wtorek, 31 stycznia 2012

Nadwiślańska wersja Procesu Bolońskiego z pedagogiką na czele


Wczorajsze posiedzenie Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN odbyło się w Sali Senatu Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie, dzięki zaproszeniu JM Rektora dra hab. Jana Łaszczyka, prof. APS i ugoszczeniu - jak powiedział w czasie otwarcia obrad - "najlepszych spośród najlepszych w naukach o wychowaniu". W doskonałych warunkach mogliśmy zainaugurować czteroletnią kadencję, o której kierunkach pracy pisałem już wcześniej.

Debatę otworzył referat prof. dr hab. Marii Czerepaniak-Walczak (wiceprzewodniczącej KNP) na temat współczesnej sytuacji pedagogiki jako kierunku kształcenia i dyscypliny naukowej w świetle Procesu Bolońskiego. Najważniejsza była tu diagnoza, ułatwiająca stawianie pytań, formułowanie dylematów i poszukiwanie rozwiązań, w które mógłby włączyć się także nasz Komitet. Są wśród jego członków rektorzy uczelni publicznych i niepublicznych, dziekani wydziałów uniwersyteckich i akademii pedagogicznych, członkowie Centralnej Komisji oraz wybitni profesorowie, którzy swoimi badaniami oraz rozprawami naukowymi włączają się w rozpoznawanie i rozwiązywanie problemów edukacyjnych w sferze szkolnictwa wyższego, oświaty, wychowani itp.

Zaczęliśmy od konfrontacji najnowszych danych (GUS-2011) o pedagogice jako kierunku kształcenia:

- w kraju studiuje 1 841 251 osób, w tym na pedagogice 217 464 studentów; tym samym, co ósmy student przygotowuje się do bycia pedagogiem;

- pedagogika straciła rolę wiodącego kierunku na studiach stacjonarnych, spadając na 4 miejsce (po budownictwie, zarządzaniu i informatyce, a będąc jeszcze przed prawem) w uczelniach publicznych. O miejsce na studiach na tym kierunku ubiegało się w 2011 r. 25839 kandydatów;

- W 2011 r. ukończyło pedagogikę w całym kraju na studiach stacjonarnych: 25 095, zaś na niestacjonarnych - 49 141 osób.

w świetle analiz socjologicznych została przekroczona masa krytyczna, w wyniku której kształcimy w kraju więcej pedagogów, niż istnieje na to zapotrzebowanie rynku pracy. Nie oznacza to jednak, że osoby z wykształceniem pedagogicznym muszą na tym rynku się odnaleźć, gdyż mogą wykonywać zawody czy role wykraczające poza uzyskane kwalifikacje lub ich nawet niewymagające. Nie bierze się pod uwagę tego, że w tej grupie studiujących są osoby już zatrudnione w zawodzie, a podnoszące swoje kwalifikacje na poziomie studiów II stopnia czy też przekwalifikujące się na ten zawód. Można zastanawiać się nad tym - jak mówiła prof. M. Czerepaniak-Walczak - czy w wyniku takiego nasycenia pedagogiką w życiu jej absolwentów i ich środowisk, nie zmienia się zarazem kultura wychowania? Czy aby nie mamy do czynienia przy tej okazji z szeroko pojętym procesem pedagogizacji społeczeństwa? Nie ulega jednak wątpliwości, że także z udziałem naszych studentów może powiększać się nowa warstwa społeczna - prekariatu , a więc pokolenia, które nie znajduje miejsca w swoim zawodzie, zasilając armię bezrobotnych.

Politycy innych państw Unii Europejskiej, podziwiając polski boom edukacyjny na poziomie wyższym, zwracają uwagę na to, że tak masowe studia muszą prowadzić do zaniku ich jakości, a tym samym pojawi się pytanie, czy można uznawać wykształcenie magisterskie Polaków z tym, które uzyskują ich rówieśnicy w innych państwach, ale przy znacznie wyższych progach wymagań i kryteriach selekcyjnych? Zapewne ów niepokój był powodem ujawnienia przez premiera D. Tuska potrzeby "przykręcania kurka dostępu" do studiów II stopnia, by były one bardziej studiami elitarnymi, dostępnymi dla maksymalnie 50 proc. absolwentów studiów I stopnia.

Kolejną kwestia, jaką postawiła M. Czerepaniak-Walczak, dotyczyła ulokowania pedagogiki w standardach kształcenia w przestrzeni międzyobszarowej: nauk humanistycznych i społecznych, co nie przekłada się na możliwości przeprowadzania postępowań awansowych przedstawicieli tej nauki. Czy w Polsce powinny być dwa typy doktoratów: w zakresie nauk humanistycznych, czy może powinny to być doktoraty zawodowe w zakresie edukacji, a więc bliższe naukom społecznym? Geneza i dorobek nauk pedagogicznych mają w naszym kraju ewidentnie wymiar i zakres zbieżny z naukami humanistycznymi, a nie społecznymi, stąd wyrażano zdumienie przypisaniem pedagogiki przez minister B. Kudrycką do nauk społecznych. Nie ulega wątpliwości, że nie była ona podyktowana żadnymi konsultacjami z naszym środowiskiem, a pojawiła się w rozporządzeniu w wyniku pozamerytorycznych decyzji. W tej sprawie Komitet Nauk Pedagogicznych przyjął wczoraj uchwałę skierowaną do MNiSW, by pedagogika znalazła się wśród dyscyplin w obszarze i dziedzinie nauk humanistycznych.

Kolejnym zagadnieniem, jakie poruszyła prof. M. Czerepaniak-Walczak, były studia doktoranckie na pedagogice, które są prowadzone jedynie w uczelniach akademickich. Nie do utrzymania okazał się Humboldtowski model relacji: "mistrz-uczeń", skoro studia doktoranckie zostały wpisane w kategorię studiów III stopnia, a więc wiążą się z kształceniem szerokoprofilowym, interdyscyplinarnym czy transdyscyplinarnym, z włączaniem w ten proces specjalistów z różnych dziedzin wiedzy, w tym także w zakresie dydaktyki szkoły wyższej.

Moim zdaniem, takie podejście nie wyklucza modelu humboldtowskiego, gdyż jednak nasi doktoranci muszą mieć promotora (opiekuna naukowego) swoich dysertacji, a przecież określenie ich przygotowania mianem studiów III stopnia niczym się nie różni od tego, jakie sam otrzymałem pod koniec lat 70. XX w., kiedy w Uniwersytecie Łódzkim każdego asystenta obowiązywało ukończenie tzw. studium asystenckiego, w ramach którego mieliśmy nie tylko wykłady z socjologami, psychologami, politologami, ale i ekonomistami i dydaktykami. Tak więc nie jest to w naszym systemie doskonalenia asystentów nic nowego, aczkolwiek ten proces został w połowie lat 80. zatrzymany w przygotowywaniu młodych naukowców do ich pracy ze studentami i do lepszego posługiwania się warsztatem badawczym.

Warto jednak zdać sobie sprawę z tego, że w obecnej polityce szkolnictwa wyższego wyraźnie wskazuje się na to, że studia III stopnia mają być kształceniem elit dla państwa i społeczeństwa, a nie przygotowywaniem młodych kadr naukowych. W tej grupie znajdzie zatrudnienie zaledwie 20 procent ich absolwentów. Muszą mieć tego świadomość wszyscy ci, którzy tak żywiołowo i chętnie zapisują się na te studia w uniwersytetach czy akademiach, że nie są one dla wszystkich drogą do kontynuowania kariery naukowej. Z danych GUS wynika, że na pedagogice jest najmniej doktorantów, bowiem została ona połączona ze studiami określanymi mianem "usługi dla ludności". Na tych studiach jest w całym kraju zaledwie 630 osób (GUS 2011) podczas, gdy na studiach humanistycznych i teologicznych 11 843 osoby, społecznych i ekonomicznych - 4703 osoby, fizycznych 3672 osoby oraz matematycznych 659 osób. Czyżbyśmy zatem kształcili prekariat, zamiast powiększać przedstawicieli elit w tej dyscyplinie naukowej?

Mowa też była o niepokojącej i rujnującej tożsamość naszego zawodu swobodnej twórczości władz większości wyższych szkół prywatnych, które w wyścigu o pozyskanie jak największej liczby studiujących, wymyślają karykaturalne wręcz nazwy specjalności pedagogicznych, które z tą dyscypliną nie mają nic wspólnego. W świetle wyliczeń prof. K. Przyszczypkowskiego jest ich ponad 200, co świadczy o tym, jak bardzo część środowiska wpisuje się w nadużywanie jego struktur i przywilejów do oszukiwania kandydatów na studia bądź tworzeniu pozorów edukacji pedagogicznej. Wszystko już dzisiaj staje się pedagogiką, co - jak się okazuje - nie jest już tylko domeną tej dyscypliny, ale także psychologii czy filozofii czy socjologii. Nie jesteśmy tu liderami.

Niezwykle trafnie odniosła się też prof. M. Czerepaniak-Walczak do miejsca pedagogiki w sferze publicznej, pytając nas o to, czy ma nadal sens utrzymywanie jako dominujących dwóch pól badawczych, określonych przez nią mianem: "szkolność" i "dzietność" nauk o wychowaniu. Jej zdaniem przeważa w obecnych naukach pedagogicznych problematyka wąsko ujmowanych zjawisk szkolnych (a niedostrzegane są badania kompleksowe tych instytucji) oraz skupienie na równie wycinkowych problemach rozwoju, wychowywania i kształcenia dzieci. Brakuje natomiast poważnych badań na temat kultury pedagogicznej społeczeństwa, kształcenia nauczycieli (nie mylić z kształceniem pedagogów), statusu pedagogiki szkoły wyższej czy powrotu do polityki oświatowej i akademickiej socjotechnik władzy i koncentrowania się głównie na wymiarach socjo-ekonomicznych procesów kształcenia.

Dyskusja nad powyższymi kwestiami była niezwykle dynamiczna i - jak już wspomniałem - skutkowała zajęciem stanowiska w sprawie przeniesienia w strukturze dyscyplin naukowych pedagogiki do nauk humanistycznych. Członkowie Komitetu podkreślali takie kwestie, jak m.in.:

- bałagan, nieczytelność, rozmycie tożsamości pedagogiki jako kierunku kształcenia w wyniku wpisywania jej we wszystkie możliwe obszary życia człowieka i społeczeństwa oraz przyklejania do niej nazw innych dyscyplin i subdyscyplin naukowych;

- brak badań nad losami absolwentów pedagogiki uniemożliwia stwierdzenie o ich jakiejkolwiek wartości;

- bezzasadność fetyszyzowania wskaźników skolaryzacji na poziomie studiów II stopnia;

- zaskakujące utrzymywanie się paradygmatu pedagogiki instrumentalnej w naszym kraju (głównie w systemie zarządzania oświatą i szkolnictwem wyższym) mimo, iż została ona silnie skrytykowana i odrzucona po 1989 r.;

- zaniedbanie przez pedagogów kształcenia nauczycielskiego w uniwersytetach. Konieczna jest dychotomiczna orientacja w kształceniu nauczycieli, by wzbogacać ich wiedzę teoretyczną i wyposażać ich w umiejętności praktyczne. Nie można kształcić przyszłych nauczycieli bez ich pobytu w "klinikach", czyli w placówkach oświatowo-wychowawczych;

- zaniechanie badań makrosystemowych, makropolitycznych w dziedzinie oświaty i szkolnictwa wyższego (z wyjątkami);

- dostrzeżenie, że doktoranci studiów pedagogicznych stają się także ambasadorami tej nauki i jej "wizytówką" w budowaniu autorytetu nauki;

- konieczność poszukiwania płaszczyzn do integracji nauk, najpierw w ramach subdyscyplin pedagogiki, a następnie z dyscyplinami pokrewnymi pedagogice czy do prowadzenia badań transdyscyplinarnych;

- zmniejszanie dysonansu między wiedzą naukową a praktyką edukacyjną, by doceniać tych, którzy potrafią przekładać teorie i modele naukowe na ich praktyczne zastosowanie czy powszechne zrozumienie. Nie jest dobrze, kiedy zajmowanie się popularyzacją wiedzy oceniane jest jako coś gorszego, nieprzystającego pracy naukowców;

- kształcąc pedagogów powinniśmy zatroszczyć się nie tylko o ich wiedzę i umiejętności profesjonalne, ale także przekazywać im wiedzę z zakresu makropolitycznego, metateoretycznego czy interdyscyplinarną, pozwalającą refleksyjnie odnosić się do własnych warunków pracy;

- nie należy monopolizować podejść czy paradygmatów badawczych;

- istnieje kryzys normatywności, nieumiejętności przekładania teorii na praktykę;

- usytuowanie pedagogiki w naukach społecznych powoduje, że studia na tym kierunku znajdują się w grupie dyscyplin o najniższej kosztochłonności (1.0) podczas, gdy studia humanistyczne mają współczynnik 1,5;

- należy zobowiązać MNiSW do egzekwowania od osób nostryfikacji dyplomów studiów i stopni naukowych z dyscyplin, które nie występują w Polsce.

W czasie dyskusji było wiele wątków pobocznych, szczegółowych, historycznych, których tu nie przywołuję, gdyż poza kontekstem całej debaty nie byłyby czytelne. Ważne jest jednak to, że Komitet Nauk Pedagogicznych przyjął regulamin własnej działalności; określił warunki, jakie muszą być spełnione, by organizatorzy konferencji naukowych w naszym kraju mogli ubiegać się o patronat KNP; podjął uchwałę w sprawie przeszeregowania pedagogiki do nauk humanistycznych; zobowiązał swoich członków do działań na rzecz podnoszenia jakości badań i dyskursu publicznego o pedagogice; w sprawie monitorowania kryteriów oceny parametrycznej jednostek naukowych; sprawowania patronatu nad czasopismami naukowymi i seriami wydawniczymi; a co najważniejsze przyjął stanowisko, by dotychczas działające przy Komitecie Nauk Pedagogicznych zespoły subdyscyplin czy problemów naukowych działały dalej pod jego patronatem.

