czwartek, 14 czerwca 2012

Jaka pedagogia obowiązuje w szkołach publicznych?




Jeden z czytelników blogu podzielił się - poza komentarzami na tym forum - swoją wątpliwością, która wynika z niemożliwości rozeznania się przez niego jako rodzica w tym, jaka pedagogika jest realizowana w szkolnictwie publicznym. Pisze do mnie tak:

Czy dobrze rozumiem, że w pedagogice, jak w każdej dziedzinie nauki istnieją i rozwijają się różne nurty i szkoły? Czy, na przykład, dobrze kojarzę tę różnorodność z nazwiskami: Piaget, Korczak, Montessori, Waldorf , ... ?(jestem ignorantem w tej kwestii, więc mogłem zrobić błędy). Jeśli tak jest, to jakie trendy występują, a może obowiązują w naszej oświacie ? Jakie "pedagogiki" można spotkać w naszych szkołach ? Jak to jest: czy szkoły wybierają swoją "ulubioną szkołę pedagogiczną" ? A może każdy nauczyciel stosuje wybraną teorię lub jej elementy? A może jest jakaś jedna, uniwersalna teoria i praktyka pedagogiczna ? - Jaka ?

Czy MEN i władze oświatowe propagują jakąś konkretną szkołę pedagogiczną? Pytanie kluczowe: czy mam prawo zapytać szkołę mojego dziecka "jaka pedagogika u was obowiązuje, jest teraz na topie ?". Czy takie pytanie jest zasadne, czy ma sens ? To są pytania rodzica, który czuje się zagubiony w polskiej dżungli oświatowej. Za rok moje dziecko pójdzie do nowej szkoły. Oni zawsze zwracają się do mnie, do rodziców z pytaniem: "czy macie, państwo, jakieś pytania ?". Wówczas, zazwyczaj zapada cisza, a po niej ktoś zadaje pytanie o sprawy szóstorzędne. Zastanawiam się czy są sprawy pierwszorzędne, o które warto zapytać. Stąd mój list do Pana.


Moja odpowiedź na powyższe kwestie jest następująca:

Ministerstwo Edukacji Narodowej nie ma i mieć nie powinno jednej wizji czy modelu edukacji dla szkolnictwa publicznego, gdyż nie powinno ono mieć jednolitego charakteru w całym kraju tak, jak było w państwie monistycznej ideologicznie władzy. Istotnie zatem jest tak, że po odwrocie i upadku jednolitej szkoły wychowującej zgodnie z świeckim, materialistycznym światopoglądem, jaki był narzucany przez władze oświatowe i polityczne okresu PRL weszliśmy w ustrój demokratyczny, w którym społeczności szkolne same powinny wypracowywać model roli własnej – publicznej szkoły w edukacji dzieci czy młodzieży. To od dyrektorów szkół i współpracujących z nimi rad pedagogicznych powinno zależeć, zgodnie z jaką pedagogią będzie realizowany w „ich” szkołach proces kształcenia i wychowywania osób.

MEN jednak nie pozostawia tych procesów środowiskom szkolnym, gdyż to, do czego może je zobowiązać i zmusić, to do realizacji przyjętej przez władze podstawy programowej kształcenia ogólnego czy w szkołach zawodowych – edukacji zawodowej. Nauczyciele szkół publicznych nie mogą zatem nie realizować narzuconego im przez resort programu (treści) kształcenia. Nie mogą tez sami rozstrzygać, jak będą organizować ten proces, gdyż obowiązuje ich gorset w postaci systemu klasowo-lekcyjnego, a więc ramowych planów kształcenia, czasu trwania roku szkolnego, czasu trwania jednostek dydaktycznych, podziału uczniów na zespoły klasowe lub międzyklasowe, przydziału nauczycieli według określonych kwalifikacji zawodowych itp . Jak więc tu mówić o zróżnicowaniu pedagogicznym publicznej edukacji, skoro jest on wciśnięty w określone ramy formalno-prawne? Nauczyciele mogą jedynie sami rozstrzygać o tym, jakie wykorzystają w pracy z uczniami środki dydaktyczne, jakimi będą kierować się regułami (zasadami) kształcenia (bo na wychowanie nie ma tu już zbyt wiele miejsca), jakie dobiorą sobie techniki, metody czy formy aktywności. Wszystko to jednak musi zmieścić się w narzuconych im ramach.

