sobota, 18 sierpnia 2012

Cynicy w szkolnictwie wyższym



Wywiad z byłym dziekanem jednej z wyższych szkół prywatnych:

Jak doszło do tego, że postanowiłeś zostać dziekanem w jednej z wyższych szkół prywatnych?

- Ani o tym nie marzyłem, ani do tego nie dążyłem. Jestem naukowcem, więc w złożonej mi propozycji przez założyciela szkoły odczytałem zaproszenie do współpracy, w której będę mógł realizować własne idee, własne podejście do dyscypliny naukowej. Jasno określiłem swoje warunki, wśród których kluczowym był ten, że nie będę dziekanem malowanym. To nie mnie zależało na pełnieniu tej roli, toteż jeśli ktoś postanawia mi ją powierzyć, to musi mi zaufać i realizować standardy, które w żadnej mierze nie mogą naruszać zarówno prawa, jak i akademickich obyczajów.

Rozumiem, że w wyniku rozmów zostały uzgodnione warunki progowe dla obu stron?

- Niestety, nie. One miały charakter jednostronny, to znaczy, że zapewniono mnie o spełnieniu moich oczekiwań, ale w żadnej mierze nie zostały określone warunki współpracy z założycielem szkoły, które zobowiązywałyby go do czegoś więcej, niż odpowiadanie na moje sugestie czy prośby. Od samego początku było wiadomo, że rozwój szkoły musi być podporządkowany regułom akademickim, a nie biznesowym. Te ostatnie były istotne, ale nie mogły mnie interesować, gdyż zawsze uważałem, że każdy musi znać swoje miejsce i kompetencje, by odpowiadać za to, na czym zna się najlepiej.

Wspólnym mianownikiem miało być dobro nowego projektu akademickiego wraz z jego społecznością, to znaczy tak studentami, nauczycielami akademickimi, jak i pracownikami administracyjno-technicznymi. Ustaliliśmy, że za sprawy organizacyjno-techniczne (infrastrukturalne) i ekonomiczne będzie odpowiadać założyciel, a zarazem kanclerz szkoły, ja zaś całkowicie będę ponosił odpowiedzialność za rozwój akademicki powierzanego mi wydziału, programowy i kadrowy (ale też tylko i wyłącznie w zakresie dydaktyczno-badawczym).

To świetny układ, bo nie musiałeś przejmować się stroną ekonomiczną jednostki organizacyjnej szkoły.

- Świetny i uczciwy zarazem, gdyż nie do mnie należało podejmowanie działań, których celem miałoby być pozyskiwanie środków. To był także znakomity układ dla założyciela szkoły, bowiem mógł wszem i wobec posługiwać się moim nazwiskiem do otwierania drzwi, nawiązywania kontaktów, z czego zresztą często korzystał, nawet nie informując mnie o tym. Uważałem jednak, że jak szkoła będzie prowadzona uczciwie, rzetelnie i atrakcyjnie w sensie programowym, to pieniądze same do niej trafią w taki czy inny sposób. Zwiększy się bowiem zainteresowanie studiami na kierowanym przeze mnie wydziale, a bardzo dobra o nich opinia będzie najlepszą rekomendacją także dla innych podmiotów, z którymi wydział mógłby współpracować.

Co się stało, że złożyłeś rezygnację ze swojej funkcji i postanowiłeś całkowicie zerwać więzi z tą szkołą w sytuacji, gdy była ona w pełnym rozkwicie, a zainteresowanie podejmowaniem w niej studiów przerosło wszelkie oczekiwania założyciela?

- Moja rezygnacja była spowodowana tym, że zostały wielokrotnie w ostatnim roku akademickim mojej pracy naruszone przez założyciela szkoły wszelkie standardy, zarówno prawne, kompetencyjne, jak i obyczajowe. Pisała o tym prasa, gdyż groziła nam utrata uprawnień do ksztalcenia na kierunku pedagogika. Założyciel postanowił prowadzić własną politykę funkcjonowania szkoły i jej wydziałów bez jakiegokolwiek porozumienia ze mną, bo nie wiem, jak było z innymi dziekanami. Kiedy mówię, że czynił to bez porozumienia, to nie oznacza, że mnie o tym nie poinformował. Zakomunikował to, żądając ode mnie pełnej lojalności, to znaczy wyrzeczenia się osobistego wpływu na sferę akademicką funkcjonowania wydziału.

Nagle okazało się, że założyciel chce być nie tylko właścicielem, ale i rektorem, dziekanem, kierownikiem katedr, ja zaś – spełniwszy swoją rolę – powinienem teraz oddać mu lejce i pozwolić na kierowanie wozem w kierunku, który był absurdalny w wyniku ignorancji i zakulisowych wpływów jego osobistych „doradców”. Dla mnie tego typu komunikat był równoznaczny z zakończeniem swojej misji. Nie widziałem powodu, by podpisywać się pod działaniami ignoranta i dyletanta.

Nie żałujesz swojej decyzji?

