poniedziałek, 9 lipca 2012

Procesualny zarys teorii - także oświatowej - władzy


Socjolog, profesor Jadwiga Staniszkis opublikowała znakomite studium pt. "Zawładnąć. Zarys procesualnej teorii władzy" (Scholar, Warszawa 2012). Jest ono konieczne każdemu, kto zajmuje się makropolityką w swoich projektach czy badaniach społecznych. W zależności od tego, czego ona dotyczy, czytelnicy będą sięgać zapewne po różne argumenty, jakie pojawiają się w tej książce. Niniejsza publikacja wieńczy bowiem kres potocznych analiz fenomenu władzy na rzecz ustrukturyzowanego i logicznie skonstruowanego przez tę Autorkę modelu złożoności i współzależności procesów panowania, a w tym przypadku zawładnięcia społeczeństwem przez sprawujących władzę.

Książka pojawia się w kluczowym dla naszego życia momencie, bo coraz bardziej jest widoczne to, jak obecne elity władzy politycznej nie tylko reprodukują się dzięki kolejnej kadencji, ale przede wszystkim konsolidują swoją siłę sprawczą. To dzięki niej coraz głębiej penetrują nasze codzienne życie i degradują możliwość wykonywania przez nas własnych powinności w ramach ról społeczno-zawodowych. Jak niezwykle trafnie to zauważa J. Staniszkis - proces zawładnięcia to warunek istnienia władzy (czyli - jej odpowiednia intensywność), który odnosi się do trzech typów relacji angażujących nie tylko samą formułę władzy ale także społeczny i kulturowy kontekst, w którym się ona realizuje". (s. 10)

Dzięki rozprawie J. Staniszkis lepiej zrozumiemy na czym polegają trzy rodzaje dyktatu, jakim operuje w państwie władza, a więc:
1) dyktat idei (w wydaniu bolszewickim, ale i unijnym)
2) dyktat formy (za pomocą ekonomii norm i możliwości wyboru sposobu obecności prawa),
3) dyktat mocy.

Mamy w tej książce przeprowadzoną metaanalizę percepcji władztwa w wymiarze zawładnięcia, dzięki której możliwy staje się opis i wyjaśnienie przy jego pomocy np. mechanizmów rozpadu struktur panowania władzy socjalistycznej, popełnionych przez opozycję błędów przy zawieraniu kontraktu z upadającym reżimem ("Okrągły Stół") czy powody niewykształcenia się po 1989 r. silnej i trwałej zasady społecznej w relacjach między władzą a społeczeństwem.

Autorka interesująco odsłania, wprowadzaną przez kolejne ekipy rządzące w naszym państwie w wyniku integracji europejskiej czy procesów globalizacyjnych - miękką przemoc strukturalną, która prowadzi do zauważalnego już obniżenia standardów materialnych w sferze realnej i redukcji standardów społecznych w wyniku coraz gorszej jakości oraz mniejszej dostępności usług publicznych czy towarzyszącego temu systematycznego regresu strukturalnego (poziom technologiczny) oraz przerzuceniu problemów na przyszłe pokolenia.(s. 18)

W Polsce nie ma już dyktatu idei, który zastąpiła deaksjologizacja panowania. Jak pisze J. Staniszkis: "Zwiększyło to jeszcze arbitralność i bezkarność władzy, z jednej strony, i demoralizację społeczeństw, z drugiej strony. Utrata zdolności rozróżniania między "dobrem" a "złem" w planie moralnym (i destrukcja tych kategorii poprzez ideologiczne zawładnięcie nimi, decydujące o wektorze oceny) zniszczyła, czy też raczej zdewaluowała język. Odbudowa życia społecznego po owej historycznej katastrofie, jaką był komunizm, trwa do dziś i jeszcze się nie zakończyła.(s. 33)

W sytuacji zużycia się w Polsce komunistycznego dyktatu idei, władze III RP panują przez generowane kryzysy i kapitalizm polityczny. Wprowadza się do norm prawnych dyktat idei nierozpoznawalnych dla społeczeństwa, które - przy niemożliwości oparcia panowania na własnej tradycji aksjonormatywnej - wzmacnia się dyktatem formy w bardzo dyskretny sposób - przez różnego rodzaju procedury, rozbicie autonomii instytucji i środowisk itp. Jest to więc miękka, ale skuteczna metoda odpaństwowienia i na tym polega jej główny moment władczy. (s. 39)

Nie ma w Polsce społeczeństwa obywatelskiego, ani też społeczeństwa autonomicznego wobec tego, co ma jeszcze miejsce w innych państwach UE, gdyż nie ma w Polsce możliwości absolutyzowania, choćby w minimalnym stopniu, określonego kanonu moralnego. To rozbicie jedności i integralności przestrzeni normatywnej, gdy moralność publiczna i indywidualna często rozchodzą się, nie tylko narusza rzymską zasadę "słuszności" prawa, ale również prowadzi do odspołecznienia. Utrudnia bowiem jednostce pełną identyfikację z przestrzenią publiczną. (s. 44)


Dyktat mocy polega na tym, że najważniejszym celem panowania nie jest realizacja jakiejś idei, jakiejś misji, ale koncentrowanie się władzy przede wszystkim na utrwalaniu samej siebie. Jeśłi przyjrzymy się temu, jak sprawuje swoje władztwo MEN w stosunku do oświaty i jej podmiotów, to zauważymy, że w tym resorcie (podobnie zresztą, jak i w innych) reżyseruje się określone sytuacje, by wykazać, że ośrodek tej władzy jest jedynym gwarantem porządku i zapewnienia społeczeństwu dostępu do wykształcenia. Potwierdza się także dzięki studium J. Staniszkis - wykazywany przeze mnie m.in. w książce "Problemy współczesnej edukacji. Dekonstrukcja polityki oświatowej III RP" (Warszawa 2009) czy Edukacja pod prąd (II wyd. Kraków 2008)to, jak od 1993 r., a więc od powrotu w resorcie edukacji lewicy do władzy, następował proces upartyjniania systemu oświatowego w naszym państwie oraz jak MEN inspirował w różnych fazach politycznego panowania w okresie III RP konflikty i nadużywał czy zużywał symbole, by manipulować społeczeństwem i środowiskiem oświatowym.

