poniedziałek, 31 grudnia 2012

OŚWIATOWE KITY i HITY 2012 roku (część 1)


Zacznę podsumowanie 2012 roku od KITU w polityce oświatowej III RP:

1) Kolejny rok potwierdził, że Ministerstwo Edukacji Narodowej jest zupełnie zbyteczną instytucją. Mimo posiadanego, a rozbudowanego ponad stan aparatu nadzoru pedagogicznego, z budżetu państwa środki na kontrolę wydatkowane są znacznie efektywniej przez Najwyższą Izbę Kontroli, która nie tylko planuje, co będzie badać i oceniać, ale także dysponuje możliwościami egzekwowania koniecznych zmian. MEN tak nadzoruje samo siebie i podległe sobie struktury, by żadne zmiany w nim i w nich nie nastąpiły. Zapowiadana przez premiera i b. minister K. Hall likwidacja kuratoriów oświaty okazała się wciskaniem ludowi kitu. Nadal zatem wykorzystywano te struktury do umacniania centralistycznego, typowego dla państwa totalitarnego (np. socjalistycznego), władztwa.

Wśród tematów tegorocznej kontroli NIK znalazły się m.in.:

"Efekty kształcenia w szkołach podstawowych i średnich",

"Przygotowanie gmin i szkół do objęcia dzieci sześcioletnich obowiązkiem szkolnym",

"Kształcenie uczniów o specjalnych potrzebach edukacyjnych",

"Projekty edukacyjne w ramach Priorytetu III Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki",

"Funkcjonowanie szkół niepublicznych o uprawnieniach szkół publicznych",

"Wychowanie fizyczne i sport w szkołach publicznych i niepublicznych" oraz

"Finansowanie szkół niepublicznych przez jednostki samorządu terytorialnego".

O efektach kontroli MEN-owskiego nadzoru czytaliśmy, że są bublem, produkcją fikcji i pozoru. Papier jest cierpliwy, wszystko przyjmie.


2) Kolejnym kitem okazała się w wojnie samorządowców z rządem (w tym z MEN) próba nakazania nauczycielom przebywania w szkole po 8 godzin dziennie. W świetle stanowiska Głównego Inspektora Pracy nie jest możliwe ścisłe rozliczanie czasu pracy nauczycieli. Znacznie wcześniej podobne zdanie miał w tej kwestii wiceminister edukacji Andrzej Karwacki (w rządzie Jerzego Buzka) odpowiadając na interpelację poselską. Samorządowcy udawali albo się jeszcze nie douczyli, że Wojewódzki Sąd Administracyjny w Krakowie wydał w 2005 r. w tej sprawie wyrok o powyższej treści.
Postanowiono zatem sięgnąć po inne środki politycznego mobbingu wobec nauczycielskiego środowiska. Postraszono nauczycieli, że Karta Nauczyciela i tak zostanie zlikwidowana oraz że władze „naukowo” badają czas pracy nauczycieli. Wkrótce więc wyjdzie „szydło z worka”.

3) Obowiązek szkolny dla sześciolatków zostaje przesunięty przez minister K. Szumilas o dwa lata - do 2014 roku. We wrześniu do klas pierwszych trafiło około 20 proc. wszystkich dzieci sześcioletnich, toteż MEN manipulował propagandowo wykreowanymi danymi z niektórych gmin, które mały sugerować ogólnopolski zasięg tego procesu.

Rodziców zdradziło Polskie Stronnictwo Ludowe, które odpuściło sprawę sześciolatków, pod warunkiem, że PO skoryguje propozycję w sprawie składki zdrowotnej dla rolników. To przypominam, że ówczesny wicepremier i szef ludowców Waldemar Pawlak obstawał w rządzie za tym, żeby dać rodzicom wybór na zawsze, czy dziecko pójdzie do szkoły w wieku sześciu, czy siedmiu lat. Po raz kolejny jednak okazało się, że można – nawet w Roku Janusza Korczaka – handlować losem dzieci za zachowanie przywilejów rolników. Od 2012 r. takie podejście do dzieci określane jest przez PSL-owców mianem „kompromisu”. (Jan Bury, przewodniczący klubu PSL. - Chcieliśmy odsunąć w czasie reformę i tak się stanie. Nasza propozycja szła wprawdzie dalej, ale skoro się nie udało, dobrze, że są chociaż dwa lata więcej dla rodziców).

Władze zemściły się na samorządach, które nie wywierały skutecznej propagandowo presji na rodziców, by jednak posłali swoje 6-letnie dzieci do szkół i tak przykręciły „kurek z pieniędzmi” , by subwencja oświatowa nie wystarczała na prowadzenie placówek przez samorządy. Nałożono bowiem na nie dodatkowe obciążenia, co miało tylko pogorszyć złą sytuację wielu z nich i spowodować pragnienie ludu, by odebrać samorządowcom prowadzenie placówek oświatowych. Wojna zatem trwa.

4) Zamykanie, likwidowanie, wygaszanie przez samorządy szkół publicznych, likwidowanie w działających placówkach bibliotek, stołówek, a zastępowanie ich badziewiem w postaci ograniczonego dostępu do internetu (w gabinecie dyrektora i pracowni informatycznej, zamkniętej po południu) i cateringu (zimny, nie na czas, niesmaczny).

Spośród 28 tys. działających szkół zlikwidowano co najmniej kilkaset.
Samorządy nie mogą korzystać ze wsparcia organizacji pozarządowych przy prowadzeniu placówek oświatowych, bez uprzedniej jej likwidacji i przejęcia jej potem przez stowarzyszenia. Dotyczy to jedynie małych placówek do 70 uczniów. Zastąpienie likwidacji przekazaniem pozwala na zachowanie ciągłości w otrzymywaniu subwencji z budżetu.

5) W unijnym programie Kapitał Ludzki przybyło 62,5 mln euro na tworzenie i wspieranie przedszkoli i 150 mln euro na programy indywidualizacji nauczania w pierwszych klasach szkół podstawowych. Część z tych środków wydano na objazdowe, propagandowe konferencje minister w poszczególnych kuratoriach, w tym na hotele, catering, propagandowe plakaty, ulotki i inne gadżety.

Dodatkowe pieniądze na przedszkola miały trafić do 30 proc. gmin z każdego regionu, gdzie poziom upowszechnienia edukacji przedszkolnej jest najniższy, ale wiele z nich o nie się nie ubiegała, bowiem musiałyby zapewnić wkład własny o wartości 15 proc. inwestycji. Skorzystały zatem z tego programu bogatsze gminy. I o to przecież chodziło…

Aż lub tylko 40 mln euro z programu Kapitał Ludzki przeznaczono na preferencyjne pożyczki na założenie własnego biznesu, w ramach których np. bezrobotni pedagodzy wczesnoszkolni czy opiekuńczy mogli się ubiegać o pożyczkę w wysokości do 50 tys. zł na utworzenie prywatnego żłobka, przedszkola czy nawet szkoły. Tyle tylko, że obywatele nie są na tyle bogaci, by mogli płacić za podstawową opiekę i edukację dzieci w prywatnych placówkach. A publicznych placówek z tego tytułu wcale w Polsce nie przybyło. Zmniejszyło to zatem wskaźniki bezrobocia. Tylko wskaźniki. Powoływane do życia przedszkola czy szkoły niepubliczne nie miały bowiem klientów.

6. Tylko do końca wakacji można było ubiegać się o zaświadczenie o dysleksji gwarantujące szereg ułatwień na egzaminach państwowych. MEN chciał w ten sposób, dzięki nowym przepisom, zmniejszyć liczbę młodzieży bezpodstawnie uzyskującej zaświadczenie. Polacy nie poznali jednak wyników diagnozy w skali kraju, która wskazywałaby na zakres takich wyłudzeń. Z badań mojej doktorantki w województwie łódzkim wynikało, że uczniowie ze środowisk wiejskich nie mają szans na diagnozę, czy są dyslektykami, więc wskaźnik korzystających z „ułatwień” był tu poniżej 1%. O wyłudzeniach nie świadczyła kontrola poprawności wydawania tych zaświadczeń, tylko… liczba arkuszy dla dyslektyków, jakie wydano im na egzamin. Wszystko to działo się w tym roku z równolegle mającym być wdrożonym programem wspieranie uczniów o specjalnych potrzebach. Wsparcie, że ho, ho, ho!

7) Ośrodek Rozwoju Edukacji - agenda podległa Ministerstwu Edukacji - wystawił w raporcie poświęconym sytuacji oraz statusowi zawodowemu dyrektorów szkół bardzo niepochlebną opinię dyrektorom, oskarżając ich o sabotowanie reform i zalecając zmiany w sposobie mianowania. Stwierdzono bowiem, że prawie wszyscy dyrektorzy są nauczycielami, a większość kieruje placówką, w której wcześniej pracowali jako pedagodzy. To źle, bo najlepiej, gdyby dyrektorami były bezrobotne prządki, zwolnieni z Poczty Polskiej donosiciele lub nikomu niepotrzebni na rynku socjolodzy czy marketingowcy po prywatnych szkółkach. Za patologiczne zjawisko uznano wysoki poziom niesformalizowanych relacji pomiędzy organem prowadzącym placówkę szkolną, czyli najczęściej gminą, a dyrektorem, co skutkuje tym, że w co piątej gminie wiejskiej konkursy na dyrektorów szkół w ogóle się nie odbyły, a stanowiska zostały powierzone tym samym władcom.

O skostniałym układzie zarządzania oświatą ponoć świadczy fakt, że co drugi dyrektor kieruje szkołą ponad 8 lat, czyli ponad dwie kadencje, a co siódmy - co najmniej cztery kadencje. W ORE było jeszcze lepiej, bo tu rządziła osoba z wyrokiem za paserstwo kradzionych aut. Świetna rekomendacja, bo w oświacie, wiadomo, trzeba najpierw ukraść milion, by mieć dostęp do kolejnych milionów z UE.

8) ZNP zamiast zajmować się tylko i wyłącznie sprawami pracowniczymi nauczycieli i administracji, nadal uważa, że powinien być Komitetem Centralnym Ministerstwa Edukacji Narodowej. Opracował zatem "Pakt dla edukacji" wyróżniając cztery obszary polskiej oświaty, które wymagają zmian. Są to obszary:

- "problemów związanych z prowadzeniem szkół i placówek oświatowych",

- "problemy dotyczące uczniów i wychowanków",

- "problemy pracowników oświaty",

- "problemów systemu szkolnictwa wyższego i nauki".

ZNP ma głównie problemy z tym, jak uzasadniać racje swojej działalności, by pobierać z wysokich już nauczycielskich pensji składkę członkowską. Jak się napisze, że oświata ma problemy, a kto ich nie ma, to można tak trzymać się na powierzchni oświatowego kitu przez jeszcze wiele lat.

Zdaniem rządu oświata nie ma problemów, więc Premier nie pozwolił na odwołanie minister Krystyny Szumilas. "Pakt dla edukacji" nie jest w niczym zobowiązujący dla rządu, tylko dla edukacji. Świetnie za to nadaje się pod nóżkę chwiejącego się co jakiś czas stolika władzy.

cdn.

Spojrzenie na polską politykę oświatową


Ile jeszcze musi upłynąć lat, miesięcy czy tygodni, żeby społeczeństwo polskie uświadomiło sobie nonsens centralistycznej i etatystycznej polityki oświatowej? Etatystycznej, to znaczy polegającej na centralistycznym, odgórnym, utrzymującym hierarchiczność władztwa nad podwładnymi kierowania polityką oświatową na zasadzie zawłaszczania przez MEN naszych dzieci. Od ponad 20 lat polskiej, nieudolnej próby budowania demokracji, kolejni doktrynerzy na usługach partii, pod szyldem troski o młode pokolenia, ale bez uwzględniania oczekiwań, potrzeb i aspiracji tych, którzy są pierwszymi i jedynymi wychowawcami swoich pociech - rodziców, odgórnie sterują procesami zarządzania oświatą. Chcą w ten sposób dalej formować naród, dogmatycznie sterować społeczeństwem pod pozorem modernizacji warunków jego życia i przygotowywania go do rywalizacji na wolnym rynku.

Wiele jest przykładów z ostatniej dekady na niczym nieuzasadniony przymus odgórnego rozstrzygania w centrali władzy o wieku obowiązku szkolnego, o wyposażaniu szkół w pomoce dydaktyczne, o programach i podręcznikach szkolnych, o tym, w czym mają chodzić do szkół uczniowie, czy mają mieć w nich szafki lub laptopy, komu coś dać, a komu zabrać, ilu ma być w klasach uczniów (przy czym zawsze ten wskaźnik dotyczy dolnej granicy, ale nigdy górnej), co dzieci mają czytać, a czego nie (chociaż nie przewiduje się w dotacji środków na wyposażenie bibliotek), czy mają mieć na miejscu opiekę medyczną/pielęgniarską lub nie, czy mają mieć stołówkę lub catering, komu należą się Medale Edukacji Narodowej, a kto powinien wyrzec się przynależności związkowej, jak nauczyciel ma, nie tyle pracować, co udokumentować poświęcony czas na proces kształcenia i wychowywania swoich uczniów, na własny rozwój zawodowy itd., itd.