W KNP PAN zostały natomiast powołane zespoły organizacyjne do realizacji statutowych zadań tej społeczności:

1. Zespół ds. czasopism i wydawnictw;

2. Zespół ds. nagród naukowych (zostanie powołana Kapituła Konkursu na Najlepsze Rozprawy Magisterskie i Doktorskie Młodych Naukowców);

3. Zespół ds. kształcenia młodej kadry

4. Zespół ds. polityki szkolnictwa wyższego

5. Zespół ds. polityki oświatowej.

Wszelką korespondencję do Przewodniczącego KNP PAN należy kierować na adres
KNP PAN - Chrześcijańska Akademia Teologiczna, ul. Miodowa 21c; 00-246 Warszawa i/lub boguslawsliwerski@gmail.com.

Dzięki władzom Uniwersytetu Zielonogórskiego ruszy wkrótce interaktywna strona KNP PAN, dzięki czemu wszyscy zainteresowani pedagogiką znajdą na niej istotne informacje. Czuwa nad tym członek KNP PAN - dr hab. Mirosław Kowalski, prof. UZ.

Następne posiedzenie programowe KNP PAN odbędzie się w dn. 24 kwietnia 2012 r. w Krakowie. Do tego czasu mamy nad czym pracować i o co zabiegać, by istotne dla pedagogiki sprawy zostały pomyślnie wsparte tak merytorycznie, jak i od strony prawnej.

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Nonsensowny populizm oświatowy


Kiedy czytam, że rusza program "Cyfrowa szkoła, w ramach którego zaledwie 400 szkół w całym kraju będzie wyposażonych w komputery, laptopy, tablety, multimedialne rzutniki, tablice interaktywne, skanery i szybkie łącza internetowe, by czwartoklasiści mogli korzystać z tego dobrodziejstwa na co najmniej pięciu lekcjach w tygodniu, to jest to postrzegam to jako „populistyczny fajerwerk” MEN. Wydatkowanie w ten sposób 50 milionów złotych z budżetu państwa niczego w naszej oświacie ani nie zmodernizuje, ani też nie przyczyni się do lepszej edukacji w sensie ogólnokrajowym.

Cóż to ma być za pilotaż? Czy, a jeśli tak, to jak będzie oceniana jego jakość i efektywność? Od jakiego poziomu zadowolenia urzędników MEN będzie wzrastać szansa na to, że po owym pilotażu wszystkie pozostałe szkoły będą mogły mieć dostęp do powyższych dóbr technicznych? Już teraz wiemy, że w zależności od liczby uczniów oraz od poziomu własnego wkładu finansowego, jedne szkoły otrzymają więcej sprzętu, inne mniej. Jak się okazuje, żeby mogły wystąpić o ów przywilej, będą musiały mieć własny wkład w wysokości 20 proc. wnioskowanej dotacji. Tym samym szkoły z uboższych środowisk, będą zapewne wnioskować o niższą dotację, podczas gdy powinny uzyskać pełne wyposażenie, jeśli miałoby ono istotnie wpłynąć na technologiczną modernizację procesu kształcenia. Mniejsze szkoły, ale z bogatszych gmin czy powiatów, będą zatem beneficjentami daru, który wcale nie wyrówna różnic w zakresie wyposażenia placówek w najnowszy sprzęt komputerowy, chociaż zapewne także będzie on potrzebny.

Populistyczny charakter tej "protezy nowoczesności" polega na tym, że usiłuje się wmówić społeczeństwu, jak to władze zatroszczyły się o dzieci i młodzież szkolną, podczas gdy z obietnicy "laptop dla każdego ucznia" pozostaje już tylko i wyłącznie hasło. To, co proponuje się, jest "ochłapem" dla nielicznych oraz zasobniejszych finansowo 400 szkół w naszym kraju. A ile jest wszystkich szkół w Polsce? Może warto odnieść ten pozorny gest władzy do całości systemu szkolnego, by zobaczyć jego nicość?

niedziela, 29 stycznia 2012

Czy dotychczasowe zespoły naukowe Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN muszą szukać innej formy usytuowania swojej aktywności?


Jutro odbędzie się pierwsze posiedzenie Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN nowej kadencji. Program jest bogaty, gdyż zaczynamy od analizy pedagogiki w szkolnictwie wyższym, którą przedstawi prof. dr hab. Maria Czerepaniak-Walczak. Dyskusja będzie ożywiona, gdyż nie sposób mówić o naszej dyscyplinie bez zaangażowania, jeśli poświęca się jej wiele własnego czasu. Dopiero po wejściu w życie nowych ustaw, związanych z reformą szkolnictwa wyższego, orientujemy się, jak wiele jest w nich nieuzasadnionej ingerencji władz państwowych w regulację działalności naukowej wszystkich środowisk akademickich, która de facto staje się częściowo jej destrukcją.

Nowa ustawa o Polskiej Akademii Nauk zawiera zapisy prawne, które poważnie naruszają autonomię naukowców. Stajemy przed dylematem, jak działać, by przestrzegając obowiązującego prawa, nie wylać przysłowiowego dziecka z kąpielą. Rzecz dotyczy komitetów naukowych Polskiej Akademii Nauk, które powinny być samorządną, współpracującą z wydziałami ogólnokrajową reprezentacją poszczególnych dyscyplin naukowych lub ich grup. Jak pisze się o nich na stronie PAN:

"W skład komitetów naukowych wchodzą krajowi członkowie Polskiej Akademii Nauk odpowiednich specjalności, wybitni pracownicy naukowi reprezentujący szkoły wyższe, placówki Polskiej Akademii Nauk i instytuty zaplecza naukowo-badawczego resortów, a także przedstawiciele instytucji i organizacji gospodarczych i społecznych. Z racji ich składów, grupujących wybitnych przedstawicieli całego środowiska naukowego, komitety naukowe Polskiej Akademii Nauk stanowią najbardziej reprezentatywne grono specjalistów w danej dyscyplinie naukowej.

Komitety naukowe (...), jako stałe organy Akademii działające przy wydziałach lub bezpośrednio przy Prezydium PAN, pełnią w głównej mierze funkcje ciał doradczych i opiniodawczych. Podstawowym zadaniem komitetów naukowych jest oddziaływanie na rozwój danej dyscypliny naukowej w skali kraju, integrowanie ośrodków i środowisk naukowych oraz rozwiązywanie określonej problematyki naukowej. Szczególne znaczenie ma działalność komitetów w zakresie doradztwa, zwłaszcza opracowywanie ekspertyz, ocen i opinii naukowych dla organów administracji państwowej. Ważne znaczenie ma również działalność komitetów w zakresie upowszechniania i wprowadzania do praktyki gospodarczej i społecznej wyników badań naukowych, w tym szczególnie organizacja konferencji i zebrań naukowych oraz inicjowanie badań naukowych. Część komitetów prowadzi własne wydawnictwa (czasopisma i publikacje zwarte), w których publikowane są prace z obszaru dyscyplin objętych zakresem działania komitetu."

Komitet Nauk Pedagogicznych należy do jednego z 24 komitetów naukowych w Wydziale I – Nauk Humanistycznych i Społecznych Polskiej Akademii Nauk, obok:
Komitetu Historii Nauki i Techniki Polskiej Akademii Nauk
Komitetu Językoznawstwa Polskiej Akademii Nauk
Komitetu Nauk Demograficznych Polskiej Akademii Nauk
Komitetu Nauk Ekonomicznych Polskiej Akademii Nauk
Komitetu Nauk Etnologicznych Polskiej Akademii Nauk
Komitetu Nauk Filozoficznych Polskiej Akademii Nauk
Komitetu Nauk Historycznych Polskiej Akademii Nauk
Komitetu Nauk o Finansach Polskiej Akademii Nauk
Komitetu Nauk o Kulturze Polskiej Akademii Nauk
Komitetu Nauk o Kulturze Antycznej Polskiej Akademii Nauk
Komitetu Nauk o Literaturze Polskiej Akademii Nauk
Komitetu Nauk o Pracy i Polityce Społecznej Polskiej Akademii Nauk
Komitetu Nauk Orientalistycznych Polskiej Akademii Nauk
Komitetu Nauk Organizacji i Zarządzania Polskiej Akademii Nauk
Komitetu Nauk o Sztuce Polskiej Akademii Nauk
Komitetu Nauk Politycznych Polskiej Akademii Nauk
Komitetu Nauk Pra- i Protohistorycznych Polskiej Akademii Nauk
Komitetu Nauk Prawnych Polskiej Akademii Nauk
Komitetu Nauk Teologicznych Polskiej Akademii Nauk
Komitetu Psychologii Polskiej Akademii Nauk
Komitetu Słowianoznawstwa Polskiej Akademii Nauk
Komitetu Socjologii Polskiej Akademii Nauk
Komitetu Statystyki i Ekonometrii Polskiej Akademii Nauk

Do końca minionej kadencji PAN, w skład powoływanych przez komitety zespołów naukowych, komisji lub sekcji mogły wchodzić również osoby niebędące członkami komitetu. Od nowej kadencji jest to niemożliwe. Zgodnie z delegacją zawartą w art. 35 ust. 9 Ustawy z dnia 30 marca 2010r. o PAN (Dz. U. Nr 96 poz. 619), Prezydium PAN Uchwałą nr 28/2011 z dnia 26 maja 2011r. uchwaliło "Regulamin trybu wyborów członków komitetów naukowych i ich organów" (zmieniony uchwałą nr 32/2011 z dnia 1 lipca 2011r.), w myśl którego członkami powoływanych zespołów naukowych mogą być tylko i wyłącznie wybrani na daną kadencję członkowie komitetu.

Dotychczas przy Komitecie Nauk Pedagogicznych działały następujące zespoły naukowe, którym przewodniczyli profesorowie-członkowie KNP:

Zespół Andragogiki - prof. dr hab. Tadeusz ALEKSANDER
Zespół Edukacji Elementarnej - prof. dr hab. Dorota KLUS - STAŃSKA
Zespół Historii Wychowania - prof. dr hab. Władysława SZULAKIEWICZ
Zespół Pedagogiki Chrześcijańskiej - ks. prof. dr hab. Marian NOWAK
Zespół Pedagogiki Kultury i Edukacji Międzykulturowej - prof. dr hab. Jerzy NIKITOROWICZ
Zespół Pedagogiki Medialnej - prof. dr hab. Zbyszko MELOSIK
Zespół Pedagogiki Ogólnej - prof. dr hab. Teresa HEJNICKA-BEZWIŃSKA
Zespół Pedagogiki Pracy - prof. dr hab. Stefan M. KWIATKOWSKI
Zespół Pedagogiki Społecznej - prof. dr hab. WIESŁAW THEISS
Zespół Pedeutologii - prof. dr hab. Henryka KWIATKOWSKA
Zespół Pedagogiki Specjalnej - prof. dr hab. WŁADYSŁAW DYKCIK
Zespół Pedagogiki Szkolnej - prof. dr hab. MARIA DUDZIKOWA
Zespół Teorii Wychowania - prof. dr hab. BOGUSŁAW ŚLIWERSKI

W czasie grudniowego posiedzenia wyborczego powołaliśmy jeszcze inne zespoły, które trzeba będzie wraz z poprzednimi "strukturalnie wygasić". Otrzymaliśmy bowiem z Biura Organizacyjno-Prawnego PAN pismo, w którym wyjaśnia się nową sytuację ustrojową Akademii.

Funkcjonujące od wielu lat zespoły naukowe Komitetu, nie tylko Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN, tracą swoje podstawy organizacyjnego ich usytuowania przy Komitecie czy w Komitecie Nauk Pedagogicznych, jako że ich członkami byli - w każdym z zespołów - najczęściej młodzi i doświadczeni pracownicy naukowi, reprezentujący określoną subdyscyplinę nauk pedagogicznych, ale nie będący członkami KNP PAN. W nazwach zespołów uwidoczniliśmy ich związek z określoną subdyscyplin ą nauk pedagogicznych. Tym samym zamyka się pewna karta w dziejach tej społeczności akademickiej, dla której musimy znaleźć inną formułę zaangażowania i kontynuowania zadań istotnie wpływających tak na rozwój subdyscyplin naukowych, jak i ich reprezentantów różnych pokoleń.

Od 2012 r. powoływane przez komitety naukowe zespoły mogą składać się jedynie spośród członków Komitetu i nie mogą odpowiadać strukturze subdyscyplin swojej nauki, ale powinny mieć charakter zadaniowy. W świetle wykładni Biura Organizacyjno-Prawnego PAN - nie przewiduje się powoływania w skład owych ciał osób nie będących jego członkami.

Zmieniła się też struktura władzy w komitetach naukowych. Organem Komitetu są Przewodniczący, jego zastępcy oraz Prezydium. Tym samym zebranie plenarne komitetu nie jest już - zgodnie z aktami normującymi (ustawa, uchwały) - jego organem władzy. Zebranie plenarne Komitetu jest podstawowym ciałem, do którego zadań należy przede wszystkim uchwalanie regulaminu i ewentualnych zmian do niego, podejmowanie uchwał w sprawach dotyczących realizacji zadań Komitetu, podejmowanie uchwał w sprawach przedstawionych zebraniu do zaopiniowania etc.

Zakres działania i strukturę komitetu określa regulamin komitetu, jaki będziemy uchwalać w czasie jutrzejszego zebrania plenarnego komitetu. Regulamin ten zatwierdza wiceprezes Akademii nadzorujący prace wydziału, z którym współpracuje komitet naukowy. Tym samym nie może on naruszać prawa, które obowiązuje w całej Akademii. Szkoda, że społeczna przecież działalność członków komitetów naukowych, którzy aktywizowali dużą część środowiska akademickiego dla wspomagania szeroko rozumianego rozwoju dyscyplin naukowych i kadr naukowych, została strukturalnie ograniczona tylko i wyłącznie do własnego składu.

