czwartek, 14 lutego 2013

Jakie studia - taka płaca?

Ogólnopolskie Badanie Wynagrodzeń (OBW)w 2012 roku, które przeprowadziła firma Sedlak & Sedlak, odsłaniają poziom wartości wykształcenia i wykonywanej pracy zawodowej w Polsce w minionym roku. Powyższa firma opublikowała RANKING UCZELNI WYŻSZYCH, analizując na podstawie badania losów zawodowych absolwentów studiów ich wynagrodzenia. Diagnozą objęto 114,7 tys. osób, a zatem jest to największe pozarządowe badanie płac w naszym kraju. Respondentami są osoby w wieku 22-35 lat z wykształceniem wyższym (licencjackim i/lub magisterskim). Wynikałoby z tego, że młodzi ludzie powinni zajmować bardziej specjalistyczne stanowiska a ich wynagrodzenia być wyższe niż pozostałych osób.

Z badań wynika, że maksymalnie rok po ukończeniu studiów wyższych II stopnia (magisterskich) ich absolwenci zarabiali przeciętnie 2 750 zł., a więc o 10% więcej niż bezpośrednio zatrudniający się po ukończeniu studiów wyższych zawodowych (licencjackich lub inżynierskich). Zarobki 25% osób ze stopniem magistra przekraczały 3,5 tys. zł, zaś płace 25% najmniej zarabiających magistrów były niższe niż 2 tys. zł. Co czwarty z otrzymujących najniższe wynagrodzenie nie zarabiał więcej niż 1,8 tys. zł. Najlepiej zarabiali absolwenci uczelni o profilu technicznym, zaś najmniej o profilu pedagogiczno/nauczycielskim (poniżej 2 tys. zł).

Najwyższe wynagrodzenie otrzymywały osoby po studiach w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie (przeciętna płaca wynosiła ok. 3,5 tys. zł), dalej po studiach technicznych w Politechnice Warszawskiej (ok. 3, 4 tys. zł) i po Politechnice Gdańskiej (ok. 3,2 tys. zł). W pierwszej dziesiątce uplasowali się absolwenci z płacą w wysokości 3 tys. zł. po Akademii Górniczo-Hutniczej im. Stanisława Staszica w Krakowie i Politechnice Wrocławskiej, Politechnice Łódzkiej i trzech uniwersytetach - Uniwersytecie Warszawskim, Uniwersytecie Ekonomicznym we Wrocławiu i w Poznaniu oraz SGGW w Warszawie. W rankingu uczelni stworzonym na podstawie danych przekazanych przez absolwentów, niezależnie od roku ukończenia uczelni pierwsze miejsce zajmuje Szkoła Główna Handlowa w Warszawie. Mediana wynagrodzeń osób, które ukończyły studia na tej uczelni wyniosła w 2012 roku 8 100 PLN. Na drugim miejscu uplasowała się Politechnika Warszawska. Absolwenci tej szkoły zarabiali przeciętnie 7 000 PLN. Trzecie miejsce zajęła Politechnika Gdańska. Osoby, które ukończyły studia w tej uczelni zarabiały przeciętnie 5 875 PLN.

Eksperci dziwią się, że do pracy w szkołach czy placówkach oświatowych nie ma naboru spośród młodych kadr, a i ci, którzy w nich podjęli pracę prosto po studiach, wkrótce z niej rezygnują lub z nich rezygnują dyrektorzy szkół. Tak jest po prostu taniej. Nauczyciel stażysta ze stopniem zawodowym magistra z przygotowaniem pedagogicznym zarabia brutto 2265 zł, a bez przygotowania pedagogicznego, ze stopniem zawodowym licencjata z przygotowaniem pedagogicznym 1993 zł. Absolwent studiów licencjackich bez przygotowania pedagogicznego, z dyplomem ukończenia kolegium nauczycielskiego lub nauczycielskiego kolegium języków obcych zarabia brutto 1759 zł. Mówienie zatem o kokosach jest - delikatnie mówiąc - dalekim nadużyciem mimo tego, że od 1 września 2012 r. pensja nauczyciela stażysty wzrosła o 83 zł.

