbym sypnąć przykładami z Wlk. Brytanii, Niemiec czy USA beznadziejnych profesorów, których publikacje czy prowadzone badania są na żenującym poziomie. I co z tego miałoby wynikać? Czy to, że pewien brytyjski profesor pracuje w ekskluzywnym rankingowo uniwersytecie a pisze bzdury, zwalnia mnie z myślenia i powinienem w zachwycie go cytować, żeby zwiększyć poziom mojego wskaźnika cytowań? Warto trochę przemyć oczy także z tamtej perspektywy. Jest wiele dobrego i tu i tam.
    Mój wpis nie jest reakcją oburzonego "starucha", broniącego "kultu stetryczałego profesora". Znam prawie 90 letnich profesorów, których kultura osobista i sposób podejścia do studentów, doktorantów czy osób spoza środowiska jest dalece wyższa od tu eksponowanej przez anonimowego. W mojej konferencji uczestniczył Brytyjczyk, którego poziom referatu był właśnie popkulturowy, tyle że banał gonił banał. Nie ma co przerzucać się takimi odniesieniami do rzeczywistości, której nie zna się w pełni.

    OdpowiedzUsuń
  6. Głęboko szanuję Pańskie poglądy, choć w wielu kwestiach równie głęboko się z nimi nie zgadzam. Bywa, że w sprawach o których Pan piszę brakuje tych, które bulwersować mogą nie mniej niż nagie panie na plakatach. Nie przypominam sobie, aby poświęcił Pan uwagę słowom Pani Poseł, skądinąd także reprezentująca środowisko akademickie a która publicznie obrażała i naśmiewała się z Posłanki Anny Grodzkiej. Jeśli moje wyobrażenie w sprawie jest patologiczne, to dlaczego patologicznym nie jest fakt, że tylko nieliczni mają w naszym kraju odwagę kwestionować obecność religii w szkołach. Kiedy twierdzę, że nasza edukacja jest skostniała, nie chce nikogo obrażać, twierdzę jedynie, że GENERALNIE (a trudno abym w tych kilku zdaniach mógł pokusić się o szczegółową analizę konkretnych przypadków) jest tak, iż liberalizacja środowiska oświatowo-naukowego postrzegana jest jako krok w stronę degradacji tego środowiska. Problem nie polega na tym, że ja tak sądzę ani, ze sądzi tak wiele osób solidaryzuje się ze mną w diagnozie, ale na tym, dlaczego ja i wiele innych osób tak właśnie sądzi, czyżby każdy kto, ma podobne zdanie cechował się patologią w sferze wrażeń które odnosi? z pewnością upraszczam wiele spraw, ale trudno aby przy okazji jedynie lapidarnych komentarzy mogło być inaczej. Także retoryka obecna w języku jakim posługuje się środowisko akademickie może być krzywdząca. Niechęć zdecydowanej większości "sorów" w stosunku to rzeczywistości znajdującej się poza murami szkoły sprawia, że takie pojęcia jak "reklama", "promocja", "biznes" są nierzadko synonimami słowa "oszustwo". Nie twierdzę, podobna retoryka zawsze cechuje Pana, ale bywa, że jest Pan blisko niej.

    OdpowiedzUsuń
  7. "Znam prawie 90 letnich profesorów, których kultura osobista i sposób podejścia do studentów, doktorantów czy osób spoza środowiska jest dalece wyższa od tu eksponowanej przez anonimowego"

    Rozumiem, że nie chodzi o moją kulturę (tudzież brak jej) ale o kulturę niektórych Profesorów o których piszę?.

    OdpowiedzUsuń
  8. Przyznaję, że określenie "patologia" było z mojej strony przesadzone, ale to jest reakcja wyostrzona na przesadzona przez Anonimowego generalizację. Moja retoryka na temat szkolnictwa prywatnego, ale także publicznego, jest w konkretnych zdarzeniach adekwatna do ich treści i także etycznego kontekstu. Bardzo dobrze wiem, o czym i o kim piszę. Nie podaję często nazw uczelni, szkół czy szkółek, bo istotą jest tu wskazanie na problem, zjawisko, a nie napiętnowanie określonej instytucji. Są w niej bowiem także osoby przyzwoite, profesjonalnie działające i wartościowi studenci. Niestety, trzeba pojeździć w ramach akredytacji PKA po Polsce i zobaczyć od środka, jaki "pseudo biznes" kryje się w wielu z nich, jak ordynarnie oszukuje się studentów, nauczycieli akademickich, wykrada pieniądze, itp. W polskim sektorze szkolnictwa prywatnego nie ma i długo jeszcze nie będzie Ameryki, dlatego nie ma co się oburzać na moją krytykę, bo nie ma tu ani kogo, ani co bronić, chyba, że jesteśmy za podtrzymywaniem złudzeń, fikcji i degradacji liberalnego modelu kształcenia wyższego.

