piątek, 9 listopada 2012

News oświatowy

Łódź – dla dziennikarzy lokalnej prasy - musi się czymś wyróżniać na tle innych miast wojewódzkich, gdyż inaczej nie mieliby z czego żyć. O czym tu bowiem pisać? O tym, że tysiące uczniów i ich nauczycieli uczęszcza codziennie do przedszkoli lub szkół czy placówek opiekuńczo-wychowawczych, by realizować lepiej lub gorzej swoje obowiązki lub pasje? Kto to kupi, że w przedszkolu czy szkole publicznej tak pedagodzy, jak i ich podopieczni świetnie się realizują, są mniej lub bardziej zadowoleni, niektórzy pewnie zachwyceni? Jak ktoś chce, to każdą – nawet najmniej korzystną sytuację - może sobie osłodzić, wyszukując w niej to, co jest pozytywne.

Tym jednak różnią się niektórzy dziennikarze od podmiotów polskiej edukacji, że jako przedstawiciele czwartej „władzy” mają za zadanie szukać, często na siłę tego, co ich zdaniem jest złe, niekorzystne, a nie, co jest dobre, poprawne. Patologia zawsze lepiej się sprzedawała, niż norma. Odmienność postaw bierze się zapewne z wdrukowywanego w czasie studiów do tego zawodu przeświadczenia, że rolą prasy jest (nad-)kontrola życia publicznego. Świat musi być przez nich opisywany w kategoriach czarno-białych, gdzie bielą jest ich misja, a czernią to, co opisują bez jakiejkolwiek nawet próby sytuowania się wobec zjawisk czy zdarzeń z pozycji w miarę obiektywnej, a więc starając się przynajmniej dociec istoty sprawy z ich obu stron. Tylko po co mieliby tak czynić?

Standardy obiektywnego dziennikarstwa zanikają wraz z coraz bardziej powszechną tabloidyzacją naszej codzienności i serwisów informacyjnych, a niemalże każdy z piszących musi zarobić na życie pomijając pewien kanon wartości. Podobnie jak nauczyciele czy ich uczniowie, też swoją aktywnością zarabiają na życie tyle tylko, że każdy fałszywy ruch pedagoga, jego zaniechanie, potknięcie, błąd zostaną dostrzeżone i w zależności od jego bezpośredniej reakcji (autokorekta lub udawanie, że się nic nie stało) będzie miał szansę uczestniczenia jako osoba znacząca w kształtowaniu się postaw wychowanków lub może zacząć staczać się od pozycji tolerowania jego obecności w klasie/szkole poprzez jego marginalizację aż po różne stopnie przejawiania wobec niego agresji. Można powiedzieć, że każdy sam jest sobie w dużej mierze winien temu, jak jest postrzegany i oceniany przez innych.

Podobnie jest z dziennikarzami, którzy z roli czynnika kontroli interesów publicznych przechodzą w kierunku czynnika kreatora rzeczywistości, w mniej lub bardziej jawny sposób usiłując wpłynąć na nią i innych aktorów sceny życia publicznego, by ci podporządkowali się ich oczekiwaniom. Bardzo łatwo jest tu przekroczyć granice niekompetencji, zamierzonej ignorancji, manipulacji, kiedy chce się koniecznie wmówić opinii publicznej coś, czego samemu się nie rozumie, nie zna lub nie chce poznać i zrozumieć. Wielokrotnie zdarzało się także w moich relacjach z dziennikarzami, że nie zależało im na pozyskaniu mojej opinii, tylko potwierdzeniu swojej. Wówczas zaczynali rozmowę wstępną, zachęcającą do udzielenia im wywiadu od tego, co sami sądzą na dany temat, wyczekując potwierdzenia. Jak byłem innego zdania, to go nie publikowali.

Przejdźmy jednak do tych newsów oświatowych. Otóż jest pewna prawidłowość medialna w przypadku Dziennika Łódzkiego, która polega na tym, że w każdą środę, kiedy dyrektorka Wydziału Edukacji UMŁ jest w Poznaniu na Uniwersytecie Adama Mickiewicza, gdzie prowadzi badania i kształci studentów - mając z tego tytułu i na własną prośbę obniżony wymiar etatu, a więc i pensji - ukazuje się jakiś nieprzychylny artykuł na temat lokalnej oświaty, a szczególnie władz miasta. Wygrałem kolejny zakład z moimi znajomymi, którzy nie wierzyli w tę prawidłowość.

