wtorek, 5 lutego 2013

Narkotyczna wiwisekcja i polityka w szkołach publicznych

Wczorajsza "Rzeczpospolita" powołała się na jakiś sondaż w ramach Europejskiego Programu Badań Ankietowych w Szkołach wśród uczniów szkół publicznych, z którego wynika że coraz częściej wnoszą oni do tych placówek narkotyki i częstują nimi kolegów. Nie ma to jak nieustanne ankietkowanie uczniów, które jest najmniej wiarygodnym źródłem wiedzy o faktach, natomiast doskonale nadaje się do badania opinii na jakiś temat. Wyciąganie wniosków z opinii, czyichś poglądów jako odpowiadających rzeczywistości jest dużym nieporozumieniem i służyć może jedynie demagogii oraz propagandzie społeczno-politycznej, jeśli jest prezentowane jako wiedza o realiach codziennego świata naszego życia. Karmią się tym media, a politycy zaczną lada moment tworzyć kolejne rozwiązania mające zapobiegać zjawiskom, które są artefaktami. Sam prowadziłem sondaż diagnostyczny w kilku łódzkich szkołach ponadgimnazjalnych i przekonałem się, w wyniku odpowiedniej konstrukcji narzędzia, że poziom szczerości jest niski. Uczniowie są chyba już przemęczeni i mają dość gromadzenia ich opinii na jakiekolwiek tematy, toteż zaczynają sobie żartować, kpić, wpisywać dowolne treści na znak oporu przeciwko nieustannej wiwisekcji.

Jeszcze nie rozpoczęła się żadna kampania wyborcza, bo w tym roku Polacy mają wolne od podejmowania decyzji politycznych, ale już toczy się walka polityczna na terenie szkół, do której niektóre partie wykorzystują swoich uczniów. Ojej, przepraszam, nie wykorzystują, bo brzmiałoby to zbyt instrumentalnie, chociaż jest zgodne z realiami, tylko to przedstawiciele młodzieżówki partyjnej zaczynają walczyć o swoje miejsce i interesy ideologiczne, przenosząc je do szkół, jak ponoć dilerzy czynią to z narkotykami.

Oto Damian Raczkowski maturzysta z Zespołu Szkół Ogólnokształcących nr 4 w Łodzi, który jest działaczem i koordynatorem młodzieżówki partii - Ruch Janusza Palikota, postanowił skorzystać ze swojej dorosłości i przenieść polityczne zaangażowanie do własnej szkoły. Ponoć wczoraj - jak podaje red. Marcin Masłowski z Gazety Wyborczej - złożył na ręce dyrektora szkoły pismo, uzyskawszy konsultację prawną i jeszcze 40 podpisów koleżanek i kolegów ze szkoły, w którym to piśmie domaga się usunięcia ze szkoły symboli religijnych. Chwali się, że zgromadził więcej podpisów, ale część uczniów wycofała się z obawy ewentualnych niekorzystnych dla nich konsekwencji ze strony nauczycieli lub rodziców. To ciekawe. Cóż za odwaga! Kiblowa? Po południu miała być konferencja prasowa tegoż ucznia z udziałem posłów RP - Romana Kotlińskiego i Armanda Ryfińskiego. Lewicowa prasa zdaje z niej relację . Uczeń D. Raczkowski ma swoje medialne pięć minut. W czasie konferencji obstawiali go dwaj szermierze wolności szkoły publicznej od światopoglądu - posłowie Ruchu Palikota.


Partyjni działacze nie czytają prawa, skoro ów młodzieniec nie zapoznał się z Ustawą o Systemie Oświaty, jaka obowiązuje jeszcze w tym kraju. Zamiast zatem zaangażować się w Parlamencie, w swoim środowisku pozaszkolnym, na ulicy czy w Internecie, postanowił wykazać się swoją "odwagą polityczną" w szkole, pokazując jak łamie się w ten sposób prawo. Widać zatem prawdziwy symptom młodzieżowego zaangażowania politycznego, które powinno spotkać się z jednoznaczną reakcją nie tylko dyrekcji szkoły. Gdyby ta zawiadomiła prokuraturę o naruszeniu przez ucznia prawa, mogłoby dojść do precedensowego rozstrzygnięcia w Polsce, czy i jak dalece możliwe jest prowadzenie działalności politycznej na terenie szkół publicznych, skoro Ustawa na to nie zezwala? Przypominam zatem odpowiedni zapis:

Art. 56. 1. W szkole i placówce mogą działać, z wyjątkiem partii i organizacji politycznych, stowarzyszenia i inne organizacje, a w szczególności organizacje harcerskie, których celem statutowym jest działalność wychowawcza albo rozszerzanie i wzbogacanie form działalności dydaktycznej, wychowawczej i opiekuńczej szkoły lub placówki.