Ci nauczyciele, którzy nie chcą pracować w szkołach tak, jak większość, mogą opracować własną innowację czy eksperyment pedagogiczny i spróbować uzyskać akceptację władzy. Ta zaś dysponuje kryteriami (rozporządzeniem MEN o innowacjach i eksperymentach) dopuszczającymi do modyfikowania czy doskonalenia procesu dydaktycznego w szkołach publicznych zgodnie z innymi zasadami, niż powszechnie obowiązujące. Otwartość szkoły publicznej na alternatywę jest zatem połowicza, ale możliwa. Komu się jednak chce pokonywać bariery administracyjne, rejestrowania, opiniowania, pozyskiwania partnerów-sojuszników tak w radzie pedagogicznej, jak i w gronie rodziców, by realizować własną pedagogię w klasie szkolnej w ramach własnego przedmiotu?

Jeśli zatem rodzice chcą wiedzieć, czy nauczyciel ich dziecka realizuje autorski program kształcenia i wychowania, musza o to zapytać wprost – czy takowy ma miejsce w jego przypadku, czy też będzie on realizował powszechnie obowiązujący model edukacji publicznej. Nauczyciele sami zresztą chwalą się tym, że realizują autorski program i jest to także publikowane na stronie internetowej konkretnego przedszkola czy szkoły. Jeśli nie jest to program autorski, to coraz częściej zdarza się, że wdrażają powszechnie akceptowany przez MEN jeden z modeli szkolnych, które mają swoją nazwę i wyróżnik także na stronie resortu edukacji. Są to modele szkół, z których jedne mają charakter pilotażu, a więc przygotowywania placówek publicznych do powszechnej realizacji ustalonych przez władze zasad i rozwiązań programowo-metodycznych, jak np. model „Szkoły cyfrowej”, inne zaś są inicjowane przez organizacje pozarządowe i zarazem popierane (w wyniku ich lobbingu) przez władze resortu jako już cieszące się popularnością i mające swoje względnie czytelne zasady aktywizowania uczniów i społeczności szkolnej do uczenia się, jak np.: „Szkoła z Pasją”, „Radosna Szkoła”, „Otwarta Szkoła”, „Szkoła Obywateli”.

Niektóre z tych modeli są w sposób jawny popierane przez MEN w ramach zachęt materialnych (konkursy, projekty na dofinansowanie), a niektóre znikają z ofert władzy, kiedy ta zmienia się z prawicowej na liberalną czy lewicową lub na odwrót. Tak się np. stało z modelem "Szkoły zróżnicowanej", którą inicjował i popierał gabinet Romana Giertycha czy z modelem edukacji domowej, o której już w MEN nawet się nie mówi. Dzisiaj nie znajdziemy na stronie resortu edukacji nawet wzmianki o tym, że kiedykolwiek obie pedagogie były tu afirmowane na stronie internetowej.




Tak więc rodzice mogą zwrócić uwagę, czy szkoła, do której będą uczęszczały ich dzieci, realizuje jeden z powyższych modeli edukacyjnych i co się za tym kryje lub z czym one się wiążą. Niektóre z nich wygasają po latach, jak np. model „Szkoły z Klasą”, chociaż być może zachował się jeszcze na budynku szyld. Nie zawsze jednak kontynuowane są w takiej szkole zasady czy zadania, które obowiązywały w trakcie ich wdrażania w fazie zauroczenia i zachwytu lub chęci wyróżnienia się za wszelką cenę mimo niespełniania nawet części z określonych w ramach danego podejścia norm pedagogicznych.