Tylko czekać aż władze zobowiążą biblioteki publiczne do wycofywania literatury psychologicznej i pedagogicznej na temat uwarunkowań dojrzałości szkolnej dziecka, żeby rodzice nie dowiedzieli się o braku argumentów naukowych na rzecz obniżenia wieku obowiązku szkolnego. Im więcej jest w naszej oświacie ustanawianych odgórnie, dla wszystkich przedszkoli i szkół rozwiązań, które nijak mają się do lokalnych uwarunkowań, ale konstruowane są tak, jakby każda placówka funkcjonowała w środowisku zamożnego śródmieścia Warszawy czy Krakowa.

Centralistyczny sposób zarządzania edukacją osiąga już szczyt absurdów, toteż dobrze się dzieję, że niektóre samorządy zaczynają się burzyć, buntować i unikać realizacji zadań, które władza im wmusza jako jedynie słuszne i konieczne. Ministerstwo edukacji narodowej od 1991 r. nieustannie realizuje identyczne schematy sprawowania władzy, jakie miały miejsce w państwie quasitotalitarnym (PRL). Tam też ustanawiano w centrum, co nauczyciele, dyrektorzy szkół i placówek mają realizować, w jaki sposób coś miało być czemuś podporządkowane oraz dlaczego miało służyć celom jedynie słusznej doktryny. Rozrastała się liczba posłusznych, miernych, ale biernych urzędników i nauczycieli, których rolą było sprawowanie kontroli i egzekwowanie pouczeń, nakazów i zakazów władzy. Dzisiaj jest "demokracja", ale ... proceduralna, pozbawiona wpisanych w Ustawę o systemie oświaty kanonu wartości.



Kiedyś była "demokracja" socjalistyczna, a dzisiaj jest autokratyczna. Co za różnica? Zmieniła się tylko ideologia władzy. Obecna, o której mówi się wprost, że jest wyłoniona z partii władzy, sugeruje, że wszystko, co ustanawia, jest dla dobra dzieci i ich rodziców. To, że ich o to nie pyta, czy się z tym zgadzają, czy też tak to postrzegają nie ma żadnego znaczenia, skoro czyni to dla ich dobra. Władza autorytarna lepiej wie od obywateli, co jest dla nich dobre. Tym bardziej lepiej to wie MEN, który już jakiś czas temu ustanowił, że jeśli gminy chcą skorzystać z rządowego programu "Radosna szkoła", a więc chcą otrzymać dofinansowanie w 50% ze środków publicznych na rozbudowę własnej infrastruktury szkolnej, to muszą przyjąć warunki, jakie stawia im władza. Wszem i wobec przyjęto za słuszne rozwiązanie, że każdy dofinansowywany przez MEN plac zabaw musi mieć gumowe podłoże w kolorze pomarańczowym. Nie innym, tylko pomarańczowym. Dlaczego?

Zapewne dlatego, że musi kojarzyć się z kolorystyką Platformy Obywatelskiej. Tyle tylko, że dofinansowywanie boisk nie jest ze środków tej partii politycznej, tylko z budżetu państwa, a więc z podatków wszystkich obywateli tego kraju, którzy je płacą. Niby dlaczego ustalono i narzucono gminom taki kolor? Dlaczego podłoże ma być z gumy, a nie z piasku czy tartanu? Kto miał w tym interes, by zmonopolizować przyszkolne place zabaw takim właśnie rozwiązaniem? Czym różni się zmuszanie przez resort edukacji inspektoratów oświatowych w okresie PRL do tego, by w szkolnych klasach wisiał portret sekretarza KC PZPR, od tego, jak zobowiązuje się obecnie gminy do uznania, by podłoże dla dofinansowywanych placów zabaw było z takiego, a nie innego materiału oraz w takim, a nie innym kolorze? Nareszcie ktoś się obudził w samorządach i stwierdził, że nie będzie korzystał z dotacji. Jest to jednak na rękę władzy, bo zorganizuje sobie jeszcze jedne konsultacje w pięciogwiazdkowych hotelach, z wystawnym posiłkiem i honorariami dla urzędników, którzy na ten czas wezmą z pracy urlop bezpłatny. Ba, będą środki na wysokie premie dla pracowników MEN, skoro zmienia się (czyżby?) minister edukacji i zbliża się koniec roku.

Teraz czekamy na kolejny program rządowy pod szyldem "MEN" pod tytułem "Ratujmy kondycję fizyczną", bo jakoś im więcej jest boisk, hal sportowych, basenów i placów zabaw z pomarańczowym podłożem, tym mniej uczniów chce chodzić na lekcje wychowania fizycznego. Proponuję uczynić je bardziej radosnymi. Niech MEN zafunduje stypendia tym uczniom, którzy będą chodzić na powyższe zajęcia w pomarańczowym kostiumie gimnastycznym (na basen - to w pomarańczowym kostiumie kąpielowym i czepku tez pomarańczowym). W ramach dowitaminizowania dzieci proponuję zamiast jabłek i warzyw - pomarańcze z logo wiadomej partii! Lamperia w szkołach też powinna być pomarańczowa. Inaczej obciąłbym gminom subwencję. A może znowu potrzebna jest nam pomarańczowa alternatywa?


Może społeczeństwo obudzi się wreszcie i zrozumie, że walczyło o suwerenną i samorządną Polskę, o samorządną, demokratyczna oświatę. Tymczasem ma centralistyczny i coraz bardziej niestrawny pasztet autokratyczno-neoliberalnej doktryny oświatowej, której zwolennicy i sprawujący władzę nakładają na nauczycieli, rodziców i uczniów coraz mocniejszy gorset biurokratycznych form nadzoru i kontroli, które w niczym nie służą jakości edukacji i wykształcenia. One służą władzy, do jej utrzymania i sprawowania, na koszt całego społeczeństwa. Czy warto płacić z podatków na tak zarządzaną oświatę? Jak długo jeszcze będziemy się oszukiwać, że nasze szkolnictwo jest publiczne? Jest, ale tylko i wyłącznie w strukturze oraz regulacjach jego finansowania. Nadal jednak oświata nie jest publiczną, gdyż zwycięskie w wyborach stronnictwa polityczne instrumentalizują ją i wykorzystują do własnych celów, nie licząc się z całym społeczeństwem oraz czyniąc wszystko, by to ono podporządkowywało się centralistycznej władzy. A ta jest odporna na społeczną kontrolę. W tym sensie nie dokończyliśmy w Polsce rewolucji społecznej i rewolucji podmiotów.

Mam nadzieję, że wydana przeze mnie tuż przed świętami kolejna książka pt. Szkoła na wirażu zmian politycznych. Bez cenzury (IMPULS< Kraków 2012), a będąca zbiorem esejów pedagogicznych o polityce oświatowej w ostanich latach w naszym kraju pozwoli na pogłębioną refleksję także o naszym uczestnictwie i współsprawstwie w procesach przemian lub ich braku. Może zachęci młodych naukowców do zaprojektowania koniecznych, a uwolnionych od politycznej poprawności badań naukowych w edukacji i nad edukacją?

niedziela, 30 grudnia 2012

Zniew@lane umysły studentów ped@gogiki

Poszukiwałem w Internecie informacji o wymienionej przez autora recenzowanej przeze mnie pracy osobie, bo wydawało mi się, że nie jest możliwe, bym w danej dziedzinie wiedzy pedagogicznej mógł jej nie znać. Trzeba jednak mieć trochę pokory, bo przecież ukazuje się tyle artykułów, książek i internetowych tekstów, że być może umknęło coś mojej uwadze. Jakież było moje zadowolenie, kiedy po wrzuceniu do jednej z wyszukiwarek, pojawił się link do tekstu z nieznanym mi jak dotychczas nazwiskiem. Ba, po kliknięciu pojawił się tekst, z którego korzystał autor czytanej właśnie przeze mnie rozprawy.

Zerknąłem na nazwę portalu, z którego naukowiec ściągnął ów tekst, nie podając go jako źródła "swojej wiedzy". Porażające. Okazał się nim jeden z wielu cwaniackich portali, bo zapewne prowadzonych przez oszustów, którym jest wszystko jedno jak, byle tylko wyłudzić jak najwięcej kasy z tytułu zamieszczanych w nim reklam. To portal, w którym niedorozwinięci umysłowo studenci zamieszczają notatki z wykładów, na które uczęszczali lub jakie otrzymali od innych, równie niepełnosprawnych koleżanek lub kolegów z roku. Wrzucają byle co, bo chcą spełnić się w swoich altruistycznych postawach.

A co!!! Niech inni wiedzą, z czego powinni uczyć się na studiach pedagogiki, socjologii, psychologii czy filozofii. Po co mają chodzić do biblioteki, pożyczać książki, czytać czasopisma. Niech korzystają z ich notatek i nie męczą się, nie martwią, jeśli nagle prowadzący zajęcia poleci im napisanie jakiejś pracy, recenzji, zażąda dokonania analizy porównawczej. Tu są gotowce dla jełopów od jełopów. Przytoczę tylko kilka przykładów, by nie podejrzewano mnie o złośliwość czy przypisywanie części studentom zjawiska profesjonalnego analfabetyzmu. Cytuję dosłownie, ale nie podaję adresu stron, bo jeszcze ktoś się zachwyci:

* Pedagogika - od greckiego paidagogos - niewolnik prowadzący chłopców za rękę do szkoły. Termin oznacza naukę o wychowaniu i kształceniu jednostki ludzkiej przez cały okres jej życiowej aktywności w zależności od tego jaką jednostką wyodrębnioną jest subdyscyplina.

* Racjonalność emancypacyjna: Umożliwia wychowawcom wejście na wyższe, głębsze piętro świadomości'

* w pedagogice orientacji epistemologicznej – uznanie nie oczywistość i konwencjonalność kulturowo zdefiniowanego świata oraz niepowtarzalność sytuacji, motywów i racjonalności innych ludzi.


Są też na pomocowych stronach błędnie podawane imiona i/lub nazwiska przedstawicieli poszczególnych subdyscyplin pedagogiki:

- społecznej: Edmund Trępała;

- resocjalizacyjnej: Stanisław Jeglewski, Jarosław Pytka;

- gerontologia: Aleksander Komiński, Kinga Wiśniewska-Groszkowska, Jan Wołoszyn;

- "pedagogika socjologii": koncepcji Dicleia, Sergiusz Hesen.


Poziom skrótów bezmyślności zamyka pogląd, jakoby: Zadaniem pedagogiki negatywnej było wszelkie oddziaływanie wychowawcze. Istotnie, ma ono już miejsce, na stronach z treścią rzekomych wykładów.

sobota, 29 grudnia 2012

Pedagogika ogólna


Od roku akademickiego 2012/2013 wszystkie jednostki kształcące na kierunku pedagogika realizują nowy model edukacji wyższej, którego wzorzec określają Krajowe Ramy Kwalifikacji. Zarówno w standardach kształcenia pedagogicznego dla studiów I i II stopnia, jak i standardach przygotowującego do wykonywania zawodu nauczycielskiego znajdują się moduły treści dotyczące podstawowego pojęcia pedagogiki jakim jest wychowanie. Jak słusznie wskazuje się w uzasadnieniu wzorcowych efektów kształcenia: pedagogika jako nauka o wychowaniu i kształceniu łączy dwie perspektywy humanistyczną, koncentrującą się na istocie wychowania, nauczania i uczenia się oraz społeczną dotyczącą środowisk wychowawczych, systemów instytucji oświatowych i opiekuńczych, ich funkcji i znaczenia w rozwoju człowieka.

Aspekty historyczne teorii i praktyki wychowania oraz procesu kształcenia zostały ujęte w dwóch pierwszych podręcznikach naszej serii, których autorem jest Czesław Kupisiewicz. Ja zaś przygotowałem tom, który wprowadza czytelnika w zakres elementarnej wiedzy używanej w pedagogice i szeroko pojmowanych naukach o wychowaniu o jej podstawowych prawidłowościach oraz zastosowaniu także w obrębie dyscyplin pokrewnych. Zgodnie z postulowanymi wskaźnikami efektów kształcenia wprowadzam czytelników w zakres wiedzy na temat wychowania, jego filozoficznych, społeczno-kulturowych i teoretycznych podstaw, jego specyfice i relacjach z innymi fenomenami, jak cele i wartości w wychowaniu, konstytuujące je normy oraz granice i zaprzeczenia jego istoty (pseudowychowanie).