- W żadnej mierze. Problem sprowadzał się do tego, że to nie mnie ta szkoła i tworzony przeze mnie wydział była potrzebna, ale ja tej szkole i kierunkowi studiów. Skoro jej założyciel doszedł do wniosku, że nie jestem już tu potrzebny, co czynił zresztą w różnych formach, nie mających miejsca w normalnych, uczciwych stosunkach międzyludzkich, odszedłem, gdyż nie znoszę hipokryzji, zakłamania i naruszania prawa. Na to bym nigdy się nie zgodził, a do tego usiłowano mnie nakłaniać. Wszystkie swoje decyzje podejmuję samodzielnie i ponoszę za nie pełną odpowiedzialność. Nie zdarzyło się jednak, bym kogoś zdradził, oszukał czy podejmował w ramach współpracy, poza jego plecami, działania na jego niekorzyść.

Nie dało się tego uniknąć?

- Nie, gdyż jeśli twój współpracownik, który jawi się najpierw jako partner, pozbawia cię twojej suwerenności, to masz do wyboru, albo stać się posłusznym jego wizji pracownikiem (a to nie ma już charakteru współ-), albo musisz zatroszczyć się o swoją suwerenność, uwzględniającą rzecz jasna wspólnotę celu. Jeśli założyciel podejmuje fatalne decyzje, kompromitujące nie tylko jego, ale także narażające władze uczelni na utratę wiarygodności i zaufania, to trzeba nie mieć poczucia odpowiedzialności za wspólnotę akademicką i poczucia własnej godności, by na to pozwalać.

Dla ignoranta nie ma jednak problemu. Wydaje mu się, że wszystko i wszystkich można kupić, że ludzi można traktować tylko i wyłącznie instrumentalnie, szantażując ich, manipulując nimi zastraszając lub zaskarbiając sobie akurat tych najmniej produktywnych i najmniej dotychczas oddanych szkole.

To miałeś ciekawe doświadczenie.

- Istotnie, w przyspieszonym tempie dostrzegłem całe to towarzystwo, które kręciło się wokół założyciela, jako jego pracodawcy. Zobaczyłem, że rektor takiej szkoły nie dysponuje niczym, co mogłoby w jakikolwiek sposób sprzyjać tego typu formom budowania relacji. Nie mógł nikogo nagradzać finansowo, premiować materialnie, gdyż założyciel nagle zawłaszczył sobie to prawo. Kiedy jako dziekan zgłaszałem założycielowi wnioski o premie dla pracowników administracji i dla nauczycieli akademickich, a było za co, ten to nie tylko odrzucił, ale i wzywał swoich podwładnych z działu administracji, by im przypomnieć, kto jest w tej szkole od nagradzania. Dochodziło do tak paradoksalnych sytuacji, że pracownicy administracji przychodzili do mnie i prosili, bym nie występował o premie dla nich, bo założyciel poniewiera nimi jako osobami niemoralnymi. To on ma decydować o tym, a nie dziekan.

Toż to jest jakiś absurd.

- Otóż to, paranoja. Z jednej bowiem strony założyciel wmawiał wszystkim pracownikom, że dziekan jest ich przełożonym, a z drugiej nie dawał mi żadnych instrumentów do samodzielnego rozstrzygania o tym, komu i za co warto byłoby przyznać premię. Mnie nie interesowało nagradzanie pracowników za ich podstawowe obowiązki zawodowe, ale za ten wysiłek i czas pracy, który wynikał z ich dodatkowego zaangażowania. Nie wiedziałem wówczas, że dla założyciela szkoły jego pracownicy mieli być ponadnormatywni w ramach standardowych obowiązków. To oni mieli być mu wdzięczni, że w ogóle tu pracują, że ktoś zapewnia im stały dochód. Mógł zatem ich szantażować – „to nie dziekan daje wam pracę, ale ja, a zatem to ode mnie będzie zależało, czy i w jakim zakresie będzie tu doceniana wasza praca.”

Zacząłem dostrzegać, jak bardzo to towarzystwo zostało zmanipulowane, zastraszone, jak nagle zaczęło być pełne nieufności wobec swojego pracodawcy, ale i ponadnormatywnej usłużności, która sprowadzała się ze strony niektórych z nich do donosicielstwa, intryg, pomówień swoich koleżanek czy kolegów z pracy, byle tylko czymś przypodobać się swojemu „panu”. Część administracji zaczęła tworzyć świat podwyższonej schizoidalności, prowadząc podwójne życie – inne w obecności założyciela, a inne we współpracy z akademikami. To taki trochę survival.



Jak się z tym czułeś?

- Coraz gorzej, gdyż zły klimat wśród administracji, a nie wśród pracowników akademickich, rzutował na moje relacje z założycielem. Kiedy stawałem w czyjejś obronie, spotykało się to z natychmiastowym odporem, kiedy wskazywałem na czyjeś partactwo, zaniedbania, okazywało się, że akurat dotyczyło to osób najbardziej usłużnych wobec założyciela, w jakiś sposób mającego wobec nich zobowiązania. Nie wolno było krytykować tych, których krytykować nie należało. Tworzyło to dwa światy – jeden: osób nietykalnych, mimo że pracujących w szkole jak sabotażyści. Byli niekompetentni, mało kreatywni, ale za to przydatni w manipulacjach założyciela oraz drugi świat - pracowników aktywnych, wrażliwych, odpowiedzialnych, ale zobowiązywanych do wykonywania nie tylko własnych zadań, ale i za tych „nierobów”, za „święte krowy”. Tworzyło to wśród nich poczucie nie tylko niesprawiedliwości, ale i wyzysku. Trudno było akceptować taki stan rzeczy.

