poniedziałek, 26 listopada 2012

Pedagogiczne ZŁO-DZIEJSTWO, czyli kuglarze w szkolnictwie wyższym


Od dziesięciu już lat prowadzona jest w naszym kraju przez Polską (dawniej - Państwową) Komisję Akredytacyjną ocena szkół wyższych, która początkowo była skupiona na spełnianiu przez uczelnie publiczne i szkoły prywatne minimalnych standardów organizacyjnych, kadrowych i programowych w ramach prowadzonych kierunków kształcenia. Z biegiem lat ewoluowała ona wraz z wprowadzanymi zmianami w prawie o szkolnictwie wyższym, szczególnie w aktach wykonawczych (rozporządzeniach ministra nauki i szkolnictwa wyższego), w kierunku od uwarunkowań instytucjonalnych ku czynnikom personalnym.

Od kilku lat zwraca się większą uwagę na tych, dla których istnieje szkolnictwo wyższe, a więc na studentówh, aniżeli na procesy administrowania szkołami czy procesy kadrowe. Przyjęto założenie, że już nie trzeba tak bardzo skupiać się na czynnikach zewnętrznych, chociaż nadal są one brane pod uwagę, ile na wewnętrznych, osobowych, a więc związanych z adresatami edukacji wyższej i jej kreatorami. Niestety, uczestnicząc w pracach zespołów akredytacyjnych nieustannie, od samego początku istnienia organu dość specyficznej kontroli, spotykam się z żałosną samooceną pedagogów, którzy gotowi są położyć na szalę osobistych zysków własną godność.

Rzecz dotyczy zakłamania, fałszerstw, z jakimi mamy do czynienia m.in. w przedkładanym komisji Raporcie Samooceny. Wcześniej pisałem już o tym, jak dalece postępuje degeneracja niektórych nauczycieli akademickich, godzących się na produkowanie fikcji, pozorowanie jakości, byle tylko wypaść jak najlepiej "na papierze". To jest zapewne w jakiejś części jeszcze pozostałością czasów totalitarnego, bolszewickiego systemu władzy, której fundowano w sprawozdaniach oczekiwane przez nią dane. U niektórych pozostało coś z mentalności intelektualistów, o których Z. Kwieciński pisze jako realizatorach służebnej wobec władzy czy własności postawy posłuszeństwa, uległości dla zaspokajania własnej chciwości.

W warunkach antagonistycznej rywalizacji i schizoidalności postaw części pracowników akademickich mamy wykwit działań wspartych na żądzy posiadania, libidalnej chciwości wbrew akademickiemu etosowi, kulturze, obyczajom i normom przyzwoitości. Okazuje się, że w sytuacji możliwej odsłony bylejakości wszelkie chwyty są wynikiem etycznej nadżerki, odsłaniając zarazem prawdziwy wizerunek instytucji, panujących w niej zasad i wartości. To, że kształci się w niej pedagogów, nie ma żadnego znaczenia. To, że ktoś jest akademickim nauczycielem, w dodatku ze stopniem naukowym, także nie ma znaczenia, gdyż - jak powiadał Karol Kotłowski - nie zawsze "dr" przed nazwiskiem znaczy doktor, czasami znaczy drań.

Rozległego zjawiska demoralizacji nie daje się w żadnej mierze ani opanować, ani osłabić żadnymi kontrolami. Fasada i pozór stają się przywarą części środowiska, nie tylko pedagogicznego - rzecz jasna - ale ja skupiam się w tym miejscu tylko na nim, bo z tej strony doświadczam owych patologii i - jak to znakomicie określa Lech Witkowski -ZŁO-DZIEJSTWA. Rzecz dotyczy przywłaszczania sobie rezultatów cudzej pracy w sytuacji, gdy samemu nie posiada się żadnych wyników (afiliowanej przy szkole) pracy naukowej, a trzeba jakoś uratować własną skórę przed kompromitacją czy rozliczeniem z nieróbstwa. Władza-pasożyt dopisuje do "swoich " sukcesów osiągnięcia innego profesora mimo, że w tej szkole nie pracuje on już od pewnego czasu. No tak, ale jakże marnie wyglądałby "Raport samooceny", gdyby pominąć dorobek tych, za których pracą skrywało się własne nieróbstwo, a którzy odeszli i nie życzyliby sobie, by się nań w jakiejkolwiek formie powoływano pod ich nieobecność.

Właśnie dlatego, zarówno w dokumentacji, jaką przedkładają jednostki prowadzące kształcenie na kierunku pedagogika, powinno zwracać się szczególną uwagę na to, czy ci, którzy w nich pracują, mają afiliowane osiągnięcia, swój twórczy wkład, czy może nadal zamierzają pasożytować na dorobku już nieobecnych, by uzyskać przyzwolenie na dalszą działalność. Hochsztaplerzy konsekwentnie dążą do tego, by wszystkie pozytywne efekty cudzych, bo już nieobecnych w ich jednostkach, naukowców, przenieść na siebie, by były one atutem "ich osiągnięć".

Właśnie dlatego odpowiedzialni w szkołach prywatnych za sprawozdawczość pseudo- czy prorektorzy, niby-dziekani czy pro-dziekani pozbawieni skrupułów i przyzwoitości dopisują do "swoich" raportów nie-swoje prace, prace byłych, lub nieistniejących zespołów, koloryzują dane statystyczne, fałszują sprawozdawczość itp.

O jakich zatem mówić tu miernikach jakości kształcenia, skoro ci, którzy je organizują i za nie odpowiadają, rekompensują mierne kwalifikacje i niewydolność cwaniactwem i tupetem?

1 komentarz:

  1. Czy takie dostrzeżone nierzetelności są potem wypunktowywane w raporcie? Daje się placówkom czas na poprawę i urealnienie? Chodzi mi o personalia, czy one padają?
    Ten proceder jest stary jak świat, czasami "mniejszy" rangą nie może inaczej, jak nie dopisać kogoś, lub zrobić coś za kogoś. I to nie tylko szkół niepublicznych, w publicznych też się to dzieje niekiedy.

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.