Określenie przedmiotu badań pedagogiki zmieniało się z biegiem jej rozwoju jako jednej z dyscyplin nauk humanistycznych, budząc oczekiwania różnych podmiotów – od władzy, poprzez społeczeństwo, po profesjonalistów i naturalnych wychowawców, jakimi są rodzice dzieci i młodzieży. Przed pedagogami pojawia się konieczność dokonania głębokiego namysłu nad tym, w jakim kierunku powinny zmierzać zmiany edukacyjne, by dorobek cywilizacyjny i kulturowy polskiego społeczeństwa, jakże silnie częściowo degradowany w okresie istnienia PRL – państwa o ograniczonej suwerenności – sprzyjał kreowaniu tożsamości i samostanowienia wszystkich obywateli, w tym szczególnie młodego pokolenia.

Z książkami naukowymi z pedagogiki jest trochę tak jak z poezją. Jak stwierdza Piotr Śliwiński – poeta pisze od lat ten sam wiersz, coraz bardziej ten sam, o samotności człowieka uwięzionego w cudzym spojrzeniu. (Umęczony w uniesieniu, Tygodnik Powszechny, 4 stycznia 2010, s. 46.) Zapewne i ta monografia pisana była przeze mnie od lat jako ten sam utwór pedagogiczny, coraz bardziej ten sam, tyle tylko, że o kształceniu lub wychowaniu człowieka wzbogaconego relacjami ze mną i tymi, którzy uczynili je przedmiotem swojego namysłu.

Może warto postawić pytanie, czy poza terminem „wychowanie” istnieje potrzeba wyłaniania jeszcze innych pojęć, które miałyby być podstawowe dla tej dyscypliny wiedzy pedagogicznej, skoro tak kluczowy dla niej fenomen stanowi swoistą aporię. Niemalże każdy badacz wychowania wskazuje na trudności nadanego tej kategorii znaczenia. Już samo pojmowanie sensu wychowania, teoretyczny spór o jego status i znaczenie wyznaczają w pedagogice jeden z ważniejszych obszarów sporów, kontrowersji i dyskusji, przenikając zarazem do praktyki, która musi poradzić sobie ze sposobami wychowywania innych niezależnie od ich rozstrzygnięć. Punkt scalający ten wielogłos stanowi pytanie o koncepcje wychowania, o to, czym ono jest lub czym być powinno. W zależności od tego, czy jest to teoria wychowania, której przesłanki mają swoje zakorzenienie w jednym ze współczesnych prądów lub kierunków myśli: filozoficznej, psychologicznej, socjologicznej, politycznej czy pedagogicznej, wyłania się z nich podstawowe kategorie pojęciowe, tak aby były do nich adekwatne.

Nadal – jak się wydaje – aktualne jest pytanie, czy dysponujemy już takim stanem wiedzy o wychowaniu, który dałby się z jednej strony różnicować ze względu na odmienność swoich źródłowych uzasadnień, z drugiej zaś pozwalał na dostrzeżenie wspólnego pola znaczeń dla zrozumienia istoty najważniejszych w nich pojęć? Terminu tego jako pojęcia idealizacyjnego używamy ze świadomością tego, że nie jest ono przedmiotem/faktem rzeczywistym, tylko jego abstrakcyjnym odpowiednikiem. Można prowadzić badania dotyczące tego, jak definiowany jest ów termin, ale nie po to, aby znaleźć jednoznaczną odpowiedź na pytanie wielokrotnie ponawiane przeze pedagogów – czym jest wychowanie, jakie treści ten termin zawiera, co rzeczywiście on oznacza – gdyż nie jest moim celem homogenizacja setek definicji, z których jedne przeczą drugim albo kładą nacisk na coś zupełnie innego. Ogląd stanu wiedzy w tym zakresie może co najwyżej służyć temu, by powstawały teorie wychowania izomorficzne do nadawanego temu pojęciu znaczenia lub dającym się wyłonić jego zbiorom (grupom).

Powracam w tej pracy do wcześniej już publikowanych rozpraw czy badań, poszerzając i aktualizując najważniejsze kwestie, by spojrzeć na wychowanie z innej perspektywy oraz by zachęcić innych do dyskusji czy własnych dociekań. Traktowanie wychowania en bloc jako idei, określonego czynnika rozwoju człowieka i środowiska czy instytucji, a także mieszanie przez wielu autorów wiedzy potocznej z naukową na ten temat niewątpliwie komplikują opisywanie i wyjaśnianie jego istoty i związanych z nim różnego rodzaju prawidłowości. Otwierając kilkanaście lat temu tom poświęcony analizom wychowania w kontekście rozwijającej się intensywnie psychologii humanistycznej, Mieczysław Łobocki stwierdził:

Jak dotąd niewiele wiemy, czym z istoty swej naprawdę jest wychowanie. Prawdopodobnie nadal pozostanie ono wielką niewiadomą, co nie oznacza bynajmniej, aby rezygnować z dalszych poszukiwań dotyczących bliższego jego poznania. Przeciwnie, stagnacja w tym zakresie grozi daleko idącymi uproszczeniami i wypaczeniami w rozumieniu tak podstawowego, zwłaszcza dla pedagogiki, pojęcia, jakim jest „wychowanie”. Z pewnością wiele jeszcze czasu upłynie, zanim doczekamy się zadowalającej jego definicji, w wyniku której wychowanie jawić się będzie jako zjawisko pozbawione większych kontrowersji. W każdym razie przy obecnym stanie wiedzy o wychowaniu trudno byłoby zadowolić się jednoznacznym jego określeniem . (Psychologia humanistyczna a wychowanie, red. Mieczysław Łobocki, Lublin: Wydawnictwo UMCS 1994, s. 5.)

Niniejsza rozprawa nie jest spełnieniem oczekiwań tego znakomitego teoretyka wychowania, gdyż mam świadomość, że musiałbym wpisać się swoimi badaniami w modernistyczny projekt, w wyniku którego miałaby powstać – właściwa z naukowego w paradygmacie pozytywistycznym punktu widzenia – definicja pojęcia „wychowanie”. Nie ma takiej potrzeby i ufam, że daję temu także stosowne wytłumaczenie. Cieszę się zarazem, że aneks dydaktyczny do tej monografii przygotował mój b. Magistrant, wieloletni współpracownik mgr Sebastian Ciszewski, który jest znakomitym edukatorem i specjalistą w zakresie kształcenia nie tylko dzieci i młodzieży, ale także osób dorosłych. Mam nadzieję, że zaproponowany przez niego projekt metodyczny zostanie odczytany jako jedna z możliwych wersji pracy dydaktycznej z wybraną przez nauczycieli treścią.

Zachęcam do lektury najnowszej książki, gdyż każdą opinię wykorzystuję do doskonalenia własnego warsztatu badawczego.

piątek, 28 grudnia 2012

Parodia zarządzania nauką przez prof. Barbarę Kudrycką


Profesorowie protestują. Adam Płaźnik (prof. dr hab. n. med.) Zakład Neurochemii, Instytut Psychiatrii i Neurologii wystosował nawet "List otwarty z nad grobu do minister nauki Barbary Kudryckiej" określając w nim, to co czyni, mianem parodii zarządzania nauką.

No cóż. Po kilku latach zarządzania szkolnictwem wyższym i nauką - nie tylko przez przedstawicieli tego rządu - mamy coraz większą zapaść, która jest symptomem niezwykle niebezpiecznej tendencji niszczenia fundamentalnych dla procesu naukowo-badawczego warunków. Tak źle już dawno nie było, ale efekty centralistycznych a destrukcyjnych dla jakości nauki - przywilejów, jakie zagwarantowała sobie władza MNiSW, są coraz bardziej widoczne.

Środowisko pedagogów nie jest tu czymś wyjątkowym, gdyż epidemia choroby dotyka wszystkich dyscyplin naukowych. My jeszcze na nią zwracamy uwagę ze względów kulturowych, gdyż doskonale wiemy, jaką rolę powinno odgrywać szkolnictwo wyższe w rozwoju polskiego społeczeństwa i jego kultury. O ile niektóre środowiska akademickie wchodzą w spór z ministrem nauki ze względów materialnych, gdyż coraz silniej odczuwają skutki fatalnej polityki finansowania nauki za pomocą wymyślanych przez co rusz "lepszych" ekonomistów kolejnych algorytmów (a te mogą uwzględniać jedynie ilościowe kryteria, które nijak mają się do jakościowych), o tyle humaniści i częściowo przedstawiciele nauk społecznych obywają się bez resortowej łaski, bo i tak w większości narzędziem ich pracy jest umysł, a ten często tworzy nawet w skrajnej biedzie.

No to zobaczmy, jak postępuje władza z naukowcami, którzy nie godzą się na chaos, destrukcję rzutujące przecież nie na ich indywidualne losy, ale pracę wartościowych zespołów naukowo-badawczych, nauczycieli akademickich, w tym na postępowanie w ich przewodach naukowych. Jak mają wykonywać swoje podstawowe obowiązki akademickie w szkolnictwie publicznym, skoro ministerstwo udaje, że nie ma sprawy. A sprawa jest. I to bardzo poważna. Jedną z nich jest odebranie Centralnej Komisji Do Spraw Stopni i Tytułów prawa do określania, jakie są obszary i dziedziny nauk oraz które dyscypliny naukowe powinny znaleźć się w ich obrębie. Nie chodzi tu o Centralną Komisję, która czyniła te rozstrzygnięcia do 2011 r., gdyż równie dobrze mogłoby takie decyzje podejmowac inne, ale jednak reprezentujące wszystkie dziedziny i dyscypliny nauk gremium, co byłoby w pełni uzasadnione merytorycznie. Czyniła to Cenralna Komisja, gdyż to ten właśnie organ dokonuje oceny przewodów naukowych na tytuł profesora, sprawuje kontrolę nad jakością przewodów doktorskich i habilitacyjnych we wszystkich jednostkach z uprawnieniami do ich przeprowadzania oraz rozpatruje odwołania kandydatów na wszystkich poziomach naukowego awansu. A tych z poczuciem krzywdy, niesprawiedliwości w toku postępowań w ostatnich latach było coraz więcej.

Od 2011 r. to minister nauki i szkolnictwa wyższego może de facto wbrew logice rozwoju nauki, wbrew jakości osiągnięć polskiej nauki, chociaż zapewne z podszeptu tajemniczych lobbystów, których nazwisk nigdy nie poznamy, by wiedzieć, komu zawdzięczamy niewłaściwe merytorycznie decyzje władzy, ustanowić jakąś wiedzę dyscypliną naukową. właśnie po to ministerstwo parło do zmian w ustawie o szkolnictwie wyższym, by mogło zarezerwować dla władzy interwencjonizm nie merytoryczny, stronniczy, nie wymagający jakiegokolwiek uzasadnienia. Władza bowiem - co pozostało jej jeszcze z czasów państwa totalitarnego - ma zawsze rację, nawet jak jest ona sprzeczna z interesem narodu, społeczeństwa, nauki czy kultury.

Tak stało się w przypadku określenia przez minister nauki i szkolnictwa wyższego - bez uzgodnienia tego z środowiskiem naukowym, chociaż jego reprezentacje są w tym resorcie znane - że pedagogika nie będzie już od 2013 roku nauką humanistyczną tylko musi być nauką społeczną. Dwuletni okres vacatio legis, od 1.10.2011 r. do 30.09. 2013 został łaskawie ustanowiony jako czas na dostosowanie się do urzędniczego rozstrzygnięcia. Czas jednak biegnie nieubłaganie. Za kilka miesięcy rozpocznie się kolejny rok akademicki, toteż te jednostki akademickie, które nie zgłosiły do Centralnej Komisji dokumentów potwierdzających, że spełniają kryteria minimum kadrowego w dziedzinie nauk społecznych, stracą dotychczasowe pełnomocnictwa i nie będą mogły prowadzić przewodów naukowych z pedagogiki, gdyż dysponują prawem do awansowania naukowców w dziedzinie nauk humanistycznych.

Minister B. Kudrycka postawiła pedagogów pod ścianą – albo dostosują się do nowych wymogów albo utracą dotychczasowe uprawnienia. Niektóre jednostki postanowiły zatem podporządkować się prawu i nie czekać na odwołanie, jakie w tej sprawie złożył do MNiSW Komitet Nauk Pedagogicznych PAN. Tak uczyniły:

- Wydział Studiów Edukacyjnych (Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu)

- Wydział Nauk Społecznych Uniwersytetu Gdańskiego;

- Wydział Filozoficzny Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie;

- Wydział Nauk Pedagogicznych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu;

- Wydział Humanistyczny Uniwersytetu Szczecińskiego;

- Wydział Nauk Historycznych i Pedagogicznych Uniwersytetu Wrocławskiego.