Nie było możliwości renegocjowania porozumień z założycielem?

- Nie, gdyż nie da się zawierać porozumień z osobą, dla której słowa są pustym gestem, deklaracją rzucaną na wiatr, zmienną emocjonalnie, zaprzeczającą samej sobie (jednego dnia była na coś zgoda, ale już po kilku okazywało się, że jej nie realizowała, bo się rozmyśliła). Dla mnie wiarygodność partnera polega na tym, że jak ja wykonuję - także dla niego – jakąś pracę, to on za nią "płaci", a nie kombinuje, jak tu go oszukać, ukryć czy coś sfałszować. Tu musi być obustronne zaufanie, a nie pozorowanie, że ma ono miejsce, podczas gdy poza plecami partnera prowadzi się własną grę. Zaufanie długo się buduje, ale można je stracić po jednym czynie.

Ty tak miałeś?

- Początkowo nie przywiązywałem do pewnych drobiazgów w zachowaniach założyciela wagi, gdyż brałem je na karb tak jego osobistej sytuacji, jak i problemów, które musiał rozwiązywać, a nie były one wcale łatwe (mam tu na uwadze sprawy ekonomiczne). Przez kilka lat skutecznie pomagałem w kwestiach, które przekraczały moje zobowiązania na linii pracodawca-pracownik, gdyż miałem świadomość potrzeby działania na rzecz wspólnoty.

Niestety, kiedy ktoś chce być bossem, a więc zarządzać szkołą i jej wydziałem ponad wszystkimi, instrumentalnie, nie licząc się z współczynnikiem humanistycznym i akademicką kulturą, to musi szybko stracić zaufanie u kogoś, kto nie godzi się na rolę „słupa”. Taki zwierzchnik w istocie nie słucha, co się do niego mówi, a już tym bardziej, kiedy zwraca się mu uwagę na ewidentne błędy czy naruszanie pewnych wartości lub krytykuje jego „pupilów” (mało przydatnych, a raczej szkodzących - szkole), a on chce być zawsze ponad wszystkimi, ”bo to jego”, to nie ma mowy o współpracy, o partnerstwie. Dla takiego szefa najważniejsza jest gra słów, zapewnień, z której nic nie wynika. Dla takiego szefa pojęcia prawdy i faktu nie istnieją. Jak mu się przypomina jego słowa, to zaprzecza twierdząc, że niczego takiego nie mówił.

Jak pracować w takich warunkach?

- Nie ma sensu, gdyż praca staje się stratą czasu. Z każdym dniem widać coraz bardziej wyraziście, że to jest nie tylko kwestia czyjejś osobowości, ale i tworzącej się pustki wokół, wynikającej ze strachu tych, którzy chcą lub muszą tu pracować, gdyż albo mają nadzieję, że jeszcze coś się poprawi, albo wolą stanąć po stronie tego, kto ich karmi materialnie, a nie duchowo. Co im po wartościach, godności, zasadach, skoro muszą przynieść do domu pensję. Tak więc to nie był mój problem, chociaż widziałem jak kadra dziekanatu szukała uzasadnienia dla całej tej sytuacji, a część kadry akademickiej udawała, że o niczym nie wie, że to jej nie dotyczy.

W takich sytuacjach najlepiej odsłania się prawdziwe oblicze osób, o których myślisz, że mają godność i to, co prezentują swoim studentom, sami wcielają też w życie. Wprost odwrotnie. Część nauczycieli, w dodatku ta najmniej dotychczas angażująca się w życie wydziału, szybko rozpoznała, kto będzie ją karmił materialnie. Skoro nie mieli innych ambicji, sprzedali się założycielowi, którego nie szanowali, po wielokroć unikając go i obmawiając w swoim towarzystwie, a w sposób cyniczny wmawiali jemu, jak jest wielkim i wspaniałym zarządcą.

Dalszy rozwój kierunku i wydziału w obszarze akademickim wymuszałby na nich większą pracę, nie tylko dydaktyczną, ale przede wszystkim naukowo-badawczą, a do niej się nie nadawali. Jedni, bo chcieli tylko odcinać kupony od swoich stopni naukowych, a inni z powodów intelektualnych. Trudno, by nagle z miernoty ktoś stał się naukowcem. Część kadr akademickich tkwi w mentalności socjalistycznej.

Jak to rozumieć?

- To znaczy, że przejawiają postawy braku etosu pracy zgodnie z panującą w tamtym ustroju zasadą: Czy się stoi, czy się leży, tysiąc złotych się należy. Zorientowali się, że jak nie będę dziekanem, co komunikowałem im w ostatnich miesiącach, to zwolni ich ta sytuacja z koniecznego wysiłku. Zrobili dotychczas, co mogli, ale na więcej już ich nie stać. Ani nie będą prowadzić badań naukowych, ani nie zorganizują konferencji (bo mało kto do nich przyjedzie), ani nie napiszą dobrego artykułu, rozdziału do książki czy rozprawy naukowej.