Młodzi, wykształceni wolą pracować tam, gdzie za tę sama kwotę nie napracują się zbytnio, a przynajmniej nikt nie będzie im wypominał wyjątkowych warunków pracy i płacy. Absolwenci pedagogiki pracują zatem tam, gdzie płace są takie same lub nawet wyższe. W roli telemarketera otrzymają 2,8 tys. zł., a sprzedawcy/kasjera ok. 2 tys. zł. Płaca kelnera (bez napiwków) to 1,7 zł. Kiedy czytam, że Donald Tusk dał nauczycielom astronomiczne podwyżki, to zastanawiam się, którym?





34 komentarze:

  1. Proszę wybaczyć, ale czytam to i oczom swoim nie wierzę...Rozumiem, że przytoczone tu liczby to zarobki BRUTTO...Sam mam doktorat (do niczego zresztą niepotrzebny i raczej przeszkadza w poszukiwaniu pracy aniżeli w czymkolwiek pomaga) i nie zarabiam kwoty o jakich tu mowa. Skądinąd nawet jeśli są to brutto to po 1) nie znam nikogo kto po studiach magisterskich zarabiałby takie pieniądze po 2) nie wiele znam osób, które w ogóle pracowałby na umowę o pracę. Jeśli badania te były robione na zlecenie rządu to chciałbym poznać metodologię tychże...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Stare, ale postanowiłem odpowiedzieć. Za co Ci dali ten doktorat skoro nie masz pojęcia o statystyce???

      Osobiście mam mgr inż. i jestem 3.5 roku po studiach, na których nie przepracowałem ani jednego dnia. Zaraz po studiach, które skończyłem z średnią 3.88, dostałem pracę w IT, stawiałem zawsze na praktykę a nie na głupie oceny w indeksie czy teorię z lat 70tych od tetryków z uczelni.

      Dziś zarabiam około 7500 brutto. W mojej firmie otaczają mnie podobnie i znacznie lepiej zarabiający w liczbie prawie 250 osób.

      Nie znam nikogo na umowach śmieciowych, nie znam nikogo poniżej średniej krajowej. Czy to oznacza, że w Polsce zarabia się statystycznie tak dobrze???? Nie - bo tak jak moje "znajomości" nie są miarodajne, tak jak i Twoje.

      Zamiast kończyć doktorat i słuchać starych ramoli z uczelni, którzy z praktyką mieli kontakt w latach 70, których nikt nie chce w prywatnym sektorze stąd zostali na naszych "antycznych naukowo" uczelniach, trzeba było popatrzeć na tych co mieli marne oceny, ale starali się nauczyć czegoś praktycznego w własnym zakresie, szukali znajomości i kontaktów z biznesem.
      To właśnie my w tej chwili zarabiamy te "magiczne" kwoty, a 7000 brutto to wcale nie kokosy - znam specjalistów najwyższej klasy z zarobkami rzędu 15 - 20 tys.

      Pozdrawiam frajerów którzy dla "prestiżu" zrobili doktorat i biedują :D

      Usuń
  2. suplement, chyba liczone było to w taki oto sposób http://demotywatory.pl/3994503

    OdpowiedzUsuń
  3. O proszę bardzo...telemarketer zarabia więcej niż niejeden adiunkt i nie wiele więcej niż kelner.