Nadal można habiltować się z pedagogiki w dziedzinie nauk humanistycznych do końca września 2013 r. (o ile też nie przekwalifikują swoich uprawnień) w innych jednostkach akademickich (w tym jednej niepublicznej), które czekają na rozstrzygnięcie sporu o przywrócenie tej dyscypliny do powyższej dziedziny nauk:


- Wydział Nauk Pedagogicznych (Akademia Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie)

- Wydział Nauk Pedagogicznych (Dolnośląska Szkoła Wyższa we Wrocławiu)

- Wydział Pedagogiki i Psychologii (Uniwersytet Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy)

- Wydział Pedagogiki i Psychologii (Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie)

- Wydział Pedagogiki i Psychologii (Uniwersytet Śląski w Katowicach)

- Wydział Nauk Społecznych (Uniwersytet Warmińsko-Mazurski w Olsztynie)

- Wydział Pedagogiczny (Uniwersytet Warszawski)


Natomiast stopnie doktora nauk humanistycznych w dyscyplinie pedagogika można uzyskać w następujących jednostkach:

- Wydział Historyczno-Pedagogiczny (Uniwersytet Opolski)

- Wydział Nauk Społecznych (Katolicki Uniwersytet Lubelski Jana Pawła II w Lublinie)

- Wydział Pedagogiczny i Artystyczny (Uniwersytet Jana Kochanowskiego w Kielcach)

- Wydział Nauk Pedagogicznych (Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie)

- Wydział Nauk o Wychowaniu (Uniwersytet Łódzki)

- Wydział Etnologii i Nauk o Edukacji (Uniwersytet Śląski w Katowicach)

- Wydział Pedagogiki i Psychologii (Uniwersytet w Białymstoku)

- Wydział Pedagogiki, Socjologii i Nauk o Zdrowiu (Uniwersytet Zielonogórski)

- Wydział Pedagogiczny (Uniwersytet Pedagogiczny im. Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie)

DOKTORATY Z PEDAGOGIKI W NAUKACH HUMANISTYCZNYCH:

- Instytut Nauk Społecznych (Pedagogium Wyższa Szkoła Nauk Społecznych w Warszawie)

- Wydział Pedagogiczny (Akademia Ignatianum w Krakowie)


Warto przypomnieć, bo "biurokratyczne gry na zwłokę" MNiSW trwają już jedenaście miesięcy i ... końca nie widać. W dn. 31 stycznia 2012 r. Komitet Nauk Pedagogicznych PAN skierował do minister Barbary Kudryckiej pismo, będące treścią Uchwały KNP PAN z dn. 30 stycznia br. w sprawie konieczności przeniesienia „pedagogiki” jako dyscypliny naukowej z obszaru i dziedziny nauk społecznych do obszaru i dziedziny nauk humanistycznych.

Na odpowiedź czekaliśmy … 3 miesiące! Brzmiała ona następująco:

"(...) uprzejmie informuję, że w związku z napływającymi do Ministerstwa postulatami dotyczącymi dokonania zmian w tym rozporządzeniu, do Przewodniczącego Centralnej Komisji ds. Stopni i Tytułów prof. dr hab. Tadeusza Kaczorka zostało wystosowane pismo z prośbą o wyrażenie przez Centralną Komisję stanowiska odnośnie zgłoszonych propozycji, m.in. przyporządkowania dyscypliny "pedagogika" zarówno do dziedziny nauk społecznych jak i do dziedziny nauk humanistycznych.

Uwagi Centralnej Komisji oceniające zasadność uwzględnienia tej zmiany oraz pozostałych postulatów środowiska humanistów będą niezwykle pomocne przy nowelizacji ww. rozporządzenia
. Z wyrazami szacunku Barbara Kudrycka"

Od tego pisma minęło kolejnych siedem miesięcy, kiedy na skutek braku jakiejkolwiek decyzji pani Minister, w tym braku nowelizacji rozporządzenia w sprawie obszarów wiedzy, dziedzin nauki i sztuki oraz dyscyplin naukowych i artystycznych z dn. 29 września 2011 r. skierowałem jako Przewodniczący KNP PAN ponowne zapytanie m.in. w kwestii przywrócenia pedagogiki jako dyscypliny nauki do dziedziny i obszaru nauk humanistycznych. Jak napisałem 5 listopada 2012 r.:

Od marca br. Komitet Nauk Pedagogicznych PAN nie otrzymał w tych kwestiach odpowiedzi, co budzi szczególne zaniepokojenie na sposób traktowania przedstawicieli tej dyscypliny z wyboru środowiska naukowego. Ufam, że jest to raczej wynikiem czyjegoś niedopatrzenia i wkrótce uzyskamy tę odpowiedź.

Istotnie, odpowiedź wpłynęła 23 listopada 2012 r. już nie od pani minister (przecież nie będzie zaprzątała sobie głowy takimi "dyrdymałami"), tylko od Dyrektora Departamentu Nadzoru i Organizacji Szkolnictwa Wyższego. Treść pisma jest następująca:


W nawiązaniu do wcześniejszej korespondencji uprzejmie informuję, że do Ministerstwa wpłynęły liczne postulaty dotyczące dokonania zmian w wykazie obszarów wiedzy, dziedzin nauki i sztuki oraz dyscyplin naukowych i artystycznych ustalonych rozporządzeniem (...) Postulowane zmiany obejmują zarówno przeniesienie poszczególnych dyscyplin do innych dziedzin nauki, utworzenia nowych dyscyplin naukowych, jak i umieszczenia poszczególnych dyscyplin naukowych w więcej niż jednej dziedzinie nauki.

Ze względu na fakt, że proponowane zmiany oznaczają istotne przekształcenia, ale także obejmują rozwiązania ze sobą sprzeczne, trwa proces ich wnikliwej analizy, a także, wynikający z art.3 ustawy z dnia 14 marca 2003 r. o stopniach i tytule naukowym oraz o stopniach i tytule w zakresie sztuki (...), uzyskiwanie opinii Centralnej Komisji do Spraw Stopni i Tytułów w zakresie poszczególnych rozwiązań.

Przedstawiając powyższe wyjaśnienia, uprzejmie informuję, że niezwłocznie po zakończeniu procesu analitycznego i uzyskaniu opinii CK podjęte zostaną działania zmierzające do wprowadzenia stosownych zmian w wykazie obszarów wiedzy, dziedzin nauki i sztuki oraz dyscyplin naukowych i artystycznych ustalonych rozporządzeniem (...). Z poważaniem Dyrektor Departamentu".
(podkreśl. moje)

Ciekawe, że Sekcja Nauk Humanistycznych i Społecznych Centralnej Komisji nie była od stycznia 2012 r. poproszona o taką opinię. Brałem udział we wszystkich jej posiedzeniach. Nie była też nigdy proszona o to, by wypowiedzieć się na temat przeniesienia pedagogiki z nauk humanistycznych do społecznych w okresie poprzedzającym wydanie w/w rozporządzenia. Czyżby zatem pani Minister mogła wydać taki akt bez owej konsultacji? Mogła. A niby dlaczego nie? Czy za kilka miesięcy będzie potrzeba dokonywania zmian w powyższym rozporządzeniu? Nie, bo i po co, skoro do końca września wszystkie jednostki akademickie, które wymieniłem powyżej, jeśli jeszcze nie ukonstytuowały swojej kadry w obszarze nauk społecznych, to i tak będą musiały to zrobić? A nowelizacja ukaże się albo i nie... zgodnie z oczekiwaniami środowiska naukowego, albo i nie...
Z wyrazami szacunku i z poważaniem, albo i nie... .

A tymczasem chaos się pogłębia, bowiem jedni kandydaci do stopni naukowych z pedagogiki przeprowadzają swoje przewody w dziedzinie nauk społecznych, a inni - nauk humanistycznych. Ta sama dyscyplina, a jakże dwoista w swej istocie.

Może zatem pani Minister znajdzie salomonowe wyjście i z dniem X znowelizuje łaskawie rozporządzenie, w świetle którego pedagogika będzie i tu i tu, tak jak np. ochrona środowiska czy biotechnologia w dwóch różnych dziedzinach nauk. A może tak jak w przypadku biologii, która może być też medyczna, pedagogika mogłaby być w jednej dziedzinie - humanistyczna, a w innej społeczna?




czwartek, 27 grudnia 2012

Wyższe szkoły profanum


Istotnie, w wyższym szkolnictwie prywatnym nadchodzi czas odsłaniania jego profanum w rozumieniu zamachu na sacrum akademickości w wyniku fizycznego lub
symbolicznego jej zbezczeszczenia, znieważenia czy zhańbienia.

W jednych szkołach proces ten miał charakter uprzedniego budowania akademickiego "sacrum" zgodnie z założonymi wartościami, kreowania swoistego rodzaju festynu akademickości, radości studiowania i kształcenia, który z biegiem czasu lub już u samych podstaw tworzenia, bez pielęgnowania akademickiego fundamentu musiał przeistoczyć się w kryzys, a w niektórych tzw. "wsp" nawet w istną katastrofę. W wielu szkołach profanum było od samego ich początku: albo w skrywanej przed opinią publiczną mentalności ich założyciela (-li), albo w sposobie organizacji szkoły, prowadzonego do niej naboru kadr akademickich czy w lekceważeniu fundamentalnych ogniw procesu kształcenia i badań naukowych.

Dzisiaj widoczny jest odwrót od "świętowania", bo jak tu cieszyć się z upadku, z dna, którego musiała sięgnąć grupa założycielska lub inny podmiot prawny, wykorzystywana (często do niezgodnych z prawem celów)administracja 'wsp", lekceważona w niej kadra, oszukiwani studenci i/lub zmanipulowana opinia publiczna? Następuje proces naturalnej samolikwidacji, która jest wymuszona procesami tylko pozornie lub częściowo mającymi charakter zewnętrzny w stosunku do podmiotów prowadzących te szkoły. Niektórzy właściciele takich wyższych szkół pseudosu, wyższych szkół pozoru, partactwa czy profanum oddają wynajmowane lokale, sprzedają posiadane działki, część swojej infrastruktury, by spłacać zaciągnięte kredyty i powiększające się wobec ich pracowników długi.

Wielokrotnie o tym pisałem przez ostatnie prawie pięć lat, bo tyle czasu prowadzę swój blog. Niestety, coraz częściej dowiadujemy się o niepłaceniu przez założycieli tych "wsp" składek ZUS-owskich, obniżaniu honorariów za prowadzenie zajęć lub odraczaniu płatności, manipulowaniu danymi statystycznymi w sprawozdaniach, o wyprzedaży sprzętów (służbowych samochodów, mebli i elektroniki), by jeszcze - jak tylko najdłużej się da - wyłudzać kasę od naiwnych studentów, oferując im w zamian "produkt" coraz niższej jakości, wmawiając im, że studiują w wyższej szkole. Owszem, studiują, czyli (prze-)bywają w wyższej szkole profanum.

Dopiero teraz odsłaniana jest prawda o mechanizmach fikcji i pozoru, o tworzonych hurtowniach dyplomów i w niektórych przypadkach rozsianych po kraju ich logistycznych centrach (wydziałach zamiejscowych, filiach itp.). Jeszcze trwa przysłowiowe "malowanie trawy na zielono", bo tego niektórzy właściciele nauczyli się w okresie PRL, a inni nadal uczą się od doradców, prawników, pseudo szkoleniowców. To ci ostatni tworzą różnego rodzaju agencje szkoleń i promocji cwaniactwa, omijania prawa, by pod szyldem eksperckich kursów w zakresie szkolnictwa wyższego oferować wiedzę z zakresu manipulacji i wyłudzeń. Niektórzy są ukrytymi lobbystami w organach władzy centralnej, bo i w pakiecie swoich usług mają ochronę oszustów. Jeszcze długo polskie szkolnictwo wyższe nie wydobędzie się z zapaści, którą wspierali przez lata także niektórzy politycy.

Ciekawe, kto i kiedy zbada powiązania między władzą, lobbystami, prawnikami i pozarządowymi edukatorami tych, którzy tworzyli wyższe szkoły profanum? Historycy pedagogiki szkoły wyższej będą mieli o czym pisać za kilkadziesiąt lat, o ile już nie trwa czyszczenie niektórych danych. Pozostaje jednak pamięć społeczna świadków wydarzeń, często ofiar systemu akademickiego kłamstwa. Ta jest spisywana przez pedagogów, którzy prowadzą w tym sektorze niezależne badania.

Na szczęście są także w sektorze niepublicznym prawdziwe "świątynie" wiedzy, szkoły akademickiej sztuki badań i debat naukowych, które śmiało konkurują z uniwersytetami i publicznymi akademiami.

wtorek, 25 grudnia 2012

Christmas Story


Dr Małgorzata Miksza - Przewodnicząca Polskiego Stowarzyszenia Montessori - przesłała swój przekład tekstu Marii Montessori o Bożym Narodzeniu (Christmas Story, (w): The Child in the Church, London 1930, s. 165 – 167). Jak powiedzieliby harcerze - to piękna, krótka gawęda okolicznościowa.

Współpracownik Montessori i autor jej biografii - M. Standing pisał, że być może czytelnicy, zwłaszcza matki i wychowawcy, chcieliby się dowiedzieć, w jaki sposób ta wyjątkowa pedagog wyjaśniała małemu, trzyletniemu dziecku, które mieszkało w tym samym, co ona domu – Święty Wieczór i mszę o północy (w Polsce: Pasterkę, przyp. M. Miksza).