Jedynie niektóre szkoły niepubliczne wyrózniają się jednoznaczną, czytelną i identyfikowalną pedagogią, która albo ma charakter naśladowczy np. szkoły Montessori, szkoły Steinera (waldorfskie), szkoły Planu Daltońskiego, szkoły salezjańskie, szkoły edukacji zróżnicowanej (single sex education), szkoły demokratyczne, szkoły Planu Jenajskiego, itp., albo ma charakter autorski, narodowy (np. Szkoła Autorska w Łodzi, Autorskie Licea Artystyczne), albo są to szkoły takie same, jak publiczne, tyle tylko, że odpłatne.


15 komentarzy:

  1. W polskiej szkole obowiązuje dziś raczej instrukcja kancelaryjna i kpa niż jakaś pedagogia czy coś podobnego...;-) Liczą się tylko papiery, procedury oraz ich dokumentowanie i inne formalności!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Na dzień dzisiejszy w polskiej szkole funkcjonuje zlepek metodyk różnego pochodzenia, a brakuje metody i metodologii, której to nikt nigdzie pedagogów solidnie nie uczy - bo i po co? Brak metody i metodologii łączy się z brakiem wiedzy humanistycznej, w tym szczególnie z brakiem pojęcia o antropologii filozoficznej, etyce ogólnej i szczegółowej oraz teorii poznania.

    Na marginesie, ponieważ brakuje metody i metodologii w pedagogice, dlatego w naukach pedagogicznych brakuje także porządnych opracowań badawczych - żenada polega na tym, że znane są mi opracowania profesorów pedagogiki, które mają charakter wyłącznie badań jakościowych, a opracowania liczbowe odwołują się wyłącznie do udziałów procentowych zaznaczonych w kwestionariuszach odpowiedzi. A już szczytem niekompetencji dla mnie jest używanie sformułowania "kwestionariusz ankiety", takiego samego zresztą określenia używają często socjologowie. Dlaczego o tym piszę, - bo ankieta, to 3 do 5 pytań otwartych, a kwestionariusz, to przede wszystkim większa liczba pytań zamkniętych. Natomiast moim zdaniem to, co pedagodzy określają mianem "kwestionariusz ankiety" jest zwykłym wywiadem standaryzowanym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nikt, nigdzie, wyłącznie,... takie generalizacje z dużym kwantyfikatorem, to jeden z podstawowych błędów metodologicznych, jakie popełniają krytycy prac pedagogicznych, a sa nuimi najczęściej niedouczeni metodologicznie niektórzy psycholodzy i socjolodzy. Nie dostrzegają belki we własnym oku.