    OdpowiedzUsuń
  4. W Polsce to raczej jakie układy taka praca i płaca, absolutnie niezależnie od efektów:

    Pani Wojdyła z PSL np.(osoba, która w MEN odpowiadała za skrajną biurokratyzację opieki nad uczniami o szczególnych potrzebach) miała na sumieniu również przestępstwo urzędnicze - za jej wiedzą i zgodą [a zapewne i poparciem;-)] jej mąż, skazany prawomocnym wyrokiem kryminalista(paser w gangu złodziei samochodów!) nie tylko bezprawnie wykonywał zawód nauczyciela, ale również został później zastępcą (do spraw organizacyjno-finansowych!) p.Berdzik w ORE, a następnie po jej przejściu na wiceministra MEN - ponad pół roku był p.o.dyrektora ORE (czas afer przetargowych!) - coś o tym choćby tu:
    www.rp.pl/artykul/922013.html?print=tak&p=0
    Pani Wojdyła wiedziała o przestępczym podjęciu pracy przez męża w roli nauczyciela i później, ale nic nie zrobiła aby temu przeciwdziałać. Więc pani Wojdyła straciła stołek wicedyrektora departamentu w MEN i ....
    została właśnie dyrektorem wydziału w Mazowieckim Kuratorium Oświaty....;-)
    Ma znaczenie legitymacja pani Wojdyły a nie jej dyplom, jaki by nie był!!!

    OdpowiedzUsuń
  5. wystarczy poczytać ogłoszenie o prace w urzędach, które wykluczają studentów z możliwości rekrutacji np. (http://www.is.waw.pl) "Wykształcenie:
    średnie Wymagania konieczne:
    1 rok stażu pracy w obszarze administracji publicznej
    •Dobra znajomość prawa podatkowego, w szczególności ustawy o VAT i Ordynacji podatkowej, ale również dziedzin pokrewnych.
    •Umiejętność stosowania prawa w praktyce.
    •Umiejętność analitycznego myślenia, dobrej organizacji pracy własnej i pracy w sespole, umiejętność komunikacji, samodzielność, odporność na stres.
    •Umiejętność obsługi komputera." A gdzie zdobyć doświadczenie jak nie ma ofert bez niego, wystarczy średnia szkoła i dobrze znajomości a później jest problem z jakością obsługi i interpretacji w urzędach

    OdpowiedzUsuń
  6. Lekko mówiąc, wkurza mnie określenie "średnie wynagrodzenie", bo jest to bardzo niejasne. Krzywa Gausa Panie Profesorze, krzywa Gausa.!!!
    Nigdy moje zarobki po studiach w Łodzi nie przekraczały 1800zł netto, dlatego wyjechałem z tego chorego kraju!!!! Proszę mówić do nasz czytelników językiem netto, a nie brutto uśrednionym. To są informacje niewiele mówiące. W każdej szkole leżą setki CV i ludzie chcą tej pracy bo stabilna jest w miarę. Tylko nie ma etatów więc to też zakłamanie. Co najmniej 5 osób po pedagogice znam szukających pracy w szkole bez skutku.
    Z perspektywy profesora na prawdę widzi się jedynie niby średnią szeroko-wąską perspektywę. To tak jakby zmusić pociąg pośpieszny do jeżdżenia po wąskotorówce!!!
    Ps. I jestem świadomy, że przytacza Pan tylko dane skądśinąd, ale proszę mi wierzyć, takie wpisy bardzo denerwują. Czy zależy Panu na pogłębianiu naszych już sfrustrowanych umysłów.?

    OdpowiedzUsuń
  7. wprost odwrotnie. Zależy mi na tym, by władze przestały uprawiać propagandę sukcesu własnego i głosić troskię o społeczeństwo wiedzy z nauczycielami, których nie stać na inwestowanie we własny rozwój, kulturę, bo nie starcza im na życie.

    OdpowiedzUsuń
  8. O...no proszę, okazuje się że telemarketer (z całym szacunkiem dla tego niewdzięcznego zawodu), zarabia więcej niż niejeden adiunkt czy nauczyciel z długoletnim stażem, który z kolei zarabia jedynie ciut więcej aniżeli kelner (bez napiwków...z napiwkami miałby prawie tyle samo). Jaka troska...o co...o naukę oświatę...?...Pan premier chyba żyje alternatywnej rzeczywistości. Mam wielu przyjaciół pracujący w Szkołach licealnych i wyższych 3/4 z nich dosłownie nie wyrabia z płaceniem kredytu...rachunku. Ba...Przypomniały mi się słowa mojego profesora z UWr, który przy okazji kolacji pożegnalnej z naszym rocznikiem powiedział "moi drodzy, za prawdę powiadam wam, że wkrótce nadejdą czasy, kiedy posiadać stopień profesora to będzie hańba"...z całym szacunkiem i dla tego niewdzięcznego zawodu.