Dla nich pojawiła się wreszcie okazja, by wyzwolić się z zaburzonego sumienia „nieprzystawania” do akademickiej wizji szkoły. Niektórzy nawet mieli pewne ambicje, ale dotychczas skrywali przed wszystkimi, że jedyne, na co ich stać, to cyniczne kombinowanie, wkradanie się w czyjeś łaski lub powoływanie się na autorytety, w tym, także na moje nazwisko, o czym nie wiedziałem, bo i skąd. Woleli zatem traktować tę pracę jak fuchę, okazję do dorobienia się, a nie jako zawodową, akademicką samorealizację.

Niektórzy zorientowali się zresztą, że założyciel i tak nie płacił im za ponadnormatywny wysiłek, a wszelkie ich ambicje naukowe ucinał stwierdzeniem: „ty i tak się do tego nie nadajesz”. Nagle okazało się, że pozorowana praca w środowisku zarządzanym zgodnie z celami biznesowymi jest bliższa ich mentalności i gotowości do zaangażowania. Po co się wysilać, skoro można, niewiele robiąc, poprzestać na tym, by jedynie powiększać swój materialny status. Przy takim podejściu pracodawcy okazało się, że nareszcie słabsi mogą pilnować lepszych, by ci się nie wychylali i zeszli do takiego samego kanału, w jakim i oni się znaleźli.

Co to zatem za strategia zarządzania prywatną instytucją?

- Niestety, fatalna, bowiem traktująca szkołę wyższą jak fabryczkę do robienia pieniędzy bez dawania pełnowartościowych produktów. Założyciel zorientował się, że w Polsce jest zapotrzebowanie na takich klientów, niczego szczególnego nie chcą, poza samym dyplomem. Jemu nie zależało na ludziach, którzy musieli go kosztować, gdyż musiał mieć ludzi, którzy podwyższą kapitał jego jednoosobowej spółki.

Kadry chcą kasy, a studiujący chcą dyplom. Obu stronom nie zależy już na dobrym wizerunku, gdyż ten można dobrze opakować – zmieniając szyld, logo, wizerunek strony internetowej, zatrudniając nowe kadry i oczekując od nich naprawy tego zepsutego oblicza. W takim podejściu obowiązuje zasada – bogacenia się do granic możliwości kosztem jakości, tak długo, jak tylko się da, a więc jak długo będą naiwni lub cyniczni gracze, korzystający z tych reguł.

Muszą funkcjonować w środowisku nieustannych podejrzeń, niepewności, akademickiej upadłości, gdzie jedyne, co ich trzyma, to sprymitywizowane pojęcie ważności pieniądza. Ci, którym on w jakiejś mierze „śmierdzi”, starają się racjonalizować sobie tę sytuację lub zachować swoje wartości i realizować ambicje na dystans. Ci pierwsi unikają publicznej identyfikacji ze szkołą, bo otoczenie wyrobiło sobie już na jej temat opinię. Ci drudzy zaś widzą, że w tak obłudnym środowisku muszą grać, udawać, by jakoś w nim przetrwać.

Jakie przesłanie wynika z tego doświadczenia?

- Jeśli ktoś chce mieć coś za wszelką cenę, natychmiast, nie bacząc na przepisy, kulturę, obyczaje i prawo czy zwyczajną uczciwość, to musi żyć w poczuciu tymczasowości tego co posiadł. Historia założyciela firmy Amber Gold jest tego najlepszym przykładem. Ktoś, kto prowadzi fałszywy interes lub schodzi na drogę nieuczciwej gry, prędzej czy później zostanie zdemistyfikowany, gdyż nieczystych kombinacji nie da się długo utrzymać w tajemnicy. Nie da się tworzyć wartości akademickich z osobami, którym na nich nie zależy lub nie są w stanie ich realizować.

Ktoś, kto nie żyje w zgodzie z wartościami, które ma na swoich sztandarach, płaci cenę upadku - w różnych tego słowa znaczenia wymiarach. Nie akceptuję obłudy, fikcji, pozoru i schizofrenii w relacjach społecznych. Ci, którym jest z tym dobrze, nie powinni uskarżać się na swój los a już tym bardziej szukać jego sprawców poza sobą. Niech nie projektują zatem na osoby żyjące w zgodzie z własnym sumieniem tego, czego nie tylko nie akceptują u siebie, ale i usiłują to skrywać przed otoczeniem jak kameleony. Prawda prędzej czy później i tak wychodzi na jaw. Cieszę się, że miałem możliwość przekonania się o tym, kim są ci, z którymi przez wiele lat współpracowałem.

Cynicy tak jednak funkcjonują w każdym społeczeństwie, że zatrudnienie (a nie pełna zaangażowania praca) jest dla nich funkcją celu, jakim jest uzyskiwanie indywidualnych korzyści. Dla nich każdy ideowiec jest harcerzykiem, naiwniakiem. Oni zaś są gotowi powiedzieć każdą bzdurę, posłużyć się jakąkolwiek nieuczciwa metodą, by te środki uświęciły ich cele. Takie osoby rozgrywają swoje role na zimno, bezwzględnie, a przez to są zdolne do większej uległości w stosunku do autorytarnych pracodawców. Im nie przeszkadza to, że kiedy się kompromitują, ktoś ma o nich złe mniemanie. Oni są odporni na opinię zewnętrzną, nakładając pancerz obojętności i znieczulicy. Są wygodni dla pracodawcy, który może za ich pośrednictwem podejmować niepopularne dla pracowników decyzje. Oni także świecą oczami przed władzą zewnętrzną, opinią publiczną, medialną krytyką, gdyż wymaga tego od nich cel, jaki chcą osiągnąć.