Maria Montessori brała maleństwo na kolana i tak rozpoczynała opowieść:

„Gdy wczoraj czuwałeś, czekając na ten szczególny czas, zauważyłeś, że rozbłysły wszystkie światła w całym domu. A gdy szukałeś mamusi, nie znalazłeś jej w pokoju, lecz ujrzałeś, że jej łóżko było zasłane. Gdy chciałeś mnie odszukać, sytuacja była podobna…


Kiedy wszedłeś na górę, by odszukać na poddaszu panienkę Lornę, zauważyłeś, że cała klatka schodowa jest oświetlona, ale i jej w pokoju nie było. Tam także łóżko było nie tknięte. Gdyś zatem wyjrzał przez okno, zobaczyłeś setki, setki ludzi wędrujących w środku nocy w jednym kierunku.

Zauważyłeś, jaka ogromna cisza nastała, a dzwony zadzwoniły: bim –bam, bim – bam! Wszystkie okna w okolicznych domach były oświetlone.
Co to wszystko znaczyło? Co się wydarzyło? Dokąd podążali ci wszyscy ludzie?

Dlaczego dzwoniły dzwony w środku Cichej Nocy? Chciałabym ci zatem opowiedzieć, jak wspaniała rzecz się wypełniła”.


-Tu zabłysły oczy opowiadającej, lecz powstrzymała się przed radosnym podnieceniem.


„W tym jest istota rzeczy. Tak oto się wydarzyło, Dziecię Jezus się narodziło, zatem wszyscy ludzie idą do Niego aby Go ujrzeć i pokłonić się przed Nim nisko i pomodlić się do Niego”.


Potem opowiadała dziecku historię o pasterzach i aniołach, którzy się pojawili i śpiewali „ Gloria…”. Potem grali Mu kolędy na fujarkach, jak czynią to pasterze…

W następnych latach opowiadała dziecku tę samą historią w taki sam sposób i w następnych latach także. Dziecko bardzo pokochało tę historię. Często miało w zwyczaju mówić:

„Proszę, opowiedz mi, jak poszedłem na górę i jak łóżko mamy było zasłane, i jak twoje łóżko było zasłane i…”.

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Święta z głębokim i autentycznym przesłaniem


W związku ze zbliżającą się nocą szczęśliwego rozwiązania kieruję do Czytelników, Studentów, Nauczycieli, Pedagogów, Bliskich i Obcych, Przyjaciół i Antagonistów, Naukowców i Oświatowców - najserdeczniejsze życzenia: odczytywania dziecka jako znaku Boga, przychodzącego na świat w uniżeniu i ubóstwie, by stanąć po stronie godności każdego człowieka, o czym tak pięknie pisze Jerzy Libert:

A mały Chrystus smutny w drzwi patrzy i czeka
By pośród witających zobaczyć Człowieka...


Życzę refleksji nad fundamentami chrześcijańskiego życia i wiary, odczytywania betlejemskiej opowieści z Ewangelii, radowania się wspólną obecnością Bliskich, przeżywania tradycji łamania się opłatkiem na znak wspólnoty i przyjaźni, by wypowiadane – być może nawet „milczeniem” - życzenia były wyrazem czułości naszych serc i wrażliwości myśli na drogę, którą każdy z nas podąża ku sobie znanym i stawianym celom. Jak pisał ks. Jan Twardowski:

Oby się wszystkie trudne sprawy
Porozkręcały jak supełki
Własne ambicje i urazy
Zaczęły śmieszyć jak kukiełki.


Sięgnijmy w czasie tych pięknych Świąt do tajemnicy naszego istnienia, uwolnieni od bieganiny za wartościami, z których nie wszystkie stanowią o trwałości i wartości życia. Niech wspólne kolędowanie buduje nasze więzi, a świąteczne ciepło i skupienie odsłania misterium spotkania z Nowonarodzonym. Niechaj wszystkie spotkania niosą radość, spokój, szacunek, życzliwy uśmiech, a także pomocną dłoń, by nie zabrakło ludzkiej obecności i miłości, gdy ta Maleńka Miłość ma zagościć wśród nas. Dużo zdrowia, sił i nadziei na lepsze - a przy tym – jak śpiewa Grzegorz Turnau:

Bądźcie czujni i ostrożni,
Gdy się rodzi Dżizys,
Aby się Wam przy okazji
Nie zakradł gdzieś kryzys,
Jego wcale Wam nie życzę,
Nie życzę nikomu,
I niech Pan nastanie, Radość
I Miłość w Twym domu!


Na Święta Bożego Narodzenia życzę Wam i Najbliższym gwiazdki z nieba, która sprawi, że będziecie zawsze szczęśliwi, uśmiechnięci, spokojni. Niech się Wam darzy!


Dziękuję wszystkim pamiętającym i nadsyłającym swoje życzenia drogą elektroniczną i tradycyjną. Gorące podziękowania kieruję do Czytelniczki bloga, która podzieliła się ze mną wyjątkowym darem, jakim jest zapis w pamiętniku Jej Cioci o wigilijnych tradycjach na Kresach.

Przeczytajcie ten opis, gdyż owe wspomnienia stanowią żywy obraz wyjątkowego miejsca i Ludzi, o których pamięć jest dla nas zadumą nad NASZĄ historią...

"Zawsze był śnieg. Po prostu nie pamiętam Świąt bez śniegu., choinki, ryby, kutii... Zjeżdżała się cała rodzina, więc przygotowania trwały ze 3 tygodnie. Najpierw było świniobicie. Już wtedy wszędzie leżał śnieg i jak się gdzieś sanną jechało to widziało się co raz jakby małe ogniska, gdzie gospodarze słomą opalali świńską szczecinę. W dzieżach, nieckach marynowało się szynki, polędwice, boczek i mięso na kiełbasy. Kiszki piekło się na ciętej słomie żytniej w blachach. Aromaty rozchodziły się w około. Wspaniałe! Częstowało się znajomych, dawało do domu Maryni czy Kateryni, które malowały wapnem ściany czy robiły większe pranie. Gdy listonosz Semcio wracał z pustą torbą też dostawał co tam było.

Ważne żeby wybielić całe wnętrze domu, wyczyścić szyby w oknach, wysmarować naftą ramy okienne, drzwi- wszytko musiało lśnić. Bielizna pięknie uprana i wykrochmalona suszyła się na mrozie w sadzie między drzewami. Przed samymi świętami piekło się cały piec chleba, potem bułki w blachach. Potem makowce, kruche, placki z jabłkami, zawijańce w drożdżowym cieście, pierniki, czasem nugaty i całe stosy pysznych herbatników. Raczej nie było serników bo krowy w zimie już zacielone nie dawały dużo mleka.
Tato przed wigilią przynosił ze stodoły cztery snopy zboża i ustawiał je przy łóżkach. Przy moim zawsze stał snop pszenicy, tak do Sylwestra. Razem ze świerkową choinka roznosiły wspaniały, niezapomniany aromat...

Ryby przywożono ze Zbaraża. Przeważnie szczupaki, przyrządzane "po żydowsku". Kutia - z miodem i bakaliami - musiała być obowiązkowo na polską wigilię i potem na ruską. Tato brał podczas wigilii całą makutrę z kutią i zamachiwał się na sufit. Kutia musiała się do sufitu przykleić - znaczy to, że będzie "pożytek" w nowym roku. Przyklejony wzór zostawał tak aż do następnego bielenia ścian przed Wielkanocą.
Stół, na którym położono siano przykrywano białym obrusem. Na stole paliła się świeca i leżał na talerzu opłatek z grudkami miodu. Ojciec zaczynał od modlitwy, do której klękaliśmy wszyscy wokół stołu. Tato składał każdemu odpowiednie życzenia, wszyscy całowaliśmy go w rękę. Potem siadaliśmy do zupy grzybowej, barszczu z uszkami, ryby, pierogów, gołąbków - wszystkiego po trochu. Po kolacji śpiewaliśmy kolędy i pastorałki a ociec lub brat wynosił bydłu do żłobów opłatek.

Później szło się do wujostwa Soleckich złożyć życzenia i porozmawiać, czy też czego spróbować. Wujek w słomę przyniesioną na podłogę rozsypywał orzechy włoskie, dorzucając po parę grosików i dzieci miały czego szukać. Taka to była zabawa. Pojawiali się też kolędnicy. Przychodzili z szopką. Wbiegał diabeł i Żyd garbaty, często z tego garba wystawała słoma. Na krzesłach dostojnie siadał Herod ze świtą, anioł nad nimi na stołku. Rymowane śpiewanie, dzwoneczki, becząca koza, dużo dowcipnych odzywek, dużo radości i krzyku ale też chwile podniosłe. Dla dzieci egzamin z pacierza i grzeczności. Na koniec wspólna kolęda, poczęstunek i koniecznie nagroda pieniężna.

Przed dwunastą wszyscy szli na pasterkę. Jak było bardzo śnieżnie to zaprzęgało się konie w duże sanie. Rozbrzmiewały wspaniałe koncerty, bo było u nas sporo dobrych głosów. Śpiewał chór i cały Kościół. Co rok dochodziła nowa kolęda czy pastorałka a w czasie wojny miały dającą do myślenia treść, przejmującą do głębi znękane w tym czasie serca i dusze. Panowało wielkie zrozumienie, solidarność, patriotyzm najszczerszy..."


niedziela, 23 grudnia 2012

Profil pedagogiczny nauk o wychowaniu


Jeśli pisać w okresie świątecznym o pedagogice, to najlepiej wskazując na rozprawę naukową, która znakomicie wpisuje się w nurt myślenia chrześcijańskiego, a w tym przypadku personalistycznego. Mam tu na uwadze najnowszą monografię naukową, ks. dra hab. Mariana Nowaka, prof. KUL pt. Profil pedagogiczny nauk o wychowaniu. Studium z odniesieniami do pedagogiki pielęgniarstwa (KUL, 2012, ss. 651), która jest dowodem na mistrzostwo akademickiego pisarstwa.

Od kilkunastu lat ks. dr hab. M. Nowak należy do czołówki nie tylko polskiej pedagogiki, gdyż swoim udziałem w międzynarodowych projektach badawczych, w konferencjach zagranicznych staje się ambasadorem najlepiej pojętej humanistyki o polskich korzeniach, kontynuatorem najznakomitszych twórców całego XX wieku, który pogłębia i utrwala jej naukowy status w środowiskach uniwersyteckich i szeroko pojmowanej sferze publicznej. Nic dziwnego, skoro reprezentuje Katolicki Uniwersytet Lubelski, w którym w 1920 r. powstała pierwsza w wolnej II Rzeczpospolitej Katedra Pedagogiki (kierowana przez prof. Zygmunta Kukulskiego (kierował nią do 1939 roku).

Sam zresztą tak o tym pisze w jednym ze swoich artykułów: W nauczaniu akademickim, tradycja ukonstytuowała wielorakie formy i sposoby realizowania zarówno uniwersyteckiej dydaktyki, jak i prowadzenia naukowych poszukiwań: wykłady, konwersatoria, ćwiczenia, podlegające jeszcze dalszym podziałom i zróżnicowaniom (np. wykłady otwarte, kursoryczne, odczyty). (…) To właśnie wspólnota seminarium naukowego najwyraźniej ukazuje, że chociaż wyniki naukowych badań mają ze swej natury charakter obiektywny i rzeczowy, to jednak dopiero wspólnota tego seminarium pomaga dostrzec istotnie humanistyczny wymiar wszelkiej wiedzy: jej znaczenie dla zrozumienia człowieka i wpływ na proces jego dojrzewania. (Wczoraj i dziś pedagogiki uniwersyteckiej, w: Wczoraj, dziś i jutro pedagogiki uniwersyteckiej w świetle twórczości Stefana Kunowskiego, red. K. Braun, M. Łobacz, A. Rynio, Lublin: Wydawnictwo KUL 2010, s. 26).

Rozprawa ks. M. Nowaka stanowi o wyjątkowej wartości warsztatu naukowo-badawczego. W dobie, kiedy coraz częściej mamy do czynienia z marginalizowaniem przez polityków, przedstawicieli innych nauk, władzy, media, także resortu nauki i szkolnictwa wyższego roli humanistyki, w tym szczególnie pedagogiki jako nie-nauki, para-nauki czy niewiele przydatnej praktyce oświatowej i gospodarce wiedzy, podejmuje się trudu wykazania tożsamości pedagogiki rozumianej jako nauka/wiedza o wychowaniu i kształceniu człowieka, jako studium o człowieku (za Mario Gennari). Bierze pod uwagę zarówno specyfikę działalności wychowawczej, dydaktycznej i opiekuńczej, jako przedmiotu badań pedagogiki, jak i myślenia pedagogicznego z jego możliwymi – syntetyzującymi perspektywami i podejściami poznawczymi (profil genetyczny, antropologiczny, historyczny, psychologiczny, społeczny i ekonomiczny) oraz aplikacyjnymi.