    OdpowiedzUsuń
  9. ahahahahahha...ahahah...popłakałem się ze śmiechu. Panie Profesorze, muszę się do czegoś przyznać. Otóż miesiąc temu okłamałem swoich studentów i choć wstydzę się tego, to gdybym powiedział prawdę wstydziłbym się jeszcze bardziej. Na jednych z ostatnich zajęć bowiem moi studenci zadali mi pytanie "bo wie Pan, chcieliśmy zapytać ile tak mniej więcej się zarabia na takiej uczelni ...to chyba tak jest, że jakąś "piątkę" zarabia taki doktor nie?". Uśmiechnąłem się jedynie dodając..."no...tak jakoś". Gdyby wiedzieli ile zarabiam i że mając 33 lata mieszkam z rodzicami, bo mi Bank nie chce dać kredytu to padaliby ze śmiechu jak ja teraz czytając ten propagandowy raport.

    OdpowiedzUsuń
  10. Panie Profesorze, przy okazji któregoś z postów napisał Pan mniej więcej, że wśród wielu "medytujących" nad reformami szkolnictwa średniego i wyższego szczebla panuje jakieś "kosmiczne" przekonanie, że nauczyciel to charytatywny misjonarz i że kto jak kto ale nie wypada mu o pieniądzach mówić ani o nie zabiegać. To były bardzo mądre słowa. Przecież my mamy takie same potrzeby jak inni, opłacamy kredyty, rachunki, jemy, pijemy, mamy dzieci czasem chcemy pójść do kina, teatru na koncert, co by - jak Pan to określił - dokształcać się duchowo i kulturowo. Jak słyszę, że "nam się podwyżka nie należy, bo nie pracujemy osiem godzin dziennie" to się poddaję, bo już mi się nawet komentować tego nie chce. 20 raz poprawiam jakiś kretyński sylabus na widok którego to mam odruch wymiotny, a który jak wszyscy wiemy jest fikcją biurokratyczną. Nie pamiętam kiedy miałem książkę w ręku. Tak mamy wakacje, ale w wakacje też pracuję, bo piszę teksty na które nie mam czasu w ciągu roku akademickiego.

    OdpowiedzUsuń
  11. Tak, sądziłem, że mamy już zamknięty rozdział tzw. pauperyzacji środowiska nauczycielskiego z czasów PRL, ale okazało się, że nastąpiło w nim bardzo duże rozwarstwienie społeczne. Kiedy więc czytam utyskiwania, że młodzi nie chcą podejmować tego zawodu i że w nim przeważają osoby starsze wiekiem, a zatem powstaje jakaś niepokojąca luka generacyjna, to konieczne staje się przywrócenie w debacie publicznej pytania o to: jak to jest z nauczycielskim zawodem na starcie? Od szeregu lat słyszę z MEN obietnice wielkiej troski właśnie o młodych, by przestali myśleć o innych zawodach, tylko swoje uzdolnienia, talenty zaczęli realizować w tym właśnie, jakże pięknym zawodzie. Co z tego, skoro właśnie na wejściu ponownie jego przestrzeń jest wypalana niskimi płacami. Dotyczy to nie tylko oświaty, ale także szkolnictwa wyższego. Jeżeli renomowany uniwersytet oferuje profesorowi tytularnemu z ogromnym dorobkiem pensję podstawową w wysokości 4 tys. zł, a resztę ma sobie dorobić dodatkami, dodatkowym zatrudnieniem, bo tu powinien wystarczyć mu prestiż - a zaznaczam, że nie piszę w tym przypadku o sobie - to pojawia się pytanie o rażące dysproporcje. Są nauczyciele dyplomowani, którzy zarabiają lepiej, niż wspomniany tu profesor, i tacy nauczyciele kontraktowi, którzy wiążą koniec z końcem.