Tymczasem nie tylko prasa ma w tym swój interes. To oczywiste, że jak dyrektorem takiego wydziału została wybrana z konkursu osoba zupełnie niezależna od jakiegokolwiek z dotychczas wpływowych stronnictw politycznych i/lub związkowych, z nadzoru pedagogicznego czy spośród wicedyrektorów tego urzędu, to będą „ryć”, by doczekać się upragnionej dymisji i rozpocząć walkę o stołek władzy. Jeden ze znaczących lokalnych polityków powiedział mi, że jest zachwycony sposobem pracy nowej p. dyrektor wydziału, ale jego rolą jest jej krytykowanie, bo przecież władze miasta, które ona reprezentuje, są politycznym wrogiem dla jego formacji. Nie ma zatem znaczenia to, że ona jest spoza układu politycznego.

Tak przecież być nie może. Władza, także ta w urzędach, musi być manipulowalna, by mając na nią jakiegoś „haka”, można było nią odpowiednio sterować. Jak ktoś chce koniecznie pozbyć się obecnego wiceprezydenta czy nawet miasta odpowiedzialnego za edukację czy nawet całej władzy, to musi korzystać z każdej nadarzającej się okazji do zdewaluowania nawet najlepszych praktyk i urzędników. Może dzięki temu opinia społeczna zrozumie, że edukacja-oświata nie są dobrem ponadpartyjnym, pozazwiązkowym, ale musi być uwikłana w relacje, dzięki którym wiele osób będzie się mogło wyżywić.
A propos owych „konfitur władzy”.

Na pierwszej stronie wspomnianej gazety jest wytłuszczony wielkim drukiem tytuł: „Dyrektor Wydział Edukacji UMŁ musi mieć aż trzech zastępców.” Niby nic, bo można byłoby ten tytuł odczytać jako troskę o to, by łódzką oświatą zarządzano jak najskuteczniej i jak najefektywniej. Być może do tej pory było tylko dwóch wicedyrektorów, a redaktor dopatrzył się w tym zaniedbania ze strony władz miasta, stąd apeluje do nich: „Dyrektor Wydział Edukacji UMŁ musi mieć aż trzech zastępców”. Ooo, nie, nie, nie takie kryją się tu intencje. W tytule, przed liczbą zastępców jest przysłówek „aż”, co oznacza, że dzieje się coś dramatycznie złego, niepożądanego. Rzeczywiście. Tuż pod tytułem, ale też większą czcionką od całego tekstu, następuje dekonstrukcja owego „aż”:

Nauczyciele, którzy stracili pracę z końcem ostatnich wakacji, mogą mieć nowy powód do frustracji: cięcia w oświacie omijają najwyższe urzędnicze stołki. Wydział Edukacji Urzędu Miasta Łodzi, oprócz dyrektora, musi mieć aż trzech jego zastępców - to najwięcej ze wszystkich jednostek magistratu.


Oczywiście, w duchu populizmu albo – jak kto woli – troski o sprawy publiczne, redaktor najpierw znajduje „biednych”, „ofiary” takich rozwiązań, a są nimi nauczyciele, którzy – zanim pani dr hab. B. Jachimczak została dyrektorem wydziału, ponoć stracili pracę i są z tego tytułu sfrustrowani. Stracili ją jednak w okresie, w którym od lat było trzech wicedyrektorów wydziału. Jakoś wówczas redaktorowi to nie przeszkadzało. Na końcu artykułu nawet to odnotowuje, ale tylko po to, by opisać krótko trzech zastępców. Czyżby stał po stronie tego, który właśnie odchodzi z urzędu i z tego powodu został ogłoszony konkurs na to stanowisko, czy może tych, którzy czują się zagrożeni, czy może realizuje jakiś inny plan troski o sprawy publiczne?