      Sławek

      Usuń
  3. Sławek: A zatem proszę mi podać tytuł porządnego podręcznika do metodologii pedagogiki oraz uczelnię w Polsce, gdzie uczy się pedagogów metodologii i filozofii, poza historią filozofii.
    Tak się składa, że uczestniczyłam i uczestniczę w różnych radach pedagogicznych, jak i konferencjach organizowanych zarówno przez psychologów, jak i pedagogów, i niestety widać różnicę w świadomości metodologicznej i poziomie dyskursu naukowego w różnych środowiskach. Jednak rozumiem, że są wśród pedagogów wyjątki, do których owe kwantyfikatory nie pasują.
    Prosta sprawa, aby psycholog miał prawo napisać opinię musi przeprowadzić badanie wystandaryzowanym testem i zinterpretować według określonych reguł. A jakimi wystandaryzowanymi narzędziami posługują się nawet douczeni pedagodzy?
    Odpowiedź brzmi: żdanymi, bo przede wszystkim na studiach pedagogicznych nie uczy się statystyki i metodologii nauk, które to przedmioty są obowiązkowe na psychologii i socjologii. A, że nie wszyscy psycholodzy i socjolodzy są douczeni, to inna sprawa.
    Do czego zmierzam - a do tego, że w gruncie rzeczy właśnie do psychologów trafiają "błędy pedagogiczne", których ostatnio jest wyjątkowo dużo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To musisz się Anonimowy jeszcze douczyć, bo masz kiepska orientację. Pedagodzy mają wystandaryzowane narzędzia badawcze - np. Jacka Pyżalskiego i Piotra Plichty, Krzysztofa Rubachy czy Ewy Wysockiej. Trochę zmieniło sie w polskiej pedagogice tyle tylko, że Anonimowy ma wdrukowaną pogardę, bo wie lepiej, mimo swej niewiedzy. Z przykrością musze stwierdzić, że to pedagodzy musza naprawiać błędy dennej diagnozy niektórych psychologów. Warto przyjrzeć się głebiej własnemu środowisku, zanim zacznie się szukać u innych. Mógłbym podać setki tzw. prac empirycznych z psychologii, które są pełne artefaktów i kardynalnych błędów metodologicznych. Nie bez powodu odpadają już na I etapie w konkursach w NCN. A tam oceniane są przez psychologów.
      Sławek

      Usuń
  4. a ja z innej beczki, choć to co chcę powiedzieć z całą pewnością ma wymiar pedagogiczny. Prze d chwilą zakończył się mecz Hiszpania-Irlandia i choć Irlandia przegrała w tym pojedynku aż 4 do 0 to jednak niezwykle wzruszające były ostatnie chwile, kiedy to zawodnicy pewni już swojej porażki grali do końca a kibice pomimo rozczarowania nie przestawała śpiewać swojej drużynie. Mieliśmy więc do czynienia z ilustracją tego co kilka postów niżej pisał Pan o grze FARIPLAY. Jeśli więc miałbym powiedzieć jaka pedagogika winna obowiązywać w naszych szkołach to powiedziałbym, że jakakolwiek jeśli tylko nauczy nas tak szlachetnej i godnej pochwały postawy. Proszę nie publikować tego postu jeśli uzna Pan, że nie jest w temacie

    OdpowiedzUsuń
  5. Komentarz jest jak najbardziej w temacie. Też byłem zachwycony postawą Irlandczyków, nie tylko w trakcie meczu, ale i przed - choć piszę o tym jedynie na podstawie relacji dziennikarzy. Trzeba umieć przegrywać z lepszym, ale z godnością i radościa grania.

    OdpowiedzUsuń
  6. Cieszę się, że i Pan zwrócił na to uwagę. Ta piękna ilustracja z pewnością obiegnie za kilka godzin wszystkie najważniejsze telewizja, radia, i portale internetowe na świecie.

    ...ten moment kiedy Hiszpanie dosłownie płakali składając gratulacje swoim rywalom...COŚ PIĘKNEGO. I niech kto teraz powie, Stefan Wołoszyn uśmiecha się teraz w niebie:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Oj tak, to są piękne przeżycia, niepowtarzalne. Chętnie napiłbym się teraz z Irlandczykami Guinessa. Ciekawe, co przyniesie dzien jutrzejszy.

    OdpowiedzUsuń
  8. Wierzę, że bez względu na wynik sobotniego spotkania polskiej i czeskiej drużyny i jedni i drudzy po meczu równie pięknie sobie podziękują i że będzie to największe zwycięstwo ...obu drużyn...czego sobie Panu i wszystkim państwu życzę z całego serca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak to się zapowiada. Kibice z Czech mówili dzisiaj, żebyśmy za nich trzymali kciuki, to oni będą trzymać za nas. A ja będę jak rozdarta sosna... ale po meczu wypiję czeskie piwo i poprawię polskim.