Autor tego monumentalnego dzieła odkrywa w ramach prowadzonych przez lata badań z pozycji pedagogiki ogólnej to, co stanowi o istocie, swoistości tej nauki, nawiązując do metodologii badań fenomenologicznych i najlepszych tradycji kontynentalnej Geisteswissenschaftliche Pädagogik, czyli pedagogiki humanistycznej, duchowej, odróżniającej swoje badania od nauk przyrodniczych. Korzysta przy tym z rozwijanego przez siebie paradygmatu badan systemowych, co szczególnie uwidacznia już w samym tytule książki posługując się pojęciem „profil”.

Jego studium jest odsłanianiem profilu pedagogicznego związanego z naukami o wychowaniu na przykładzie działalności pielęgniarskiej, a więc tego zawodu służby publicznej, który jest zbliżony do pedagogicznego jako zaangażowany w służbę drugiemu człowiekowi. Co jest niesłychanie ważne, to przeciwstawia się temu, z czym mieliśmy do czynienia także w odniesieniu do zawodu pedagogicznego, a mianowicie uważaniu go za posługę służebną wobec kogoś (władzy) czy czegoś (systemu ideologicznego), podczas gdy oba zawody są suwerenne.

Jak pisze: Pielęgniarstwo jest elementem systemu ochrony zdrowia i w tym sensie ma też własne cele, zadania i funkcje, wśród których chcemy wyeksponować zwłaszcza funkcję wychowawczą, wyraźnie wprowadzającą pielęgniarstwo w krąg nauk humanistycznych i społecznych, do jakich należy pedagogika. (…) na przykładzie pedagogiki pielęgniarskiej, a zatem refleksji i praktycznej działalności pielęgniarskiej, spodziewamy się dać impulsy do rozważenia możliwości ukazania specyfiki pedagogicznej wiedzy i wychowawczej działalności w ogóle, a nade wszystko uwydatnić i dopomóc w wyodrębnieniu tego, co jest specyficznie pedagogiczne w poszczególnych naukach o wychowaniu i co je ze sobą łączy. (s. 16).

Tej przesłance podporządkował ks. M. Nowak strukturę i treść swojej monografii, której układ jest logiczny i wyczerpujący, a przy tym nowatorski, gdyż nie mający w światowej literaturze swojego odpowiednika. Dzięki tej książce wyniesione są do najwyższej rangi dwie profesje, które z taką łatwością i ignorancją usiłuje się od lat poddawać ekskluzji społecznej i akademickiej. Podnosi się także status nauk o wychowaniu przez wyróżnienie w nim niezwykle trudnych badań i analiz języka pedagogicznego, badań interpretacyjnych oraz badań technologiczno-projektujących procesu wychowania i kształcenia człowieka w toku jego ontogenezy.

Mamy w tej rozprawie przedstawioną złożoność procesu wychowania, a zarazem jak odpowiedzialna i konieczna jest integracja wiedzy na ten temat różnych dyscyplin i perspektyw, by w dialogu inter-i transdyscyplinarnym móc w pełni studiować i jak najlepiej pomagać innym w odkrywaniu i podnoszeniu do najwyższej godności ich humanum. Niezależnie od metahumanistycznego przesłania Autor tej rozprawy pokazuje w jaki sposób można i należy rozwijać tzw. pedagogiki szczegółowe, nadając im klarowny profil i więź z wspólnotą myślenia i badania oraz szeroko pojmowanego działania pedagogicznego. Ma ono bowiem, jak pisał Romano Guardini uwarunkowania zewnętrzne (…) zarówno wobec samego siebie, jak i wobec innych, ma źródło w pewnym impulsie i pewnej energii, pochodzącej z najgłębszej istoty człowieka, a którą – w kontekście wiary religijnej – możemy odnieść ostatecznie do nieskończonego bytu Boga.(s. 46)

Przeprowadzona przez Autora analiza profesji pielęgniarki i pedagoga budzi najwyższe uznanie, bowiem nikt dotychczas nie dokonał w perspektywie świadomości kategorialnej odkrycia ich znaczenia. Wielką sztuką jest odnalezienie w spuściźnie myśli humanistycznej poglądów, które doskonale służą wydobyciu i oszlifowaniu ich znaczeniami wartości postawy służby jako kluczowej dla obu profesji. Ks. dr hab. M. Nowak nie czyni tego jednak językiem propagandy oświatowej, nie ucieka się – jak czynił to np. Mirosław Handke uzasadniając konieczność przeprowadzenia reformy ustrojowej szkolnictwa III RP – do płytkiego pojmowania misji zawodu, ale drąży jego sens, by każdy je wykonujący mógł jeszcze bardziej stawać się i być człowiekiem.

Nic dziwnego, że łączy ów profil z kategorią odpowiedzialności dialektycznej, pisząc: Pedagog staje w owym polu napięcia między człowiekiem a światem, w którym musi on ciągle na nowo wchodzić w odczucia i sytuację młodego człowieka, ale jednocześnie obejmować swoim spojrzeniem całość życiowej drogi człowieka i z tej perspektywy odpowiadać na szczegółowe zadania życiowe ujawniające się w wychowanku, Ta odpowiedzialność przejawia się w specyficznym napięciu powstającym przy wnikaniu w świat młodego człowieka i jednoczesnym dystansowaniu się od niego. (s. 80)

To dzięki tej rozprawie dostrzegamy jeszcze wyraźniej, że nie ma równości w zakresie możliwości tak edukacji, jak i zachowania zdrowia, które często zależą od kontekstu życia społecznego i indywidualnego, często od losu i własnej aktywności jednostki, a nie tylko czy przede wszystkim od profesjonalnego wsparcia. Jakże ciekawie przeprowadza porównanie starożytnej idei paidei z wartością zdrowia i istotą działalności medycznej na rzecz człowieka. Zastosowany rodzaj dociekań, dobór źródeł i myśli oraz stylistyka narracji będąca unikalną formą przekształcania dyskursu medycznego w dyskurs pedagogiczny są tu niepowtarzalne i nie mogą być modelem dla budowania innych dyscyplin szczegółowych, jak np. praca socjalna, chociaż dość łatwo nasuwają się takie otwarcia i ułatwienia metapoznawcze.

Autor potrafi spojrzeć na pedagogikę przez analogię do nauk przyrodniczych i medycznych i na odwrót, pokazując nam jak można poruszać się (…) pomiędzy tym, co indywidualne, a tym, co uniwersalne, pomiędzy wiedzą teoretyczną a działaniem praktycznym, pomiędzy faktami a ideami, pomiędzy oczekiwaniami indywidualnymi a społecznymi. (s. 173) Gorąco tę rozprawę polecam miłośnikom profesjonalizmu i pedagogicznej mądrości.

sobota, 22 grudnia 2012

Rodzice w "realu" a dzieci w sieci

Instytut Kultury Miejskiej w Gdańsku przesłał mi informację o opublikowaniu na jego stronie raportu z badań gdańskich naukowców p.t. DZIECI SIECI - kompetencje komunikacyjne najmłodszych. Konsultantami byli znakomici eksperci od tej problematyki, profesorowie: Wiesław Godzic, Tomasz Szkudlarek oraz Tomasz Szlendak.

Zwracam uwagę na ten dokument, gdyż wraz z przygotowaniami do Świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku rozpoczął się okres ferii dla dzieci i młodzieży szkolnej. Nie ulega wątpliwości, że część z nich już jest w sieci, kiedy rodzice dokonują w realnym życiu zakupów, sprzątają, odnawiają, pakują prezenty (w tym także laptopy, telefony komórkowe, gry elektroniczne itp.) czy ubierają choinkę. No, może tę ostatnią czynność są w stanie ich pociechy same wykonać, gdyż nieodłącznie kojarzy się im to zielone drzewko z miejscem na worek od św. Mikołaja.

Jeśli ktoś znajdzie chwilę czasu, to niech zajrzy na stronę wspomnianego raportu lub ściągnie go sobie na dysk, by poczytać i zastanowić się nad tym, co dalej będzie z socjalizacją naszych dzieci, skoro nie nastąpił zapowiadany na wczoraj koniec świata, a tym samym nie zostaliśmy zwolnieni z włączania się w proces ich rozwoju, edukacji, enkulturacji?

Redaktorzy Raportu "Dzieci sieci" stawiają ważne pytania i formułują na nie swoje odpowiedzi, ale i nowe hipotezy:

- Czy młodzi posiadają umiejętności niezbędne do aktywnego, twórczego i bezpiecznego korzystania z internetu?

- Czy szkoła wspiera ich w odkrywaniu nowych mediów i technologii?

Co zawiera raport „Dzieci sieci – kompetencje komunikacyjne najmłodszych”? Jest to projekt badawczy Obserwatorium Kultury w Gdańsku zrealizowany przez Instytut Kultury Miejskiej i współfinansowany przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Badanie dotyczyło diagnozy kompetencji komunikacyjnych dzieci w wieku od 9 do 13 lat. Raport jest dostępny na stronie www.dzieci-sieci.pl


„Polskie dzieci, chociaż funkcjonują w świecie sieciowej komunikacji, nie potrafią korzystać z pełni możliwości oferowanych przez internet, nie zawsze uchronią się przed niebezpieczeństwami, nie odkryły jeszcze do końca serwisów społecznościowych i potencjału publikowania własnych treści.” - czytamy w raporcie z badań. Autorzy raportu zauważają na przykład, że „młode osoby dość często bardzo powierzchownie odbierają komunikaty medialne, potrafią na przykład rozpoznać typową reklamę, ale nie wskazując ukrytych w treści linków i innych działań marketingowych”.


Badacze podkreślają, że „polscy młodzi żyją w momencie przełomowym, odkrywając nowe technologie i łatwo ucząc się posługiwania nimi. Potrzebują jednak wsparcia, które mogłaby im dawać szkoła, być może we współpracy z innymi organizacjami chcącymi zmieniać społeczną rzeczywistość.” Postulują, by szkoły traktowały media nie jako nowoczesny dodatek, ale integralną część działań. Oznacza to między innymi zaprzestanie traktowania kultury jako wąskiej domeny zarezerwowanej dla starszych form medialnych. „Nie sposób kształtować aktywnych obywateli, potrafiących korzystać z mediów, ucząc ich odwoływania się tylko do klasycznych źródeł informacji i rozrywki.” -piszą.

Badanie było realizowane od lipca do grudnia 2012 roku pod egidą Instytutu Kultury Miejskiej w Gdańsku i przy dofinansowaniu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Projekt był realizowany przez interdyscyplinarny zespół badaczy z wielu ośrodków akademickich. W skład zespołu badawczego wchodziły następujące osoby: Piotr Siuda (koordynator projektu), Grzegorz D. Stunża (asystent koordynatora), Anna Justyna Dąbrowska, Marta Klimowicz, Emanuel Kulczycki, Damian Muszyński, Renata Piotrowska, Ewa Rozkosz oraz Marcin Sieńko. Zespół merytorycznie wsparty został radą konsultantów ekspertów, których opinie znaleźć można w raporcie.

Punktem wyjścia projektu badawczego było skonstruowanie modelu umiejętności związanych z posługiwaniem się internetem. Na tej podstawie przeprowadzono badania jakościowe z wykorzystaniem różnorodnych metod: wywiadów, ankiet, obserwacji, netnografii oraz analizy dokumentów. Między innymi badano serwisy społecznościowe takie jak NK.pl i Facebook oraz przeanalizowano 50 programów nauczania przedmiotów obowiązkowych w klasach 4-6.



Raport z badań „Dzieci sieci – kompetencje komunikacyjne najmłodszych” jest dostępny na stronie internetowej www.dzieci-sieci.pl. Ściągnijcie go sobie. Przyda się w rodzinie, w szkole, na uczelni oraz w sieci.

piątek, 21 grudnia 2012

WYBORY DO CENTRALNEJ KOMISJI NA KADENCJĘ 2013 – 2016


Wybory DO CENTRALNEJ KOMISJI DO SPRAW STOPNI I TYTUŁÓW przebiegały w dwóch etapach. W pierwszym jednostki podstawowe, które dysponują uprawnieniami do nadawania co najmniej stopnia naukowego doktora z dyscypliny pedagogika, bo ta jest przedmiotem mojego zainteresowania, mogły nominować do 16 października 2012 r. dwóch kandydatów – jednego profesora z własnego środowiska naukowego, a drugiego z innej uczelni.

Powołana przez Premiera Komisja Wyborcza na czele z profesorem Januszem Tazbirem jako jej Przewodniczącym, przygotowała na podstawie zgłoszeń - listę kandydatów, po uprzedniej weryfikacji danych i zgodności oświadczeń każdego z kandydatów.

Pedagogice przysługiwały tylko trzy miejsca, a nie jak dotychczas - cztery, toteż przy 18 kandydatach o jedno miejsce ubiegało się sześciu profesorów.
Dla porównania, w socjologii do tej samej liczby miejsc - środowisko naukowe nominowało 8 kandydatów, zaś filozoficzne 12. Z kulturoznawstwa o jedno miejsce ubiegało się pięciu kandydatów, zaś analogicznie z nowej dyscypliny naukowej, jaką są nauki o rodzinie - trzy osoby.