Odnosi się wrażenie, że dziennikarz walczy z oświatową „stołkokracją” uważając, że czas najwyższy zmniejszyć liczbę zastępców dyrektorki w tym urzędzie tym bardziej, że każdy z nich zarabia „aż” 7 tys. zł. Znam nauczycieli dyplomowanych, którzy tak zarabiają i jakoś nikt im tego nie wypomina, a przecież nie odpowiadają oni za 360 placówek w mieście. Redaktorowi tekstu nie wystarczą wyjaśnienia, że w odróżnieniu od innych obszarów zarządzania, gdzie dyrektorzy ich wydziałów mają tylko jednego lub dwóch zastępców, oświata dysponuje wielokrotnie większym zasobem infrastrukturalnym i osobowym, za którego stan ponosi odpowiedzialność. Dziennikarz szybko zabezpiecza się przed takim kontrargumentem, chociaż cytuje wypowiedź pani dyrektor na ten temat, przywołując Wrocław, w którym - nie zważając na to, że jest to mniejsze miasto - jest tylko dwóch wicedyrektorów.

Oczywiście, dziennikarz nie docieka powodów tej różnicy w obsadzie stanowisk kierowniczych, bo wówczas nie miałby co sprzedać swoim czytelnikom. Spójrzmy na wstępny akapit w tym artykule:

Obecny rok szkolny Wydział Edukacji UMŁ rozpoczął z nową szefową - wyłonioną w konkursie Beatą Jachimczak. Z tytułem doktora habilitowanego przyszła do urzędu ze środowiska akademickiego, więc pracownicy oświaty wiążą z nią duże nadzieje. Ale na razie, część nauczycieli polubiła nową dyrektor za nagrody z okazji Dnia Edukacji Narodowej, a część - wręcz przeciwnie: za próbę odebrania swoim pismem darmowej herbaty.

O co w nim chodzi? Może mamy w tej narracji przeciwstawienie dyrektor wydziału edukacji nauczycielom, by znaleźć w nich swoich popleczników, i to nie tylko ze względu na ich frustrację z powodu likwidowanych szkół, ale i faktu „odebrania wszystkim przez nią” (chociaż doskonale wie, że w wyniku aktu prawnego ministra edukacji), środków na comiesięczną herbatkę i mydło. Ba! Pojawia się nawet supozycja, że być może część zwolenników pani dyrektor, to niesłusznie obdarzona przez nią część nauczycieli nagrodami z okazji Dnia Edukacji Narodowej, tak jakby wnioski o nagrody dyrektor sama wyjmowała z kapelusza na zasadzie „temu dam a temu nie dam”. Absurd. Wiadomo, że dyrektor wydziału zatwierdza wnioski podmiotów je zgłaszających. Czyżby zatem zdaniem tego dziennikarza owe nagrody były niesłuszne? Jakoś śledztwa w tej sprawie nie opublikował.

Niektórzy dyrektorzy szkół śmieją się, że prasa - zamiast pochwalić władze miasta za przestrzeganie prawa (stanowionego w tym przypadku przez MEN, a nie UMŁ) - oczywiście musi z tego stworzyć newsa. No i dobrze. Studenci dziennikarstwa mają doskonały materiał do analiz tego typu tekstów jako przykład tworzenia kolażu informacji. Czytelnik nie będzie dociekał, czy tak jest naprawdę. Niech i tak będzie. Kiedy studenci połączą wszystkie teksty tego autora na temat Wydziału Edukacji, to przekonają się, że toczy się tu ciekawa gra. Tylko o co?

Do tego artykułu znajdziemy w wydaniu internetowym DŁ hiperłącze do tekstu, który dotyczy kontroli NIK wydziału edukacji w łódzkim magistracie. Kontrolerzy skoncentrowali się na sprawdzeniu prawidłowości wydatkowania pieniędzy na kształcenie uczniów o specjalnych potrzebach edukacyjnych. NIK kontrolował również finanse wybranych łódzkich szkół dla niepełnosprawnych. Wyniki tej kontroli miały być znane na początku roku szkolnego. Nie są. Dziennikarz nie docieka powodów? Czy może wydawca chciałby kojarzenia dyrektor-pedagoga specjalnego z jakimiś nieprawidłowościami, które, nawet gdyby miały miejsce, obciążałyby jej poprzedników. Może jednak w mieście jest wszystko w porządku? To dla prasy byłaby jednak zła wiadomość. Tymczasem można grać na ludzkich asocjacjach?