Czy wspomniana przez Ciebie historia ma jednostkowy charakter?

- Nie, tego typu postawy, konflikty, rozbieżności mają miejsce w wielu szkołach, ale i firmach biznesowych. Wielu moich znajomych osobiście przekonało się, że byli zatrudniani przez takich pseudobiznesmenów nie po to, by zmieniać jakościowo szkołę i zachodzący w niej proces kształcenia czy badań naukowych, ale by byli „twarzami” dla skrywanych interesów swoich pracodawców. Oto ktoś zatrudnił członka organu kontrolnego, ale nie dlatego, że tak bardzo go szanuje i ceni jako naukowca, tylko z nadzieją, że ten „przykryje” niedomagania szkoły lub podniesie jej prestiż w opinii publicznej.

Kiedy jednak ten zamysł został zdemistyfikowany, ów profesor został szybko zwolniony z pracy. W tym blogu opisywany był przez kogoś przypadek naukowca, który został zatrudniony w szkole prywatnej tylko i wyłącznie po to (o czym zresztą nie wiedział), by pomóc założycielowi uzyskać awans naukowy. Trzeba zatem umieć dostrzec, w jakim rzeczywiście funkcjonuje się środowisku pracy – dyktatorskiej czy dialogicznej. To nie jest tylko kwestią gustu, gdyż w grę nie wchodzi zamówienie w restauracji jakiejś potrawy, która jednemu smakuje, a drugiemu nie musi. Od tego twarzy się nie traci.

Każdy jest sternikiem swojego życia. Jedni potrzebują jednak do tego radaru, innym wystarczy żyroskop. Długo jeszcze będziemy mieli do czynienia w relacjach międzyludzkich z głęboko zdemoralizowanymi, zsowietyzowanymi osobnikami, których Józef Tischner określił mianem homo sovieticus. O tym, jak takie postaci funkcjonują nie tylko w szkolnictwie powszechnym czy wyższym, ale także w kręgach władzy politycznej, państwowej i parlamentarnej możemy poczytać w wywiadach Teresy Torańskiej z osobami publicznymi (Nowa seria „Newsweeka”) nie tylko minionego dwudziestolecia transformacji ustrojowej.

Uwaga! Wszelkie podobieństwo do zdarzeń jest przypadkowe.



16 komentarzy:

  1. Zjawisko, które polega na tym, że tytuły naukowe akademików, służą do uwiarygodniania decyzji właścicieli uczelni jest bardzo znane i powszechne w szkołach prywatnych. Natomiast na uczelniach państwowych podobnie, jak na prywatnych często pojawia się opisana także w tym wywiadzie patologia organizacyjna, jaką jest kultura paranoidalna. Cóż, często dopiero po odejściu z organizacji otwierają się nam oczy na to, kim są ludzie z którymi niekiedy przez wiele lat pracowaliśmy. Niestety okazuje się, że lęk przed utrata zatrudnienia powoduje daleko posuniętą dwulicowość (inne postawy są prezentowane w kontaktach towarzyskich ze współpracownikami, a inne w kontaktach służbowych z władzami) oraz konformizm. Cóż BMW (bierny mierny wierny) pasuje do każdej władzy i te osoby zarówno kiedyś, jak i dzisiaj mają największe szanse na przetrwanie. Silny lider nie boi się konkurencji ze strony podwładnych i pomaga im w rozwoju. Na to nie zdobędzie się żaden słaby szef - on takich ludzi będzie eliminował. I cóż wprawdzie "na własną prośbę" jednak także bohater wywiadu został przez właściciela - koniunkturalistę wyeliminowany jako niewygodny. Gdyby został, też by wyleciał w charakterze kozła ofiarnego za... różne niedociągnięcia prawne i organizacyjne.

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy nie ma racji, kiedy twierdzi, że w państwowej uczelni jest podobnie. Otóż w sprawach pracowniczych wszystko jest tu jawne - prowadzone legalnie i regularnie płacone. Jako kierownik katedry moglam nie tylko premiować już na tym poziomie współpracownikow naukowych i administracyjnych, ale i dodatkowo wniiskowac do dziekana o nagrodę. Nikt nie oszukiwał w kwesturze jak ma to miejsce w szkole prywatnej, że nieuczciwie potrącał z pensji nie informując za co i na jakiej podstawie prawnej.
    Jak uniwersytet zatrudnia cenionego profesora, to nie po to, by był jak lep na muchy, tylko by z dumą podkreślać jego zasługi i wspierać jego szkołę naukową. Bywają jednak nielojalni profesorowie, którzy naciągają uczelnię państwową na mieszkanie, wysoką pensję, ale sami niczego dla tej uczelni nie wnoszą, gdyż sprzedają się prywaciarzom. To już jest ich wybór i autodegradacja.
    Rektor panstwowej uczelni jest nie tylko wybierany przez senat, ale i kontrolowany, oceniany. Za błędy może być odwołany. Natomiast w prywatnej szkole jest kukłą manipulowaną przez jej właściciela, albo -jak ww dziekan nie pozwala na naruszanie jego autorytetu przez założyciela.

