wtorek, 19 czerwca 2012

Studia podyplomowe wysokiego ryzyka, czyli wielka ustawka

Wielka ustawka to termin z obszaru sportowej rywalizacji wskazujący na to, że mają niestety miejsce w sporcie sytuacje przekupywania sędziów i działaczy, by mafiosi mogli zarabiać krocie na oszukańczych zakładach bukmacherskich. Powiada się -„jelenie” obstawiają wyniki, a wtajemniczeni zgarniają zyski.



Podobnie jest w szkolnictwie wyższym. Niektórzy założyciele wyższych szkół prywatnych zmuszają swoje nieliczne kadry do oferowania w reklamach obfitych propozycji kierunków studiów podyplomowych, by kandydaci –„jelenie” dali się na nie zwabić. Tylko wtajemniczeni zgarniają z tego - jakże w wielu przypadkach nieuczciwego procederu - zyski. Jeśli są to studia finansowane ze środków unijnych, niektórzy korumpują w ramach umów o prowadzenie zajęć- przedstawicieli urzędów, które powinny de facto je nadzorować, kontrolować.

Warto zwrócić uwagę, poszukując dla siebie odpowiednich studiów podyplomowych, kto je oferuje i jakim dysponuje do tego celu zapleczem naukowym, kadrowym. Niestety, z analiz NIK, ale także rozpoczętych już ewaluacji instytucjonalnych w szkolnictwie wyższym, jakie prowadzi Polska Komisja Akredytacyjna wynika, że wiele wyższych szkół prywatnych oferuje bardzo szeroką gamę propozycji studiów podyplomowych, nie dysponując do ich organizacji a – co najważniejsze – do ich merytorycznej realizacji – właściwymi specjalistami. W tym sensie są to studia wysokiego ryzyka, bo jeśli ktoś nadal uważa, że dzisiaj wystarczy mieć dyplom ukończonych studiów podyplomowych bez rzeczywistych kwalifikacji, to znajduje się w błędzie. Owszem, kupi sobie „kwit”, ale daleko z nim nie pociągnie, bo pracodawca szybko zorientuje się, że ma do czynienia z właścicielem owego „kwitu”, a nie (wy-)kształconym specjalistą w danej dziedzinie.

Dla wielu osób wybór studiów podyplomowych i ponoszenie mimo wszystko dość wysokich kosztów oraz wyrzeczeń, może oznaczać przy złej decyzji tylko i wyłącznie stratę. Chyba, że ważny jest tylko kwit. Wtedy studiujmy gdzie chcemy, nawet w sali remizy strażackiej. Jeśli jednak zależy komuś na uzyskaniu pełnowartościowego wykształcenia, to niech się dobrze zastanowi nad tym, komu powierzy tę nadzieję. Może bowiem zaoszczędzić na czymś, co będzie tyle samo warte, ile papier, na którym wydrukowany został dyplom „ukończonych” studiów.

Na co zatem zwracać uwagę? Przede wszystkim należy zobaczyć na stronie internetowej wyższej szkoły prywatnej i państwowej, jaką ma stałą kadrę akademicką i jakie prowadzi kierunki kształcenia? Jeśli nie ma na stronie informacji o nauczycielach akademickich, to znaczy, że albo władze uczelni chcą coś ukryć przez opinią publiczną, albo wstydzą się tej kadry, mają świadomość jej niskiej wartości, albo mają jakiś inny powód, by się nią nie pochwalić. A przecież, jak ktoś idzie do kina na film, to interesuje go to, kto gra w nim główne role. Jak kupuje książkę, to też chce wiedzieć, kim jest jej autor itd. Ciekawostką jest to, że tzw. "wsp" nie podają przy oferowanych studiach podyplomowych, kto będzie prowadził zajęcia, kto jest ich kierownikiem i jacy specjaliści będą gwarancją przekazanych nam kwalifikacji.

Jakiż to powód skrywania przed ewentualnymi klientami tego, kto w tej szkole pracuje, kto będzie prowadził zajęcia? Jeśli zatrudnia się tylko minimum kadrowe (po kilku wykładowców ze stopniem doktora czy doktora hab. do danego kierunku, często emerytowanych nauczycieli), ale na stronie ukrywa lub wykazuje kilkunastu czy nawet kilkudziesięciu akademickich wykładowców, to mamy do czynienia z najzwyklejszą ściemą. Skąd wiemy, jak zostaną zabezpieczone nasze interesy, jako ewentualnych klientów takich studiów? Zapytajmy w internecie, na forach, kto już uczestniczył w oferowanych przez wyższa szkołę prywatną studiach podyplomowych i czego rzeczywiście się nauczył, jaki jest poziom jego/jej zadowolenia, a ponadto, czy otrzymany dyplom spełnia wymogi prawne.