Uniwersytety i akademie z uprawnieniami naukowymi nominowały następujących kandydatów:

1. Chałas Krystyna (KUL Lublin)

2. Chrzanowska Iwona (UAM Poznań)

3. Czerepaniak-Walczak Maria Zofia (Usz Szczecin)

4. Dehnel Piotr (DSW - Wrocław)

5. Górniewicz Józef Henryk (UW-M Olsztyn)

6. Juszczyk Stanisław (UŚl- Katowice)

7. Klus-Stańska Dorota Aleksandra (UG - Gdańsk)

8. Marek SJ Zbigniew Jan (Akademia Ignatianum - Kraków)

9. Marynowicz-Hetka Ewa Bożena (UŁ - Łódź)

10. Muchacka Bożena (UP - Kraków)

11. Nikitorowicz Jerzy (UB - Białystok)

12. Radziewicz-Winnicki Andrzej (UZ - Zielona Góra)

13. Szulakiewicz Władysława UMK - Toruń)

14. Szymański Mirosław Stanisław (UW - Warszawa)

15. Śliwerski Bogusław Marian (APS/ChAT - Warszawa)

16. Theiss Wiesław Tomasz (UW - Warszawa)

17. Walasek Stefania Maria (UWr - Wrocław)

18. Wojciechowski Franciszek (UJ - Kraków)

Po raz pierwszy wybory nie były przeprowadzane przez Centralną Komisję, jak i głosowanie odbywało się wyłącznie drogą elektroniczną od 26 listopada 2012 r. od godz. 6.00 do 10 grudnia 2012 r. do godz. 24.00.

Do każdej z osób znajdujących się na liście wyborców został wysłany list elektroniczny (na adres poczty elektronicznej znajdujący się w systemie wyborczym). Każdy z wyborców – a mógł nim być jedynie profesor tytularny - otrzymał indywidualny link pozwalający na wejście do systemu wyborczego i oddanie głosu.

Aby rozpocząć głosownie, należało kliknąć otrzymany link lub wprowadzić go do przeglądarki internetowej. W celu dodatkowej weryfikacji, system wyborczy poprosił wyborcę o podanie imienia, nazwiska i numeru PESEL. Po pomyślnej autoryzacji, wyborca zobaczył listę dyscyplin wchodzących w skład dziedziny, w której został mu nadany tytuł profesora. Dla każdej z tych dyscyplin, dostępna była karta wyborcza zawierająca listę kandydatów zgłoszonych w danej dyscyplinie oraz maksymalna liczba kandydatów, którą można było zaznaczyć na danej karcie.

W przypadku dziedzin, których brak w obowiązującej w trakcie wyborów klasyfikacji, decyzją komisji wyborczej, przyjęto następujące przyporządkowanie dziedzin (dziedzina, w której został nadany tytuł -> dziedzina wyborcza):

• farmacja -> Nauki farmaceutyczne
• nauki geograficzne -> Nauki o Ziemi
• nauki matematyczno-fizyczne -> Nauki fizyczne, Nauki matematyczne
• nauki o organizacji i zarządzaniu -> Nauki ekonomiczne
• nauki polityczne -> Nauki społeczne
• nauki przyrodnicze -> Nauki o Ziemi
• nauki rolno-leśne -> Nauki leśne, Nauki rolnicze
• nauki towaroznawcze -> Nauki ekonomiczne
• nauki wojskowe -> Nauki społeczne
• sztuki piękne -> Sztuki plastyczne
• wychowanie fizyczne -> Nauki o kulturze fizycznej
czyli osoba, której nadano tytuł profesora w dziedzinie „nauki przyrodnicze" będzie mogła głosować w dowolnej dyscyplinie wchodzącej w skład dziedziny „Nauki o Ziemi".

Wyborca miał możliwość przeglądania kart wyborczych dla wszystkich dyscyplin w ramach tej samej dziedziny nauk, ale oddawał głos tylko dla jednej, wybranej przez siebie, dyscypliny. Wyborca głosował, stawiając na karcie wyborczej znak "X" obok nazwisk i imion wybranych kandydatów, a następnie naciskając przycisk „Głosuj".
Po tej komendzie nie miał już możliwości dokonania korekty czy ponownego wejścia do systemu elektronicznego głosowania.

Piszę o tym dlatego, gdyż być może tego typu wybory stają się doskonałą okazją do testowania przy ich okazji możliwego głosowania w ten sposób w innych wyborach w naszym kraju.

W dniu 18 grudnia 2012 r. Komisja Wyborcza ogłosiła wyniki wyborów dla wszystkich dyscyplin naukowych, które muszą mieć swoich przedstawicieli w Centralnej Komisji zgodnie z przysługującą im liczbą miejsc.

Spośród profesorów pedagogiki w skład Centralnej Komisji na kadencję 2013-2016 weszli – w kolejności otrzymanych głosów – następujący profesorowie:

1. Bogusław Śliwerski

2. Andrzej Radziewicz-Winnicki

3. Wiesław Theiss


Pragnę serdecznie podziękować opiniującym i nominującym wszystkich Kandydatów radom wydziałów oraz profesorom tytularnym, którzy przekazali swój głos wyborczy na kandydatów z pedagogiki za obdarzenie ich zaufaniem i zarazem odpowiedzialnością za troskę o jak najwyższy poziom w odpowiadającej ich powinnościom części procedur postępowań awansowych.

czwartek, 20 grudnia 2012

W TYM ROKU ZRÓB DZIECKU PREZENT… Z SIEBIE



Piszę o niezwykle ważnej inicjatywie łódzkiego środowiska, które pod hasłem:

W TYM ROKU ZRÓB DZIECKU PREZENT… Z SIEBIE

stawia nas-rodziców przed jakże ważnym pytaniem:

Ile kosztujesz mamo? Ile kosztujesz tato? Czy aż tak drogo?

Jak w pedagogice Marii Montessori - dzieci apelują do dorosłych:

Dajesz mi prezenty, a mnie brakuje tylko Ciebie


Między innymi takie hasła pojawią się na kilkumetrowym telebimie, który w piątek, 21 grudnia, praktycznie w przeddzień Świąt Bożego Narodzenia, stanie w centrum Łodzi, na skrzyżowaniu ul. Sienkiewicza i al. Piłsudskiego.

Przez cały dzień mają łodzianom przypominać o tym, co dla każdego, nie tylko podczas Świąt, powinno być najważniejsze – o najbliższych, o rodzinie, a szczególnie o dzieciach, które niczego nie pragną tak bardzo, jak towarzystwa swoich rodziców. Wolontariusze będą rozdawać przechodniom ulotki, zachęcające do spędzania czasu razem; nie tylko w formie zabawy, ale także wspólnej pracy.

Akcję „Podaruj dziecku szczęśliwą rodzinę” organizuje Archidiecezjalny Ośrodek Adopcyjny w Łodzi we współpracy z Urzędem Marszałkowskim – Regionalnym Centrum Polityki Społecznej w Łodzi. Ośrodek chce także przypomnieć o dzieciach, które te Święta spędzą w domach dziecka, o tych, które czekają czasem zbyt długo na adopcję. W przeprowadzeniu akcji pomagają: Caritas Archidiecezji Łódzkiej i Konwent Bonifratrów w Łodzi.



W briefingu prasowym przed telebimem udział wezmą:



1. Witold Stępień – Marszałek Województwa Łódzkiego

2. Krzysztof Kwiatkowski – Poseł na Sejm RP

3. Marcin Mastalerek – Poseł na Sejm RP

4. Iwona Śledzińska-Katarasińska – Posłanka na Sejm RP

5. Tomasz Kacprzak – Przewodniczący Rady Miejskiej w Łodzi

6. Anna Mroczek – Dyrektorka Regionalnego Centrum Polityki Społecznej w Łodzi

7. ks. prałat Stanisław Kaniewski – Diecezjalny Duszpasterz Rodzin

8. Tomasz Bilicki – dyrektor Archidiecezjalnego Ośrodka Adopcyjnego w Łodzi.


A propos dziecięcej codzienności!

Ukazała się przepięknie wydana i merytorycznie wyjątkowa książka profesor Doroty Żołądź-Strzelczyk i dr Katarzyny Kabacińskiej - Łuczak z Wydziału Studiów Edukacyjnych Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu pod tytułem: "Codzienność dziecięca opisana słowem i obrazem. Życie dziecka na ziemiach polskich od XVI do XVIII wieku" (Wydawnictwo DIG, Warszawa 2012).


Autorki odsłaniają znaczenie dzieciństwa przez pryzmat różnych źródeł pisanych, materialnych i ikonograficznych. Ta rozprawa jest wyjątkowa dzięki temu, że głównym źródłem wiedzy o świecie dziecka tamtych epok jest ikonografia staropolska oraz opracowania z zakresu historii sztuki. Dzięki ich badaniom poznajemy takie aspekty życia dzieci, jak swoistość ich ubioru (koszulki, fartuszki, sukienki, czapeczki, szelki, szarfy, stroje odświętne itp.), otaczające je w środowisku życia przedmioty, meble, przyrządy i naczynia do karmienia (np. łóżeczka, pościele, siedziska, naczynia do mycia i kąpieli, ręczniki, grzebienie, nocniki itp.), ale i zabawki.

Z fragmentów obrazów obie badaczki "wyłuskują" dla nas wydarzenia, procesy czy stany codziennego życia jak choroby, nieszczęścia, obyczaje czy zachowania związane z kultem religijnym, życiem rodzinnym oraz zachodzącymi w tych środowiskach relacjami z światem dorosłych i przyrody. Całość jest przepięknie ilustrowana odkrytymi i w wielu przypadkach po raz pierwszy opublikowanymi ilustracjami, które pozwoliły na rekonstrukcję wybranych sfer życia dzieci.

Recenzję tej ksiązki znajdziemy na stronie portalu księgarskiego. Gorąco tę pracę polecam, jako znakomity dar nauki dla każdego pedagoga, który pracuje z dziećmi, a dla badaczy życia dzieci i dzieciństwa w szczególności.

środa, 19 grudnia 2012

Kosmetologia oświatowa


jest pochodną lekceważenia roli edukacji narodowej w naszym kraju przez najwyższe czynniki władzy. Tak było, jest i obawiam się, że nadal, długo jeszcze będzie. Nie wyszliśmy z syndromu homo sovieticus, z pozostałości po systemie totalitarnym, w którym urząd władzy był ponad obywatelem, ponad człowiekiem. Teraz to bycie ponad wyraża się w realizacji chaotycznych, przypadkowych działań programowych (akcja goni akcję, jeden konkurs drugi konkurs, itp.), prawnych (nieustanne zmiany w prawie oświatowym) i propagandowych (pisałem o tym wczoraj), dyktowanych m.in. doraźnymi interesami i roszczeniami różnych lobbystów, znajomych "królika", a osłanianych pseudo konsultacjami oraz pozorowaniem troski o dziecko i jego rodziców.

Wypuszczona z MEN "jaskółka" o projekcie nowelizacji rozporządzenia o pomocy psychologiczno-pedagogicznej w publicznych przedszkolach, szkołach i placówkach", które wydała jeszcze w poprzedniej kadencji Katarzyna Hall, a teraz zamierza zmienić jego główny sens Krystyna Szumilas, jest bardziej odwetem w toczonej od dawna "walce" między obiema paniami o prymat i zapis w dziejach urzędu oświaty, aniżeli zmianą zorientowaną na uczniów o szczególnych potrzebach rozwojowych i egzystencjalnych. Jak się nie ma perspektywicznego pomysłu na edukację, jak się nie ma środków na jej właściwy rozwój, gdyż bezużytecznie konsumuje się pomoc unijną, jak się nie uwzględnia procesów makrooświatowych, jak i mikrooświatowych, tylko poszukuje rozwiązań dających się odgórnie narzucić nauczycielom i zobowiązuje do kontroli ich przestrzegania posłusznych sobie urzędników, to głównymi czynnikami sprawiającymi, że duża część dzieci i młodzieży jeszcze czegoś się uczy, ma aspiracje, rozwija swoje talenty i zaspokaja najważniejsze potrzeby rozwojowe - są rodzice i nauczyciele, a nie MEN i podległe mu kuratoria oświaty. Tu wyraźnie rozmija się prawo z życiem.