      Usuń
  9. Sławek: podejrzewanie mnie o pogardę do pedagogów jest raczej Pana wyobrażeniem na temat tego, czym pogardzam, a co szanuję. Faktycznie skończyłam psychologię, dodam, że byłam jedną z kilku osób, które na moim roku chodziły na wykłady z pedagogiki. Tak więc od czasu studiów uważam tę naukę za bardzo ważną. Jestem też zdania, że w czasach PRL-u i obecnie jest ona nieustannie dewastowana przez ideologie. Jakieś czternaście lat temu w trakcie egzaminu doktorskiego byłam zapytana o to, co moim zdaniem najbardziej szkodzi polskiej szkole i wtedy odpowiedziałam "liberalizm" - na tym egzamin się skończył, zresztą z wynikiem pozytywnym. Poza tym od lat dziewięćdziesiątych mam stale dostęp do dokumentów kolejnych reform edukacji, bacznie obserwuję to, co się dzieje na uczelniach i potem po ich zakończeniu, np. ostatnio sprawdzałam prace zaliczeniowe pedagogów i ze smutkiem muszę stwierdzić, że mają potężne problemy z formułowaniem wypowiedzi na piśmie.
    Dziękuję za informacje, szczególnie na temat podręcznika prof. Rubachy. Chętnie się z nim zapoznam - zdaje się pierwsze poważne dzieło od wielu lat na ten temat w Polsce. Na marginesie - ciekawe, że recenzował je prof. psychologii... wywodzący się ze środowiska poznańskiego, zresztą bardzo solidnego pod względem metodologicznym (czy także na ten fakt zwrócił Pan uwagę?).
    Tymczasem, jedna jaskółka wiosny nie czyni i wiele jeszcze wody musi w Wiśle upłynąć nim pewne pojedyncze inicjatywy i publikacje staną się elementem kultury pedagogicznej w polskich szkołach.
    A na stwierdzenie, że pedagogika wymaga dalszych opracowań na temat suwerennej metodologii nie ma się co obrażać, tylko potraktować to jako informację i zadanie dla pedagogów, by nad tym pracowali. Cóż, dyscyplina bez metodologii nie jest nauką tyko ideologią.
    Czy więcej błędów popełniają psychologowie, czy pedagodzy nie wiem, bo jeszcze na ten temat nie robiłam badań. Z pewnością i jedni i drudzy jeśli chcą być efektywni w swoim zawodzie potrzebują nieustannie pogłębiać wiedzę i współpracować ze sobą.

    PS. Pytanie problemowe: Z jakiej to pedagogiki czerpała pani przedszkolanka, która kazała czteroletniej dziewczynce wejść w pokrzywy po buciki i dziewczynka wróciła do domu cała w bąblach? Jako być może "niedouczonego psychologa", który dzisiaj miał taki przypadek bardzo mnie ta kwestia interesuje. I jak Pan myśli, jakie emocje w dziecku powstały po takim zdarzeniu?

    OdpowiedzUsuń
  10. Jeśli wolno, to chciałbym przyłączyć się do dyskusji...

    Ponieważ z wykształcenia jestem filozofem a sprawy o których się tu dyskutuje niewątpliwie pozostają w ścisłym związku z metodologią (która jak wiadomo jest jedną z ważniejszych subdyscyplin filozofii) być może uda mi się wprowadzić do dyskusji pewien porządek. Różnicie się Państwo w kwestii, która jest w istocie kwestią formalnie nierozstrzygalną. Wbrew pozorom bowiem przedmiot waszego sporu nie sprowadza się w do pytania "jak winna wyglądać naukowo uprawiana pedagogika?" ile to kwestii o wiele bardziej podstawowej tj. "czym jest tzw nauka?". Ponieważ nie udało się jak dotąd - i zdaniem wielu nigdy nie uda się - odpowiedzieć na sformułowane wyżej pytanie w taki sposób, aby zadowolić wszystkich, nie da się też rozstrzygnąć Państwa sporu. Nie oznacza to oczywiście, że jakkolwiek dyskusja na temat pedagogiki i dyscyplin pokrewnych nie ma sensu, Oznacza to jedynie, że musimy raz jeszcze skupić się przede wszystkim na pytaniach, które sobie stawiamy.

