poniedziałek, 11 czerwca 2012

Niesamorządna samorządność szkolna

Gdyby żyła Maria Dąbrowska, to nie mogłaby po 23 latach III RP napisać, że TU ZASZŁA ZMIANA. Rzecz dotyczy polskich szkół publicznych i "istniejących" w nich niesamorządnych samorządów szkolnych.

We wrześniu 1982, kiedy w Polsce obowiązywał stan wojenny, a władza rozprawiała się z opozycją polityczną, nagradzając środowisko nauczycielskie za posłuszeństwo przywilejami, czyli ustawą Karta Nauczyciela, minister oświaty i wychowania wydał „Zarządzenie w sprawie zasad działalności samorządu uczniowskiego”. Dokument ten regulował w skali ogólnopolskiej wspólne dla wszystkich szkół zasady, jakimi powinni kierować się uczniowie tworzący w nich samorządy. Był w tym zawarty paradoks wolności, bowiem cóż to za samorządność, która staje się nakazem władzy? Zgodnie z typowym dla władzy autorytarnej pozorowaniem praw, uczniowie we wszystkich szkołach mieli tworzyć samorządy uczniowskie, ale - co ciekawe - nazywały się one samorządami szkolnymi. To tak, jakby w tych szkołach nie było nauczycieli.

Co to jednak za samorząd szkolny, którego członkami nie są nauczyciele, tylko sami uczniowie? W tej sytuacji ów organ (struktura społeczna, społeczność) powinien nazywać się samorządem uczniowskim, a nie szkolnym. Zezwolenie jednak na nazywanie tej społeczności samorządem uczniowskim wymagałoby stworzenia jej pełnych warunków do bycia samorządną, a przecież władza autorytarna (totalitarna, centralistyczna, etatystyczna) nie była i nadal nie jest zainteresowana tym, żeby podlegający jej uczniowie byli samo-rządni. Oni mieli być przecież tylko pozornie samo-rządni, by im się wydawało, że są takowymi, samorządnymi jednak nie będąc. Na tym właśnie polega pozorowanie czegoś, co ma być tym, czym nie jest, choć ma jawić się, jako coś, czym jest, tym jednak w rzeczy samej nie będąc. Wymyślono niesamorządną samorządność, tak jak powstała w okresie PRL czekolada nie będąca czekoladą, demokracja nie będącą demokracją, rynek nie będący rynkiem itd., itd. W ustroju fikcji i pozoru trzeba było nadawać cechy czegoś postulatywnego czemuś temu zaprzeczającemu, chociaż jawiącemu się formalnie jako odpowiadające temu pierwszemu.

Stworzono zatem strukturalną fikcję samorządności, która była szkolną tylko dlatego, że znajdowała się na terenie szkoły, ale nie obejmowała całej szkolnej społeczności. Gdyby samorząd miał być rzeczywiście szkolnym, to musiałby uwzględniać nie tylko uczniów, ale i nauczycieli oraz pracowników administracji szkolnej i pracowników technicznych. Takiej jednak jego struktury osobowej władza quasitotalitarnego państwa nie tylko, że sobie nie życzyła, ale i nie wyobrażała. Jakże to miano tworzyć samorządy szkolne, skoro placówki te nigdy nie miały być samorządnymi, a więc autonomicznymi, samorządzącymi się.

Każdy podmiot szkolny miał swojego pana, samemu będąc zniewolonym. Panem ucznia był - nauczyciel, panem nauczyciela - dyrektor, panem dyrektora - inspektor szkolny, panem inspektora szkolnego - kurator oświaty i wychowania a panem kuratora - minister edukacji, a panem ministra - sekretarz Komitetu Centralnego PZPR ds. oświaty i wychowania, a panem sekretarza KC -pierwszy sekretarz KC PZPR, a panem I sekretarza KC PZPR - premier rządu a panem premiera rządu... i tu kółko się zamykało, bo był nim - I sekretarz PZPR, który zapewne miał swojego pana w ZSRR, itd., itd.

Trzydzieści lat temu czerwonouste władze oświatowe głosiły, że samorząd w szkołach jest potrzebny, by przestrzegano w nich praworządności, a więc by wszyscy podporządkowali się obowiązującym w niej regulacjom. Kto stanowił w szkołach prawo? Patrz wyżej: uczniom - nauczyciel, nauczycielom-dyrektorem, dyrektorem - inspektor szkolny itd., itd. Ba, w szkolnej społeczności każdy podmiot miał inne prawa. Innymi regulowane było życie uczniów (Kodeks Ucznia) a innymi prawa nauczycieli (Karta Nauczyciela). Gdyby istniał samorząd szkolny zgodnie z istotą tej struktury społecznej, to musiałby istnieć w szkołach jakiś wspólny mianownik praw, by było czytelne nie tylko to, kto i jak ma przestrzegać wspólne prawa, ale i kto oraz jak ma sprawdzać, oceniać i egzekwować ich przestrzeganie. Musiałaby zatem być powołana jakaś instancja - jak u Janusza Korczaka w Domu Sierot - która rozstrzygałaby sprawy sporne, konfliktowe związane z nieprzestrzeganiem przez kogoś praw. Takowego strażnika praw ministerstwo nigdy nie przewidywało w szkołach, bo kto miałby być w szkole policjantem, kto prokuratorem, kto sędzią, a kto katem?

