wtorek, 21 sierpnia 2012

Byli premierzy III RP ujawniają kulisy rządzenia


W maju 1994 roku ukazała się książka Teresy Torańskiej "My", na którą złożyły się wywiady z Leszkiem Balcerowiczem, Janem Krzysztofem Bieleckim, Jackiem Merklem, Wiktorem Kulerskim, Jarosławem Kaczyńskim, Piotrem Szczepanikiem i Janem Rulewskim. Teraz powtarza je w swojej serii Newsweek. W drugim zeszycie tego cyklu Teresa Torańska rozmawia m.in. z Tadeuszem Mazowieckim oraz Janem Krzysztofem Bieleckim, byłymi premierami obozu solidarnościowego w latach 1989-1993. Są to niezwykle ważne i aktualne opinie na temat tego, czym jest władza, jak powinna być sprawowana i jak sobie z nią radzić w sytuacji, gdy pojawiają się z różnych stron próby manipulowania nią lub wpływania na jej decyzje (także wbrew interesowi publicznemu).

Są w wypowiedziach obu premierów wątki oświatowe, edukacyjne, dzięki którym poznajemy kulisy rozwiązań budzących wiele kontrowersji lub też możemy uświadomić sobie, dlaczego np. Ministerstwo Edukacji Narodowej nie jest forpocztą koniecznych w naszym kraju zmian, tylko ich opóźniaczem. O wprowadzeniu do szkół lekcji religii Tadeusz Mazowiecki mówi, że to episkopat go zaskoczył swoją decyzją o potrzebie natychmiastowego wprowadzenia tego rozwiązania, bez jakichkolwiek konsultacji z rządem czy Sejmem. Jak stwierdził:

Tą uchwałą episkopat całkowicie mnie zaskoczył. Zdawałem sobie sprawę, jak wielkiej wagi jest to sprawa w Polsce, ale też, jakie spory może wyzwolić. Sam jako katolik uważałem, że powrót religii do szkół nie jest dobrym pomysłem, bo Kościół może na tym stracić. Przede wszystkim autentyzm chodzenia na religię. Inna jest sytuacja, gdy młodzież z własnej woli i chęci uczestniczy w lekcjach religii, inna, gdy chodzi z obowiązku. (…) Rząd, który przeprowadzał tak wiele rzeczy trudnych, nie mógł mieć w Kościele przeciwnika. Uznałem, że muszę rozumować inaczej. Że w różnych krajach w Europie nauka religii odbywa się w szkołach publicznych. I moją troską powinno być takie zagwarantowanie dobrowolności w uczęszczaniu na religię oraz zabezpieczenie sytuacji prawnej uczniów, którzy na religię chodzić nie będą, by nie było ich dyskryminacji.

Spotykam się ciągle z zarzutem, że myśmy wprowadzili religię do szkół rozporządzeniem ministra oświaty, a nie przez Sejm. Gdybyśmy wnieśli ten temat pod obrady Sejmu, otwarlibyśmy już wtedy wojnę religijną. A jeśli nie wojnę, to bardzo ostry konflikt. (…) religię ze szkół usunięto też rozporządzeniem, a nie ustawą. (…) wreszcie , na to, by wprowadzić religię do szkół ustawowo, nie było czasu. Zaczynał się rok szkolny, a miałem telefony i z sekretariatu episkopatu, i od samego prymasa Glempa, że Kościół oczekuje, by sprawa została załatwiona przed 1 września.
(s. 38-39)


Kiedy Jan Krzysztof Bielecki pisze o możliwych do zastosowania przez władzę trików w stosunku do społeczeństwa, jeśli chce zminimalizować jego sprzeciw wobec projektowanych rozwiązań. Dzisiaj możemy lepiej zrozumieć, dlaczego i w jakich momentach zastosował je rząd Donalda Tuska przed ostatnimi wyborami parlamentarnymi. Pisałem o nich wcześniej w blogu. Tu odnajdują socjotechniczne uzasadnienie:

