czwartek, 4 października 2012

Po co samorządom zwietrzałe diagnozy edukacji?


Nie przypuszczałem, że materiały Ośrodka Rozwoju Edukacji na odbywający się pod koniec września br. Kongres Oświaty w Warszawie, które zostały wydane w serii "Biblioteczka Oświaty Samorządowej", będą przygotowane w oparciu o przestarzałe dane statystyczne. Publikacje zostały przygotowane we współpracy z Uniwersytetem Warszawskim a współfinansowane były ze środków Unii Europejskiej w ramach Europejskiego Funduszu Społecznego. Dzięki temu powinny one być upowszechniane bezpłatnie. Nie wiem, czy, a jeśli, to jak są one dystrybuowane. Otrzymali je przybyli na wspomniany Kongres samorządowcy, którzy - jak pisałem już o tym wcześniej - postanowili wywrzeć presję na rząd, by włądza wreszcie - ich zdaniem - przestała chronić nauczycielski stan i jego nieuzasadnione przywileje. Nawet nie przyszło im do głowy, by zmusić MEN do zmiany polityki finansowania zadań własnych gmin i powiatów. Po co? Lepiej jest nie drażnić lwa. Dużo łatwiej jest przerzucić całą odpowiedzialność za niedostatki finansowe samorządów na "rozpasane" przywileje nauczycieli.

Nie o tym jednak chciałem dzisiaj napisać, ale zwrócić uwagę tych, do których owe publikacje już trafiły, że mają one historyczny już charakter stanu polskiej oświaty. Biorę do ręki tomik p.t. "Edukacja przedszkolna" i oczom własnym nie wierzę, że kluczowe dla dzisiejszej debaty dane statystyczne można sobie włożyć między karty historii. Data wydania 2012. Data upowszechnienia wrzesień 2012. Jak na środki unijne, to musiały być tu poniesione duże koszty, skoro są one estetycznie zredagowane i wydane. Nie dociekam wysokości honorariów dla zespołu, bo te z definicji musiały być wysokie, ale zaczynam rozumieć, dlaczego na oświatę jest coraz mniej pieniędzy, a coraz więcej wydaje się na publikacje konstruowane głównie na podstawie analiz typu desk research, a więc będące w dużej mierze wtórną analizą już istniejących danych. O jakości bowiem własnych diagnoz teraz się nie wypowiem, bo musiałbym je potraktować jako materiał szkoleniowy na temat tego, jak ich prowadzić nie warto i nie należy. Uczynię to w pracy ze studentami i doktorantami, a czytelnikom daję okazję do własnych zachwytów.

Skoro wydaje się w 2012 r. z pieniędzy publicznych swoistego rodzaju raport z badań, to należałoby skorzystać z możłiwego przecież dostępu do najnowszych danych z baz GUS oraz SIO, a nie serwować nam informacje o odsetku dzieci 3-6-letnich objętych w Polsce edukacją przedszkolną w latach 2005-2010, a w przypadku dzieci w wieku 3-5 lat uczęszczających do przedszkoli w latach 1998-2009. Podobnie jest z danymi na temat wzrostu powszechności edukacji przedszkolnej w latach 1992-2009, dostępności przedszkoli w gminach wiejskich - tylko w 2009 r., zmiany struktury finansowania wydatków majątkowych przedszkoli w latach 1998-2009 itd., itd. To prawda, że zespół potrzebował te dane w momencie, kiedy przystępował do swoich badań, ale publikowanie ich bez konfrontacji czy chociażby komentarza do poziomu tych wskaźników w 2012 r. mija się z celem, gdyż daje nam się obraz czegoś, co już częściowo nie istnieje.

Jak stwierdzają redaktorzy jednego z tomów: (...) niniejsza książka w większym stopniu niż pozostałe tomy Biblioteczki Oświaty Samorządowej ma charakter diagnostyczny i badawczy, jednocześnie jest w niej mniej rekomendacji i propozycji dobrych rozwiązań. Niemniej jednak przemyślenie wielu szczegółowych rozwiązań stosowanych przez różne gminy (...) może być dla samorządów gminnych pouczające i przydatne". Może, ale samorządy dysponują odmiennymi, a przecież bieżącymi danymi o stanie funkcjonowania, rozwoju i kosztochłonności placówek edukacyjnych. Co ciekawe, opisy i interpretacje są w tej publikacji odległe od jakichkolwiek realiów, skoro używa się w nich sformułowań, nie znajdujących jakiejkolwiek egzemplifikacji empirycznej, typu "wiele samorządów, w szczególności w największych miastach..." (wiele, czyli ile?), "w regionie tym zdecydowanie dominują przedszkola prowadzone przez samorządy..." (Jaki jest charakter tej dominacji - ilościowy czy jakościowy?), "większość rozmówców uważa, że..." czy
"W jednej z gmin wiejskich usłyszeliśmy, że ma to związek z ..." (czyżby nowa metoda sondażu?) itd., itp.

Tak wygląda radosna i kosztowna twórczość badaczy oświaty spoza niej.


1 komentarz:

  1. Może frustracja pracowników np. MEN, których okradali ochroniarze?
    http://wiadomosci.onet.pl/regionalne/warszawa/ochroniarze-przez-rok-okradali-ministerstwo,1,5267852,region-wiadomosc.html

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.