Oczywistologia ubierana jest w treść kolejnych zapisów prawnych, przy czym jedni ministrowie stosują wariant jawnie autorytatywny, dyrektywny, wprost traktując przedszkola i szkoły jako folwarki do własnego panowania, a inni czynią to w sposób zawoalowany, mówiąc o tzw. trosce o dzieci, nauczycieli czy odbiurokratyzowanie codziennej pracy pedagogów, a w istocie utrzymują zasady i mechanizmy władztwa w stylu "top-down". Z jednej strony uwalnia się ich od zbytecznych czynności, ale pozostawia wiele innych zakresów nadkontroli i odgórnie sterowanej selekcji. Zmiany w centralistycznie zarządzanym systemie oświaty, a z takim mamy do czynienia w Polsce od 1993 r., mają zatem zawsze charakter mniej lub bardziej, ale jedynie słusznych rozwiązań, które musi nadzorować armia tysięcy urzędników. Dlatego nieustannie i naprzemiennie - jak kończy swoją centralistyczną misję jeden minister, to jego następca musi temu zaprzeczyć, zacząć to burzyć, rozstrajać, by jego rozwiązania mogły na tym tle okazać się czymś zbawiennym.

Za każdym razem, po zmianie władzy w MEN, kolejny minister jest zbawcą edukacyjnego świata. To on ma dopiero stać się tym, który zaprowadzi oczekiwany ład, coś wreszcie zmodernizuje, ulepszy, poprawi. Czasami poszukiwanie własnej tożsamości ministerialnej trwa dłużej, ale "ogorzali" w swoich rolach urzędnicy co jakiś czas podsuwają władzy pomysły wyciągane raz z jednej, a raz z drugiej szuflady, których nie udało się wprowadzić lub zablokować w czasie tej czy innej kadencji ich resortowego zwierzchnika. Autorem zbiorowym projektu zmian powyższego rozporządzenia jest Ogólnopolskie Stowarzyszenie Kierowniczej Kadry Oświatowej, które było bezradne w zablokowaniu w poprzedniej kadencji jego treści (autorstwa K. Hall). Teraz nadarzyła się okazja, by odwołać zapisane w nim rozwiązania, nieco nawet je skorygować, uzupełnić, chociaż pochodzą one z zupełnie innej bajki, innego świata szkoły.

Problem polega na tym, że to jest nieustanna "kosmetologia oświatowa", zastępowanie jednego lakieru utwardzającego władztwo innym, tyle, że może bardziej kolorowym. Sięga się wówczas po "zmywacz" wybranych regulacji i nakłada na oczyszczoną powierzchnię "nowy lakier" - doraźnie, do zdarcia lub do złamania. Słusznie zatem K. Szumilas zakomunikowała dziennikarzom, że główną przesłanką nowelizacji rozporządzenia jest to, by biurokracja nie przysłaniała i ograniczała autentycznej pomocy uczniom. "Chcę, by nauczyciele mieli więcej czasu na udzielanie pomocy, na bezpośrednią pracę z uczniem, dlatego proponuję zmianę rozporządzenia". To może tak pani minister przejrzałaby ustawę o systemie oświaty oraz wszystkie przypisane jej rozporządzenia, by dokonać w nich raz na zawsze korekt, które sprawią, że nauczyciel nareszcie będzie miał święty spokój od nieustannie narzucanych mu odgórnie regulacji, i tak jak lekarz odpowiedzialnie i profesjonalnie udziela swoim pacjentom pomocy, tak i on będzie mógł wreszcie sam rozstrzygać o tym, jak, gdzie, kiedy, jak często, z kim, dzięki czemu i komu, po co, dlaczego, w jakim celu oraz z zastosowaniem jakich środków ma odpowiedzialnie kształcić i wychowywać powierzone mu dzieci czy młodzież.

Jak nauczyciel będzie potrzebował pomocy specjalisty, to nawiąże z nim kontakt, byle tylko ten był w jego środowisku. Jak będzie potrzebował dodatkowej wiedzy czy umiejętności, to wystarczy, że będzie wiedział która placówka za to odpowiedzialna oferuje odpowiednie kursy, konsultacje czy szkolenia. Musi mieć na to środki, czas i poczucie sensu, że warto z tego skorzystać nie dlatego, że będzie catering, rozdadzą finansowane ze środków unijnych notatniki, długopisy i przenocują go w pięciogwiazdkowym hotelu. Niestety, w oświacie mamy zatrudnionych więcej urzędników, niż profesjonalistów do wsparcia nauczycieli w realizacji zadań dydaktycznych, wychowawczych i opiekuńczych przez nauczycieli. Nadzorowanie nie jest żadną sztuką, nawet w tak dynamicznie rozwijającym się bałaganie prawnym w naszej edukacji. Od niego jeszcze nic nie uległo poprawie, poza osobistą sytuacją sprawujących je osób.

K. Hall zaprzecza jednak sobie, kiedy stwierdza, że jej rozporządzenie wcale nie zmuszało do biurokratyzacji, skoro prowadziło do patologii oświatowych. Sama to przyznaje, dokonując w gruncie rzeczy samooceny skutków własnych działań:

- Wystarczyło zapisać wnioski i plan pracy na zwykłej kartce papieru. Pracę trzeba planować i dokumentować, nie ma innego wyjścia. Sęk w tym, że w rozporządzeniu nie było wzorów takiej dokumentacji. Uznaliśmy, że każda szkoła może sobie opracować własne. Niestety, przy tej okazji wyrósł wokół szkół interes. Sytuację wykorzystały różne firmy i sprzedały szkołom wzory, formularze - czasem skomplikowane i niemądre. Narzekają na to nauczyciele. Zgadzam się, że to patologia. Źle działa system szkoleń dla nauczycieli - na zasadzie głuchego telefonu. Przy tym, niestety, niektórzy nauczyciele i dyrektorzy szkół skupiają się głównie na tym, jakie papiery trzeba wypełnić, żeby się wykazać przed ewentualną kontrolą. Tymczasem ważne jest przede wszystkim jak najlepsze zauważenie potrzeb każdego dziecka i to przez wszystkich jego nauczycieli. Zaplanowanie z nim pracy tak, aby na każdej lekcji naprawdę miało szansę się rozwijać.

Szkoła będzie z pasją, tylko wówczas, gdy urzędujący ministrowie zastanowią się nad tym, jakie muszą być stworzone warunki, by ona w ogóle była możliwa. Kto to powiedział, że "z zawiązanymi skrzydłami nie da się latać" czy - "Dopóki sami jesteśmy w kajdanach, to nie możemy dać dzieciom wolności"?

wtorek, 18 grudnia 2012

Jak MEN reklamuje nocną porą „oświatowy bubel”


Jestem w Lublinie po dość męczącej nocną porą podróży. Następnego dnia mam spotkanie z kadrą naukową Wydziału Pedagogiki i Psychologii UMCS. Włączam telewizor o godzinie 00.30, by dowiedzieć się, jakiej mogę spodziewać się tego dnia pogody, gdy pojawia się w programie TVP2 blok reklamowy. Gdybym był w domu, to w ogóle nie zwróciłbym nań uwagi, gdyż nie znoszę reklam ani w tv, ani w Internecie, ani w radiu, ani w prasie. Jak czegoś potrzebuję, a odczuwam brak informacji, to wiem, gdzie ją znaleźć. Nie musi mi wydawca „wciskać kitu”, bo przecież duża część reklamowanych produktów należy do najmniej wartościowych, dlatego trzeba się jakoś ich pozbyć.

Jakież było moje zdziwienie, kiedy w bloku reklamowym przed projekcją - znakomitego zresztą filmu fabularnego reż. Doroty Kędzierzawskiej p.t. „Wrony” (polecam go pedagogom społecznym i teoretykom wychowania!!! a zatem i studentom pedagogiki opiekuńczo-wychowawczej, społecznej, pracy socjalnej itp.) – pojawił się spot reklamowy Ministerstwa Edukacji Narodowej. Krótki, banalny, naiwny, a zatem w jak najmniejszym stopniu przekonujący do „produktu tzw. reformy strukturalnej”, jaką jest obniżenie wieku obowiązku szkolnego.

Reżyser tego spociku przedstawia bawiące się na dywanie w przedszkolu dzieci (to sugestia, że w przedszkolu dzieci się nie uczą, tylko marnotrawią czas własnego rozwoju), spośród których jedna z dziewcząt bierze do ręki kredę i mówiąc: „ Mam sześć lat. Chcę iść już do szkoły!” apeluje do swoich (dzieci? rodziców?). Na to chłopczyk podnosi głowę i uśmiechnięty mówi: „Ja też chcę do szkoły”. Po czym pojawia się narracja kobiety (to chyba nie jest jednak głos ani Katarzyny Hall, ani Krystyny Szumilas: - Sześć lat to wiek, w którym dziecko najintensywniej przyswaja wiedzę. Poślij sześciolatka do pierwszej klasy. Więcej informacji znajdziesz na stronie: www.men.gov.pl”

Kto ogląda telewizję po godz. 24.00? Ilu rodziców mających dzieci w przedziale wiekowym 5-6 lat z zapartym tchem oczekuje na przekaz medialny Ministerstwa Edukacji Narodowej nocną porą, by dzięki temu przekonać się do oczekiwanego przez władze wcześniejszego skierowania dzieci sześcioletnich do szkół podstawowych? Ciekaw jestem, co uzasadnia emitowanie po godzinie duchów w programach telewizji publicznej potrzeby posyłania sześciolatków do szkół? Po co MEN reklamuje w nocy ducha zmian po godz. 24.00? Komu i czemu ma to służyć? Czy warto wydawać pieniądze publiczne w tak nonsensowny sposób? Chyba, że jest to już ostatnia deska ratunku?

Zaglądam na stronę MEN. W bocznej kolumnie, na lewym marginesie jest okienko p.t. „Mam sześć lat, chcę poznawać świat! Idę do szkoły”, którego treść ma zachęcić niezdecydowanych rodziców do zapoznania się z argumentacją resortu edukacji. Właściwie, po takim spocie telewizyjnym każdy rodzic, który jeszcze nie zapisał swojego przyszłorocznego sześciolatka do szkoły, powinien mieć wyrzuty sumienia. Jak można robić dziecku taką krzywdę. Ono samo z siebie mówi i apeluje, ba, wprost żąda: „Ja chcę…!”, więc nie wolno mu odmówić. Dobrze, że w Roku Janusza Korczaka dzieci miały głos i miały prawo do jego wydania chociaż w takim spocie, to będą mogły na starość odtwarzać go swoim prawnuczkom i prawnukom odsłaniając tajniki sfilmowanej „szczerości”.

Po wejściu na powyższą stronę znajdujemy w samym centrum ważne komunikaty władzy:

1) Sześciolatki w szkole - dobre praktyki w działaniach samorządów
którego treść nie pozostawia wątpliwości, że ma charakter nieliczenia się ani z rodzicami, ani tym bardziej z ich dziećmi w sytuacji, gdy są oni przeciwni wcześniejszemu obowiązkowi szkolnemu.
Obniżenie wieku szkolnego to jeden z obszarów, w którym istotne jest wspólne, kompleksowe, sprawne i przemyślane działanie. Takie działanie uznaję za konieczność w kontekście roku 2014, kiedy wszystkie dzieci sześcioletnie w Polsce rozpoczną edukację szkolną.”

Obniżenie wieku obowiązku szkolnego jest w świetle tej treści koniecznością, a nie wewnętrzną radością samych dzieci, a zatem komunikat zaprzecza spotowi, na który zapewne wydano dużo pieniędzy tak na jego produkcję, jak i wielokrotnie więcej na jego emisję w nocy.

2) Sześciolatki gotowe do szkoły, szkoły gotowe na sześciolatki - rozpoczyna się II edycja konkursu „Mam 6 lat"!

Z treścią tego komunikatu mam już problem, ponieważ zawiera on sugestię, która nie jest przez wszystkich jego odbiorców rozpoznawalna jako próba indoktrynacji. A jest on następującej treści: W 90 procentach polskich szkół są już sześciolatki.
Konstrukcja tego zdania nadaje się na ćwiczenia z logiki dla studentów pedagogiki. No tak, ale logiki już nie ma, bo przecież usunięta została wraz z likwidacją standardów kształcenia, które zastąpiły KRK.

Jak rozumieć zdanie, które jako pierwsze wprowadza w treść całego komunikatu? Zapytałem o to przypadkowych dorosłych, z którymi podróżowałem pociągiem. Większość moich rozmówców mówiła tak: „To oczywiste. Już 90% dzieci sześcioletnich uczęszcza do szkół w Polsce”. Tylko nielicznie byli bardziej refleksyjni i stwierdzali, że „wprawdzie w 90% szkół są już sześciolatki, ale nie wynika z tego, ilu ich jest”. A ilu jest? Nie wiemy, bo to z tego zdania nie wynika. W jednej szkole jest dwóch sześciolatków (na 46 w rejonie danej szkoły i w tej grupie wiekowej, a w innej cała klasa lub kilkanaścioro.

Być może takie reklamy pojawiają się w ciągu dnia, może nawet i w programach radiowych. Nie wiem. Jak już pisałem, mam na ten typ propagandy alergię. Po nocnym spocie MEN jest ona jeszcze większa, nie tylko na tę formę przekazu.


Jak komuś jest mało, to może obejrzeć takich spotów więcej, a nawet "lokowanie produktu" w serialu "M jak miłość".