Istotą samorządu jest to, by jego członkowie wychowywali siebie samych i jedni drugich, a jakże tu zgodzić się na to, by wychowawcami wychowawców (nauczycieli) mieli być ich uczniowie? To, że miało, było i jest na odwrót, nikogo nie dziwiło i nie dziwi, a nawet wydaje się oczywiste samo przez się. Samorząd nie jest żadnym narzędziem, strukturą, organizacją - jak pisali przed laty Aleksander Kamiński czy Julian Radziewicz, tylko jest metodą. W samorządzie nie ma kierowników i podwładnych. Są tylko ci, którzy zobowiązali się, że będą coś robić dla wszystkich – i są wszyscy, którzy to kontrolują i oceniają. Korzyści muszą mieć i jedni, i drudzy. Samorząd, który nie przynosi korzyści wszystkim – nie jest samorządem.
(J. Radziewicz, Równi wśród równych, czyli o samorządzie uczniowskim, Warszawa: Instytut Wydawniczy „Nasza Księgarnia” 1985, s. 12)Jakże jednak nauczyciele mieliby coś robić dla uczniów, albo uczniowie dla nauczycieli, by tak jedni, jak i drudzy mieli z tego korzyść, skoro to nie oni rozstrzygali w tamtym ustroju o tym, co jest korzyścią, a co nią nie jest?


Nie tylko tworzenie samorządów szkolnych (uczniowskich) miało charakter heterogeniczny, a nie autonomiczny, ale i zasady jego działania musiały być zatwierdzane przez radę pedagogiczną. Samorząd uczniowski nie był suwerenny w swojej sprawczości, skoro musiał wnioskować do dyrektora szkoły w sprawie powołania nauczyciela, w tym dla samorządów klasowych – wychowawcy klasy na opiekuna tej społeczności z ramienia rady pedagogicznej. To władze szkolne miały też czuwać nad zgodnością działalności samorządu uczniowskiego z celami wychowawczymi szkoły, a te przecież nie były stanowione czy współstanowione przez uczniów czy ich rodziców, gdyż określała je na każdy rok szkolny władza polityczna kraju.

Czy coś w tych kwestiach uległo od tamtej pory zmianie?

15 komentarzy:

  1. W sprawie szkolnej samorządności nic się nie zmieniło, bo struktury są te same. Zmieniły się nieco idee wiodące, np. to już nie tyle wspólna praca, co tolerancja i demokracja. Na dobrą sprawę o wiele uczciwsza i sprawiedliwsza jest partycypacja i z wpisu Pana Profesora wynika, że samorządy szkolne zgodnie z nazwa powinny być PARTYCYPACYJNE, czyli takie, w których współuczestniczą nauczyciele i uczniowie, a nie wprawdzie demokratyczne w relacji uczeń -uczeń i jednocześnie autorytarnie zarządzane przez radę pedagogiczną. Więc, co mamy heh... jak to określa prof. H. Kiereś "socjalizm w falbankach", a tu link do znakomitego moim zdaniem wywiadu z Nim, który porządkuje kwestie światopoglądowe liberalizmu: http://www.bibula.com/?p=57458

    OdpowiedzUsuń
  2. Jako członek wielu samorządów nie tylko uczniowskich sądziłem że ten temat( samorządności ) jest już na tyle znany i skompromitowany że poważni i mądrzy ludzie dali sobie już z tym spokój. Ale skoro nadal nawet profesorowie zaprzątają sobie tym głowę to i ja jako praktyk dodam swoje trzy grosze. Samorządność to fikcja i utopia bez względu na ustrój w którym obowiązuje. Bo jak mawiał sympatyczny pan Pawlak do równie sympatycznego pana Kargula. Demokracja demokracją a rządzić ktoś musi. A od siebie dodam że brać odpowiedzialność za to rządzenie też.....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma anonimowy racji, że samorządność to fikcja. Warto poczytać o placówkach, w których samorząd nie był i nie jest fikcją - polecam A.S. Neill, D. Gribble, R. Meighan, A. Ferriere, J. Radziewicz, A. Kamiński, J. Korczak, K. Starczewska, C. Freinet, ... itd., itd. Warto poczytać, by nie fałszować rzeczywistości.