    OdpowiedzUsuń
  9. Jednym z powodów z uwagi na które niemal każdego dnia wchodzę ba blog Pana Profesora (a bywa, że z ze względu na różnice czasowe kraju w którym mieszkam nie jest to łatwe) jest to, że nie należy Pan do grona tych, którzy "z góry" traktowali osoby wypowiadające się tutaj. Myślę, że pomimo różnić w zdaniach, co do jednego panuje między nami zgoda. Polska oświata i nauka dotykają ogromne zmiany, zmiany, których nie zawsze jesteśmy w stanie zrozumieć. Kształt i przyszłość tej przestrzeni zależy od nas i tego w jaki sposób będziemy o niej dyskutować. Chciałbym aby nowym mottem tej przestrzeni były słowa Woltera, który powiedział kiedyś (nie wiem czy to dosłowność, więc nie wstawiam cudzysłowia), że choć do końca życia nie będę się z tobą zgadzać, to do końca życia będę walczył o to, abyś miał prawo to mówienia tego co sądzisz

    Dziękuję za krótką, ale warto zapamiętania wymianę zdań

    Kamil (Miami)

    OdpowiedzUsuń
  10. Dokładnie. Nie piszę o Anonimowym, ale o tych, których on sam ma na myśli.

    OdpowiedzUsuń
  11. Szanowni Państwo;
    W odniesieniu do powyższej dyskusji zaznaczę jedynie moje pewno kontrowersyjne zdanie na ten temat. Jak obserwuje z dystansu niektórych wykładowców w podeszłym wieku (bez obrazy), którzy pragną na siłę być cool chcąc dorównać nudnemu zresztą, ale jakże popularnemu medialnie np. Kubie W. Odnoszę wrażenie jako człowiek młody, iż taka postawa pozbawiona często autentyzmu nie przystaje do widocznych u niektórych gołym okiem znaków czasu. Zdaje mnie się, że idzie o to by być sobą (bowiem w uczelni gdzie każdy często na pokaz lub z racji potrzeby dostosowania się jest uśmiechnięty, bo w społeczeństwie usługowym przecież ta cecha jest wielce pożądana, moim zdaniem nie jest tak pięknie i kolorowo szczególnie w obliczu obecnych kryzysów, wojen itp.).Wiadome jeśli ktoś jest z natury nudziarzem nie pomogą nawet szczere i dobre intencje. Z drugiej strony nie wydaje mi się by promowanie nie rzadko kiczowatych trendów obecnych w kulturze popularnej było czymś godnym chwalenia i wspierania. Propagowanie bądź posługiwanie się hedonistycznymi wartościami nawiązującymi do wszelakich przyjemności, które są iluzoryczne i oderwane od realności nie powinno w moim mniemaniu być zadaniem szkoły. Edukacja winna kształtować kompetencje pozwalające na ich krytyczny odbiór, a nie kreowanie. Można myślę w inny sposób zdobyć zaufanie studentów i uczniów. To, że uczelnie posługują się w krajach zachodnich takimi praktykami by przyciągnąć uwagę przyszłych ich absolwentów świadczy jedynie o tym, że sprzedały się ponadnarodowym korporacyjnym potentatom, którym idzie jak mniemam o zwielokrotnienie własnych zysków. Jednakże to moje subiektywne zdanie.
    Z poważaniem - Andrzej

    OdpowiedzUsuń
  12. A mnie się wydaje, że problem jest jeszcze bardziej skomplikowany. Sądzę, że nie możemy już dokonywać dualistycznego podziału w ramach którego, tzw. kultura akademicka, wysoka to jest "ta dobra" a kultura popularna to "ta zła". NIE, tak to nie działa. I jedna i druga ma swoje słabości. W tym sensie rację ma i Pan Profesor i ci, którzy z nim polemizują. Potencjał jednej można wykorzystać w celu promowania drugiej, np. liczne kanały edukacyjne typu. Discovery, National Geographic z pewnością należą do kultury masowej, ale jednocześnie spełniają funkcję edukacyjną i to czasami wcale nie banalną. Zresztą wielu ludzi, którzy pracuje na tego typu programami to w istocie pracownicy naukowi, którzy chcą uatrakcyjnić przekaz i nie ulega wątpliwości, że nierzadko im się udaje. Jeśli weżmiemy pod uwagę fakt, że edukacja także została na świecie umasowiona to jej bliskość z kulturą masową wydaje się być tym bardziej uzasadniona. Znany jest np. przypadek Richarda Schustermana, który w aramach zaliczenia poprosił o napisanie eseju językiem Hip-Hop...i podobno udało się. To prawda, że w Polsce nadal są profesorowie, którzy nie do końca ogarniają kulturę popularną wraz z jej gadżetami itp. Tutaj oczywiście młodzi zawsze będą kilometry przed nimi, ale to się zmienia z kązdym kolejnym rokiem, kiedy miejsce sędziwych "sorów" zajmują młodzi. Myślę, że potencjał kultury masowej można wykorzystać nie tylko do tego aby bezkrytycznie się z nią zgdzać, ale aby za pomocą języka i symboli którymi się posługuje podjąć nad nią krytyczną refleksję...tak sobie właśnie myślę