Nie oznacza to jednak, że będąc członkami KNP PAN, nie możemy prowadzić dotychczasowych zespołów. Mam nadzieję, że te, jak i nowe zespoły naukowe nadal będą funkcjonować i rozwijać swoją aktywność. Dzięki temu zachowamy nie tylko więzi, ale i możliwości wspomagania naukowców, wzajemnej wymiany doświadczeń, współorganizowania konkursów czy odkrywania talentów. Ich dotychczasowi i nowi członkowie muszą jednak przyjąć do wiadomości, że od 2012 r. nie będą mogli wpisywać w swoim życiorysie naukowym, ani też wykazywać w sprawozdaniach z własnej działalności naukowo-badawczej i organizacyjnej, członkostwa w zespole naukowym KNP PAN - jako niezgodnych z obowiązującym stanem prawnym.

Co zrobić, by zespoły działały? Sądzę, że dobrą okazją jest skupianie się ich uczestników przy działałających czasopismach naukowych, które mogłyby zostać przekształcone w nowe czasopisma Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN. Poza już istniejącymi: "Studia Pedagogiczne" i "Rocznik Pedagogiczny" od lat działają zespoły redakcyjne, którymi kierują członkowie minionych czy/i obecnej kadencji komitetu. Powołując w KNP PAN zespół ds. czasopism i wydawnictw, możemy wzmocnić je certyfikatem komitetu. Tym samym ich redakcje mogłyby organizować spotkania naukowców, umożliwiając im zarazem publikowanie wyników własnych badań tak na łamach własnych, jak i czasopism całego komitetu. Zespoły mogą jednak działać przy jednostkach organizacyjnych akademickich szkół wyższych, których są członkami lub nimi kierują profesorowie - byli lub obecni członkowie KNP PAN.

Zespół Historii Wychowania mógłby działać przy redakcji "Biuletynu Historii Wychowania" (UAM), Zespół Teorii Wychowania przy redakcji "Studiów z Teorii Wychowania" (ChAT), Zespół Pedagogiki Społecznej przy redakcji "Pedagogika Społeczna" ("Paedagogium"), Zespół Pedagogiki Specjalnej przy redakcji "Człowiek- Niepełnosprawność-Społeczeństwo" (APS), a Zespół Pedagogiki Ogólnej przy redakcji "Przeglądu Pedagogicznego" (UKW) czy "Kwartalnika Pedagogicznego" (UW), Zespół Pedeutologii przy redakcji "Ruchu Pedagogicznego" (WSP ZNP), Zespół Pedagogiki Chrześcijańskiej przy Instytucie Pedagogiki KUL, Zespół Edukacji Elementarnej przy redakcji "Problemy Wczesnej Edukacji" (UG), Zespół Pedagogiki Medialnej przy redakcji "Studia Edukacyjne" (UAM), Zespół Pedagogiki Szkolnej przy "Roczniku Pedagogicznym" (UAM-PAN), Zespół Pedagogiki Pracy przy Instytucie Pedagogiki APS, Zespół Metodologii przy redakcji "Przegląd Badań Pedagogicznych" (UMK), itp.

Lada moment zostanie uruchomiona nowa strona Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN, na ktorej znajdziecie Państwo zagadnienia istotne także dla możliwości współpracy z KNP, wpływania na kierunki jego działalności, podejmowane stanowiska, uchwały czy interpelacje, współdziałanie przy organizowanych konferencjach naukowych czy wydawanych czasopismach. Zespół pedagogów-naukowców z Uniwersytetu Zielonogórskiego "dopieszcza" tak strukturę, jak i jej interaktywne funkcje, by aktywność komitetu była dla wszystkich jawna i przyjazna (http://www.pan.uz.zgora.pl). Zapraszamy środowisko pedagogiczne do współpracy.

----
Członkowie Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN podjęli w dn. 30 stycznia br. uchwałę, by dotychczasowe zespoły komitetu działały pod patronatem KNP PAN. Dzięki temu funkcja przewodniczącego takiego zespołu nie będzie wiązana z obowiązkiem (jak miało to miejsce dotychczas) bycia członkiem KNP PAN, a ponadto pozwoli to na powoływanie także nowych zespołów czy wygaszanie tych, które nie są w stanie się zorganizować i dalej funkcjonować. Mamy nadzieję, że kontynuowanie prac zespołów pozwoli nie tylko na ich dalszą integrację w ramach wspólnego przedmiotu badań, podejmowanie analiz transdyscyplinarnych i interdyscyplinarnych, ale i na przyczyni się do przygotowania raportu o stanie rozwoju poszczególnych subdyscyplin nauk pedagogicznych w naszym kraju.

(źródła: Statut Polskiej Akademii Nauk, za: http://www.kancelaria.pan.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=117&catid=57&Itemid=54&limitstart=13; Uchwała 32/2011 Prezydium PAN z dn. 1 lipca 2011 r. zmieniająca uchwałę w sprawie regulaminu trybu wyboru członków komitetu naukowego i jego organów; (http://www.instytucja.pan.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=81&Itemid=38)

piątek, 27 stycznia 2012

Nauczyciele akademiccy coraz częściej dochodzą swoich praw w sądzie pozywając władze wyższych szkół prywatnych


Nie ma innego wyjścia. Tam, gdzie górę bierze arogancja, najgorzej rozumiana prywata pracodawców - założycieli szkół prywatnych, kanclerzy czy nawet rektorów, trzeba postawić sobie pytanie, czy chce się i czy warto z takimi osobami mieć cokolwiek wspólnego, czy warte są tego pieniądze, jakie wypłacają z tytułu świadczonej im pracy.

Jeśli je wypłacają, bo przecież nauczyciele wielu wyższych szkół prywatnych coraz częściej ujawniają fakt opóźniania wypłat z tytułu przeprowadzonych przez nich zajęć, braku tych wypłat czy wyszukiwaniu powodów, dla których można byłoby ich nie dokonać. Nauczyciele przypadkowo dowiadują się, że np. nie zostały zapłacone przez pracodawcę składki emerytalno-rentowe czy nie zostały odprowadzone składki z tytułu ubezpieczenia zdrowotnego. Niektórym nauczycielom nie płaci się za okres zwolnienia lekarskiego albo z winy pracodawcy niewykorzystanego urlopu wypoczynkowego. Kiedy przyjeżdża z kontrolą do takiej wsp inspekcja pracy, NIK czy PKA, to okazuje się, że nauczyciele tych szkół w ogóle nie znają regulaminu płac (wynagrodzeń). Nie znają, bo jest on głęboko przed nimi skrywany, by nie upominali się o to, co im się należy.

Jedni nauczyciele zatem występują do Sądu Pracy z pozwem o wypłacenie należności mimo, iż nie wiedzą o tym, że ona im się nie należała .Nie ma w tym nic złego. Od tego są te sądy, by tego typu sprawy wyjaśniały nawet, jeśli racja jest po stronie pracodawcy. To tylko sygnał na temat tego, jak traktował swoich pracowników, skoro musieli szukać wyjaśnień na drodze sądowej. Taka wiedza kosztuje, ale warto ją pozyskać, jeśli kogoś na to stać i ma na to także czas.

Inni nauczyciele występują z pozwem przeciwko władzom wyższych szkół prywatnych nie dlatego, że czegoś nie wiedzieli, ale z powodu bezprawnych działań, które są naganne także etycznie, skoro w środowisku mieniącym się wyższym w istocie postępuje się na poziomie je dyskredytującym. To oczywiste, że wchodząc w spór sądowy podjęli decyzję o rezygnacji z pracy. Ona jest pierwotna w stosunku do tego aktu, bo przecież wiadomo, że upomnienie się w takim środowisku o coś, co się ewidentnie należy, a jest się z tego okradanym, najczęściej skutkuje szykanami czy różnego rodzaju formami opresji. Po co więc tkwić w takiej szkole, której władze zaprzeczają stanowionym celom i wartościom.

Łódź stała się "stolicą" niegodnych szkolnictwa wyższego praktyk, a mających miejsce w szkolnictwie prywatnym, w którym nauczyciele akademiccy nie zamierzali już dłużej ich tolerować, godzić się na wykorzystywanie pozycji pracodawcy w stosunku do świadczącego pracę nauczyciela. Jedni odchodzą, by mieć święty spokój, chcą zapomnieć, dłużej nie uczestniczyć w niegodnych relacjach społecznych, na które przyzwolenie daje też część ich koleżanek i kolegów. Oni nie wiedzą, że skoro będąc "niemymi" świadkami zła, stają się nie tylko jego współsprawcami, ale prędzej czy później może spotkać ich podobny los. Historia kołem się toczy. Tłumaczenie zatem przez pracodawcę takiej szkoły-przedsiębiorstwa, że stara się regulować zaległości w miarę swoich możliwości kapitałowych jest o tyle oburzające, że zawsze ma jakieś wytłumaczenie.

Wyobraźmy sobie zatem sytuację, w której nauczyciel akademicki - mimo zawarcia umowy z tzw. wsp - w sytuacji, kiedy nie otrzymuje wynagrodzenia za prowadzenie zajęć, zawiesza je do czasu, aż zostaną wyrównane straty, jakie z tego tytułu poniósł. Nieuczciwość pracodawców polega na tym, ze oni po pierwsze zastraszą takiego nauczyciela konsekwencjami prawnej odpowiedzialności za naruszenie ciągłości procesu dydaktycznego (nauczyciel musi, w odróżnieniu od pracodawcy, który jak się okazuje, nie musi realizować umowy), a po drugie mają w ofercie poszukujących pracę kolejnych naiwnych, bo nieświadomych tego, że mogą być tak potraktowani w niedalekiej zresztą przyszłości.

W jednej z takich pseudo szkółek osoba pełniąca funkcje kierowniczą, związaną z planowaniem zajęć, zapewnieniem ich obsady i prowadzeniem ich w ramach własnych obowiązków dydaktycznych, przez lata była traktowana jak "wół do roboty", któremu raz się płaci całą pensję, raz tylko część, raz w terminie, innym razem nawet z kilkumiesięcznym opóźnieniem. Za każdym razem kosztowało to tę osobę nerwy i zdrowie, bo jak tu upominać się o swoje, skoro jest się pedagogiem z misją, z poczuciem odpowiedzialności? Kogo to obchodziło, że z każdym semestrem odchodzili z tej szkoły kolejni, sfrustrowani i oszukani nauczyciele? Zaraz znalazł się następca, który dopełniał brakujące minimum lub założyciel sam przekazywał do ministerstwa fałszywe dane z nadzieją, że i tak ich nikt w tym roku nie sprawdzi, a w następnym to już coś załatwi.

Zgodnie z ustawowymi regulacjami niektórzy zatem nauczyciele akademiccy składają wymówienie z pracy w wyższej szkole prywatnej w terminie uzależnionym od stażu ich pracy. Zadośćuczynienia z tytułu niewypłaconych świadczeń dochodzą w Sądzie Pracy i jeśli są one zasadne, to wbrew matactwom założycieli tych szkół, muszą one być im zwrócone. Czytam w jednym z takich uzasadnień akademika, że powodem jego decyzji rezygnacji z pracy jest naruszanie w stosunku do niego przez władze uczelni praw nauczyciela akademickiego przez stosowanie wobec niego aktów dyskryminacji, mimo wysokiej oceny jakości jego dotychczasowej pracy dydaktycznej. Jak pisze: "Utraciłem tym samym zaufanie do pracodawcy, podejmując zarazem w tej sprawie kroki prawne."

Co czyni założyciel takiej wsp? Po pierwsze natychmiast podpisuje akceptację rezygnacji pracownika z pracy, a po drugie szuka luk prawnych (po to zatrudnia się prawnika), by nie wypłacić należnego nauczycielowi np. ekwiwalentu za niewykorzystany przez niego czy nią urlop. Ma on bowiem pracować do ostatniego dnia, żeby pracodawca nie musiał płacić za jego zastępstwo. Co gorsza, bezczelność pracodawcy polega na tym, że wydaje niezgodne z prawdą świadectwo pracy, by tym samym udokumentować coś, co w jego mniemaniu powinno zamknąć sprawę jakichkolwiek roszczeń nauczyciela. Otóż nie. Właśnie tym bardziej, kiedy założyciel szkoły prywatnej wydaje nam świadectwo pracy z nieprawdziwymi danymi, należy zażądać nie tylko wydania jego sprostowania w wersji odpowiadającej rzeczywistości, także prawu, ale i odzyskania niewypłaconych z tego tytułu płac. Co uczynił założyciel w znanym mi i udokumentowanym przypadku? Bezczelnie odpisał na podaniu nauczyciela, że wnioskujący złożył je w niewłaściwym terminie, a więc wypłata mu się nie należy. Tak wygląda postawa założyciela, kanclerza w wyższej szkole prywatnej!


Podaję zatem wzór pisma, jakie należy skierować do Sadu Pracy przeciwko pozwanemu, by ukrócić tę nieuczciwość:

Imię i nazwisko ........ wnoszę:
1) w oparciu o art. 97 § 21 k.p. wnoszę o sprostowanie wydanego powodowi świadectwa pracy w punkcie 4 podpunkt 1 przez wpisanie w miejsce słów „wykorzystał urlop wypoczynkowy w wymiarze 36 dni (tj. 288 godzin)” słów „urlopu wypoczynkowego za ... rok nie wykorzystał”,

2) o zasądzenie od pozwanego na rzecz powoda kwoty .... zł tytułem ekwiwalentu za niewykorzystany urlop wypoczynkowy z ustawowymi odsetkami od dnia ..... roku do dnia zapłaty,

3) o zasądzenie od pozwanego na rzecz powoda zwrotu kosztów postępowania według norm przepisanych,

4) o rozpoznanie sprawy także pod nieobecność powoda,

5 wydanie wyroku zaocznego w sytuacjach określonych w art. 339 i 341 k.p.c.,

6) dopuszczenie dowodu z załączonych do niniejszego pozwu dokumentów na okoliczności wskazane w jego uzasadnieniu,

7) zobowiązanie pozwanego do złożenia do akt sprawy akt osobowych powoda oraz o dopuszczenie dowodu ze znajdujących się w nich dokumentów".