3 komentarze:

  1. Liberalizm jako ideologia sprzeczna sama w sobie prowadzi z jednej strony do swawoli, a z drugiej do totalitaryzmu. Bo absolutyzuje wolność i zarazem wprowadza coraz większą kontrolę. Jest ochrona danych osobowych i jednocześnie handel tymi danymi dla celów marketingowych. Niby jest demokracja, ale jednocześnie głos społeczeństwa w sprawie energii atomowej, wieku emerytalnego czy choćby GMO nie jest zupełnie brany pod uwagę. Bogaci są coraz bogatsi, biedni, coraz biedniejsi - ogólnie w Polsce klasa średnia, jako trzon społeczeństwa praktycznie przestała istnieć itd. A na dodatek są to czasy, które jeden ze znanych mi profesorów określił jako te, w których: "patologia stała się ideałem" - więcej, mówienie o chorobie lub zaburzeniu może być w pewnych przypadkach niepoprawne politycznie. Oznacza to, że pewnych zaburzeń nie można diagnozować i leczyć!
    Innymi słowy w Polsce można zaobserwować swoistą schizofernię w wymiarze politycznym, społecznym i gospodarczym. Niby coś jest, ale to coś tak samo jest, jak i nie jest. To tak jak chorzy na schizofrenię mówią, że są, ale jednocześnie nie wiedzą czy są, i czy oni to oni, a nie ktoś inny, a tak w ogóle, to ilu mnie jest?... no właśnie Hamletowski dylemat "być albo nie być..." w dzisiejszych czasach brzmi: "czy ja jestem i kim jestem - bo sam się jeszcze nie zdecydowałem(zorientowałem)?"

    OdpowiedzUsuń
  2. A kielecki biskup Ryczan twierdził w Częstochowie zupełnie co innego:"dziś jest gorzej niż w czasach komunizmu".

    Jak cofnę się w czasie, to wygląda na to, że to paradoksalnie komuna chroniła dorobek kultury narodu polskiego, a nie liberałowie. Przecież system kształcenia za komuny był o wiele lepszy niż za rządów liberałów.

    W 100% zgadzam się z tym, co napisała poprzedniczka (a może mężczyzna)?:)

    Psychoanalityczka

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo trafne są te diagnozy i refleksje.
    "wzmacnia się dyktatem formy w bardzo dyskretny sposób - przez różnego rodzaju procedury, rozbicie autonomii instytucji i środowisk itp." Andrzej Celiński określił nasz stan jako pseudodemokrację. Wydaje mi się, że proces zawładnięcia władzy idzie u nas tak dobrze, lepiej niż w innych krajach, z powodu naszej nieszczęśliwej historii. W czasach gdy inne społeczeństwa zajmowały się budowaniem, my musieliśmy walczyć o przetrwanie, czasem o wolność. Wydaje mi się, że Szwajcarzy czy Amerykanie mają świadomość, że to oni są twórcami i właścicielami swojego kraju. Ich przodkowie naprawdę budowali i podejmowali decyzje. My nie mamy takiego poczucia, bo nasi przodkowie nie mieli okazji do budowania. Oni mają mit założycielski, mit demokracji, my mamy mit obrony i walki o wolność. Dlatego nie potrafiliśmy wykorzystać naszej współczesnej okazji "przejęcia władzy" - przełomu 1989 r. Dlatego tak łatwo uznajemy, że życie w państwie jest budowane i organizowane przez władzę. A władza, to są ONI, nie MY. Nawet najprostsze decyzje "muszą" być podejmowane przez "władzę". Zwykły plac zabaw jest zaplanowany i postawiony przez ONYCH. "Mądra władza" dałaby rodzicom do wyboru chociaż dwa projekty i dwie lokalizacje do wyboru. Niech się kłócą, dogadują i sami podejmują decyzję.
    Zawłaszczenie władzy najlepiej widać w oświacie. Postępuje w niej proces zniewolenia umysłów i działań. Cały proces edukacji przenika coraz bardziej drobiazgowa i subtelna sieć procedur. Nauczyciel, uczeń i rodzic poruszają w gęstej, a zarazem jednorodnej, jednokierunkowej i jednopłaszczyznowej strukturze. W ten sposób są pozbawieni możliwości zastanawiania się, wątpliwości, poszukiwań, dialogu, a przede wszystkim dokonywania wyborów. Edukacja odbywająca pod dyktando anonimowej władzy, jest faktycznie szkołą przetrwania, a nie rozwoju. Nauczyciel, uczeń i rodzic nie czują się właścicielami, budowniczymi i decydentami w procesie edukacji. Tak jak nie czujemy się właścicielami, budowniczymi i decydentami w naszym demokratycznym państwie prawa. Tragedią jest , że szkoła wzmacnia te negatywne zjawiska, zamiast być miejscem ich przełamywania.

    OdpowiedzUsuń