    Zazdrościmy Finlandii, że absolwenci szkół są najlepsi w międzynarodowych sprawdzianach wiedzy i umiejętności. Jakoś nikt nie pisze o tym, że drogo to kosztowało budżet państwa, w którym zaczęto od radykalnych podwyżek płac nauczycieli i doposażenia ich w multimedia, szkolenia, kursy. U nas jest odwrotnie. Straszy się nauczycieli, że jak nie będą doskonalić swoich umiejętności, to się ich zwolni z pracy lub nie zaliczy stażu, ale za wszelki e formy edukacji muszą płacić sami. Teraz też Sejm, Senat lekką rączką pozbawił to środowisko środków na doskonalenie zawodowe, bo... są pseudokursidła ze środków unijnych, na których zarabiają częściowo "cwaniacy".

    OdpowiedzUsuń
  12. Pierwsza uczelnia: wykładowca- 1600 złotych na rękę, druga uczelnia: wykładowca- 1700 złotych na rękę. W obu pierwsze etaty i obie prywatne. Trzecia uczelnia- adiunkt- tu trochę lepiej, bo 2500 złotych na rękę. Umowa tylko na rok. Obecnie jestem bezrobotnym doktorem- pedagogiem i już nie próbuję szukać pracy na uczelniach. Nie mam szans. Moja córka, po pięcioletnich studiach na US, po filozofii z przygotowaniem pedagogicznym, zarabia jako masażystka 7,50 złotych za godzinę. Masuje po 12 godzin dziennie. Po miesiącu ma około 1100 złotych na rękę.
    Kiedy byłam pierwszy raz bez pracy i chciałam wziąć etat sprzątaczki, pani w UP powiedziała, że nie dostanę tej pracy, bo mam za wysokie wykształcenie. Nie mogę tym mniej wykształconym zabierać pracy. Samo życie, aż się brzydko zakląć chce.

    OdpowiedzUsuń
  13. Absolwenci po pedagogice w WSP pracują w hipermarketach na promocji kosmetyków - to ci po pedagogice zdrowia, w dziale zabawek - po pedagogice przedszkolnej, na kasie - po pedagogice zarządzania lub animacji kultury. Mają 4.50 za godzinę w magazynach centròw logistycznych. Po pedagogice sportu pracują w sklepach sportowych smarujac narty.

    OdpowiedzUsuń
  14. Nie jest śmieszne:( jest tragiczne:( Za chwilę słowo "pedagog" będzie się kojarzył z beztalenciem, nieudacznikiem, nieukiem, "papierowym magistrem" i Bóg wie kim jeszcze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jaskółko NIE "za chwilę" ALE "już tak jest" a niestety wszelkie znaki na ziemi i niebie wskazują, że będzie jeszcze gorzej.

      Usuń
  15. Też jestem pedagogiem dopiero na kontraktowym awansie, na rękę mam 2 tysiące, (za 21 godzin roboty- 12 lat ogólnie, w oświacie 5 lat stażu), drugie tyle w ośrodku diagnostycznym. Wychodzi 40 godzin tygodniowo.

    Po mianowaniu będzie więcej, na dyplomowanego też. Nie narzekam, więc nie piszcie pierdół, że nie można. Bo pedagogika? I po prawie można sprzedawać w księgarni specjalistycznej; po psychologii koleżanka pracuje w PUP-ie (Powiatowy Urząd Pracy) za 1100 zł za 40 godzin. Jest zwalniana co jakiś czas , ma wtedy urlop płatny i zatrudniana na nowo na śmieciową umowę.

    Pedagogika jako nauka została sprowadzona do rynsztoka kierunków- a to za sprawą szkółek "wsp"- jak pisze Pan Profesor, tam ją upodlono, zatracając szlachetnośc tej nauki. Tam dopiero robi się pieniądze, o studiach podyplomowych nie wspominając. Tam magister uczy magistra. Jak dr jest to już cos. Żenada.
    A włąściciele rączki zacierają- kasa leje się żywym strumieniem.Bo system wymaga kolejnych zaświadczeń, dyplomów, kursów etc.
    Szkoły podyplomowego kształcenia- to jest biznes, nic tylko taki założyć i na systemie wymuszajacym na nauczycielach obligatoryjnie wieczną naukę- można dobrze zarabiać.