Oczywiście, taki pozew trzeba uzasadnić, załączyć do niego stosowne dokumenty. Jak ktoś brał płace pod stołem, a tacy naiwni nauczyciele też się zdarzają, że część płacy kanclerz takiej wsp przekazuje im z innego konta, z "własnej" kieszeni, po prostu nieoficjalnie, żeby nie płacić ZUS-u itp., to już od tych kwot niczego liczyć nie może. Wiedzą o tym założyciele i kanclerze tych szkół, dlatego chętnie namawiają nauczycieli, by godzili się (połasili) na wyższy dochód, ale w tzw. "szarej strefie". Niektórzy się godzą i tracą podwójnie.

We wspomnianym przypadku czegoś takiego na szczęście nie było, poza tym, że pracodawca postanowił nie wypłacić ekwiwalentu za niewykorzystany urlop. I co? Przegrał w Sądzie Pracy. Jakoś na stronie internetowej swojej szkoły o tym nie pisze. Nic dziwnego. Piszą potem o tym dziennikarze. Zatrudniony przez założyciela prawnik parł do ugody, by nie było rozgłosu, by nie dowiedziały się o tym media. A zatem w odpowiedzi na pozew stwierdza:

(...) proponuję wygaszenie zawisłego sporu w drodze ugody sądowej, na mocy której pozwany, czyli zalożyciel wyższej szkoły prywatnej:
- dokona sprostowania świadectwa pracy powoda w sposób wskazany ...
- zobowiąże się do zapłaty na rzecz powoda kwoty .... zł. tytułem ekwiwalentu za niewykorzystany urlop wypoczynkowy, w terminie 14 dni od zawarcia ugody,
- pokryje w całości koszty sądowe.

I to wszystko płaci się m.in. z czesnego studentów! Założyciel nie ponosi kary z własnej kieszeni.

czwartek, 26 stycznia 2012

Nowa perspektywa dla AHE z niestosowną polemiką w tle


Nowy prorektor ds. organizacyjnych Akademii Humanistyczno- Ekonomicznej w Łodzi - dr Makary Stasiak (założyciel tej Uczelni, do niedawna jej b. prezydent) zaprosił mnie do "dyskusji na żywo" w formie dość dziwnej, bo "na martwo", nawet o tym nie informując. Trafiłem na zaproszenie przypadkowo, wchodząc na jego stronę internetową, kiedy na skutek dzisiejszych, kolejnych już doniesień prasowych w Łodzi o zakupieniu jej przez Jarosława Podolskiego, przedstawiciela Funduszu Inwestycyjnego Zamkniętego "Kopernik", usiłowałem poznać powody owej zmiany. Gdzie ich miałem szukać, jak nie u samego źródła, a tu... nieświeży pasztet.

Jak się dowiadujemy, AHE ma być centralną uczelnią niepubliczną, wokół której będą skupiać się - zakupione już wcześniej przez w/w właściciela - mniejsze potencjałowo, wyższe szkoły prywatne, jak: Wyższa Szkoła Społeczno-Ekonomiczna w Warszawie, Zachodnia Wyższa Szkoła Handlu i Finansów Międzynarodowych w Zielonej Górze oraz Wyższa Szkoła Mechatroniki w Katowicach. To chyba nie przypadek, że jednym z "satelitów akademickich" jest warszawska uczelnia, która miała kolosalne problemy z uzyskaniem akredytacji PKA na kierunku pedagogika.

Nie znam jej obecnych losów, ale pamiętam publikowane na łamach - także wydawanego przez jej ówczesnego założyciela, lidera socjalistycznej pedagogiki Wojciecha Pomykało - czasopiśmie WSSE polemiki z władzami PKA na ten właśnie temat. Uczelnia ta od lat 90. XX w. dysponuje własnym programem w telewizji satelitarnej "EDUSAT", który był i chyba nadal jest wykorzystywany do kształcenia na kierunkach ekonomicznych oraz na pedagogice.

Już wczorajsza Rzeczpospolita informowała o tym, że Copernicus Capital TFI uruchomiło fundusz inwestujący w szkolnictwo wyższe, dążąc do wypracowania nowej jego formuły opartej na ścisłej współpracy pomiędzy biznesem a właścicielami wyższych szkół prywatnych, którzy zachowują dla siebie jako ich założyciele możliwości dalszego czerpania dochodów. To oczywiste, ale zarazem potwierdza to, o czym piszą autorzy wielu rozpraw w „Forum Akademickim” czy publikacji poświęconych temu sektorowi edukacji w Polsce. Odnoszę wrażenie, że kierunki humanistyczne i z nauk społecznych, jako najtańsze do prowadzenia, a zarazem sprzyjające jeszcze pozyskiwaniu dochodów z czesnego, mogą być potraktowane jedynie w tej roli jako źródło dochodów dla rozwoju innych nauk. Zapewne i tak jest też w szkolnictwie publicznym, gdzie nadal kierunki techniczne, przyrodnicze, matematyczno-fizyczne nie cieszą się taką popularnością, jak komunikacja, dziennikarstwo, filologie, nauki o zarządzaniu, praca socjalna, pedagogika czy psychologia.

Jak zdradzają założyciele tego funduszu, zależy im na tym, by te uczelnie na siebie zarabiały, a więc nie zamierzają się ich pozbywać, chociaż teraz mogą z nimi uczynić, co chcą, zlikwidować je i sprzedać np. ich nieruchomości, infrastrukturę lub przekształcić w inny biznes. W grze rynkowej tego typu zapewnienia możemy włożyć między bajki. Można jednak życzyć nowym właścicielom, by jednak zainwestowali w edukację na tym poziomie i pozwolili na jej rozwój na wzór tego, co ma miejsce w uniwersytetach amerykańskich. Wprawdzie standardy etyczne i kapitałowe nie są w naszym kraju jeszcze na porównywalnym poziomie, ale marzyć i tworzyć warto.

Nie życzę sobie jednak tego, by obecny prorektor AHE posługiwał się w swojej wizji dalszego zaangażowania informacjami, które są zadziwiająco niezgodne z rzeczywistością, i lokował w niej moją osobę, bez pytania i zgody na wykorzystywanie mojego wizerunku. Uczelnia ta miała swoje liczne jubileusze, akademie i możliwości zatroszczenia się o własny, rzetelny wizerunek, ale akurat w przypadku mojej osoby, jak dotychczas on do niego nie pasował.


Powodem zainteresowania moją osobą stał się ponoć mój wpis z dnia 7 stycznia br. Do niego odnosi się po 2 tygodniach następujący fragment wypowiedzi dra M. Stasiaka:
"Z ciekawością, ale także dużym zdziwieniem przeczytałem ostatni wpis (7 stycznia) na blogu prof. Bogusława Śliwerskiego. Niezwykle cenię sobie Pana Profesora: jego dorobek naukowy, postawę moralną, dbałość o wysoki poziom kształcenia i uwagę, jaką poświęca on sprawom studenckim. Znam profesora osobiście, gdyż wiele lat temu, jako jeden z pierwszych współtworzył Akademię Humanistyczno-Ekonomiczną w Łodzi – wówczas WSHE. Profesor Śliwerski był założycielem i pierwszym dziekanem kierunku pedagogika na Uczelni. Zatrudniał kadrę dydaktyczną, współtworzył programy i inicjował powstanie specjalizacji. Dlatego też dziwi mnie, że na swoim blogu - posługując się doniesieniami prasowymi - bardzo mocno dyskredytuje uczelnię, którą niegdyś współtworzył i firmował własnym nazwiskiem. Zatrudniana na uczelniach niepublicznych „marna kadra”, o której pisze pan Profesor to wykładowcy, którzy uzyskali swoje tytuły profesorskie i doktorskie na uczelniach państwowych. Wykładowcy na kierunku pedagogika AHE, a także jej obecny dziekan swoje prace doktorskie obronili właśnie pod kierunkiem prof. Śliwerskiego!"


Otóż nie jest dobrze, kiedy „Nową perspektywę Akademii” jej prorektor zamierza budować na nadinterpretacji faktów, które chciałby, aby były dla niego i uczelni korzystne, a przemilcza niedostępne dla szerszej społeczności fakty. Tak więc w mojej polemice czynię sprostowanie.

Istotnie tworzyłem w WSHE kierunek studiów pedagogika, ale po niespełna roku pracy, na własną prośbę, zrezygnowałem z dalszej współpracy. Ciekawe, że dr M. Stasiak nie wspomina o powodach tego stanu rzeczy. Gdybym miał tak wielkie zasługi w zakresie współtworzenia WSHE, to zapewne moje nazwisko znalazłoby się na stronie AHE w odpowiedniej zakładce, a tego nie było i nie ma, nawet w odniesieniu do historii tego kierunku studiów.

Nie zaprzeczam stwierdzeniu dr M. Stasiaka, że jest zatrudniana na uczelniach niepublicznych także „marna kadra”, o której często piszę także w swoim blogu. Są to wykładowcy, którzy uzyskali swoje tytuły profesorskie i stopnie doktorskie na uczelniach państwowych, bo na prywatnych nie było to możliwe. To oczywiste, tak samo jak i to, że niektórzy z nich uzyskiwali awans także poza granicami kraju, wyłudzając stopnie naukowe m.in. na Słowacji.

Próba zasugerowania, że tę ocenę przypisałem obecnemu dziekanowi w AHE, którego nie znam, czy prodziekan Wydziału Humanistycznego – dr Elżbiecie Woźnickiej - jest nadużyciem i obrazą dla tej osoby. Nie wiem, kto był promotorem pracy doktorskiej dziekana (ja na pewno nie), ale w odróżnieniu od dra M. Stasiaka wiem, że w przypadku wspomnianej pani prodziekan jest nim wybitna i zacna andragog - prof. dr hab. Olga Czerniawska, także moja wieloletnia Mistrzyni akademickiej kultury i metodologii badań humanistycznych. Szkoda, że jako pracodawca obecnej prodziekan - prorektor ds. organizacyjnych AHE, nawet o tym nie wie.

Nie wiem zatem, czym i z kim chce polemizować dr Makary Stasiak, skoro tak bardzo rozmija się z faktami i ich interpretacją. Warto jednak zaczynać nowe życie Akademii w klimacie prawdy i etycznej odpowiedzialności, czego mu życzę w tym miejscu. Niech buduje nową perspektywę - już nie swojej uczelni - na trosce o jak najwyższą jej jakość.


Sam zaś czekam na wypowiedzi prorektorów innych wyższych szkół prywatnych, którzy zapewne też uważają, że pisałem o ich pracownikach, samemu ich zapewne źle kształcąc w uniwersytecie. Zabawne. Uderz w stół...


(http://www.dzienniklodzki.pl/artykul/497965,lodzka-ahe-zmienila-wlasciciela,3,id,t,sg.html#galeria-material; http://www.makary-stasiak.pl/index.php?id=blog&bid=25; Uczelnie dadzą zarobić 7-8 proc. w skali roku? "Rzeczpospolita" z dn. 25.01.2012, s. B9)

środa, 25 stycznia 2012

Naukowiec w plebiscycie

Od prawie dwudziestu lat mieszkańcy regionu łódzkiego wybierają Łodzianina Roku. Jak na Łódź, będącą ponad 700-tysięcznym miastem, nie jest to zadanie łatwe, skoro jest to zarazem jeden z największych ośrodków akademickich w kraju. Uczelni w tym regionie jest zapewne więcej niż w całej Szwajcarii, a przecież nikt nie powiedział, że Łodzianinem Roku musi być naukowiec. Tyle jest zawodów i ról społecznych, których przedstawiciele mogliby śmiało ubiegać się o ten symboliczny zaszczyt, że każdy z nominowanych "startuje" z nierównej pozycji. Inicjatorem plebiscytu jest regionalna Rozgłośnia Polskiego Radia "Łódź", a więc jest też szansa na medialne podkreślenie dorobku zgłoszonych kandydatów.

Zastanawiam się nad warunkami zgłaszania swojego poparcia dla jednego z 9 nominowanych już kandydatów do tego tytułu, gdyż wydają mi się one wielce niestosowne. Głosować bowiem można na jedną z osób, wysyłając do 5 lutego br. SMS o treści łodzianin (po kropce wpisując nazwisko popieranego kandydata - bez polskich liter) pod wskazany numer.

To, co jest w przypadku tego typu wyróżnień obywatelskich, społecznych - oburzające, to fakt, iż trzeba za swój głos zapłacić (koszt SMS-a wynosi 2 zł plus VAT). Nie chodzi tu o wysokość tej kwoty, tylko o sam fakt jej pobierania. Uważam, że jest to nieetyczne i stawia wszystkich kandydatów w bardzo niezręcznej sytuacji. Głosujący może wysłać dowolną liczbę smsów, podczas gdy każda z osób głosujących za pomocą strony internetowej
może oddać tylko jeden głos na jedną z osób nominowanych. Czyżby mieli mobilizować członków rodzin, przyjaciół, znaajomych, współpracowników lub podwładnych do wydatkowania owej kwoty dla zwiększenia ich szans na wygraną? Co z tego, że mogę w internecie śledzić losy tego pseudo etycznego wyścigu, skoro już teraz widzę, że prowadzenie objął kandydat z komercyjnych mediów. Żenada, bo nie ma to nic wspólnego z merytoryczną opinią wszystkich, zacnych Kandydatów. Nie zmienia mojego dyskomfortu możliwość oddania głosu za pośrednictwem strony internetowej. Jedna forma głosowania narusza dobre obyczaje, a z kulturą wysoką niewiele ma wspólnego.