Na tym właśnie polega różnica między ściemniaczami a edukatorami z prawdziwego zdarzenia, że ci właściwi zatrudniają na stałe kadry naukowe i wykładowców nie tylko dla potrzeb dydaktycznych, ale przede wszystkim do prowadzenia badan naukowych. Trudno bowiem, by na studiach dla magistrów i licencjatów zajęcia prowadziły w przeważającej mierze osoby z tym samym stopniem wykształcenia? Co to za edukacja podyplomowa w wykonaniu tych, którzy reprezentują ten sam poziom wykształcenia, co ich studenci? Ściemę zatem można poznać po liczbie proponowanych kierunków studiów podyplomowych. Zasada jest prosta. Im mniej liczne ma dana tzw. „wsp” uprawnienia do kształcenia na kierunkach studiów (np. kształci tylko na jednym, dwóch lub co najwyżej trzech kierunkach, nie posiada uprawnień do nadawania stopni naukowych w danej dyscyplinie naukowej), tym więcej oferuje kierunków studiów podyplomowych.

Jeśli chcemy podjąć studia na jednym z pedagogicznych kierunków studiów podyplomowych, to sprawdźmy zatem, kto będzie prowadził zajęcia, jaki jest program i możliwości wyegzekwowania od edukatora oczekiwanej jakości. Jeśli bowiem jakaś szkoła proponuje - przykładowo: studia z zakresu tyflopedagogiki, oligofrenopedagogiki czy wychowania fizycznego, a ani nie kształci w ramach tego kierunku studiów i specjalności na studiach I i II stopnia, ani też nie posiada u siebie naukowców reprezentujących tę subdyscyplinę wiedzy, nie wpsominając, że nie prowadzi z tego zakresu żadnych badań naukowych, tylko zamierza ściągać kogoś na krótkie umowy o dzieło (tzw. umowy śmieciowe), to nie liczmy na otrzymanie tego, na czym nam zależy.

Nie dysponując bowiem odpowiednią (satysfakcjonującą biznesowo założyciela szkoły) liczbą studentów studiów I i II stopnia, będzie on/ona usiłował zarabiać na studentach podyplomowych, wpuszczając ich w kanał niekompetentnych kadr, a tym samym i banalizacji treści, form oraz bylejakości metod kształcenia. Im więcej oferuje się pokrewnych tematycznie studiów podyplomowych, tym chętniej tacy założyciele łączą ze sobą zajęcia grup różnych kierunków studiów, by zaoszczędzić na kosztach, a tym samym oferować byle jaką edukację. Kryje się za takimi ofertami hasło: nie jest ważne, co studiujesz, ale to, że tanio i z "gwarancją" ukończenia studiów.

W istocie, tylko uczelnie akademickie – tak prywatne, jak i publiczne, które kształcą na kierunkach, w ramach których dysponują uprawnieniami do nadawania stopni naukowych –gwarantują dostęp do najwyższej klasy specjalistów, prowadzących badania naukowe, publikujących i kształcących nie z pożółkłych kartek, z jakimi zatrudnia się emerytowanych akademików w tzw. „wsp”. Warto porównać oferty akademii, uniwersytetów, politechnik a nawet niektórych państwowych wyższych szkół zawodowych, by przekonać się, kto stoi za ofertą kształcenia, jakie wiążą się z nią wartości i czego realnie możemy spodziewać się po ich organizatorach.

W wielu środowiskach „wygrywa” maksyma, że dopóki ci nie udowodnią działań niezgodnych z prawem, dopóty czyn moralnie naganny staje się dozwolony. Nic dziwnego, że niektórzy kierują się zasadą ryzykowania, dopóki ich ktoś nie złapie za rękę. Taki jest gdzieniegdzie ten polski biznes akademicki.

1 komentarz:

  1. Jestem absolwentką dwóch podyplomówek prowadzonych przez uczelnie państwowe. Cóż napisać - uczelnia uczelni nie jest równa. Sadzę, że o poziomie nie tyle decyduje status własności: państwowa czy prywatna, ale kadra i jej zaangażowanie. Ponadto nastawienie samych uczestników studiów podyplomowych. Jeśli uczestnicy chcą się czegoś dowiedzieć/nauczyć, to serio traktują zajęcia i stawiają wymagania wykładowcom. Jeśli traktują to jako formę zdobywania kwitu, to po prostu wywierają presję (futbolowy "pressing") na prowadzących, by wymagali, jak najmniej, podpisali karty i zostawili ich w spokoju. Tylko, że często te kwity tworzą "złudzenie kompetencji" i w następstwie błędne działania w praktyce, także pedagogicznej.
    Konkluzja: kształcenie na poziomie podyplomowym ma sens tylko w bardzo dobrych uczelniach z kadrą zaangażowanych specjalistów. Reszta to: komercyjne tworzenie kwitów na potrzeby stanowiska pracy w firmie.

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.