    Otóż pozwalając sobie w tym względzie na znaczące uproszczenie można powiedzieć, że problem dotyczący nauki jako takiej dyskutowany bywa najczęściej wśród humanistów. Ci ostatni dzielą się zwykle na trzy podstawowe obozy, których rożnie wzajemny do siebie stosunek a który to możemy zilustrować trzema głównymi tezami. W takim tez ujęciu:

    Rzecznicy obozu I twierdzą, że humanistyka a w konsekwencji wszystkie wchodzące w jej skład dyscypliny ZASŁUGUJĄ NA MIANO NAUKI JEŚLI TYLKO NAUKOWO BĘDĄ ONE UPRAWIANE. Od razu trzeba dodać, że choć zwolennicy tego obozu choć przyznają, ze nie można sformułować adekwatnej definicji "nauki", to z powodzeniem możemy sformułować adekwatne dla tej kategorii „kryteria”. Co ciekawe, twierdzą oni, że w istocie nie potrzeba nam definicji ile kryteriów właśnie, wierzą oni bowiem, że to na podstawie kryteriów właśnie uda nam się wkrótce sformułować definicję. Zwolennicy tego obozu nie ukrywają również, że mając na myśli słowo "nauka" mają oni na myśli w istocie to samo, co ich koledzy reprezentujący dyscypliny przyrodnicze, co wyjaśniać ma zarazem ich przywiązanie do metod ilościowych i najczęściej krytyczny stosunek względem metod jakościowych. Warto także dodać, że zwolenników tego obozu zwykle określa się mianem scjentystów (a ponieważ jest to kategoria stopniowalna, mogą oni być scjentystami radykalnymi [tylko nauka zdolna jest wyjaśniać świat] oraz scjentystami umiarkowanymi [głownie nauka zdolna jest wyjaśnić świat])

    OdpowiedzUsuń
  11. O wiele mniej radykalni (choć sympatyzujący ze zwolennikami obozu I) są zwolennicy obozu II, zdaniem których NAUKI HUMANISTYCZNE NIE SĄ NAUKAMI ALE MOGĄ NIMI BYĆ JEŚLI TYLKO UDA NAM SIĘ ZNALEŹĆ ADEKWATNĄ DLA NICH METODĘ BADAWCZĄ. Zwolennicy tego obozu podzielają sympatię swoich kolegów względem metod ilościowych, ale w przeciwieństwie do nich nie dyskwalifikują metod jakościowych, twierdząc że obie mają swoje racje bytu w humanistyce, co więcej, twierdza oni, że tylko profesjonalne badania ilościowe jak i jakościowe mogą czynić humanistykę naukową. Niektórzy nazywają ich „scjentystami krytycznymi”, których motto moglibyśmy wyrazić słowami WPRAWDZIE NIE WIEMY CZYM JEST NAUKA I BYĆ MOZĘ NIGDY SIĘ TEGO NIE DOWIEMY, TO WINNIŚMY WZOWORAĆ SIĘ NA SZYCH KOLEGACH REPREZENTUJĄCYCH DYSCYPLINY PRZYRODNICZE. BOWIEM ONE TEŻ OKAZUJĄ SIĘ BYĆ NAJBARDZIEJ SKUTCZNE.