Szkoda, bo mam swojego Kandydata, a jest nim Prezes Łódzkiego Towarzystwa Naukowego - prof. dr hab. Stanisław Liszewski. Oddam na Niego swój głos także za pośrednictwem SMS, chociaż mam poczucie nadużycia ze strony organizatorów tej - jakże wartościowej społecznie i kulturowo - inicjatywy. Nie przypominam sobie, by trzeba było w 1993 r. oddawać głos na kandydata wnoszeniem jakiejś opłaty, na czyjeś konto. Czyżby tak bardzo już zacierały się granice przyzwoitości?

Z akademickich limeryków




Pewien założyciel niepublicznej szkoły
Tak źle nią zarządzał, aż pozostał goły
Chciał się tak szybko wzbogacić,
że rychło nie miał czym płacić.
Pewnie były z nim same matoły...

-----------------




Raz paniusia na drugim etacie
Zakochała się w nie swoim tacie.
Udawała, że nie jest mężatką.
Oponentów niszczyła dość gładko.
Nie żałujcie, że jej nie poznacie.

-----

Raz pewna pedagog ze sfery oświatowej
W pracy miała porażki, więc szukała nowej.
Dostała ją w wyższej szkole
gdzie popełniając babole
Wkrótce stała się wrogiem księgowej.

-------

Rzekł raz prorektor do swego studenta
Po co pan wciąż w tej szkole się pęta?
Ja sam wpadam tylko na chwile
żeby czas sobie spędzić mile
A tu kanclerz jest znowu nadęta.

------

W pewnej szkole powstała platforma
learningowa, lecz tylko pro forma.
Oszukano jednak studentów
korzystając z banalnych wykrętów,
że wszystkiemu jest winna reforma.

------

Chyża doktor z wątpliwą przeszłością
Miała w szkole zarządzać jakością
Wymyślała więc procedury
Wystawiając za to faktury
Płacę za nic brała z radością.

--------

Jeden doktor habilitowany
doktorantkę przytulił do rany
Zdradził żonę dla panny
Co nie chciała wyjść z wanny
Choć nie został na grzechu złapany.

-----

Starsza pani profesor z Nieszawy
Zatrudniła się w szkole dla sprawy
Niby słaba i chora
Wykurzyła kwestora,
teraz nie ma kto zrobić jej kawy.

----

Czyż nie zabrania tego polska Konstytucja,
żeby awansowi pomogła prostytucja?
Młodej doktor doradziła wróżka
by poszła z recenzentem do łóżka.
Pech. Wykończyła go jej ewolucja.

----

Szkoła wyższa, co jest niepubliczna
może w nazwie być pedagogiczna,
lub kupiecka, handlowa
albo i wyznaniowa,
lecz od tego nie będzie mistyczna.

----

Po co spełniać mam normy
pyta rektor bez formy,
którą stracił, dla kasy
bo na forsę był łasy
teraz musi żyć pełen pokory...

wtorek, 24 stycznia 2012

Kto w szkolnictwie wyższym fałszuje dane?

Trochę to dziwny zarzut, jaki stawiają dziennikarze prasy on-line Ministerstwu Nauki i Szkolnictwa Wyższego, jakoby fałszowano tam rzeczywistość, publikując niezgodne z nią dane. Rzecz ponoć dotyczy nieprecyzyjnych danych, jakie resort ogłosił na temat najczęściej wybieranych przez kandydatów uczelni w naszym kraju, a w nich kierunków studiów.

Pisałem o tym kilka dni temu, wskazując na taki poziom ich ogólności, że istotnie, niewiele on znaczy i znaczyć powinien, ale jeśli dociekliwi w rozmowach z władzami czy rzecznikami prasowymi szkół wyższych ujawniają, że to część spośród nich zatroszczyła się o podkoloryzowanie rzeczywistości, by nie znaleźć się na szarym końcu tego pseudo rankingu, to sprawa jest już jasna. Gdybyśmy podali faktyczną liczbę osób, które chciały dostać się na naszą uczelnię, wylądowalibyśmy na szarym końcu rankingu szkół wyższych - mówi rzecznik prasowy jednej z uczelni. (http://www.portalsamorzadowy.pl/edukacja/,27800.html)

Jedni zatem podają dane uczciwie, zgodnie z mającym miejsce stanem rzeczy np. liczbę osób przyjętych na studiach w stosunku do tych, którzy się na nie rejestrowali, a wiemy, że nie wszyscy odliczają się na pierwszym roku, pomimo znalezienia się na liście osób przyjętych (dotyczy to tylko i wyłącznie obleganych kierunków na uniwersytetach i politechnikach). Inni zaś, a to dotyczy w większość wyższych szkół prywatnych, żeby podkoloryzować nędzną rzeczywistość, podają dane z sufitu, bo i tak ich nikt nie sprawdzi. W tych szkołach nie ma rejestracji elektronicznej, a papier jest cierpliwy, więc w sprawozdawczości dla resortu, GUS czy tym bardziej mediów zawsze można napisać, że było więcej kandydatów. A że się rozmyślili? No cóż, mieli prawo. Tym bardziej, kiedy zobaczyli od środka, na czym ten pic polega. Wędrówki studiujących z jednej „wsp” do drugiej „wsp” są czymś naturalnym, bo albo ktoś szuka niższych opłat za studiowanie (jest mu obojętne gdzie, z kim i u kogo), albo gdzie będzie mu łatwiej, nie będą egzekwować wiedzy, przymkną oko itp. Tu zresztą wybór jest duży, szczególnie w dużych ośrodkach akademickich, gdzie pedagogikę, zarządzanie, adminstrację czy socjologię można studiować w kilkunastu szkołach wyższych, choć częściowo „niższych”.


Fałszowanie danych zaczyna się od konkretnych osób, a nie od resortu, Rady Głównej, Polskiej Komisji Akredytacyjnej czy Centralnej Komisji, gdyż do nich wpływają dokumenty przez kogoś jednak podpisane – najczęściej przez rektora, a ze szkół prywatnych przez ich założycieli (dublujących też funkcję kanclerzy), bo w wielu z nich rektor nie ma nic do powiedzenia. Najwięcej kłamstw (fałszerstw) akademickich ma miejsce w przypadku danych na temat kadry – nauczycieli akademickich. Ta zresztą sama częściowo do tego się przyczynia, nie bacząc na upadek obyczajów i naruszanie prawa, skoro podpisuje oświadczenia z pełną świadomością, że i tak ich nie będzie spełniać. Kolega koledze, koleżanka koleżance podpisują, by im pomóc w zarządzaniu fikcyjną de facto strukturą, z której można wyciągnąć „trochę” dodatkowej kasy.

Sądy pracy już specjalizują się w oszustwach i manipulacjach założycieli szkół prywatnych, którzy a to stosują mobbing wobec wykładowców, a to bezprawnie zmieniają im warunki pracy i płacy, a to fałszują oświadczenia i dokumenty pracowników, a to nie płacą ZUS-u lub nie odprowadzają składek zdrowotnych, a to nie płłacą za niewykorzystany z ich winy urlop pracownika, a to zatrudniają na śmieciowe umowy o pracę, dopełniając zarobki umowami na zlecenie, a to część wpływów z czesnego przelewają do stworzonych przy „wsp” placówkach quasi oświatowych i stamtąd wypłacają jakieś honoraria, a to tworzą wydawnictwa, centra konferencyjne, siłownie, otwierają baseny, by na tym z jednej strony zarabiać, a z drugiej, dzięki nim, wyprowadzać środki akademickie na prywatne interesy, itd.itd.

To nie Centralna Komisja jest winna temu, że musi odmówić nadania uprawnień uczelni czy wyższej szkole prywatnej do nadawania stopni naukowych przez ich jednostki organizacyjne, tylko sami wnioskodawcy, którzy kreują w przedłożonej dokumentacji rzeczywistość pod własne oczekiwania i marzenia, nie mające jednak nic wspólnego, albo niewiele ze spełnianiem nie tylko norm prawnych, ale także etycznych i obyczajowych w środowisku akademickim. Nie słyszałem, by rektor czy założyciel tzw. wsp spalił się ze wstydu z powodu otrzymania uzasadnionej merytorycznie negatywnej oceny organu kontrolnego czy oceniającego. Oni najczęściej nie mają sobie nic do zarzucenia. Zawsze winne są jakieś siły nieczyste, układy, zmowy, tylko nie oni.

A tu wystarczy przeczytać klarownie opisane wytyczne w sprawie warunków, jakie musi spełnić uczelnia, by otrzymać to czy tamto i uczciwie to udokumentować. Niestety, jak nie ma się czym, to się jak za dawnych lat dokumenty de facto fałszuje, podając w nich nieprawdę, półprawdy lub przemilczając stan faktyczny, Niektórzy doszli już do takiej wprawy, że załączają do dokumentacji danej jednostki więcej materiałów, niż jest to od nich oczekiwane, żeby recenzenci sami w nich odnaleźli to, co jest konieczne. Jak nie znajdą, to znaczy, że nie potrafili rzetelnie przeanalizować danych. Kiedy jednak to uczynią, to skompromitowani wnioskodawcy usiłują jeszcze dla zachowania twarzy we własnym środowisku odwoływać się. A nóż się uda, ktoś się przestraszy, zmięknie, a może znajdzie się jakiś powód do zmiany stanowiska. Wnioskodawcy – manipulatorzy stosują zasadę: „piszemy, co chcemy”, papier jest cierpliwy, procedury odwoławcze długie i wielokrotne, a nóż ktoś zapomni, nie dostrzeże, nie odpowie w odpowiednim terminie i… wymusi się zgodę proceduralnie?

niedziela, 22 stycznia 2012

Jakie badania, takie wyzwania


Nie jest tajemnicą poliszynela to, że Kraków stał się stolicą ekspertyz na temat szkolnictwa wyższego i oświaty. Jedna goni drugą, a prym wiodą pracownicy innych dyscyplin naukowych, niż pedagogika. Pedagodzy wcale nie milczą, gdyż poważny głos w sprawie zmian w szkolnictwie wyższym zabrali naukowcy skupieni wokół prof. Mirosława J. Szymańskiego z Uniwersytetu Pedagogicznego, o czym pisałem już nieco wcześniej. Teraz głos zabierają ekonomiści, przedstawiciele nauk o zarządzaniu, psycholodzy i socjolodzy.

Nawet ucieszyłem się z tego powodu, bo pomyślałem, że nic tak dobrze nie robi nauce, jak konkurencja. Miałem przy tej okazji nadzieję, że sam nauczę się czegoś nowego, spojrzę na pewne procesy z innej strony. No i wreszcie doświadczę wyników badań, które powinny być efektem nauki przez N, skoro tak najczęściej są definiowane wspomniane powyżej dyscypliny. Szybko jednak okazało się, że jest inaczej. Prawdopodobnie dlatego, że zawodnicy tej "rywalizacji" startują w zupełnie innej wadze. Co sięgnę po jakąś książkę, to oczom własnym nie wierzę, że można traktować społeczność akademicką jak uczniów liceum, którym w ramach fakultetu oferuje się banalną wiedzę na temat spraw ważnych, chociaż im dotychczas niedostępnych.

Zajrzyjmy do książki pt. Wyzwania zarządzania jakością w szkołach wyższych" pod redakcją Tadeusza Wawaka (Wyd. UJ 2011), której jakość edycji jest niewspółmierna do zawartości, na rzecz oficyny, a nie autorów. Zastanawiam się, komu i po co wydaje się zbiory rozpraw, których treść powinna łączyć i zobowiązywać do przedstawienia odpowiedzi na pytanie: jakież to wyzwania czekają szkoły wyższe, by możliwe w nich było zarządzanie jakością, skoro i tak każdy pisze, co chce i oczym chce? Otóż to, nawet niezorientowana w problematyce osoba zapyta, o zarządzanie czym chodzi tu autorom tego tomu? Zarządzanie jakością samo w sobie może być co najwyżej procesem, działaniem czy zbiorem procedur, które jednak muszą mieć swój przedmiot. A tu NIC! Propaganda.

Czytam we wstępie dziekana Wydziału Zarządzania i Komunikacji Społecznej UJ, że niniejsza publikacja jest prezentacją wątków dyskusji dotyczącej wdrażania w szkołach wyższych idei polityki projakościowej. Można w tym widzieć efekt utraty wiary w misyjny charakter szkół wyższych jako bastionów poszukiwaczy prawdy i orędowników myśłi racjonalnej i krytycznej. Można także uznać, że jest to rezultat szerszych zmian kulturowych, które na fali komercjalizacji kolejnych obszarów życia społecznego doprowadziły do "urynkowienia" szkół wyższych z wszelkimi tej sytuacji dobrodziejstwami i mankamentami. Skoro zaś mówi się już o "świadczeniu usług edukacyjnych", to należy zadbać o jakość "produktu"" (s. 13)

Zrozumiałem. Rzecz będzie dotyczyć zarządzania jakością "produktu", bo uniwersytety i akademie czy politechniki nie mają już dążyć do prawdy, tylko muszą wdrażać ideę projakościowych zmian w systemie organizowania działalności dydaktycznej i naukowej. Nie wiem, jak można odchodząc od misji poszukiwania prawdy zapewnić projakościowy "wyrób", ale rozumiem, że jak ktoś określi jego parametry, a więc ktoś, kto już tę prawdę posiadł, to trzeba będzie czynić wszystko zgodnie z procedurami, by ją odnaleźć i zgodnie z wzorcem "wyprodukować". Uprzedzam, że mimo zapowiedzi, nigdzie w tej książce nie znajdziemy odpowiedzi na pytanie, jak bez misji i bez metodologii badań adekwatnej dla danej dyscypliny naukowej odnaleźć w naukowy i projakościowy sposób prawdę? A po co jej szukać? A kogo ona obchodzi?

