niedziela, 4 listopada 2012

Pseudoakademickiemu biznesowi ostaje się jeno sznur...


W jednym ze swoich artykułów, minister nauki i szkolnictwa wyższego Barbara Kudrycka skonstatowała, że: (…) polskie szkolnictwo wyższe, rozdrobnione, rozproszone, z przytłaczającą liczbą ponad 400 bardzo dobrych, przeciętnych i, (…) także kiepskich uczelni, wymagało reformy. Reformy, która wyzwoli zmiany, ale też ochroni i rozszerzy wolność akademicką. Dzisiaj już nikt nie chce dociekać powodów tego, że większość państwowych wyższych szkół zawodowych i wyższych szkół prywatnych jest przeciętna, a nawet bardzo zła.

Usiłuje się zatem zmianą regulacji prawa wymusić pewne zmiany, które na części z tych toksycznych jednostek akademickiego pseudo biznesu wymuszą albo wycofanie się z rynku, albo upadek, albo trwanie na poziomie spełniania przez nie jedynie funkcji dydaktycznych z czytelnym kodem ich radykalnej odmienności i słabości na tle akademickiego statusu i funkcji szkół wyższych. Najważniejsze jest to, by w najbliższym czasie doszło do przyspieszonej likwidacji toksycznych placówek, które pod szyldem tzw. "wsp", prowadzą działaność szkodliwą dla przebywającej w nich młodzieży z zamiarem studiowania. We wrześniu 2012 r. w Polsce było na 1 mln 900tys. bezrobotnych 120 tys. absolwentów szkół wyższych. Ilu z nich jest po studiach na kierunku pedagogika?


Oto kolejna z wyższych szkół prywatnych, która kształci na kierunku pedagogika, znajduje się w odwrocie. Jak informują pracownicy administracji, założcyiel tej szkoły oddaje gminie wszystkie wynajmowane dotychczas pomieszczenia, by przenieść się do swojej małej siedziby w innym miejscu miasta. Wprawdzie ta własna siedziba miała służyć zarabianiu przez właściciela tzw. "wsp" kosztem studentów, ale w sytuacji, gdy w wyniku zachłanności, fatalnych decyzji personalnych i programowych okazało się, że to już koniec, zaczęto wyprzedaż szkolnego majątku. Studenci nic o tym nie wiedzą. Kadra akademicka w ogóle się tym nie interesuje, bo przeciez chodzi tu o ssanie do samego końca. Lepiej zatem udawać, że się nie wie. Lepiej też jest nie interesować się tym, żeby założyciel natychmiast nie zwolnił z pracy. Pełnomocnictwa zostały już wydane.

W tym mieście nie jest to jedyna szkółka, którą zarządzający doprowadził do kryzysu. Jedna z konkurentek już nie prowadziła w tym roku naboru na pedagogikę, a druga, wykupiona przez kolejnego biznesmena, przystąpiła do radykalnych cięć w procesie dydaktycznym. Naiwni doktorzy habilitowani i profesorowie dają się zatrudniać od bieżącego roku akademickiego nie przeczuwając, że będą wykorzystani przez właściciela szkoły do załatania "dziury kadrowej" przed przyjazdem komisji akredytacyjnej lub w innych celach.

Tymczasem właściciel jednej z tych szkół poinformował kadrę akademicką, że obniża jej pensje o 30%, natomiast ci profesorowie, którzy prowadzą grupy seminaryjne, liczące mniej niż 11 osób, będą mogli uzyskać tylko 50% wynagrodzenia z tytułu wykonanej pracy. Tak więc, jeśli ktoś musi prowadzić seminarium w wymiarze 30 godzin dydaktycznych, zaliczy mu się jedynie 15 godzin. Nic dziwnego, że niektórzy profesorowie, nota bene uniwersyteccy, bo są w tej szkole na II etacie stwierdzili, że skoro tak, to będą pracować też "na pół gwizdka", czyli 15 godzin, zamiast 30. Co studenci są temu winni? Oczywiste. Mogli nie podejmować tu studiów. To jak akademicki "Amber Gold". Ryzyk-fizyk.