      Usuń
    2. Szanowny Panie Profesorze..być może gdzie indziej są.. , ale ja swoje spostrzeżenia opieram na Tu I Teraz i niestety z przykrością stwierdzam że to fikcja i utopia, choć przyznaję że piękna....

      Usuń
    3. Nie być może, tylko są. Proszę wypożyczyć sobie książkę: Edukacja alternatywna XXI wieku, red. Z. Melosik , B. Śliwerski, Impuls 2011 i obejrzeć załączoną do niej płytę CD z filmem - reportażem z trzech warszawskich szkół demokratycznych.

      Natomiast mój post dotyczył szkół publicznych. Tu w 100 % zgadzam się - w kwestii samorządności jest fikcja i pozoranctwo

      Usuń
    4. >... reportażem z trzech warszawskich szkół demokratycznych. <
      A to w Warszawie są jakieś szkoły demokratyczne???;-)
      Niech Pan poda choć jedną...;-)
      Tylko oczywiście nie Bednarską, bo tam to już od dawna fasada i fikcja...

      Usuń
    5. Doprawdy, trudno z takimi ogólnikami polemizować czy je akceptować. Prosze zobaczyć materiał a potem napisać, że coś jest fikcją.

      Usuń
    6. Jako warszawski nauczyciel znam oświatę w swoim mieście i to od strony uczniów...;-)
      Papier czy nośnik pamięci zniesie każdą mistyfikację, pozór i fasadę. Na szczęście ludzie, którzy w tym uczestniczą - nie bardzo...

      Usuń
  3. aż dziw bierze, że godzimy się na to, z czego mieliśmy się wyzwolić.

    OdpowiedzUsuń
  4. Robiłem badania we wszystkich gimnazjach w pewnym powiecie (dość sporym). Pytałem dyrektorów, czy jest samorząd w szkole i czy ma prawo decyzyjne- odpowiadali mi że tak, wszyscy.
    Drugie pytanie brzmiało: czy w ciągu ostatnich 5-7 lat zmieniono choć jeden przepis w jakimkolwiek prawie szkolnym na wniosek lub prośbę uczniów, zmodyfikowano cokolwiek? Odpowiedź brzmiała .... nie, też w 100 procentach.

    OdpowiedzUsuń
  5. Z moich badań nauczycieli wynika, że odpowiadają oni "zgodnie z oczekiwaniami" badającego, czyli są w roli "dobrej osoby badanej" - na marginesie jeden z podstawowych błędów w trakcie badań. Stąd często podają sprzeczne odpowiedzi, jak w przykładzie Belfra. Zatem uważam, że badania ankietowe (kwestionariuszowe) nauczycieli są mało wiarygodne. Bardziej sensowne są wskaźniki obserwacyjne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie znam badań Belfra, ale nie widzę w tym, o czym pisze, sprzeczności. Dyrektorzy mogli odpowiedzieć, że samorząd ma prawo decyzyjne i zarazem na inne pytanie stwierdzić, że z nich nie korzysta. Wszyscy mamy wiele praw, tylko z nich nie korzystamy

      Usuń
  6. Błąd: pytałem dyrektorów, pedagogów, rodziców i samych uczniów. Poza tym proszę przeczytać uważnie mój post, tu nie mówimy o deklaracjach typu: ile Pani/Pan poświęca na przygotowanie do lekcji.
    To były bardzo poważne i długie badania, wywiady, wywiady pogłębione, analiza dokumentów i kontakt z jednostkami nadrzędnymi.
    Łatwo rzucić: sprzeczne informacje- jak się nie zna całości.

    OdpowiedzUsuń
  7. Belfer: a ja kiedyś weszłam w konflikt z urzędnikami na szkoleniu, bo próbowałam im wyjaśnić negocjowanie według zasad i obowiązującego prawa, a oni omal mnie nie zlinczowali, że "praktyka wygląda inaczej" i oni "muszą", "bo taki jest nakaz", a "nie mogą jak chcą i powinni". Dramatyczne! - ale wiele osób uważa, że jest ponad prawem i w ten sposób uniemożliwia korzystanie z praw innym, wywierając przy tym presję, jaką jest np. groźba utraty pracy.

    OdpowiedzUsuń
  8. Tak jak w 2010/2011 prowadząc szkolenia naprawcze dla szkół z najniższą oceną próbowałem mówić o podmiotowości, nauczaniu indywidualnym, dostosowaniu wymagań do poziomu ucznia, często z opiniami i orzeczeniami z poradni. Przy okazji mówiłem o samorządności, aby dać możliwość wypowiedzenia się drugiej stronie, posłuchania jej. Byłem wiele lat nauczycielem, znam to środowisko i czasami wiem jak im coś powiedzieć, aby to choć przemyśleli. Wówczas w czasie tych setek godzin spędzonych w szkołach spotkałem się z totalnym odporem.
    Ale może dlatego że to były najgorsze szkoły z najniższą oceną ...:)

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.