Zajrzałem zatem do rozdziału: Bariery komunikacyjne na uczelni akademickiej oraz sposoby ich pokonywania, by dowiedzieć się, co decyduje o tym, że między zarządzającym a zarządzanym pojawiają się zakłócenia i błędy komunikacyjne, osłabiające jakość działalności naukowej, dydaktycznej i organizacyjnej? Odpowiedź jest tu banalna, a jakże odkrywcza: niewłaściwy przekaz i odbiór informacji. Jeśli zarządzający i zarządzani nie posiadają umiejętności komunikacyjnych, nie szanują się i nie potrafią ze sobą współpracować, to dynamika relacji interpersonalnych między nimi jest negatywna. I to trzeba kończyć studia z psychologii, żeby sformułować tak poważne wyzwanie projakościowe dla szkolnictwa wyższego?

To analizuję sytuację, jakiej doświadczałem w jednej z wyższych szkół prywatnych. Nadawcą informacji adresowanych do zespołu naukowców była jedna osoba bez wykształcenia wyższego, dwie z wykształceniem wyższym, ale nie mającym nic wspólnego z naukami humanistycznymi, a z pedagogiką w szczególności, a to one zarządzały tak zwaną jakością, kiedy usiłowały podważać znaczenie problemów naukowych i zakresu planowanych przez nauczycieli akademickich zadań badawczych oraz koszty w ramach składanych wniosków o ich sfinansowanie?

Pani Aneta Kisiel - autorka tego banalnego tekstu z psychologii społecznej, pisze, że w takiej sytuacji bariery wewnętrzne leżą po stronie nadawcy informacji (zatem - albo zarządzającego szkoła, albo naukowców, kiedy wspólnie muszą coś uzgodnić):

- "niezrozumiała terminologia, trudna dla odbiorcy". Trzeba by zarządzającym jak krowie na granicy powiedzieć, na czym polega problem badawczy, jakiego rodzaju wysiłku wymaga realizacja zadań badawczych, dlaczego konieczny jest udział w konferencji czy szkoleniu itd., itd. Jak nie mają kapitału umysłowego, i tak nie zrozumieją, więc co nam po wiedzy na ten temat? Bariera wraz ze świadomością tego stanu rzeczy nie zniknie. Jak ignorant zarządza, to musi być bylejakość;

- brak spójności między mową niewerbalną a werbalną. Racja. Jak taki naukowiec wysłucha niemerytorycznego bełkotu niefachowców, to powinien przynajmniej udawać, że jest pełen podziwu dla ich "kompetencji", a wówczas nie będzie zakłóceń komunikacyjnych. Tylko co z tego? Ma zrezygnować z kryteriów naukowych na rzecz konformizmu?

- niedostosowanie tempa wypowiedzi do zdolności poznawczych odbiorcy oraz jego wiedzy z zakresu omawianego tematu. Istotnie, jak taki naukowiec w stopniu doktora ma przekonać do swoich racji gościa, który wykłada na politechnice, ale kafelki w WC? Nawet, gdyby mu powtarzał wolno, to i tak gościu nie będzie w stanie niczego połapać, a jego gościówa tym bardziej.

- monotonny tembr głosu powodujący znużenie i irytację słuchaczy. Co z tego, że zarządzający nie ma monotonnego tembru głosu, skoro i tak gada od rzeczy?

- chęć dominacji w relacjach, lekceważenie autonomicznej opinii odbiorcy lub traktowanie go lekceważąco. Ooo... to jest to! Zgadzam się w całej rozciągłości, że jeśli zarządzający lekceważy autonomiczną, a to znaczy kompetentną opinię naukowca i nie rozumie jego stanowiska, to musi dojść do barier komunikacyjnych, a te w istocie będą rzutować na brak jakości zarządzania w szkole wyższej. Co jednak zrobić, kiedy wieloma szkołami wyższymi lub jednostkami organizacyjnymi w tych szkołach zarządzają osoby, które mogłyby, co najwyżej sprzedawać zieloną pietruszkę na rynku (z całym szacunkiem dla jej sprzedawców)? Jaki gość, taka jakość.

sobota, 21 stycznia 2012

Standardy kształcenia nauczycieli wyszły z cienia resortowych biurek

Długo trzeba było czekać na podpisanie uzgodnionego przez ministrów obu resortów edukacyjnych (MNiSW i MEN) rozporządzenia w sprawie standardów kształcenia przygotowującego do wykonywania zawodu nauczyciela. Wreszcie zostało ono podpisane 17 stycznia 2012 r., stosownie do upoważnienia zawartego w art. 9c ustawy z dnia 27 lipca 2005 r. Prawo o szkolnictwie wyższym (Dz. U nr 164, poz. 1365, z późn. zm.), zgodnie z którym minister właściwy do spraw szkolnictwa wyższego został zobowiązany do wydania w porozumieniu z ministrem właściwym do spraw oświaty i wychowania rozporządzenia określającego standardy kształcenia przygotowującego do wykonywania zawodu nauczyciela.

Rozporządzenie zacznie obowiązywać za dwa tygodnie, ale w przypadku szkolnictwa wyższego, ze względu na konieczność przygotowania nowych planów i programów studiów dla kandydatów do tego zawodu - wejdzie w życie od nowego roku akademickiego 2012/2013. Wiele rad wydziałów miało problem, czy modyfikować obecne plany studiów zgodnie z Krajowymi Ramami Kwalifikacyjnymi czy też czekać, aż sprawdzą się pogłoski o podpisaniu niniejszego dokumentu przez minister K. Szumilas i B. Kudrycką? Na szczęście dokument ten został przyjęty w samą porę, bo w większości uczelni pracują zespoły nauczycieli akademickich, które opracowują nowe plany i programy studiów zgodnie z nowymi standardami kształcenia.

Jak podaje MEN:

"Przepisy rozporządzenia określają:

1) efekty kształcenia w zakresie

- wiedzy merytorycznej i metodycznej,

- wiedzy pedagogicznej i psychologicznej, w tym w zakresie wychowania, z uwzględnieniem przygotowania do pracy z uczniami o specjalnych potrzebach edukacyjnych,

- przygotowania w zakresie stosowania technologii informacyjnej,

- poziomu znajomości języka obcego,

2) czasu trwania studiów oraz studiów podyplomowych,

3) wymiaru i sposobu organizacji praktyk.

W nowych standardach, zgodnie z ostatnią nowelizacją ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym odstąpiono od kształcenia dwuspecjalnościowego, obowiązkowego dotychczas na studiach pierwszego stopnia. Przygotowanie zawodowe (nauczycielskie) ma charakter modułowy i jego realizacja będzie możliwa w trakcie studiów pierwszego i drugiego stopnia oraz studiów podyplomowych. Nauczyciele przedszkoli i nauczyciele klas I-III szkół podstawowych będą przygotowywani w obydwu zakresach jednocześnie.

Kształcenie przygotowujące do wykonywania zawodu nauczyciela prowadzone będzie w ramach trzech modułów obowiązkowych, obejmujących przygotowanie w zakresie merytorycznym do nauczania przedmiotu (prowadzenia zajęć), psychologiczno-pedagogicznym oraz dydaktycznym. Kształcenie to będzie mogło zostać poszerzone o moduły fakultatywne obejmujące przygotowanie do nauczania kolejnego przedmiotu (prowadzenia zajęć) oraz przygotowanie w zakresie pedagogiki specjalnej.
"

Warto zajrzeć na stronę MEN i ściągnąć sobie tekst niniejszego rozporządzenia:

http://www.men.gov.pl/images/stories/pdf/20120117_standardy_ksztalcenia_dla_nauczycieli.pdf

Znajdziemy w nim nie tylko jego treść, ale także uzasadnienie wraz z najczęściej kierowanymi w tej sprawie do prawodawcy uwagami różnych osób i instytucji zainteresowanych nowelizacją prawa w tym zakresie. Szczególne zasługi w konsultowaniu z naszym środowiskiem i uzgadnianiu z resortami najważniejszych rozwiązań ma dr hab. Małgorzata Sekułowicz, prof. Dolnośląskiej Szkoły Wyższej we Wrocławiu.

Nowe podejście do kształcenia przyszłych nauczycieli polega na obowiązku zrealizowania przez nich trzech modułów:

- pierwszego, obejmującego zajęcia związane z danym kierunkiem studiów, np. historia, matematyka, biologia czy wychowanie przedszkolne;

- drugiego, związanego z przygotowaniem pedagogiczno-psychologicznym uwzględniającym poszczególne etapy edukacyjne (przedszkole i szkoła podstawowa, gimnazjum, szkoła ponadgimnazjalna) oraz obowiązek umiejętności poznania uczniów o szczególnych potrzebach, także uczniów zdolnych, niepełnosprawnych czy przewlekle chorych) oraz

- trzeciego, dotyczącego dydaktyki (ogólnej oraz dydaktyki przedmiotowej).


Przewiduje się też dwa moduły fakultatywne, w rakach których student będzie mógł wybrać sobie przygotowanie do nauczania drugiego przedmiotu (prowadzenia zajęć) - co odpowiada modułowi czwartemu (60 godzin zajęć i 60 godz. dodatkowych praktyk) lub w zakresie pedagogiki specjalnej, odpowiadającemu modułowi piątemu (dodatkowo 210 godzin zajęć z przygotowania psychologiczno-pedagogicznego i dydaktyki specjalnej oraz 120 godz. praktyk).

Ogólna liczba godzin praktyk zawodowych w ramach pierwszych trzech modułów kształcenia wynosi 150 godzin.

(http://www.rp.pl/artykul/321813,794815-Studia-nauczycielskie-beda-lepiej-przygotowywac-do-pracy-w-szkole.html)

Nowością jest to, że do pracy w gimnazjum już nie wystarczy wyksztalcenie licencjackie , a więc po studiach I stopnia. Znika kształcenie dwuprzedmiotowe. Może ono mieć miejsce zarówno na studiach, jak i studiach podyplomowych, przy czym muszą być uzyskane te same efekty kształcenia. Jak znam życie, to dopiero teraz rozgorzeje dyskusja na temat treści kształcenia, bo u nas tak jest zawsze, kiedy stają się one obowiązującym prawem.

piątek, 20 stycznia 2012

Śmieciowe dane o śmieciowych studiach?


na rok akademicki 2011/2012, jakie opublikowało Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego są zbanalizowaną, statystyczną fotografią tego, jakich wyborów dokonywali młodzi ludzie, chcąc koniecznie podjąć studia. Szkoda, że resort nie ujawnia, ile osób, które rozpoczęły swoją edukację na tym poziomie przetrwało przez I rok studiów (a także przez cały ich cykl) w uczelniach publicznych, a ile w wyższych szkołach prywatnych (tzw. wsp)? Szkoda, że poza przytoczeniem wysoce zgeneralizowanych danych nie dowiadujemy się, co one tak naprawdę oznaczają, o czym świadczą?

W rankingu pedagogika znalazła się wśród najbardziej popularnych studiów na III miejscu (po budownictwie i zarządzaniu). Kiedy jednak porównamy ten ranking z wykazem najbardziej obleganych przez kandydatów kierunków studiów, to nie znajdziemy w nim ani pedagogiki, ani socjologii. Okazuje się zatem, że zaczynają stawać się one z roku na rok tzw. "śmieciowymi kierunkami", wybieranymi z bożej łaski, by w ogóle móc gdzieś i cokolwiek studiować. Założyciele niektórych szkół prywatnych zaczynają więc prowadzić tzw. śródroczną rekrutację na studia, kusząc rozczarowanych dotychczasowym wyborem kierunku, jakąś inną jego protezą. Istotne jest, by zapewnić kandydatów lub studiujących w innych szkołach, że właśnie tu uzyskają właściwe wykształcenie. Takie szkoły chwalą się wówczas wszystkim, tylko nie swoją akademickością. Nie poszczycą się rektorem, dziekanem czy swoimi profesorami, bo tych woleliby raczej ukryć przed zbyt wścibskimi i dociekliwymi poziomu ich akademickości potencjalnymi klientami.

Wczoraj prof. Czesław Bywalec pisał w "Gazecie Wyborczej" o tym, że tworzone głównie w latach 90, a - ja dodam - szczególnie w pierwszej dekadzie XXI w. - szkoły prywatne , nie rosły jak grzyby na deszczu ze względu na pasję i marzenia zdecydowanej większości ich założycieli, by włączyć się w proces akademickiego kształcenia i prowadzenia badań naukowych, tylko by tworzyć firmy wydmuszki, "bańki edukacyjne" z czysto komercyjnych motywów. "Właścicielom, ukrytym na ogół pod przyjaznymi nazwami spółek lub fundacji, wystarczyło znaleźć odpowiednie lokale, zatrudnić na drugich (lub dalszych) etatach jakichś utytułowanych nauczycieli akademickich (najtańsi emeryci), nauczycieli szkół średnich, no i - wcale nierzadko - własną rodzinę."

Tak oto tworzono "wsp-przechowalnie" dla maturzystów, których fala wyżu demograficznego musiałaby zatrzymać w grupie bezrobotnych, a to źle świadczyłoby o władzy. Żadna z formacji politycznych nie chciała dopuścić do zmarnowania takiego kapitału. Nadpodaż kształconej na bardzo różnym poziomie siły kandydatów na licencjatów i magistrów, gwarantowała władzom spokój, bo setki tysięcy młodych ludzi, które nie dostałyby się na żaden z kierunków studiów uczelni publicznych, mogły realizować swoje aspiracje i marzenia o indeksie w "świetlicach", "szkołach przechowalniach" z dumpingowymi kosztami kształcenia, przy po wielokroć gorszej kadrze i dowartościowywaniu wypalonych, nieudolnych lub o niskich kwalifikacjach doktorów i doktorów habilitowanych z uczelni publicznych. Im większy nieudacznik, tym wyższą powierzano takiemu osobnikowi funkcję, która choć w nazwie jest porównywalna z tą, jaką pełnią kadry akademickie w uniwersytetach, akademiach czy uczelniach technicznych, to jednak dewaluowała jej sens i kulturową jedynie do poziomu materialnej wartości tóg czy pieczątek.