W oddziale zamiejscowym jednej z takich "wsp" profesor prowadzący wykład został poproszony w czasie przerwy o potwierdzenie odbioru listu od rektora (w tle od założyciela). Podpisał, otworzył kopertę, a w niej - zamiast podziękowania, dyplomu, informacji o premii - ... wymówienie z pracy z dniem 1 listopada. Rewelacja. Kultura komunikacji, że ho, ho! Szkoła wyższa pełną "gębą".


W innej szkole prywatnej urzędujący dziekan został poproszony do prorektora (kanclerz i założyciel nie będzie sobie brudził sumienia), by otrzymać wiadomość, że z dniem 1 listopada został odwołany z dotychczasowej funkcji. Dlaczego? Wyjaśnienie było krótkie i jak w pseudobiznesie - lakoniczne: "Pańska działalność nie prowadziła do właściwego rozwoju wydziału". To, że ów dziekan uratował wydział kilka lat temu przed klęską, pozyskiwał dlań środki z MNiSzW na zamawiane kierunki studiów, a więc bezpłatne dla studiujących, to, że błagał przez lata profesorów, by mimo nieotrzymywania na czas wynagrodzeń, dalej prowadzili zajęcia i prace dyplomowe, itd., itd., nie miało żadnego znaczenia. Dziekan już się znudził właścicielowi czy może teraz ktoś inny musi czerpać z korytka?

W innej tzw. "wsp" kanclerz-założyciel zatrudnił profesora z nadzieją, że dzięki niemu uda się ominąć prawo i pozyskać uprawnienia do nadawania stopnia naukowego doktora z pedagogiki. Nie przewidział jednak, że procedury recenzenckie są tu bardzo rygorystyczne i że nie wszyscy są przekupni. To, że kupił profesora, wcale nie było gwarancją uzyskania w pakiecie dostępu do przywileju, na który wiele jednostek ciężko pracuje latami i uczciwą pracą. Pseudobiznesmen jednak sądził inaczej. Kiedy okazało się, że owych uprawnień nie otrzyma, zwolnił profesora z pracy.

Przypomniał mi się w tym kontekście mail, jaki otrzymał kilka lat temu jeden z profesorów, który rozpoznał fałszywą grę założyciela i kanclerza takiej "wsp" i sam odszedł z pracy, ujawniając dowody jego nieuczciwości. Nie zamierzał być wobec niego lojalny, by brać udział w fikcji, pozorowaniu akademickości, skoro ten zmienił kurs na fałszowanie danych, manipulowanie nauczycielami akademickimi i wyprowadzanie środków na prywatne cele. Mail, pełen pogardy i pychy, był następującej treści: "Miałeś chamie złoty róg - ostał ci się jeno sznur...". Wówczas nadawca tego listu nie przewidywał jeszcze, że pisze w istocie o sobie i do siebie w czasie przyszłym.


11 komentarzy:

  1. No dobrze, ale opisując te szkoły prywatne wsadza Pan do jednego worka i stygmatyzuje wszystkich uczących z takich szkół. Wiem że źle się dzieje, ale jestem tylko szarym doktorem, który cieszy się, że ma pracę. Staram się, za swoje pieniądze jeżdżę po konferencjach, publikuje- ale NIE MAM SZANS na uczciwy konkurs w publicznej placówce. Próbowałem i próbuje regularnie- ale to strata czasu.
    Pisząc w sposób pogardliwy o właścicielach- przyznaje Panu 100% racji, ale nie czuję się wyzyskiwaczem!!!
    Ja pracuję uczciwie, serce w to wkładam, obniżono mi pensję- ale to nie powód, aby ze mnie szydzić, bo nie pracuję na państwowej posadzie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wsadzam do jednego worka założycieli-psuedobiznesmenów z uczciwie wykonującymi swoje zadania dydaktyczne nauczycielami. Są jednak wśród nich tacy, którzy w tym oszustwie partycypują, sprzyjają mu i cynicznie uczestniczą w grze w istocie przeciwko studiującym, samym sobie, własnej dyscyplinie naukowej i etosowi nauczyciela akademickiego. Niektórzy dawno zapomnieli o zobowiązaniu, jakie składali odbierając dyplom doktora nauk. Jak widać, dla nich nic ono nie znaczyło. Pusty rytuał. Są granice, których przekroczenie prowadzi już tylko i wyłącznie do samooszukiwania i samouzasadniania swojej postawy w obliczu faktów i własnego zaangażowania, które im przeczą.