    Jan Ámos Komenský :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Mogą grać na lutni w przejściu podziemnym albo w uwieść kanclerz. Zawsze na jakiś czas starczy...

    Joasia

    OdpowiedzUsuń
  17. Sami się deprecjonujecie. :(

    OdpowiedzUsuń
  18. Powiedzenie jakie studia taka płaca chyba jednak się sprawdza

    OdpowiedzUsuń
  19. Zgadzam się z Anonimowym z 12:12.
    Problem niestety dotyczy absolwentów wszystkich uczelni i wszystkich kierunków. Znam mocno zawiedzionych absolwentów wysoko stojącej w rankingu Politechniki Łódzkiej, którzy z politowaniem patrzą na reklamy informujące o świetlanej przyszłości inżynierów. Owszem, jest perspektywa: jedni już wyjechali, inni pakują walizki. Zobaczcie, jakie są problemy z zatrudnieniem psychologa po ponoć elitarnym kierunku na UŁ czy innych uczelniach, szturmowanych nadal przez tłumy młodzieży. Problem jest porażający i powszechny, a dyskusja idzie w kierunku deprecjacji czy auto-deprecjacji pedagogów i studentów pedagogiki. Dlaczego? I do tego tak żenujące komentarze jak ten z 1:28... Ludzie, trochę godności w tym wszystkim

    OdpowiedzUsuń
  20. Zakompleksieni, nieudolni, obojętnie po jakim kierunku- nie znajdą w ich mniemaniu odpowiedniej pracy i satysfakcji.
    Dajcie już spokój pedagogice. :)

    OdpowiedzUsuń
  21. Tak, po pedagogice jest spokój. Pracy nie ma - szczególnie po szkołach prywatnych. Teraz pracodawca czyta - kto wydał dyplom.

    OdpowiedzUsuń
  22. Guzik czyta, nie dyplom. Plecy, znajomości, rodzinka, układziki - kto ma dostać pracę ustala się bez oglądania dyplomu, jakiegokolwiek niestety. Zastanawiacie się nad pracą po studiach, to jak to się dzieje, że studenci przed uzyskaniem dyplomu pracują. A pracują: w szkołach (!), przedszkolach (!), dps-ach (to mnie już mniej dziwi),wtz-ach (to też). Pracodawca czyta dyplom - dobre! Co najwyżej czyta czy to dyplom licencjata, czy magistra, bo ten drugi za drogi!

    OdpowiedzUsuń
  23. Guzik czyta, nie dyplom. Plecy, znajomości, rodzinka, układziki - kto ma dostać pracę ustala się bez oglądania dyplomu, jakiegokolwiek niestety. Zastanawiacie się nad pracą po studiach, to jak to się dzieje, że studenci przed uzyskaniem dyplomu pracują. A pracują: w szkołach (!), przedszkolach (!), dps-ach (to mnie już mniej dziwi),wtz-ach (to też). Pracodawca czyta dyplom - dobre! Co najwyżej czyta czy to dyplom licencjata, czy magistra, bo ten drugi za drogi!

    OdpowiedzUsuń
  24. Nędzny pracodawca - nie czyta. Taka prawda.

    OdpowiedzUsuń
  25. Tak jest. Do pracy w hipermarkecie, w magazynie, sklepie czy siłowni nikogo dyplom magistra pedagogiki po wyższych "studiach".prywatnych nie obchodzi.