Totalna dewaluacja i degradacji organów władzy jednoosobowej w pseudoakademickich szkołach wyższych mogła skutkować tylko jednym, a mianowicie podtrzymywaniem ich komercyjnego "świetliczanego" charakteru. Na ponad 300 tzw. wyższych szkół prywatnych tylko 15 uzyskało poziom akademicki. Pozostałe pełnią albo funkcję małych, dobrze realizujących swoje funkcje wyższych szkół zawodowych, albo w swej większości drenują kieszenie naiwnych, a oczekujących wartościowego kredencjału. To właśnie absolwenci tzw. "śmieciowych wsp" zgłaszają się masowo do firm z prośbą o zatrudnienie bez wynagrodzenia, byle tylko mogli mieć jakiś dowód na to, że ktokolwiek ich chciał.

Jak pisze Cz. Bywalec - dotyczy to przede wszystkim absolwentów humanistycznych i społecznych studiów, jak pedagogika, socjologia, zarządzanie czy administracja. "A są ich setki tysięcy. Czują się rzeczywiście "wykluczonymi", "oszukanymi" i, co gorsza, większość z nich takimi może być jeszcze raz - pod koniec życia. Bo jakież oni będą mieć za 40 lat emerytury dziś nie płacą składek emerytalno-rentowych, pracodawcy narzucają takie warunki pracy i płacy, by składki te były tylko na poziomie minimalnym - dopuszczalnym przez prawo, lub nie było ich wcale".

Czy studiowanie pedagogiki z obietnicą dopełnienia jej na II stopniu psychologią jest gwarancją uzyskania kwalifikacji psychologa czy pedagoga? Czy studiowanie pedagogiki ze specjalnością wychowanie sportowe czy fizyczne jest równoważne wykształceniu po Akademii Wychowania Fizycznego? Czy z takimi dyplomami ktokolwiek odpowiedzialny zatrudni owych absolwentów? Czy pedagogika w połączeniu z turystyką lub kosmetologią jest konieczna, by pracować w tego typu usługach? To może połączyć jeszcze pedagogikę z fryzjerstwem lub kaletnictwem, bo będzie wiadomo, że chodzi tu o kompetencje w zakresie golenia klientów czy zdzierania z nich skóry?

Z czym jeszcze połączyć pedagogikę, by można było nabrać przez jakiś czas naiwnych na "wykupienie" dyplomu? Może z nafciarstwem, by mogli tankować naftę na stacjach benzynowych lub z gazowaniem w przypadku nabijania LPG? A może utworzyć pedagogikę bezpieczeństwa z socjologią wydawniczą jako wystrzałowymi specjalnościami, by można było nauczyć się, jak donosić i wydawać swoich przyjaciół? Hitem roku powinna okaazać się w najbliższej rekrutacji do tzw. wsp - hiperpedagogika, której ukończenie będzie upwoażnia lo do pracy w hipermarkecie. Można ją też nazwać "superpedagogiką" przygotowująca do pracy w supermarketach lub "pedagogiką maga", czyli do pracy fizycznej w magazynach. Proponuję zażycielom szkół komercyjnych jeszcze "socjo-pedagogikę" na wzór "psycho-pedagogiki", by można było upchnąć rozczarowanych studiami na socjologii albo na pedagogice. Oczekuję na nowe typy śmieciowych specjalności.

(Cz. Bywalec, Dyplomy na półkę, GW 2012 nr 15, s.15)

środa, 18 stycznia 2012

Oświata państwowa a społeczny ruch edukacyjny


To tytuł jednej z niezwykle ważnych, a jakże aktualnych rozpraw Zbigniewa Kwiecińskiego, które zostały przypomniane po 30 latach od ich pierwszej edycji. Wydała je oficyna naukowa Dolnośląskiej Szkoły Wyższej we Wrocławiu w zbiorze zatytułowanym "Dylematy. Inicjatywy. Przebudzenia". Mimo minionych już trzech dziesięcioleci, polski system oświatowy nadal należy do bastionu najbardziej scentralizowanych struktur, które podtrzymywane są przez niezdolne i niechętne do koniecznych zmian władze państwowe. Autorytaryzm skrywa się za retoryką troski o dobro dzieci i młodzieży, o dziedzictwo kulturowe, wyrównywaniem szans rozwojowych itp. przy równoczesnym utrzymywaniu państwowego centrum decyzyjno-kontrolnego, zapewniającego "(...) sprawny przebieg podejmowania, przekazywania decyzji z góry na dół systemu, właściwą organizację kontroli oraz - czy przede wszystkim - gwarantuje takie określanie celów, treści i zasad funkcjonowania poszczególnych placówek, aby były one zgodne z celami ustrojowymi i zasadami konstytucyjnymi państwa." (s. 13)

Nie byłoby w tym procesie nic groźnego, gdyby był on równoważony przez procesy demokratyzacji oświaty, przeciwdziałającej nadmiernej biurokratyzacji, jak i odwracaniu uwagi nauczycieli od istoty procesu kształcenia i wychowania na rzecz podporządkowywania ich działań planistycznych, metodycznych i przedmiotowych oczekiwaniom biurokratycznego nadzoru. Ten rzecz jasna musi zadbać o siebie i uzasadniać nasilaniem nonsensownych procedur (pseudoewaluacyjnych) racje swojego istnienia, a nawet coraz większej ekspansji. Procedury generują procedury, jedne narzędzia diagnostyczne kolejne, a wszystko ponoć po to, by w szkołach uczyło się i wychowywało uczniów lepiej i bezpieczniej. Nie ma ani jednego, ani drugiego, bo przecież papierokracja pospolita święci tryumfy nad zmęczonymi coraz bardziej nauczycielami. Oni już nie wiedzą, czy mają przygotowywać się do swoich zajęć z uczniami, czy do kolejnych wizytacji, hospitacji, ewaluacji itp.

Jak pisał w 1982 r. autor wspomnianej książki: "Nauczyciele i wychowawcy - właściwy podmiot procesów organizowania uczenia się, wychowania i kształcenia - także stają się i czują coraz bardziej uzależnieni, zewnątrzsterowni, pozbawieni wpływu na wybór i układ treści i metod swej działalności. Ludzie ci, w których ręce rodzice z pełnym zaufaniem oddają swoje dzieci, ufając, że są to fachowcy od zapewnienia ich dzieciom najlepszego i pełnego rozwoju, pozbawieni są możliwości, umiejętności i niezbędnych warunków do spełnienia tych nadziei. Przy takiej patologicznej "ścieżce" rozwoju scentralizowanego systemu oświatowego nauczyciele i szkoła stają się - czy tego chcą, czy nie; czy są tego świadomi, czy nie - narzędziami podporządkowania jednostki państwu i kształtowaniu posłusznych członków wielkich organizacji politycznych i produkcyjnych. Rodzi się tu konflikt pomiędzy prawem każdej osoby maksymalnego rozwoju i ukształtowania swoistej dla niej struktury osobowości, tożsamego JA, pozwalających rozpoznawać tę osobę, jako swoistą, niepowtarzalną i wartościową niezależnie od zmian w czasie i przestrzeni społecznej".(s. 14)

Znacznie poważniejszym jednak zagrożeniem, jakie wynika z tak scentralizowanego systemu oświaty, o czym zapomnieli już ci, którzy walczyli w podziemnej "Solidarności", jest - jak pisał, a teraz o tym przypomina Z. Kwieciński -"strategiczna pomyłka", jaką popełnia władza resortu edukacji nie tylko źle planując cele odgórnych reform, nie uzgadniając ich ze społeczeństwem, a w niektórych przypadkach nawet wdrażających je przeciw jakiejś części społeczeństwa, ale i nie zapewniając na realizację nawet najbardziej sensownych zmian - koniecznych środków finansowych.

Oskarżanie (przez podległy Ministerstwu Edukacji Narodowej) Ośrodek Rozwoju Edukacji - dyrektorów szkół o sabotowanie przez nich reform na podstawie jednej z ekspertyz, wystawia tej grupie oświatowych funkcjonariuszy bardzo niepochlebną opinię i zaleca zmiany w sposobie ich mianowania. Jeszcze raz pokazuje to, jakich metod chwyta się obecna władza, by zapewnić sobie odgórne posłuszeństwo w grupie dyrektorów szkolnych.

Może wreszcie ktoś przeprowadziłby audyt sensowności dominującego systemu zarządzania polską edukacją przez MEN, zbadał procedury wylęgania się w gmachu tego resortu absurdalnych pomysłów, patologicznych regulacji prawnych, w wyniku których m.in. każe się rodzicom sześciolatków płacić za lekcje religii, łączy przedszkola ze szkołami, gimnazja z liceami, obniża standardy kształcenia i zatrudniania nauczycieli, ignoruje potrzeby integracyjnego kształcenia dzieci niepełnosprawnych w szkolnictwie ogólnodostępnym, manipuluje poziomem egzaminów zewnętrznych, itp.?
A zatem, jak przed ponad ćwierćwieczem, pojawiają się lokalne inicjatywy na rzecz zwiększania samorządności szkół, realnej partycypacji w tym procesie nauczycieli, uczniów i ich rodziców oraz apeluje o debatę publiczną na ten temat. Oto otrzymałem pismo, które zostało skierowane przez obywateli do jednego z posłów PO z propozycjami zgłoszenia w Sejmie postulatu zmian szkoły w kierunku rzeczywistej partycypacji rodziców w współzarządzanie szkołami i ich autonomii. Jak pisze autorka tej inicjatywy: Szanowny pan poseł wrzucił tę propozycję do szuflady. Co jest treścią owej petycji?

Apeluję do wszystkich, którym leży na sercu sanacja polskiego systemu szkolnictwa, czyli do nauczycieli, rodziców, młodzieży o składanie podpisów pod tą petycją, która zostanie skierowana do Ministerstwa Edukacji Narodowej. Jestem bowiem zdania, i nie jestem w nim odosobniona, że w naszym szkolnym państwie źle się dzieje. Nauczyciele czują to i o tym ze sobą rozmawiają, ale sceptyczni wobec wyniku, rzadko podejmują starania, by swój głos skierować do władz ministerialnych. Oto próba zapełnienia tej luki:

Należy zwołać ogólnopolski Sejm Nauczycielski, w którym wzięliby udział nauczyciele i dyrektorzy szkół, reprezentujący procentowo szkoły wszystkich etapów oraz miejscowości rozmaitej wielkości i usytuowania na mapie Polski.
Obrady odbywałyby się w komisjach problemowych, by ich konkretne zalecenia przedstawić do aprobaty całego Sejmu. Przegłosowane zalecenia musiałyby być wiążące dla organów sejmowych i rządowych, zajmujących się pracami nad zmianą w Ustawie Oświatowej. Sejm powinien się odbyć w okresie wakacyjnym, aby nie kolidować z działaniem szkół. Mam nadzieję, że w środowisku nauczycielskim znajdą się chętni do spełnienia tego obowiązku obywatelskiego.
A oto propozycja problemów, które wymagają zmian:
1. Nie oceniając merytorycznej zasadności podstawy programowej w poszczególnych przedmiotach, opierając się jednak na zdaniu kolegów uczących zarówno dyscyplin ścisłych, jak i humanistycznych, stwierdzam, że nie są wypełniane postulaty zmiany nacisku z przyswajania twardych danych na nabywanie kompetencji oraz wyrobienie w uczniach nawyku stawiania pytań i celowego poszukiwania odpowiedzi na nie. Wymagania i infrastruktura (na przykład w postaci podręczników) nadal obejmują zbyt szeroki wachlarz tematów, czyli obligatoryjnych obszarów wiedzy “do przyswojenia”. Nauczyciel jest rozliczany z wyników w testach, te zaś zawsze będą preferować encyklopedyczną wiedzę, bo choćby poszczególne pozycje testowe były sformułowane jako problemy, bazą ich rozwiązania są fakty. Bywa, że nauczyciele są teoretycznie przygotowani do bardziej aktywnych metod pracy, ale “nie mają na nie czasu” w godzinach, jakie mają do dyspozycji w obecnej ramówce.

Być może w trakcie prac nad PP zabrakło kluczowego etapu oglądu całości? Dla uczniów reprezentujących przeciętny (i niżej) poziom sprawności intelektualnej oraz niski poziom i jakość wsparcia środowiska rodzinnego, wymagania PP są zbyt akademickie, kształtują postawy frustracji, rozczarowania do siebie i do szkoły, uruchamiają mechanizmy wyuczonej bezradności, a nieco później – również agresji jako sposobu rozładowania rosnącego ciśnienia.

WNIOSEK: należy przeanalizować Podstawę Programową jako całość i albo ją odchudzić, albo wprowadzić rozróżnienie obszarów podstawowych oraz opcji tematycznych (które nie byłyby oczywiście ujmowane w ogólnopolskich testach końcowych, a ich realizacja pozostawiona do decyzji nauczyciela).

2. Przy rozdętych wymaganiach tematycznych nie jest realny trening kompetencji 5, 6 i 8 (odpowiednio: wdrażania technik samodzielnego uczenia się; kształcenia postaw obywatelskich oraz rozwijania świadomości kulturowej i artystycznej). Są to bowiem zadania, które wymagają czasu, dając jednocześnie proporcjonalnie do tego czasu niewielkie mierzalne “produkty” końcowe. Jednocześnie są to dziedziny niedostatecznie reprezentowane w końcowej ewaluacji w postaci testu kończącego każdy etap edukacji - więc w szkole nastawionej na “twarde” wyniki podlegające łatwiej obróbce statystycznej będą one zawsze spychane na drugi, ostatni lub – w praktyce – wirtualny plan. A to jest tragedia, szczególnie w świetle wniosków, do jakich dochodzą coraz powszechniej specjaliści edukacji – kształcenie artystyczne nie jest celem samym w sobie, lecz coraz lepiej udokumentowanym środkiem zwiększającym nie tylko zaangażowanie uczniów, ale i ich możliwości akademickie i intelektualne.