    I z jednymi i drugimi nie zgadzają się zwolennicy obozu III, zdaniem których humanistyka nie tylko nie jest ale i nie powinna być nauką a już z pewnością w rozumieniu nauk przyrodniczych. Rzecznicy tego obozu traktują często naukę nie tylko jako zjawisko formalne ale i historycznie kulturowo uwarunkowane, tj. jako zjawisko polityczne i ideologiczne (to słowo akurat jest jeszcze bardziej skomplikowane niż słowo nauka). I choć bywają oni nazywani postmodernistami, to jednak nie wszyscy identyfikują się z tą orientacją intelektualną. Twierdzą oni bowiem, że nie trzeba być postmodernistą aby cechować się nieufnym stosunkiem wobec nauki jako takiej. To właśnie zwolennicy tego obozu postulują a w konsekwencji sami uprawiają humanistykę głównie w oparciu o metody jakościowe, twierdząc przy tym, że nie można intepretować rzeczywistości społecznej w kategoriach liczb i wykresów, bowiem jako taka jest przestrzenią subiektywnie uwarunkowaną. I tu pewna uwaga…Otóż zwolennicy tego obozu z pewnością mocno zaprotestowaliby w obliczu sformułowanej przez Panią tezy tj. tezy zgodnie z którą „dyscyplina bez metodologii nie jest nauką tyko ideologią”.
    Zwolennicy tego obozu byliby dokładnie przciwnego zdania, tj. powiedzieliby, że własnie im ściślelsza jest metodologia danej dyscypliny, tym bliżej jej do ideologii. Dlatego głośno domagają się pluralizmu metodologicznego a humanistyce.


    Ponieważ nie zajmuję się pedagogiką a estetyką (a dokładniej teorią filmu, która jakkolwiek jest refleksją humanistyczną) problem o którym Państwo piszecie nie jest mi obcy. My także kłócimy się miedzy sobą czy teoria filmu jest w istocie teorią naukową, tj. czy winny ją cechować kryteria ilościowe, empiryczne (tzw. teoria kognitywistyczne) czy też nie…W istocie spór ten sprowadza się do właśnie do trzech postaw ujętych w przeze mnie w trzy obozy…mnie osobiście najbliżej do zwolenników obozu trzeciego.

    DARIUSZ

    OdpowiedzUsuń
  12. Panie Profesorze. Bardzo dziękuję za odpowiedź, dzięki której poczułem się "mądrzejszy w inteteresującym mnie temacie".
    Pana opis sytuacji potwierdził mój obraz, oparty na intuicji. Pisałem o tym w na swoim blogu w tekście "Szkoła jakaś, szkoła nijaka". Obecna szkoła jest zlepkiem pojedynczych nauczycieli, pracujących w gorsecie narzuconym przez anonimowych urzędników. To jest moje marzenie: żeby wysłać swoje dziecko do szkoły 'jakiejś'. Żeby miała jakąś filozofię, wizję, zasady, plan. Niech by nawet ta filozofia była niezgodna z moją, ale żeby była JAKAŚ. Ale jeśli ktoś chce zrealizować takie marzenie, to musi skorzystać z oświaty niepublicznej. Dlatego czuję się oszukany i oszukiwany przez system oświatowy, przez MEN, a tym samym przez państwo. MEN ma do dyspozycji różnorodne modele pedagogiczne, z których nikt nie chce, nie może, nie potrafi skorzystać. Dlatego moje/nasze dzieci muszą uczyć się w szkołach nijakich i niespójnych. To jest zadziwiające, bo świat idzie w kierunku różnorodności i wielobarwności we wszystkich dziedzinach. Nasza edukacja trzyma się jednorodności i jednakowości, która sprowadza się bylejakości i szarości. Najzabawniejszy, w złym sensie tego słowa, jest los pedagogiki Korczaka w roku korczakowskim. Korczak wielkim pedagogiem był, to zrobimy gazetkę, akademię lub konkurs. Na tym koniec. To co robił z dziećmi to już tylko sentymentalna historia.
    Mam jeszcze rok na zastanawianie się co odpowiedzieć, w nowej szkole mojej córki, na pytanie skierowane do rodziców: czy macie państwo jakieś pytanie lub uwagi ?

    OdpowiedzUsuń