piątek, 26 października 2012

Szkoła akademickiego "kupczenia", czyli pedagogika w warzywniaku


Właśnie napisał do mnie jeden z pracowników wyższej szkoły prywatnej (tzw. "wsp") o tym, jak to kanclerz szkoły, w której pracuje, kiwa zatrudnionych przez siebie pracowników-nauczycieli. Strategia działania jest tu banalnie prosta, jak w pseudo biznesie, w firmach, które nastawione są na wyłudzanie pieniędzy od naiwnych klientów tak długo, jak tylko się da, to znaczy - aż się sami nie zorientują.

Najpierw taki kanclerz roztacza wizje przed kolejnym kandydatem na uczelnianego profesora, kiedy ściąga do siebie doktora habilitowanego. Ściąga, bo musi, bo nie ma wyjścia, gdyż ministerstwo wykryło braki kadrowe. O lewiźnie kandydat nie ma pojęcia, bo i skąd. To stwarza kanclerzowi pole do popisu. Zaprasza na rozmowę, a jakże - herbatka lub kawka, ciasteczka i owoce a nawet jakiś mały prezent (jak w hipermarkecie - w ramach promocji). Rozmowę zaczął od dowartościowania kandydata do pracy, kiedy dowiedział się od swoich "służb", że nie jest on akceptowany w swoim uniwersytecie. Nikt go nie ceni, nikt mu nie powierza funkcji, a na stanowisko profesora uczelnianego musi czekać. A tu - natychmiast, od rączki.
A co to za różnica, czy będzie miał stanowisko profesora, czy nie, skoro kanclerz i tak traktuje go jak sztukę "mięsa armatniego". Kanclerz nie dociekał powodów jego wykluczania w uniwersytecie, miał bowiem świadomość tego, że jak wmówi mu, iż postrzega go jako wybitnego profesora, który tylko w tej "wsp" może w pełni realizować swoje marzenia, jak dopieści go pokusą wyższej płacy a niższych wymagań i obciążeń dydaktycznych, to ten pęknie. I pękł. Klinicyści powiadają: im bardziej ktoś jest sfrustrowany, tym łatwiej coś uzyskać od niego.


Opuścił swój uniwersytet, a w następstwie tego został także opuszczony przez dotychczasową społeczność, znajomych (co potwierdziło zrazu jego wcześniejsze przekonanie, że był nieakceptowanym odludkiem, dziwakiem). Nie mógł spodziewać się tego, że wkrótce zostanie wykluczony i z tego miejsca pracy, bo wpadł w pułapkę zamkniętych za sobą drzwi. Kanclerz wie, że on nie ma powrotu, bo skoro się zwolnił, to już nikt tego doktora habilitowanego nie przyjmie z powrotem do pracy. Niby taki samodzielny, a nie zorientował się, że ów kanclerz potrzebował go jak mebel do pokoju na czas zbliżającej się w szkole akredytacji oraz prolongaty własnych zysków.

Kiedy audytorzy wyjechali, a szkółka uzyskała pozytywną ocenę, prawda została odsłonięta. Nagle okazało się, że płace już nie mogą być tak wysokie, bo jest kryzys finansowy i demograficzny. Ów mianowany profesor musi zatem zgodzić się na większe pensum dydaktyczne, bo przecież szkoły nie stać na więcej pełnoetatowych pracowników. Kanclerza już nie obchodzi to, że ten musi dojeżdżać do "wsp" z daleka. Wiedziały gały co brały. Kanclerz zakupił mieszkanie, w którym ów habilitowany doktor może przenocować i odrobić swoje zajęcia w kilka dni. Jak szkoła zbankrutuje i trzeba będzie ją zamknąć, to mieszkanko kanclerzowi pozostanie i będzie mógł na nim zarabiać, albo urządzi tam sobie jeszcze jedną garsonierę.

Takie manewry ów kanclerz już przećwiczył na innych. Ostatnio zobowiązał jednego z doktorów do prowadzenia większej liczby zajęć dydaktycznych, niż były mu przypisane na początku roku akademickiego. Gdy ten odmówił, został następnego dnia zwolniony z pracy dyscyplinarnie. Zemsta kanclerza okazała się bowiem słodka. Kto go nie słucha, ten traci. Kto nie wczuwa się w jego problemy, ten nie jest lojalny, ba, jest - jego zdaniem - niemoralny, bo naraża pozostałą do dyspozycji kanclerza - niewydolną dydaktycznie i naukowo - kadrę nauczycielską na dodatkowe obciążenia. Ktoś w końcu musi w tej szkółce pracować. Rektor z różnych powodów pracować nie może, prorektor też (jak kanclerz mówi o nim pieszczotliwie, poza jego plecami - "dzieciorób na pasku płac"), paru emerytowanych profesorów tym bardziej, to ktoś musi. Na kogo wypadło? Na młodego, zdezorientowanego w całej intrydze. Nadwyżka doktorów na rynku "niewolniczej" pracy sprzyja temu, by potencjalni do zwolnienia (do zastąpienia), wykonywali ją za innych.