    Ania

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie do końca. Proszę popatrzeć na konkursy na uczelniach publicznych. Nadto na zatrudnianie na umowy zlecenia jako zleceniobiorcy zewnętrzni- kto tam pracuje- mógłbym podać wiele przykładów w tym personalnych.
    Zatrudnianie nepotyczne- co i jest na uczelniach niepublicznych, ale w dużo mniejszym zakresie i dotyczy przede wszystkim pracowników administracyjnych.
    No i te niby premie. Nagrody na dzień nauczyciela, kto dostał? Przede wszystkim wiekowi habilitowani, nagrody tez dla nich. Ci co dużo pisali, badali, mieli granty- tych się nie uwzględniało w ogóle, przede wszystkim decyzje geriatryczne.

    OdpowiedzUsuń
  4. Zatrudnianie w uczelniach publicznych to jest zupełnie inna kwestia. Jak w całym sektorze państwowym widzimy, że nie wszędzie i nie do wszystkich jednostek jest ono prowadzone w sposób otwarty, chociaż musi mieć charakter merytoryczny. Napewno jednak nie jest tak, jak w prywatnej szkole, że zatrudnia się na wykładowców osoby bez jakichkolwiek kompetencji i kwalifikacji, byle było taniej.
    Jak już jednak ktoś pracuje w uniwersytecie czy akademii, a o tym pisałam, to nie ma sytuacji oszukiwania go, "okradania". To, że nagrody otrzymują najstarsi pracownicy wynika z tego, by ich emerytury były w przyszłości wyższe. Kiedy ja będę bliżej wieku emerytalnego też bym chciała, żeby tak o mnie się troszczono. W moim uniwersytecie premie otrzymują młodzi doktorzy, nagrody za publikacje - młodzi doktorzy, bo akurat starsi pracownicy mniej publikują. Tak więc nie można tego tak uogólniać. Ja pisałam o swojej uczelni. Jest znakomicie, a piszę o UAM w Poznaniu. Każdy, kto rzetelnie pracuje, prowadzi badania, publikuje może i dobrze zarobić, i mieć satysfakcję z nagród symbolicznych cyz materialnych. Co najważniejsze, mamy tu osłonę socjalną - wczasy pod gruszą, refinansowane w dużej części kolonie czy obozy dla dzieci, pełną opiekę lekarską i ubezpieczenia. W szkolnictwie prywatnym kanclerz ma to w nosie. Każdy musi sobie sam to zabezpieczać.

    Ania

    OdpowiedzUsuń
  5. Pani Aniu,
    w Polsce istnieją także inne uczelnie państwowe, gdzie akurat jest inaczej, niż tam gdzie była Pani kierownikiem katedry. Tak samo, jak nie jest prawdą, że na każdej uczelni prywatnej jest tylko jedno wielkie oszustwo i niesolidność. Są w Polsce prywatne uczelnie, które mają także znaczące osiągnięcia naukowe.

    Każdy z nas formułuje opinie na podstawie własnych doświadczeń, a te bywają różne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie pisałam, że "na każdej uczelni prywatnej jest wielkie oszustwo i niesolidność". Zatem skoryguję: w prywatnych uczelniach założyciel czy kanclerz może, ale nie musi, a najczęściej nie chce z własnej woli i wniosku dziekana czy rektora przydzielać premie. Tu zasady są ukryte. Regulaminu płac nikt nie zobaczy na oczy. W uniwersytecie wszystko jest w tym względzie jawne. Niech anonimowy pokaże, która ze szkół prywatnych, a zarządzanych przez jednoosobową spółkę z o.o., prowadzi jawną politykę premiowania administracji i nauczycieli? Gdzie jest to osiągalne? Na stronie uniwersytetów są publikowane uchwały, rozporządzenia władz rektorskich, a także MNiSW prowadzi w tym względzie jawną politykę. Pracowałam w dwóch szkołach prywatnych i w każdej byłam kantowana finansowo. Być może nieco inaczej jest w tych szkołach prywatnych, które prowadzą stowarzyszenia, organizacje czy Kościoły. Tam jednak, gdzie właścicielem jest osoba prywatna, jak słyszę także od moich koleżanek, jest cwaniactwo i brak poszanowania dla pracy nauczyciela akademickiego.

      Ania

      Usuń
  6. Mogę wymienić solidne uczelnie prywatne i bardzo niesolidne państwowe, tylko nie wiem, czy blog prof. Bogusława Śliwerskiego jest do tego odpowiednim miejscem? To może tak na początek do poczytania dla dociekliwych: http://www.bip.nauka.gov.pl/_gAllery/12/28/12282/20101208_raport__Politechnika_Swietokrzyska_w_Kielcach_27-10_szk_wyz.pdf

    Raport jest oficjalny, więc nie stanowi żadnej tajemnicy.
    Dodam, że pani pracuje nadal, a mąż jest nadal rektorem. Jak Pani myśli dlaczego wszyscy ten stan tolerują - z sympatii czy po prostu boją się utraty pracy? A to dopiero początek góry lodowej... np. rektor obcina pensje pracownikom, a sobie jednocześnie przyznaje 120 tys. nagrody i... Senat to zatwierdza - myśli Pani, że w uznaniu zasług JM, czy ze strachu przed konsekwencjami sprzeciwu?