    OdpowiedzUsuń
  26. Są tworzone formalne bariery dla studentów do pracy w urzędzie wystarczy wykształcenie średnie (nawet bez matury) i staż w tym urzędzie a osoba, która 5 lat studiuje nie spełnia kryteriów formalnych i tak się zatrudnia po znajomości nie dając nawet szansy studenta

    OdpowiedzUsuń
  27. Za to "do pracy w hipermarkecie, w magazynie, sklepie czy siłowni nikogo dyplom magistra pedagogiki po wyższych studiach w szacownych uniwersytetach obchodzi?". Ludzie, tu jest tragiczna zapaść systemowa w zatrudnieniu absolwentów w ogóle, a Wy próbujecie wszystko sprowadzić do wojny pomiędzy szkołami prywatnymi i państwowymi! Niedługo się okaże, że nie tylko prywatne uczelnie winne są bezrobociu wśród młodych, ale i znalazł się winny za nieurodzajne orzeszki w Gabonie! Pochlebiacie właścicielom, kanclerzom szkół prywatnych itp., że od nich zależy zatrudnienie absolwentów lub też nie. Ja nie bronię szkół, których poziom nie jest wystarczający, tylko że to, niestety, w naszym chorym kraju nie ma większego znaczenia. A żeby stworzyć pozory, że młodzi mają jednak wpływ na własne życie, publikuje się śmieszne listy rankingowe uczelnianych "pewniaków". A Wy dajecie się wciągnąć w ten magiel, narzekając na nic nie znaczące w skali problemu lutnie i inne taki. Jak już jest winny, choćby i pionek w systemie, to można sobie ponarzekać i koniec. A prawda jest taka, że NIE MA UCZELNI PEWNIAKÓW, że NIE MA SYSTEMU WPROWADZANIA ABSOLWENTÓW NA RYNEK PRACY. Znam nauczycieli (i psychologów, i inżynierów) po uczelniach z listy. Mieszkają w małych miejscowościach. Dokształcają się na drugich, trzecich (uniwersyteckich żeby była jasność!) studiach podyplomowych, bo mają nadzieję, że może jakaś karuzela stanowisk decydenckich spowoduje, że ten kawałek etatu się w końcu znajdzie, ale jednocześnie mówią, że bardziej robią to, by n ie mieć do siebie samych pretensji, że nic nie zrobili dla własnej kariery. Owszem, gdzieś coś tam robią, czasem nawet w szkole (np. fizyk zatrudniony w bibliotece; matematyczka, która uczy przysposobienia do życia w rodzinie czy czegoś takiego, geograf prowadzący lekcje przedsiębiorczości, specjalistka od nauczania początkowego pracująca jako pomoc w przedszkolu), ale to zatrudnienia tymczasowe, do etatu kolejka. Matki wstrzymują decyzję o emeryturze, bo... trzymają etaty dla swoich dzieci. Dobrze, zamknijmy na to oczy i zwalmy wszystko na prywatne "szkółki". Gdzie nie staniesz d.. z tyłu, a władze zadowolone, że gawiedź podejmuje tematy zastępcze i pali nie te czarownice co trzeba!

    OdpowiedzUsuń
  28. Dziwi mnie tak bardzo jednostronne przedstawianie tematu (poza kilkoma postami). Wszyscy moi znajomi (absolwenci pedagogiki) świetnie radzą sobie na rynku pracy i wcale nie pracują w hipermarketach, ale w ośrodkach kultury, biurach karier, w działach HR, w firmach szkoleniowych, na uczelniach wyższych (Ci po doktoracie) itd. Sama jestem absolwentką pedagogiki i na rynku pracy radzę sobie świetnie (na brak pracy nie narzekam - wręcz przeciwnie) i absolutnie nie zawdzięczam tego "układom". Trzeba jedynie bardziej szeroko spojrzeć na przygotowanie, jakie dają studia pedagogiczne i wykazać chęć dokształcania się w nowych obszarach.