WNIOSEK: należy gruntownie przemyśleć pozycję kształcenia przez kontakt ze sztuką i kształcenia umiejętności artystycznych w programach szkolnych oraz wprowadzić, szczególnie na pierwszym i drugim etapie edukacyjnym, więcej przedmiotów “umiejętnościowych”.

3. Obserwujemy przyrost w tempie wykładniczym formalizacji dokumentacji pracy szkoły w dążeniu do ujmowania wszystkiego w statystyki. Edukacja to nie produkcja towarowa i niektóre z tych działań są nie tylko absurdalne, ale wręcz samobójcze. Często dyrektorzy zespołów oświatowych tworzą własne wymogi dokumentacji albo wywierają presję na dyrektorów szkół, aby takowe tworzyli. To naprawdę palący problem, który się wiąże z kwestią opracowania priorytetów edukacji (czy szkoła ma przede wszystkim uczyć, czy wspierać w socjalizacji i rozwoju indywidualnym; czy ważniejsze są stopnie, czy atmosfera itp.). W Wielkiej Brytanii w odpowiedzi na rosnący nacisk w ocenie szkół na osiągnięcia akademickie przeprowadzono badania jakości szkół, w którym stwierdzono, że w szkołach prowadzonych na gruncie współodpowiedzialności i współpartycypacji uczniowskiej nastąpiła znacząca poprawa najpierw atmosfery w szkole i spadek negatywnych zjawisk typu wagarowanie, co poskutkowało istotną poprawą wyników kształcenia. Przy tym doskonale służy to tzw. kształceniu obywatelskiemu.

WNIOSEK: należy wypracować kryteria oceny jakości szkoły, godne współczesnej koncepcji edukacji humanistycznej i obywatelskiej i tak dostosować wymagany aparat dokumentacji, by jego wymogi nie były kontrproduktywne wobec procesu kształcenia.

4. Praktyka tworzenia dla potrzebujących tego uczniów indywidualnych planów edukacyjnych jest chwalebna i sprawdzona w systemach edukacyjnych wielu krajów, ale polska próba wdrożenia systemu indywidualizacji edukacji bez udziału odpowiednio przygotowanej kadry jest smutnym nieporozumieniem. W wielu szkołach nie ma psychologów, a bez nich nie wyobrażam sobie wartościowego IPE. Poza tym nie można obarczać nauczycieli zadaniem realizacji wymogów IPE, nie dając im realnego wsparcia w klasie - zarówno ze względów praktycznych (czas, możliwości przy jednoczesnej pracy z całym zespołem uczniowskim), jak i merytorycznych (pracę z uczniami wymagającymi specjalistycznego wsparcia powinni prowadzić przygotowani do tego asystenci edukacji specjalnej).

WNIOSEK: należy wprowadzić stanowisko zawodowe asystenta edukacji specjalnej oraz asystenta nauczyciela.


Jak pisze autorka tej petycji: "Liczę na krytyczne ale pożyteczne komentarze i być może na wskazówki, jak mogę rozpowszechnić tę inicjatywę (o ile ją Pan Profesor uzna za godną tego), by zebrać podpisy w liczbie wystarczającej dla uruchomienia reakcji ze strony MEN. Z wyrazami szacunkuZofia Grudzińska

Czyżby było konieczne kolejne przebudzenie?

niedziela, 15 stycznia 2012

Handlowanie pedagogiką


Internet już od dawna stał się nie tylko źródłem informacji, w tym także śmieci informacyjnych - tekstów pełnych merytorycznych błędów, skrótów, streszczeń, banalizacji, powierzchowności, bylejakości, ale i przestrzenią złodziejstwa, w postaci kradzieży utworów naukowych i artystycznych. Do tego dochodzi giełda prac dyplomowych - licencjackich, magisterskich, a nawet doktorskich oraz wszelkiego rodzaju prac egzaminacyjnych, jakie są zadawane studentom do zaliczenia określonego przdmiotu.

Pedagogika nie jest wolna zarówno od kradzieży rozpraw naukowych, które są udostępniane w formie kopii (skanów) bezpłatnie lub za niskie kwoty, z pominięciem w tym procederze wydawców i autorów. Nie ma też szans wyzwolenie się od targu pseudoakademicką lipą, tandetą i bezmyślnym kiczem. Roi się zatem w wirtualnej przestrzeni od ogłoszeń typu:

- Sprzedam materiały na II rok PEDAGOGIKI (nie wiadomo, czy chodzi tu o studia I czy II stopnia i o jakie materiały?);

- Mam do sprzedania materiały- notatki, kserówki podręczniki. TANIO. Tel ... (Najważniejsza informacja dotyczy kosztów);

- kupie materialy na pedagogike spec I rok (jw);

- jeśli ktoś ma do sprzedania takie materiały typu książki ksero czy inne to piszczie jaakos sie dogadamy (pisownia oryginalna).



Internet jest także ciekawym lustrem dylematów, jakimi dzielą się z anonimowym odbiorcą studenci uczelni publicznych, jak i wyższych szkół prywatnych. Tego typu komunikaty nie pojawiają się na stronach szkół, gdyż te są podlakierowaną propagandą sukcesów i wybitnych osiągnięć, tylko na innych, często ukrytych forach, jako komentarze do artykułów prasowych czy w facebooku (pisownia zgodna z oryginałem):


- Zostałam przyjęta na UMCS na studia II stopnia, ale jednak chcę zrezygnować z UMCS-u na rzecz innej uczelni, Czy wiążą się z tym jakieś konsekwencje?

- Czy ktokolwiek wie cokolwiek na temat planu zajęć?? Na tej stronie nie ma żadnych aktualnych informacji. Jeden wielki burdel... Pomocy!!

- przyzwyczajaj się, tutaj tak zawsze...

- wie ktoś może o co chodzi z tymi zjazdami na zaocznych studiach na 1 roku?? jak to jest możliwe żeby zajęcia odbywały sie przez 5 dni???? i to w dodatku we wrześniu?? Dodam jeszcze, że zawsze tak jet, ze zazwyczaj zajęcia zaczynają się np 13 albo 20 września (zależy od roku), pierwszy zjazd da się przeżyć, możliwa jest taka dogłębna \"integracja\" :D

- jest mozliwośc przeniesienia sie na II rok pedagogiki??????????????
prosze o odpowiedź i bylabym wdzieczna za rade co zrobic i czy liczy sie srednia np? bardzo mi zalezy;

- plana zajec: Hej ma moze ktos plan zajec- pedagogika specjalna 2 st semestr pierwszy?? prosze o link....nerwowo nie wytrzymuje..ta uczelnia to jedna wielka paranoja;

- hej, wie ktoś może w jakie dni można zastać prorektora? kiedy odbywa się dyżur?

- Witam! czy może mi ktoś powiedzieć, jak można sprawdzić, do której grupy zostało się przydzielonym?

-
- WSP - powinna zniknac z mampy uczelni. na kazdym kroku. podyplomowe tez dno. nie dosc ze pani olszewska ni edo konca wie czy studenci ZEWi P maja kwalifikcje czy nie, zmianiaja reguły w trakcie gry.. Zajcia prowaza w wiekszosci ludzi emaja cy takie pojecie o pedagogicie jak ja o lotach w kosmos czyli zadne. spózniaja sie, nie maja materiałow i robia sobie zarty. oiekun roku ma preensje ,ze w ankietach ewaluacyjnych piszemy prawde o wykladowcach. żal..... ni eidzcie na te uczelnie! -- gdyby nie kobiety, koniec świata dawno byłby już za nami.(http://forum.gazeta.pl/forum/w,755,121422467,,Uczelnia_zaskoczyla_studentow_po_500_zl_za_egz_.html?v=2)

- Skończyłam studia wyższe - pedagogikę terapeutyczną z rehabilitacją, jak starałam się o pracę w szkole dowiedziałam sie , że ten kierunek nie daje mi żadnych kwalifikacji. Czy ktoś wie cos na ten temat?

- Sam piszę prace mgr na zlecenie i traktuję to jako extra kasę w swoim budżecie. Napisałem już 9 prac i cieszę się, że mam znowu zlecenia, chociaż z drugiej strony sie boję, abo ja taka elita intelektualna ma sprawować kierownicze stanowiska w różnych sektorach naszego życia to może lepiej się z tego kraju wyprowadzić... Pisząc sam się uczę i to jest dla mnie najcenniejsze. Pisałem prace mgr 4 lata temu i wtedy mogłem wziąć za nią od 2000 do 5000 PLN, ale teraz mam sporą konkurencję i ceny spadły do poziomu 1000 PLN :( ale nie ilość lecz jakość :) Zdrówka życzę

- obronilem MOJA prace mgr w czerwcu. WLASNORECZNIE zrobione doswiadczenia, WLASNORECZNIE napisana. Ponad pol roku pozniej wyszla publikacja PROMOTORA i OWCZESNEGO DZIEKANA WYDZIALU, przedstawiajaca MOJE WYNIKI i MOJE WNIOSKI z magisterki. Nawet ryciny byly te same. Naiwny, dalem im elektroniczna kopie. Ktos wie co mozna z tym zrobic? A zanim zaczniecie narzekac na studentow, przyjrzycie sie, jak postepuja promotorzy. W koncu to oni zatwierdzaja magisterki/doktoraty. To oni powinni wiedziec, co dana osoba zrobila.

- Uprzejmie informuję, że na platformie edukacyjnej wystąpiła awaria niemożliwiająca sprawdzenie uczestnictwa w zajęciach on-line. W związku z powyższym zaliczenie obecności na zajęciach on-line zostanie zrealizowane na podstawie:
- oświadczenia słuchaczy studiów podyplomowych o uczestnictwie w zajęciach on-line (formularze oświadczeń otrzymają Państwo na zajęciach) (...) Awaria została usunięta i w chwili obecnej platforma edukacyjna funkcjonuje w sposób prawidłowy. Za utrudnienia bardzo przepraszam.

- Zgadzam się - to skandal. Nikt z "reformatorów" systemu nauki nie zwraca uwagi na ten problem - największe miernoty błyskawicznie (nawet w oparciu o stare, bylejakie
opracowania) robią habilitację na Słowacji na Uniwersytecie Katolickim i "z klucza" niemal zostają w Polsce profesorami nadzwyczajnymi. Bez dorobku, bez wysiłku - śmieją się w nos tym, którzy przeszli koszmar habilitacji w Polsce przed zmianą ustawy - oczekiwania na decyzje superrecenzentów i CK. Ministerstwo udaje, że problemu nie ma i w ciągu 2 miesięcy wydaje cwaniakom zaświadczenia o habilitacjach. Np. w Kielcach jest wyjątkowy urodzaj na nowych słowackich profesorów - jedna miernota ciągnię drugą i grono "uczonych" np na pedagogice to prof rosyjscy, ukraińscy, słowaccy i artyści. Skandal i wielka niesprawiedliwość. Trzeba sprawę nagłaśniać - pozdrawiam. (http://www.forumakad.pl/forum/topic.asp?tid=50&mid=33064);

- Tylko dlaczego wielokrotnie zapewniany byłem na forum, że to tylko przejściowe problemy i z rozliczeniem obecności nie będzie problemu. Skąd ja mam teraz wiedzieć ile rzeczywiście czasu zmarnowałem na tamtej "platformie". I jakiego zakresu będzie dotyczyło to "zaliczenie" skoro dopiero pod koniec "konsultacji" udało mi się dotrzeć do jakiś "materiałów"a nikt wcześniej nie pouczył mnie jak to zrobić.


Na rynku wydawniczym pojawiają się coraz bardziej krytyczne rozprawy naukowe - socjologów, przedstawicieli nauk o zarządzaniu, politologów, psychologów i pedagogów, w których odsłaniane jest drugie DNO szkolnictwa wyższego w naszym kraju. Pierwsze dno dotyczy ukrytych i wciąż przemilczanych patologii w uczelniach publicznych, ale jeszcze większe ma miejsce w wyższych szkołach prywatnych. Jerzy K. Thieme w swojej rozprawie pt. Szkolnictwo wyższe. Wyzwania XXI wieku Polska. Europa. USA.(Warszawa: DIFIN 2009) dokonuje środowiskowej oceny polskiego szkolnictwa wyższego, starając się zgromadzić opinie na podstawie wypowiedzi prasowych, na konferencjach, seminariach i na forach internetowych, które ukazały się w okresie ostatnich kilku lat. Wiele z nich dotyczy uczelni i szkół, które z racji kształcenia na kierunku pedagogika powinny być wzorem rozwiązań dydaktycznych, naukowo-badawczych i organizacyjnych, a nie są. Thieme zastrzega się że wydobyte sądy na temat szkolnictwa wyjmuje z kontekstu i podaje je według subiektywnego ich rozumienia, nie odwołując się do nazwisk ich autorów. (s. 284-285)

Jak pisze: Z jednej strony jest powszechne dążenie do posiadania dyplomu szkoły wyższej i rośnie rola kryteriów rynkowych w szkolnictwie wyższym, oświacie i kulturze. Kryzys szkolnictwa wyższego jest w znacznym stopniu konsekwencją masowości wykształcenia, bowiem nie może być wykształcenia jednocześnie masowego i dobrego. Nieszczęściem jest mówienie o zwiększeniu liczby studentów jako o sukcesie. Nie jest prawdą to, co się powszechnie głosi jako wielki sukces transformacji, że w Polsce miał miejsce boom edukacyjny. W Polsce miał natomiast miejsce tylko boom biznesu edukacyjnego, w czym nie byłoby nic złego, gdyby towarzyszyły mu mechanizmy skutecznie gwarantujące utrzymanie jakości kształcenia. (s. 285)