wtorek, 15 stycznia 2013

Nauczyciele rozbrojeni czy niedozbrojeni pedagogicznie?

W najnowszym Newsweeku Małgorzata Święchowicz porusza w artykule „Aż chce się bić” tabloidalnie świetnie sprzedający się temat tyle tylko, że tego poziomu opuścić już nie może. Musi takim pozostać, by z jednej strony sensacyjnie pisać o szkole, bo nic innego tak dobrze się nie sprzeda, z drugiej zaś strony w popmediach przeważa tendencja do przywracania w dyskusji publicznej zjawiska agresji i przemocy w szkołach. One tym i z tego głównie żyją, toteż jeśli rozbudzi się w narodzie potrzebę lęku, strachu, niepokoju, zagrożenia, to może jeszcze ktoś przy tej okazji dobrze zarobi. Teza tego tekstu jest banalnie prosta, bo inną być nie może a została uwidoczniona w nagłówku – „Nauczyciel pod presją”.

Gdybyśmy sięgnęli do książki twórcy psychologicznej teorii stresu Hansa Selye’go, to okazałoby się, że takie artykuły należałoby pisać codziennie o każdym z nas, gdyż człowiek, który nie żyje w stresie, a więc pod presją różnych stresorów wewnętrznych i zewnętrznych, po prostu nie żyje, i tyle. Przy tej okazji dementuję plotki, jakobym już przyjął księdza, bo tak zły jest stan mojego zdrowia, by zaniepokoić wielu moich wrogów, nieprzyjaciół, zawistników i tzw. „życzliwych”, że duszpasterz był w moim domu z zupełnie innego powodu. Tego nie zrozumie pewna pani radna z łódzkiej lewicy, która ponoć jest na tropie jakiejś oświatowej afery w tym mieście. Życzę tej pani i jej genialnym doradcom sukcesu, bo już wiem, że trupa znajdzie w wielu szafach. Ponoć tak szuka się w innych, by odsunąć uwagę od własnych.

Powracam zatem na ścieżkę debaty o powodach, dla których pewnym nauczycielom aż chce się bić podległych im uczniów, a jak wynika z mocno już ogranych w prasie przykładów (tak rzadkich, że tylko często odgrzewane mogą jeszcze wzbudzać u naiwnych czytelników przekonaniw o ich powszechnym i częstym występowaniu niemalże wszędzie, w każdej szkole, w każdej klasie), tylko… MEN nie pozwala na zrobienie raz na zawsze z tym porządku, by nie powtarzały się one już nigdy więcej. To Rzecznik Praw Dziecka pyta, jak resort edukacji zamierza zmienić te niepokojace postawy nauczycieli, a urzędnicy ze spokojem swojej szefowej "jeszcze pracują nad odpowiedzią". Spadniemy z krzeseł, jak zapoznamy się z jej treścią. Warto na nią poczekać nawet dwa lata, do jakichś wyborów.

Jak jest w innych sferach naszego życia? Mamy świetnie wyszkolonych policjantów, autentycznych pasjonatów, bohaterów, fachowców, ale i takich, którzy cynicznie grają w przeczekanie do emerytury, znęcają się nad podejrzanymi, mordują własne żony, nadużywają władzy wobec ich rodzin, współpracują ze światem przestępczym. Wydawałoby się zatem, że gdzie jak gdzie, ale w tym środowisku są tacy, którzy świetnie sobie radzą z przemocą innych, i tacy, którzy jej nadużywają w stosunku do innych.

Nauczyciele i policjanci są funkcjonariuszami publicznymi, ale jakże inaczej szkolonymi i kształconymi. Nie każdy nadaje się na policjanta, podobnie jak nie każdy nadaje się do pracy w szkole, a mówiąc ściślej w określonym typie szkoły, a i w niej w określonym środowisku uczniowskim. Skoro w policji są specjaliści od ruchu drogowego, kryminalistyki, itp., to dlaczego w Polsce kształci się nauczycieli tak, jakby przez całe swoje zawodowe życie mieli pracować z młodzieżą, nastolatkami o wysokich aspiracjach edukacyjnych, kochających wręcz szkołę, biegnących do niej w gorączce, byle tylko nie stracić lekcji, bo byłoby to dla niej niepowetowaną stratą.

My chcemy, by nauczyciel metaforycznie pisząc: kierował ruchem drogowym w szkole zawodowej podczas, gdy akurat w tej klasie, do której został skierowany, potrzebny jest świetnie wyszkolony pedagogiczny antyterrorysta. Być może dyrektorzy szkół fatalnie rekrutują do pracy nauczycieli i rzucają ich jak w M. na atak z zaskoczenia. Ktoś ginie, trafiony koszem w głowę, bo nie otrzymał wystarczającej informacji na temat tego, z kim będzie musiał się zmierzyć.

Jeśli ktoś nie mając kompetencji, odwagi i kreatywności podjął się tej pracy w trudnym środowisku, może nawet „zabajerował” w czasie rekrutacji ukończeniem 4 studiów podyplomowych, 6 kursów (a nawet nie potrafi redaktorce opowiedzieć, czego tak naprawdę się tam nauczył, co opanował ponad to, co jest wymagane od jego roli), to powinien mieć pretensje nie do uczniów (zbirów, chamów, bandytów), tylko do siebie. Sorry Winnetou, ale nie będę z tobą walczył, bo nie posiadam odpowiednich umiejętności. Schodzę z pola walki.