    OdpowiedzUsuń
  13. Szanowni Państwo;
    Zgadzam się z anonimowym, iż kultura popularna jest różnorodna i w tym tkwi głównie jej moc. Mało tego wsysa kulturę wysoką poniekąd ją umasawiając, co jak się zdaje ma swoje plusy i minusy. Nie rozpatruje tych kwestii w kategoriach dobra i zła. Warto postawić pytanie o procentowy udział tych pozytywnych godnych uwagi praktyk w kulturze popularnej? Wydaje się, iż znikają one w morzu wystawianej na pierwszy plan (eksponowanej, bo nie jest ona chyba do końca homogeniczna) bylejakości i trywialności. Kultury młodzieżowe takie jak: hip-hopowa, czy obecnie nawet (pop)rastafariańska odgrywają znaczącą rolę w kreowaniu tożsamości młodych pokoleń i faktycznie potrzeba wykorzystać ów drzemiący w nich twórczy, a zarazem pozytywny potencjał. Zmienia jasne z tym, że jak bardzo nasza rzeczywistość gdzie 40% rodaków żyje w biedzie ma się do tej z za oceanu? Tu wydaje się robienie dobrej miny do złej gry nie wystarczy...
    Z poważaniem Andrzej

    OdpowiedzUsuń
  14. A tak się ma ta rzeczywistość do tamtej, że to właśnie w USA zrodził się i rap, i hip-hop. I nie zrodził się bynajmniej z nadmiaru bogactwa. Spokojnie można dokonać porównań.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No pewnie. W Ameryce wszystko jest najlepsze. Nawet Jerzy Urban jako rzecznik rządu w okresie PRL chciał im wysłać 100 śpiworów dla bezdomnych.

      Usuń
  15. Miałem kiedyś okazję rozmawiać z jednym z pedagogów prof. T. Szkudlarkiem i powiem wam jest to doskonały przykład "sora", którego wprawdzie trudno zaliczyć do młodego pokolenia, ale to w jaki sposób opowiadał "na luzie" sprawiało, że bardziej przypominał Jurka Owsiaka aniżeli, tradycyjnie rozumianego wykładowcę. Rewelacja

    OdpowiedzUsuń
  16. To prawda. Niestety, Anonimowy nigdy T. Szkudlarka nie widział i nie słyszał. Przyznaje jednak, że miał na uwadze jakichś profesorów ze znanego sobie kręgu. To wszystko wyjaśnia. Swoją drogą, czekamy na reakcje oburzonych na tę reklamę feministek.

    OdpowiedzUsuń
  17. Szanowni Państwo;
    Wszyscy anonimowi piszą anonimowo i nie wiadomo o, kogo idzie (przynajmniej ja się w tym gubię)jeśli coś jest nie jasnego w tym co pisze proszę o wyraźniejsze kierowanie argumentów bowiem jest taka możliwość, wynikła z racji, iż się podpisuje. Bardzo szanuje środowisko profesorskie szczególnie prace Profesora Zbyszko Melosika (te akurat troszkę znam), czy innych naukowców poruszających aktualne problemy w sposób oryginalny metaforyczny i barwny. Niezwykle trafne są refleksje takich ludzi (choćby blisko 90-letni Profesor Z. Bauman)dotyczące kultur młodzieżowych. Wiem, że rap narodził się w gettcie i powstał z racji działalności gangu. Nie szło mi o porównania dotyczące adaptacji subkultur w Stanach i w Polsce. Miałem na myśli to, że za oceanem inaczej pojmowana jest kultura popularna, niż u nas w postsocjalistycznej rzeczywistości tj. naturalne. I powiedzmy promocja wartości hedonistycznych, czy konsumpcyjnych w kraju gdzie jest dość wysoki standard życia, a czynienie tego u nas w kraju, gdzie zdaje mi się prowadzi to do frustracji wśród wielu młodych i utrwalenia podziałów międzyludzkich. Ogólnie promuje się pewne wzory zachowania i style życia nie osiągalne w dużej mierze dla przeciętniaków co o ile się nie mylę warunkuje anomię. W dużej mierze tutejsze nieporozumienia dotyczą moim zdaniem takiej a nie innej formy komunikacji.
    Z poważaniem - Andrzej

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.