W sytuacji kryzysu władzy można wykonać jakiś ruch pod publiczkę, pod oczekiwania, czyli zastosować trik personalny i finansowy, ale tego nie chciał. Finansowy trik polegałby na tym, żeby z pewnymi trudnymi decyzjami, jak zamrożenie płac w sferze tzw. budżetowej (ohydne słowo, ale trudno znaleźć lepsze) poczekać spokojnie do jesiennych wyborów parlamentarnych, co dobrze by także wpłynęło na ich wynik, bo dotyczyło lekarzy, nauczycieli, 2,5 mln ludzi, którzy zawsze mieli źle w Polsce – elektoratu dosyć wiernego Solidarności, który miał prawo czuć się mocno zawiedziony w sensie materialnym. A trik personalny polegałby na tym, żeby usunąć Balcerowicza i Tańskiego, ministra rolnictwa. (…)ryczącemu tłumowi rzucić na pożarcie kolejną ofiarę, co da ileś tam tygodni czy miesięcy względnego spokoju, złagodzi nastroje. (…) Bo masy – tłumaczono mi – szukają przecież uzasadnienia swojej trudnej sytuacji, i jest im o wiele łatwiej i przyjemniej przyjąć założenie, że ta trudna sytuacja wynika z tego, że ktoś coś ukradł, i jak się go zamknie, to się im poprawi, niż przyjąć do wiadomości, że to strukturalny problem. To w końcu stary numer komunistów, ćwiczony przez nich wiele razy, że wystarczy zmienić premiera czy kogoś z Biura Politycznego, aby uzyskać jakąś ulgę.(s. 72-73)

Warto przypomnieć sobie, jakich rozwiązań Platforma Obywatelska nie przyjęła przed wyborami w 2010 r. i dlaczego premier Donald Tusk na dwa dni przed dniem wyborów spotkał się z władzami ZNP. Poparcie nauczycieli uzyskał. Był zatem skuteczny. Z takiego jednak rozwiązania nie skorzystałby J.K. Bielecki, skoro potępia taki sposób manipulowania społeczeństwem. Jeśli ktoś chce zrozumieć, czym są kolejne skandale - afery w naszym kraju, to także i tę kwestię ciekawie wyjaśnia J.K. Bielecki, mówiąc:

(…) afery naprawdę nie są uzasadnieniem naszej trudnej sytuacji i nie wolno, jak niektórzy to czynią, kreować absolutnie fałszywego mitu, że gdyby nie było afer, byłoby w Polsce lepiej. Byłoby dwadzieścia czy trzydzieści bilionów złotych więcej i moglibyśmy wtedy dofinansować oświatę czy służbę zdrowia. Jest to całkowita nieprawda. Afery w Polsce były, są i będą. Tak jest na całym świecie. (…) I to, że je się w Polsce ujawnia, świadczy o tym, że działa mechanizm demokratyczny. On słabo działa, mało skutecznie, nie jest surową ręką sprawiedliwości ludowej, jak się kiedyś mówiło, ale jednak pewne nieprawidłowości wypływają i trzeba je konsekwentnie eliminować, co zresztą się robi. Po drugie, afery ujawniają niedoskonałości naszego systemu prawnego, istnienie luk prawnych. System nasz jest niedostosowany do rzeczywistości, działa na podstawie fałszywych założeń. (s. 98).

Ta wypowiedź jest sprzed prawie dwudziestu lat. To, jak postrzega b. premier Polaków i Polskę może być wskaźnikiem tego, że niewiele się w naszym kraju zmieniło w ciągu 23 lat transformacji ustrojowej. Może jesteśmy zbyt niecierpliwi, a może niektórzy świadomie przeciwdziałają temu, by w ogle doszło do rzeczywistych, a nie propagandowych, zmian? W świetle - komentowanych także przeze mnie w blogu - wydarzeń ostatniego dzisięciolecia, nic nie jest w stanie podważyć tezy J.K. Bieleckiego sprzed tylu lat, że:

Polska tkwi w legislacji komunistycznej, jest krajem przeregulowanym. (…) My uwielbiamy robić ustawy i następnie dawać delegacje ustawowe dla aktów niższej rangi, co jest bardzo często dyskusyjne nawet z punktu widzenia demokracji, bo niekiedy delegacja jest tak daleko idąca, (…) że powstaje pytanie: kto praktycznie rozstrzyga o charakterze ustawy – minister (…), czyli urzędnik, czy posłowie wybrani do tych czynności przez społeczeństwo. (…) prawo, które jest, dostosowane było do centralnego planowania i do systemu totalitarnego, ale całkowicie odrzucić się go nie da. Prawdopodobnie rozwiązaniem najprostszym byłoby anulować wszystko o zacząć od początku, bo zawsze łatwiej jest coś budować, niż naprawiać, nawet w banalnych domowych czynnościach.(s. 85-86).