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie pracowałam w uczelni technicznej. Jestem w naukach społecznych, na uniwersytecie. Jednostkowymi przypadkami możemy się przerzucać, ale jak zajrzy anonimowy na stronę PKA to zobaczy horror w raportach z kontroli szkół prywatnych w Polsce. Gorąco polecam. Widać, że skandaliczne tematy prac magisterskich, które nie mają nic wspólnego z pedagogiką, bo są z turyzmu, biologii czy zarządzania wynikają z zatrudniania w tych lipnych szkółkach wyższych osób bez kwalifikacji! To jest dopiero hańba.

    Ania

    Ania

    OdpowiedzUsuń
  8. Pani Aniu,
    wiem, że tak jest i bardzo nad tym ubolewam i wiem, że wynika to z koniunktury i bieżących potrzeb właścicieli uczelni i osób studiujących, a nie z miłości do nauki. Nie chodzi wyłącznie o jednostkowe przypadki, ani o licytację, gdzie jest gorzej. Chodzi o to, że szczególnie w małych ośrodkach akademickich i na małych prywatnych uczelniach ludzie boją się przeciwstawić pewnym decyzjom władz (właścicieli), bo boją się o siebie - utraty pracy i środków do życia. I zdaje się, że właśnie w tych małych miastach i uczelniach (państwowych i prywatnych) ludzie chcą zachować pracę i status quo, a osoby nawet najbardziej kompetentne, jeśli działają w pojedynkę nie mają szans na to, by być kimś więcej, jak tylko marionetką pociąganą za sznurki - oczywiście nie muszą się na to godzić.
    Dlatego uważam, że inteligentni i kompetentni ludzie powinni się popierać, a nie zwalczać. Bo wtedy padają łatwym łupem dla każdego, kto akurat ma władzę i pieniądze.
    Wiem, że w pewnych instytucjach pewne rzeczy by nie przeszły, bo kadra profesorska ma silną pozycję i rektor, dziekan lub właściciel musi się liczyć z jej zdaniem - ale to musi być silna grupa, a nie pojedyncze osoby. Takie silne grupy są w dużych ośrodkach akademickich (dużych uczelniach), a nie w małych.
    Ogólnie w biznesie firmy koncentrują się na przetrwaniu lub rozwoju. Małe firmy zwykle koncentrują się na przetrwaniu, a wiemy, że rozwój kosztuje... Więc, gdzie tkwi rzeczywiście problem?

    OdpowiedzUsuń
  9. Tyle tylko, że te lipne szkółki nie stać na zatrudnianie profesorów z wysokimi wymaganiami finansowymi, a rozwój własnej kadry kosztuje i dotacji na ten cel z MEN nie ma.
    Ogólnie - małych, prywatnych szkół nie stać na inwestycje w rozwój i dlatego często zatrudniają kogokolwiek, kto zgodzi się pracować za zaproponowane kwoty. Więc co, likwidujemy szkółki niespełniające standardów akademickich i zostawiamy tylko największe, odpowiednio doinwestowane i najlepsze?
    Kiedyś doszłam do wniosku, że ogólnie w Polsce nie jest problemem to, by było jak najwięcej magistrów, ale to, że nie ma pracy i część młodzieży decyduje się na studia z nadzieją na lepszy start i ewentualne ulgi i możliwości pracy dla studentów. A część dorosłych dlatego, że prawo w Polsce działa wstecz i kiedy spełniły się formalne wymagania na stanowiskach pracy szczególnie w budżecie i administracji wiele osób postanowiło dorobić sobie konieczne papiery, a dla przedsiębiorczych była to znakomita okazja do zarobku na produkcji takich dyplomów...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak tych lipnych szkółek nie stać na zatrudnianie kadry akademickiej, tylko jej właściciel chce się bogacić kosztem naiwnych klientów, nabierających się na szyld, stronę internetową czy propagandę, czyli PR, to niech szybko zwija żagle, bo wkrótce obrócą się przeciwko niemu ci, co zostali tu nabici w butelkę. Ich opinia o dziadostwie jest ukryta, ale to nie znaczy, że nie krąży w świecie.
      Co z tego, że wybrałam szkołę w centrum wielkiego miasta, jak się ogłasza, skoro nie ma miejsc parkingowych dla studentów, w tzw. jej głównym (pokazywanym na stronie internetowej) budynku, w ogóle nie odbywały się zajęcia. Widzieliście kiedyś szkołę, która nabiera uczniów, ale ksztalci ich w wypożyczonych salach innej uczelni? Już tu widać kłamstwo wobec kandydatów!