Stanę się fanem środowych tekstów o łódzkiej oświacie, oczekując teraz na atak piórem na kolejny urząd w łódzkiej oświacie, jakim jest kuratorium. Może redaktor napisze, ilu jest w nim wicekuratorów i ile zarabiają? Od lat piszę o tym, jak patologiczny jest system dwuwładzy oświatowej. Premier Donald Tusk obiecał – ustami b. minister edukacji Katarzyny Hall – zrobić z tym sensowny porządek. Nie zrobił. Hallowej też już w MEN nie ma, a obecna minister podtrzymuje ów stan administracyjnej rozrzutności pieniędzy publicznych zarówno na przerost własnej administracji, jak i terenowej. Wymyśla się kolejne, bzdurne formy nadzoru pedagogicznego, by z roku na rok mieć powód do jego utrzymywania bez jakichkolwiek skutków dla wzrostu efektywności kształcenia i wychowywania w polskiej oświacie kolejnych pokoleń dzieci i młodzieży. Władza nie monitoruje swojego aparatu, bo potrzebuje go dla ochrony własnych interesów, w wielu przypadkach sprzecznych z dobrą edukacją. Być może i taka analiza powinna mieć miejsce we wszystkich instytucjach publicznych, np. w urzędach marszałkowskich?

Tak więc, zachęcam dziennikarzy, by zaczęli dociekać bardziej konsekwentnie tego, ilu urzędników jest potrzebnych w sferze zarządzania polską oświatą, by nie wydawać na kadry kierownicze urzędu w ciągu roku 320 tys. zł., ale może nie wydawać 300 milionów złotych? Pieniądze łódzkiego samorządu na edukację publiczną nie są pochodną podatników tylko tego miasta. W budżecie państwa w części 30: Oświata i wychowanie zgodnie z ustawą budżetową ministrowi edukacji narodowej zaplanowano środki na wydatki z tytułu umów o dzieło oraz umów zlecenie na 2012 r. w wysokości 90 338 000 złotych.

Kwoty te wydatkowane są m.in. na wynagrodzenia dla … rzeczoznawców, wynagrodzenia dla egzaminatorów za udział w przeprowadzaniu sprawdzianu i egzaminów oraz nauczycieli akademickich za udział w przeprowadzaniu części ustnej egzaminu maturalnego. Tylko jeden urząd centralny zatrudniał w 2012 r. na umowy o pracę 306 urzędników, w tym także pracowników w ramach projektów realizowanych z Europejskiego Funduszu Społecznego. Dane te nie uwzględniają osób przebywających na długoterminowych urlopach bezpłatnych i wychowawczych. Kogo to jednak obchodzi, poza posłami opozycji, którzy na interpelacje do MEN otrzymali ogólnikowe odpowiedzi? Ilu jest wiceministrów edukacji? Jednego jest mniej, bo podał się do dymisji Podsekretarz Stanu Mirosław Sielatycki. Czyżby minister K. Szumilas nie zamierzała wprowadzić na zwolnione miejsce innej osoby? Może tym zainteresuje się dziennikarz DŁ?



2 komentarze:

  1. Panie Profesorze!
    Broni Pan złej sprawy!Rozmnażanie dyrektorskich stanowisk w tego typu urzędach to patologia. Ta ilość funkcyjnych nie byłaby potrzebna gdyby szkoły, tak jak w cywilizowanych krajach, miały autonomię w odpowiedniej skali, i nauczyciele też. Pan natomiast, in ekstenso, przytoczył ideologię miłośników rozwoju biurokracji. Że wszystko mianowicie ma być pod kontrolą, a do tego potrzebna jest odpowiednia(zawsze za mała!) ilość urzędasów i ich szefów do ręcznego sterowani!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie bronię złej sprawy. Proszę przeczytać do końca. Uważam, że administracji w oświacie jest dużo za dużo. Prosuszam tu zupełnie inny wątek.

      Usuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.