      Usuń
  2. Przylączam sie do uwag mojego przedmówcy. Ja również jestem niwiele zanczacym doktorem majacdym na utrzymaniu dwojke dzieci i żonę, która rok temu straciła pracę. I ja staram się również realizować swoje obowiazki naukowo-dydaktyczne najlepiej jak potrafię. Niewątpliwie ma Pan Profesor rację pisząc o mogącej budzic watpliwości moralne obyczajowości z jaką sptkać można się w wielu WSP. Sam pracuję w takich szkołach i wiem jak trudno jest realizować swoją naukową powinnosc. Za swoje i tylko swoje pieniądze jeżdżę na konferncję. I choć zabrzmi to smiesznie i patetycznie to na ostatniej znich moglem byc tylko dlatego że odmówiłem sobie butów na zimę. Co miesiąc straszy nas także kredyt...Jakkolwiek chcąc jakoś wiązać koniec z końcem muszę przymykać oko na wiele spraw ktore maja mijesce w mojeje szkole. Jestem pewien ze Pan Profesor doskonale wie z jakimi trudnosciami borykaja się młodzi adiunkci w podobnych placowkach i wiem, ze przedmiotem tych ktorych dotyczy krytyka nie sa podobni do mnie. Byc moze kiedy...jesli dokonam habilitacji będę mógł nieco więcej, narazie staram się realizować swoje powinności najlepiej jak potrafię nie patrząc na innych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Paradoksalnie, to niepubliczne szkoły wyższe utrzymywały kadry w uczelniach publicznych, zatrudniając je u siebie na drugim etacie. Nie byłoby w tym nic złego, jak i w zatrudnianiu u siebie pracowników pierwszoetatowych, gdyby ich założyciele istotnie skupili się na rozwoju albo szkoły w kierunku akademickim, albo szkoły wyższej w kierunku profesjonalnym. Oba modele organizacyjne są bardzo potrzebne, niezależnie od tego, że także - jak słusznie wskazują na to anonimowi komentatorzy - są one miejscem pracy. Nie to jest przedmiotem mojej krytyki, bo przecież chwała tym, którzy takie miejsca stwarzają, ale akademicka hipokryzja niektórych założycieli, którzy wmawiają opinii publicznej i swoim klientom, że są pełnoprawnymi szkołami wyższymi, podczas gdy w istocie nie różnią się niczym, od hali targowej wyprzedającej swoje produkty - w tym przypadku handlującej dyplomami. Wskazuję jedynie na problem części kadr akademickich, która współdziała z założycielem w tym oszustwie z pełną premedytacją, cynicznie, także kosztem uczciwie pracujących koleżanek i kolegów, którzy mają kredyty, na utrzymaniu rodziny i własne aspiracje. Jakoś dziwnym trafem to nie władze tych szkółek - pseudo rektorzy i prorektorzy, pseudo dziekani i prodziekani - troszczą się o autentyczny rozwój młodych, zatrudnionych w nich magistrów czy doktorów, osoby na usługach bez własnego wkładu, bo ci są przez nich traktowani jak siła robocza do "wyrabiania godzin dydaktycznych". Pies jest pogrzebany w strukturalnych rozwiązaniach tych szkół, apodyktycznie niekompetentnych założycielach-kanclerzach skupionych jedynie na własnych zyskach, o których kształcie i sensowności nie współdecydują ci, którzy ponoszą największy koszt ich utrzymania, w tym także zakłamywania instytucjonalnego ich wizerunku. Można jedynie współczuć i jednym i drugim, życząc godnej samorealizacji.

      Usuń
  3. tak sobie myślę, że w gabinecie takowych pseudo rektorów, pseudo dziekanów niedługo będzie wisiał taki oto obrazek, http://demotywatory.pl/3950806, który skądinąd wyraża też obawy wszystkich uczciwych naukowców i dydaktyków

    OdpowiedzUsuń
  4. Skoro te szkoły wyższe są takie złe, to dlaczego tak wielu profesorów tam pracuje? Sama moge wskazać 4 profesorów, w tym 2 belwederskich pracujących w takich szkolach. Jedną z tych osób kiedyś sam Pan Profesor chwalił na swoim blogu za książkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie szkoły są złe. Nie o tym pisze profesor, tylko niektórzy ich założyciele- kanclerze, beznadziejni rektorzy lub dziekani, bezmyślni, ulegli i wyzbyci skrupułów. Śmieszni. Żałośni. Dobrze ze chociaż są tu fajni studenci.