    OdpowiedzUsuń
  29. Ten komentarz też jest jednostronny. Każdy przedstawia swoją perspektywę, ma swój punkt odniesienia. A ja widzę absolwentòw wsp w której pracowałam "na kasie" ... w hipermarkecie.
    Jola

    OdpowiedzUsuń
  30. przepraszam, ale ludzie zrozumcie w końcu; PODAWANIE ZAROBKÓW BRUTTO JEST JAK PODAWANIE DŁUGOŚCI PENISA Z KRĘGOSŁUPEM.
    Brutto się nie najesz, brutto nie zapłacisz kredytu.
    Moja żona zarabia 5000 brutto (NIE JEST PEDAGOGIEM!!), ale jej pracodawca płaci za jej pracę (jego brutto) 6000 zł.
    A ona dostaje - 3300 zł na rękę. I to jest skandal oraz główny powód dla którego nie ma pracy w Polsce. Bo połowę pensji zjada bandyckie państwo. A to netto które zostaje i idziemy je wydać płaci kolejne podatki takie jak VAT czy akcyza. Dopóki tego ludzie nie zrozumieją dopóty będziemy mieć syf jaki mamy i milion urzedów pracy tego nie naprawi, a będąc dokładnym: pogrąży jeszcze bardziej temat 'rynku pracy'.
    Moja żona ma fuksa że tyle zarabia, bo większość naszych znajomych zarabia 1200 zł na rękę czyli posługując się tutaj występującym frazesem - 1680 zł (BRUTTO). A te 1680 zł BRUTTO to tak naprawdę 2000 zł (bo tyle brutto kosztuje taki pracownik pracodawcę. A te 1200 zł netto zostaje uszczuplone średnio o 250 zł w postaci podatków które płacimy jako konsumenci (VAT i akcyzy od towarów i usług) i zostaje 950 zł z czego morał jest taki, że więcej KRADNIE (nie bójmy się tego słowa) 'nasze' państwo niż człowiek dostaje naprawdę na rękę! Czyli praca się nie opłaca - ani pracownikowi ani pracodawcy. Praca w Polsce jest KARANA przez państwo. Dlatego trzeba emigrować.
    Jest to chory system i podstawowa bolączka. Żadne programy tego nie naprawią. Jedynie co można zrobić to przerzucić koszty pracy na podatki (VAT, akcyzy itp.) oraz zredukować biurokrację (oszczędności) o przynajmniej 60% (dziś mamy okolice MILIONA urzędników, w 89 roku 100 tys.).
    Nie ma innej drogi. Każda inna to czekające nas bankructwo suwerenności, demografii, ekonomii.

    OdpowiedzUsuń
  31. Inżynier administrator systemów (embeded) na szczęście w korporacji, bo na uczelni/ państwowej posadzie zarobiłbym 1/3 tego co mam. Żona pedagog, dodatkowo podyplomówka z oligofrenopedagogiki, zrobiona integracja sensoryczna - 2,5 tys na rękę w przedszkolu jako wychowawca/terapeuta i szansa na ponad 3 tys jeśli skończy II stopień sensorycznej. Do tego możliwość dorobienia we własnym gabinecie w granicach 1000zł/mies. Ja mam możliwość dorobienia ok 500/ dziennie (głównie audyty i projekty sieci). Wszystko można zrobić jak nie jest się nikomu nieprzydatnym leniem i głąbem który wierzy w moc polskiej edukacji - wbrew pozorom - jednej ze słabszych w Europie, wystarczy spojrzeć na rankingi uczelni wyższych. Należy odbębnić gówno warte studia w czasie których dobrze jest się kształcić samemu, łapać kontakty, dowiedzieć się jakie technologie (w moim przypadku) są na topie , czy też jakie certyfikaty (w przypadku żony) dadzą większy zarobek. I nie tylko zarobek. Satysfakcję z wykonywanej dobrze pracy, poczucie szacunku i to że jest się ekspertem w swojej dziedzinie. Przykro mi ale doktor na uczelni ma jakiś ułamek wiedzy człowieka który pracuje w zawodzie w sektorze prywatnym. Ja mam administratorkę w małym palcu a żona diagnozuje i prowadzi terapie z różnymi przypadkami o których panie i panowie na uczelni jedynie czytali. Stąd taka rozbieżność w zarobkach.

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.