Rynek zaczyna się kurczyć. Niektóre szkoły już zrezygnowały z prowadzenia studiów na niedochodowych kierunkach. Kanclerz nie będzie dokładał do tego biznesu z własnej kieszeni. On jeszcze musi wyciągnąć jak najwięcej się da, póki są studenci, zanim ogłosi upadłość albo zostanie do niej zmuszony. Niektórzy już zatrudniają tańszych profesorów, mniej wymagających (np. będących już na emeryturze) lub sięgają po tzw. rezerwy wschodnie – ukraińskie i południowe, czyli słowackie lub słowackopodobne. Jak jakiś profesor jest niezadowolony, albo wydaje mu się, że jest niezastąpiony, to kanclerz szybko udowodni, że jest inaczej.

Jak rynek, to rynek. W warzywniaku typu „wsp” zostaje ten, kto się taniej sprzedaje, jest grzeczny, w nic się nie wtrąca, niczego nie docieka. Ma stawiać się na żądanie kanclerza, być do jego dyspozycji, albo nie wchodzić mu w drogę. Kiedy nie wytrzyma i sam odejdzie, jak jeden z doktorów, który poinformował kanclerza wspomnianej szkółki, że nie ma zamiaru dla niego dalej pracować, bo widzi lipę w kierowanej przez niego instytucji, to musi być przygotowany na nieprzychylne mu komentarze. Kanclerze rozpowiada, jak to pozbył się najgorszego pracownika. Kto sprawdzi, że to on wymówił mu współpracę? Psycholodzy określają ten typ obrony mianem mechanizmu „słodkich cytryn”.

8 komentarzy:


  1. Rektor
    Przeskakuje najwyższe budynki za jednym zamachem. Jest silniejszy od lokomotywy i szybszy od pocisku. Chodzi po wodzie. Rozmawia z Bogiem.

    Prorektor
    Przeskakuje niskie budynki za jednym zamachem. Jest silniejszy od lokomotywy parowej. Czasami dogania pocisk. Chodzi po wodzie, gdy morze jest ... rozwiń całośćspokojne. Rozmawia z Bogiem, jeżeli otrzyma specjalne pozwolenie.

    Dziekan
    Przeskakuje niskie budynki z rozbiegu i o tyczce. Jest prawie tak silny jak lokomotywa parowa. Potrafi strzelać z pistoletu. Chodzi po wodzie na krytym basenie. Czasami Bóg zwraca się do niego.

    Prodziekan
    Ledwo przeskakuje budkę portiera. Przegrywa z lokomotywą. Czasami może trzymać broń bez obawy o samookaleczenie. Bardzo dobrze pływa. Rozmawia ze zwierzętami.

    Profesor
    Obija się o ściany próbując przeskoczyć jakikolwiek budynek. Może zostać przejechany przez lokomotywę. Nie dostaje amunicji. Pływa pieskiem. Mówi do ścian.

    Doktor
    Wbiega do budynków. Nie wytrzymuje konfrontacji z ręczną drezyną. Moczy się pistoletem na wodę. Utrzymuje się na wodzie tylko dzięki kamizelce ratunkowej. Bełkocze do siebie.

    Pani z dziekanatu
    Podnosi budynki i przechodzi pod nimi. Zwala lokomotywę z torów. Łapie pocisk zębami i go rozgryza. Zamraża wodę jednym spojrzeniem. Jest Bogiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Super wpis... a kim jest kanclerz?-pociskiem?

      Usuń
  2. Ja pracuję wprwadzie nie w wsp, ale u nas jest podobnie. Odszedł profesor, a zatrudnili starca, nota bene alkoholika, po wschodniej habilitacji. Na wódkę mu starczy.

    OdpowiedzUsuń
  3. Tak jest wszędzie... nie tylko na uczelniach wyższych, ale również w innych instytucjach. Wszystko zawdzięczamy wywalczonemu kapitalizmowi i żądzy władzy, która jest ułomnością wielu ludzi, a może nawet każdego z nas...
    Pytanie jest zasadnicze: Co możemy zrobić? Czy nie jest to walka z wiatrakami?

    OdpowiedzUsuń
  4. Co jakiś czas dziękuję Bogu, że nie zostałem na uczelni :) Czy tylko ja mam wrażenie, że na uczelniach nadal nie ma demokracji?

    OdpowiedzUsuń
  5. Sytuacja z miasta Środy? To chyba nie będzie łatwe bo to środowisko dobrze "splatowane"do tworzenie zróżnicowanych możliwości,Ogólnien.."Panie Wołodyjowski...larum grają"

    OdpowiedzUsuń
  6. W tych środowiska trudno jednoznacznie reagować Lepsi-gorsi z natury strategii mają różną motywację do etycznych dylematów.Patrz Środa i spróbój zrozumiec o co w tak rodzinym (sic!) środowisku moze chodzić.A jednak..,,

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.