      Paweł

      Usuń
  5. Panie Prosfesorze dlaczego nie jest Pan Ministrem? Mógłby Pan dużo zmienić...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem naukowcem a nie politykiem zniewolonym instrukcjami partii rządzącej. Nauka rządzi się wolnością a polityka jej ograniczaniem innym.

      Usuń
  6. Ja przyznaję rację Profesorowi w wielu punktach krytyki prywatnych uczelni, ale jednocześnie gotuje się we mnie, że automatycznie udaje się, że na uczelniach państwowych jest wszystko OK. One zawsze w moim odczuciu zyskiwały na każdej krytyce szkół prywatnych, przez prostą opozycję: tu źle - to tam dobrze. Mam też wrażenie, że kiedyś tak chętnie zezwalano na tworzenie szkół prywatnych, by wymóc konkurencję w szkołach państwowych. Taki akademicki neoliberalizm, ale tu nic się nie zmieniło! Że szkoła prywatna reprezentuje taki czy inny poziom - można powiedzieć to jej sprawa i jej klientów, którzy się na to godzą. Ale dlaczego na uniwersytetach uczą dyletanci? Nie bójmy się tego powiedzieć! W szkole prywatnej, gdzie uczę, nigdy nie pozwoliłabym sobie na czytanie wykładu z książki, a o powszechności takich obrazków opowiadają studenci, którzy po licencjacie chcieli nobilitować swoje dyplomy w uczelni państwowej. W swojej uczelni muszę skrupulatnie notować obecność na zajęciach, odrabiać nieobecności, rozliczać się ze studentami ze zrealizowanego programu.I żadnych kwadransów akademickich. Moje dziecko na studiach dziennych w państwowym uniwersytecie nie wie, co to znaczy odrabiać zajęcia, a urwane kwadransy na początku czy końcu zajęć to normalka. Porównuję programy i notatki z wykładów z przedmiotów zbieżnych z moim kierunkiem. Nie powalają na ziemię wyższymi standardami akademickości. Powiedziałabym, że czasem wręcz przeciwnie. Wiem, jak skrupulatnie rozliczane są praktyki w mojej prywatnej uczelni. I widzę, jakie na uczelni mojego dziecka odchodzą kombinacje, by opiekun (nawet nie student) miał ten przykry obowiązek z głowy. Jako pedagog pomagam znajomym nie-pedagogom z uniwersytetu w pisaniu nowych konspektów (KRK). Włos mi się zjeżył na głowie, jak zobaczyłam co oni z tego rozumieją. A do tego przekonanie, że to przecież tylko papier. Ja założone efekty kształcenia potraktowałam bardzo poważnie - chociaż widzę bezsens takiego gorsetu, jakie stwarzają nowe programy, próbuję przynajmniej nadać sens temu, co sama robię. Gdy słyszę, jakie rzeczy na państwowych wydziałach zaakceptowały komisje PAK-i, pomyślałam, że szkole prywatnej nigdy by tego nie przepuszczono. Jednostka "naukowa" zajmująca się moją subdyscypliną na uniwersytecie praktycznie wcale nie publikuje, a jak już, to jakieś odtwórcze teksty-zapychadła. Jak to w ogóle jest możliwe? Nie rozumiem tego.
    Nie bronię przy tym ślepo szkół prywatnych(chociaż przyszło mi w takiej pracować). Pewnie faktycznie w końcu padną. Ot, taki przejściowy okres w rozwoju polskiej akademickości. Ale, konkludując, uczelnie państwowe ze swoją bylejakością miały się, mają się i będą się miały całkiem dobrze. A my wznośmy hymny pochwalne, jakie cudowne to, co państwowe! Mają przecież złoty sznur!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Potwierdzam, że uczelnie państwowe bywa, że działają gorzej niz wsp....ale dla ludzi 'starej daty" uniwersytet to niby prestiż...tylko czy faktycznie taki student jeszcze nie daj boże dzienny zna coś więcej niż plan imprez na najbliższy tydzień.....a może państwówki boją się konkurencji?????:)

      Usuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.