Podobnie mówiła o tym wczoraj na antenie TVN24 prof. Jadwiga Staniszkis, na kanwie debaty o aferze z Amber Gold:

Jak się patrzy na sposób działania prokuratury gdańskiej, to najgorsze hipotezy mówią o jakimś - powiedzmy politycznym - parasolu, czy korupcji, ale być może sytuacja wygląda w ten sposób, że te nowe przestępstwa wymagają wiedzy o prawie finansowym, bankowym i po prostu przerastają te tradycyjne studia prawnicze i strukturę prokuratur. Może to jest sygnał, żeby przeorganizować to wszystko, stworzyć jakiś nowy bardziej efektywny system. Struktury samorządowe w Gdańsku są upartyjnione. Ja często jeżdżę do Trójmiasta i to jest pewien taki holding - wszystkie stanowiska właściwie są opanowane, bo jest upartyjniony samorząd, upartyjnione państwo. Nie ma tego poczucia, że ktoś kontroluje. I to może być obrazek, jak może wyglądać państwo nawet w demokracji.

Polska brnie w autorytarny kapitalizm, który w dużej mierze bazuje na mechanizmach i strukturach rządzenia typowych dla państwa totalitarnego, jakim była PRL. W edukacji wciąż nie wyszliśmy ani z części socjalistycznych struktur, ani z mechanizmów manipulowania i władztwa w stylu homo sovieticus. I to jest najbardziej przykre.


4 komentarze:

  1. Układ Stowarzyszeniowy z UE i wpływowe lobby oświatowe miały największy wpływ na edukację w Polsce od 1991 r., a nie 1989, jak często się mniema. W gruncie rzeczy priorytety, jakie wówczas wyznaczono są realizowane do dzisiaj. W jednym z materiałów, jakie otrzymałam na szkoleniu w 1997 r. było, m.in. takie zdanie: "odpowiednio oprogramowany komputer zrównuje w klasie pozycję nauczyciela i ucznia" i w innym miejscu: "Obecnie odchodzimy w nauczaniu od modelu Mistrza i Dobrego Pasterza". Pamiętam, że wtedy te zdania mną wstrząsnęły. Od tamtej pory minęło 15 lat i mam wrażenie, że cały czas zmierzamy w wyznaczonym już wówczas kierunku...
    A co się tyczy nauczania religii w szkole: naród, aby przetrwał musi być wychowany i wykształcony, a nie zdemoralizowany i głupi. Nauka religii, to także wprowadzanie w kulturę i tradycję własnego narodu i państwa, a nie przymusowa indoktrynacja, co uparcie twierdzą niektóre środowiska.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tych tajnych porozumień np. z MFW było więcej, którymi jesteśmy obciążeni po dziś, a i nasze dzieci będą je spłacać.
      Co do religii w szkołąch: podałem to, bo tylko tę kwestię zapamiętał T. Mazowiecki ze spraw oświatowych. Moim zdaniem to Kościół katolicki postawił sobie niezwykłe wyzwanie, poddał się próbie, której sprostał, choć koszty (i to nie te materialne) są ogromne. Wielu katechetów nie radzi sobie w szkolnych warunkach, ale to już jest kwestią ich właściwego kształcenia i doskonalenia. W jednych ośrodkach jest lepiej, w innych gorzej, podobnie jak z nauczycielami innych przedmiotów szkolnych.

      Usuń
  2. Konkluzje trafne w 100%! Niestety CK ds stopni i tytułów to twór stalinowski i też winien przestać funkcjonować. Przykre, że dobre obyczaje w nauce są tylko zasadami zapisanymi na kawału papieru. Gdyby nie było chetnych do tych struktur nie byłoby instytucji:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W III RP jest wiele instytucji czy rozwiązań, które mają swoje źródło w PRL. Anonimowy jednak się myli, kiedy twierdzi, że CK by nie było, gdyby nie było chętnych do tego organu. To tak, jakby napisać, że NIK-u też by nie było, gdyby nie było chętnych do pracy w tym organie. A Cóż za demagogia! Komisja Nadzoru Bankowego też jest zbyteczna? Nie? Jest konieczna, gdyż powstała w państwie o gospodarce wolnorynkowej? Anonimowy nie czyta prawa? Nie wie, kto tworzy w państwie takie czy inne instytucje? IPN też jest komuś niepotrzebny, stąd zapomniano czy celowo zaniedbano sprawę nowej dla tej placówki siedziby? Jak Anonimowy sądzi

      Usuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.