Jak podjąłeś się pracy, to zwalczaj „nieswoich wrogów” prawnie dostępnymi środkami, zaskakuj ich przy tym swoją tajną a niezabronioną prawem „bronią pedagogiczną”. Jak jej nie posiadasz, to się nie zatrudniaj, nie pracuj, poproś dyrektora o przeniesienie do innej klasy, zmień szkołę, weź urlop na poratowanie zdrowia, ale nie pozwól na bycie dręczonym. Tę słabość wykorzysta wielu uczniów, którzy chodzą do szkoły nie dlatego, że chcą, bo takich możliwości w sensie obowiązującego prawa w Polsce nie ma, tylko dlatego, że muszą a z różnych powodów nie chcą się w niej uczyć, nie chcą być odpytywani, poniżani, wyszydzani, nieustannie testowani, selekcjonowani, itp. Mówi o tym naukowiec Instytutu Medycyny Pracy w Łodzi– badacz tej problematyki od lat – dr hab. Jacek Pyżalski: „Wyzywać, grozić, obrażać, mówić (uczniowi: dop. BŚ): doigrałeś się, już po tobie. Wtedy uczeń nie ma nic do stracenia, inni też się nakręcają. I już nikt nie chce się wycofać”. To jest przykład nieudolnej reakcji, którą Thomas Gordon określa mianem gry „zwycięstwo z przemocą”.

Może zatem, zamiast – jak proponował Roman Giertych – tworzenia „oświatowych Guantanamo” dla niedostosowanych społecznie, powołać do życia ośrodek szkoleniowy dla nauczycieli antyprzemocowego reagowania w szkołach? Dyrektorzy zgłaszaliby problemy, a ci dobieraliby takich edukacyjnych komandosów, że sukces wychowawczy byłby murowany, na długie lata. Może czas trenować elitarną grupę nauczycieli do pracy w trudnych społecznie warunkach szkolnych? Może czas ujawniać te problemy i tworzyć do ich rozwiązywania przestrzeń dla takich, którzy sobie z tym poradzą?

6 komentarzy:

  1. Trafione w punkt - diagnozy, zresztą nie tylko ta z 2010 roku mówią o tym, ze ok 20% nauczycieli ma poczucie bezradności i tendencje do siłowego (choć często i tak nie realizowanego w praktyce działania). Obok tej diagnozy jak jest pojawiają si ę dwa istotne pytania: Dlaczego tak jest? I tutaj mamy parę czynników: od formalnego przygotowania zawodowego do sposobu zarządzania szkołą i organizacji pomocy psychologiczno pedagogicznej. Drugie pytanie to: co robić aby tak nie było? I tutaj odpowiedź jest dużo bardziej skomplikowana. Jakich rozwiązań szukamy? Jak chcemy wychowywać? Już nawet refleksja nad tym jest krokiem we właściwą stronę o ile dotyczy ona samych wychowawców. Po 12 latach zajmowania się tematem wiem jednak, że nie zawsze jest ona obecna, co prowadzi czasami do bezkrytycznych działań, które niekoniecznie są sensowne pedagogicznie.
    Jacek Pyżalski

    OdpowiedzUsuń
  2. Jeśli ktoś ma ochotę na pogłębione przyjrzenie się problemowi może zerknąć na s. 56-68 tutaj: http://www.imp.lodz.pl/upload/pyzalski_ksiazka/psychospoleczne.pdf
    jp

    OdpowiedzUsuń
  3. Panie Profesorze, zgadzam się z Pana pojmowaniem szkolnej rzeczywistości oraz miejsca nauczyciela w szkole. Wielu trafiło do tej instytucji zupełnie przypadkiem. Można na różnych forach przeczytać, że jedyną motywacją pójścia do pracy 1 września było to, że niedługo Boże Narodzenie, później ferie, no i wakacje. Niektórzy wybrali ten zawód, gdyż obiecano im wcześniejsze przejście na emeryturę. Dziś gotowi są wytoczyć proces, tylko zastanawiają się, komu). Mówi się o negatywnej selekcji do zawodu, a nawet o jej braku. I pomijam tu rekrutację na studia pedagogiczne. Czy ustawodawca nie dał jednak możliwości odejścia z zawodu tym, którzy się do jego wykonywania nie nadają? Dał. Przecież nauczyciel pierwszą umowę o pracę zawiera na rok, jest stażystą, któremu dyrektor może podziękować po tym okresie podziękować. Jednak tego nie robi, bo nie chce kłopotów i wierzy, że nauczyciel się "wyrobi". Tymczasem nic bardziej mylnego! Nie wyrobi się. Z każdym dniem będzie tylko gorzej, a skończy się...wybuchem petardy w klasie. Ma Pan rację, szkoła potrzebuje antyterrorystów. Albo prawdziwych nauczycieli, chcących uczyć, przekonanych, że nikt im nie będzie podcinał skrzydeł. Kłaniam się.

    OdpowiedzUsuń
  4. Jednak gdy przyjrzeć się roli nauczyciela, to to jest taka rola, wobec której wszyscy oczekują - państwo, społeczeństwo, lokalna władza, rodzice, uczniowie. Nauczyciel więcej daje z siebie niż bierze (wyników, satysfakcji, spełnienia zawodowego ...). Pedagog z powołaniem (piszę pedagog, choć w polskim systemie kształcenia nauczyciel to nie pedagog!) czerpie czasem z osiągnięć swoich uczniów, dobrych relacji z nimi, może czasami z uznania zwierzchników. Czy to wystarczy? Warto by się zastanowić nad realnym wsparciem dla zawodowej i osobistej równowagi nauczyciela. Urlop zdrowotny nie załatwia sprawy, potrzebna jest raczej superwizja, rozmowa, fachowa pomoc specjalisty, możliwość rozwiązywania problemów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Popieram konieczność zastąpienia urlopów dla poratowania zdrowia konkretnym działaniem, które rzeczywiście przyczyni się do rozwiązania problemów.

      Usuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.