      Usuń
  10. W prywatnej wyższej szkole, w której pracuję bo muszę (chociaż chyba sobie to sama wmawiam, obawiając się podjęcia decyzji o rezygnacji i poszukaniu godnego moich kwalifikacji miejsca pracy), od kilku lat ma miejsce głęboki kryzys. Ujawnił on nie tylko kompletną nieudolność właścicielki szkoły w zarządzaniu, ale i pokazał drugie dno - jej nienasyconą chciwość, pęd do natychmiastowego wzbogacenia się bez względu na środki kosztem "niewolników", ludzi równie łasych na kasę, jak niektórzy profesorowie spoza naszej siedziby, a nic nie wnoszący ani do rozwoju kadry, ani samej placówki,czy uwikłanych w kredyty, jak ja. Zawsze można sobie zracjonalizować własną sytuację i powiedzieć, że się zeświniłam, ale w dobrym towarzystwie. Są tu w końcu nie tylko "kaprale" akademickiego świata, ale i oficerowie, choć bez powszechnego autorytetu. Ważne, że liczą się do minimum kadrowego. Szkołą oparta jest zatem na "wzajemnym okłamywaniu się" i oszukiwaniu studentów, bo co z tego, że ja prowadzę zajęcia z zaangażowaniem, skoro większość je po prostu "odpracowuje". Co z tego, że jest rektor, skoro nie potrafi niczego wnieść do tej szkoły, pełniąc tę rolę jak niejaki P. - założyciel Amber Gold dla gangu Nikosia - czyli jest słupem dla właścicielki, by ta mogła z tylnego fotela zarządzać szkołą jak rektor? To prawda, że są prorektorzy, ale wszyscy bez autorytetu naukowego, niektórzy na drugich etatach, a więc traktujący tę szkołę jak kasę zapomogową dla własnej rodziny. Oni się urządzają naszym kosztem, kosztem tych, którzy chcieli coś zrobić dobrego, ale zostali potraktowani jak marionetki.

    Nie ujawnię swoich danych, bo jeszcze tu pracuję. Uzależniona od miejsca i własnego schematu, z którym być może wygodnie jest mi żyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak stwierdził b. premier J.K. Bielecki: "zawsze w sytuacji niestabilnej, kiedy nie ma prezesa (w tym wypadku - autorytetu akademickiego) najlepsi odchodzą". Trudno, by najlepsi, by generałowie podlegali pod kaprala, chyba, że też są cynikami. To tracą.

      Usuń
    2. W Polsce obowiązuje filozofia aby dzisiaj, filozofia tymczasowości. O jutrze mało kto myśli, bo jutro ma być przysłowiowy potop, nie wiadomo, co będzie. Za mało jest moralności w biznesie akademickim, nie zna się a jeśli zna, to nie stosuje zasad etycznych koniecznych do prowadzenia biznesu. Niektórzy założyciele tzw. "wsp" robią biznes w sposób niemoralny. Z takimi nie warto współpracować, bo kto raz oszukał, a zostało to ujawnione, to przez pewien czas się powstrzyma, tylko i wyłacznie ze strachu o własne a zbyt późno uświadomione sobie straty, by powrócić na ścieżkę nieuczciwego interesu.

      Tadeusz

      Usuń
  11. I słusznie. Durnotę założycieli szkółek wyższych, którym wydaje się, że jak uzyskali uprawnienia do kształcenia, to już są zwolnieni z myślenia i odpowiedzialności, widać w całej rozciągłości w różnych regionach kraju. W moim mieście założyciel miał znakomitego rektora, ale spowodował, że ten odszedł. Po nim odeszli najlepsi, a zostali ci spod znaku BMW.
    Już dobiciem tej szkoły było pozbycie się najlepszego ambasadora i naukowca w obszarze współpracy międzynarodowej. Dzisiaj założyciel ogłasza , że zatrudni kogoś do tych zadań. Co oferuje? Stałe zatrudnienie. Stałe??? A to ci wcześniej nie byli zatrudnieni na stałe? Byli. Zobaczyli, co to za dno i odeszli.
    Fajnie jest. Niezły ubaw. Pracownicy dziekanatu już sobie opowiadają dowcipy na ten temat. Nie ma lepszego tematu do drwin, jak ten, który jest ich powodem. Jak się zatrudnia profesora i doktorów, by wykorzystywać ich jak kurtyzany w swoim haremie, a potem zwalnia ich z pracy lub powoduje się ich odejście z własnej woli, bo już się dzięki nim zabezpieczyło, to nie widzi się, jak szybko jedzie się w dół. Przy podrabianym paliwie z dolewaną do niego wodą nie zajedzie się daleko, bo zatrze się silnik.

    T.

    OdpowiedzUsuń
  12. Małgorzata Minta: Co skłania do oszustwa?

    Dr Jarosław Kulbat, psycholog społeczny, wykładowca Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej we Wrocławiu: - Badacze wskazują na cztery czynniki: indywidualne predyspozycje psychologiczne, okazja, presja oraz racjonalizacja. Okazja to po prostu świadomość okoliczności czy możliwości, które pozwalają szybko i łatwo zarobić pieniądze. Presja to zazwyczaj czynniki zewnętrzne motywujące ludzi do popełnienia oszustwa, np. zła sytuacja finansowana firmy, problemy rodzinne czy uzależnienie od hazardu. Kolejnym czynnikiem jest racjonalizacja, która odzwierciedla łatwość uzasadnienia własnego niemoralnego postępowania.

    W literaturze pojawia się czasem zamiennie do racjonalizacji pojęcie neutralizacji skrupułów czy wyrzutów sumienia. Wiadomo, że oszuści stosują szeroki repertuar neutralizacji wyrzutów sumienia. Mogą umacniać swoje przekonanie, że w istocie nie łamią prawa, a jedynie wykorzystują okazję stwarzaną przez prawo.

    Więcej... http://wyborcza.pl/1,75476,12326142,Oszusci__Badania_terenowe_i_naukowe.html#ixzz2426BkKs2

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.