Nie bardzo rozumiem, dlaczego całej sprawie ma przyjrzeć się kurator oświaty? Chyba, że temu, by pomóc dyrektorowi w przeciwstawieniu się działalności politycznej niektórych uczniów na terenie podległych jego nadzorowi szkół. O tym, że akcja maturzysty ma taki charakter, on sam mówi udzielając na prawo, a raczej na lewo, wywiadów.

To oczywiste, że jego akcja ma związek z ofensywą partii w strukturach ruchu młodych Janusza Palikota. Jednym z celów tej ofensywy jest - cytuję z dokumentu tej partii: "zaistnienie w mediach - budowanie relacji z lokalnymi mediami jako świetny kapitał". Celem ogólnym ofensywy jest skierowanie jej na neutralność światopoglądową w edukacji, w tym uderzenie w potrzebę przeprowadzania lekcji etyki (oczywiście świeckiej) w szkołach. Zdaniem twórców tej strategii: Paradoks polega tutaj na tym, że szkoła nie jest neutralna światopoglądowo. Edukacja niesie zideologizowaną treść - podporządkowanie religii i panującej doktrynie politycznej". Wyznawcy proponują zatem szkołom swoją ideologię, nie wspominając o tym, jakiej doktrynie politycznej jest ona podporządkowana.

Okazuje się, że Ruch Palikota prowadzi własne sondaże na terenie szkół publicznych. Jak wskazuje w swojej strategii do działaczy młodzieżówki: (...) dostaniecie dwa wzory ankiety (jedna dla uczniów gimnazjów i liceów, druga dla studentów), które posłużą Wam do badania nastrojów społecznych związanych z postulatami, które będziemy głosić". Nic dziwnego że wiceprzewodniczący Zarządu Krajowego Ruchu Młodych zwraca się nie tylko do młodzieży partyjnej z powyższymi zadaniami, ale i do posłów Ruchu Palikota ze szczególną prośbą , by wsparli ofensywę ruchu młodych pod nazwą "Młodzi na kryzys". Sugeruje zarazem, by ulotki "rozdawać głównie przed szkołami. Byłoby bardzo świetnie i cudownie, gdybyście dogadywali się z innymi młodzieżówkami i w ramach lekcji WOSu przeprowadzali debaty nt. sytuacji młodych w kryzysie." Z nadzieją na zaangażowanie przesłał młodym wzór ulotki, jak również kilka dodatkowych informacji, które mogą się przydać do debaty, bądź konferencji, bądź żeby się pochwalić przed kolegą, koleżanką, czy Panią w szkole".


3 komentarze:

  1. Oczywiście, że nie można wierzyć w wyniki tych badań ankietowych. Moja córka z rechotem opowiada, jakie bzdury tam wypisują; każda kolejna ankieta przyjmowana jest jako okazja do zabawy. Potem przechwalają się, kto sobie zrobił "większe jaja" z ankieterów. Ten sposób pozyskiwania informacji z góry skazany jest na niepowodzenie, bo i dlaczego uczniowie mieliby się dzielić swoją wiedzą z obcymi, albo dlaczego mieliby zaufać znanym osobom?

    OdpowiedzUsuń
  2. Wystarczy że polityka jest w mediach. Szkoła powinna być od tego wolna, poza szkołą- proszę bardzo.
    Kiedyś w Radzie Rodziców miałem politykierów różnych opcji, zachowania sejmowe przeniosły się do szkoły, to znaczy kilku panów tak chciało, ale nie pozwoliłem na to.

    OdpowiedzUsuń
  3. Czy pan autor bloga wie, co to są badania ESPAD?

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.