sobota, 19 maja 2012

Stół z powyłamywanymi przez MNiSW nogami dla uczelni publicznych


To, co dzieje się z zarządzaniem przez resort szkolnictwem wyższym w naszym kraju, powinno być przedmiotem poważnej krytyki, a nie tylko toczonych przez publicystów sporów między sobą. Zorganizowanie w dn. 17 maja 2012 r. przez MNiSW tzw. „okrągłego stołu” dla uczelni jest kolejnym przykładem ucieczki od odpowiedzialności za chaos i destrukcję w publicznych szkołach wyższych, do czego doprowadził rząd PO i PSL drugiej już kadencji. Ponoć 80 osób wzięło udział w spotkaniu minister Barbary Kudryckiej z prezesami dużych spółek z rektorami czołowych polskich uczelni: państwowych i prywatnych, uniwersytetów, szkół medycznych, artystycznych i technicznych, by rozmawiać o przyszłości szkolnictwa wyższego.

Powtórzone zostały te same argumenty właścicieli prywatnych firm, którzy żądają w ramach kształcenia wyższego przygotowywania im kadr zawodowych. Tak więc z budżetu państwa mamy szkolić w uniwersytetach, akademiach i politechnikach pracowników dla sektora usług ubezpieczeniowych, komunikacyjnych, informatycznych, ekonomicznych, przemysłu tak, jakby w interesie polskiego społeczeństwa było łożenie środków podatników na pomnażanie zysków prywatnego sektora. Wszystko odbywa się pod kiczowatym hasłem: „Dbajmy o młodych, bo to oni będą płacili nasze emerytury”, a w istocie prowadzi to do przekształcania uniwersytetów i akademii w wyższe szkółki zawodowe, przysposabiające młodych ludzi do stanowisk pracy w sektorach, które powinny same zadbać o to w ramach zawodowego szkolnictwa ponadgimnazjalnego. - Uczelnie mogą sobie kształcić, lepiej lub gorzej, ale jeśli nie będzie nowych miejsc pracy, to żadne kształcenie tu nie pomoże - ostrzegał prof. Marcin Pałys, rektor Uniwersytetu Warszawskiego.
(http://wyborcza.pl/1,75478,11746916,Okragly_stol_dla_uczelni.html#ixzz1vEH20Aje – 18.05.2012)

Poziom zakłamywania przez władze resortu rzeczywistości akademickiej osiąga już granice absurdu. W relacjonowanej przez media debacie padały wzajemne oskarżenia, które miały wskazywać na powody upadku szkolnictwa wyższego, tylko jakoś dziwnie nikt nie odniósł się do destrukcji, jaką wprowadzały kolejne nowelizacje ustaw o szkolnictwie wyższym i aktów wykonawczych autorstwa B. Kudryckiej. Ta może być usatysfakcjonowana, bo najlepiej jest napuścić na siebie rektorów i biznesmenów, by wzajemnie wytykali sobie zaniedbania czy braki. Resortowi jest w to graj, że profesorowie wypominają sobie różne dysfunkcje w różnego rodzaju listach otwartych, artykułach, tekstach polemicznych, bo tym samym utwierdzają władzę w przekonaniu, że może sama przejmować nad nimi władzę, odgórnie rozstrzygając o tym, co jest nauką, a co nie jest, według jakich współczynników dotować uczelnie, a jakie i w jakim stopniu - dzięki zaoszczędzonym środkom - wspierać wyższe szkoły prywatne, itp.

Szkolnictwo wyższe jest coraz niższe, gdyż proces ten skutecznie wspiera min. Barbara Kudrycka tak dostosowując regulacje prawne, by dalej funkcjonowały wyższe szkoły prywatne, które nie tylko fatalnie kształcą, ale i stały się w ciągu ostatnich kilkunastu lat „urzędami” zatrudniania wielu nieudaczników, pseudonaukowców, znajomych „królika”, osób z zagranicznymi dyplomami (bez wysokich kwalifikacji naukowych), obcokrajowców (głównie z byłych państw socjalistycznych), byłych pracowników służby bezpieczeństwa itp. Patrycja Dołowy pisze w „Przekroju” nr 20/2012) o edukacyjnym oszustwie, które jest legitymizowane przez nasze władze, a nie tylko wyżej wymienione podmioty. Pięciokrotnemu wzrostowi studentów, który był możliwy dzięki przyzwoleniu PKA i MNiSW na otwieranie pseudoszkółek wyższych, towarzyszyły ograniczenia prawne dla uczelni publicznych w przyjmowaniu chętnych kandydatów na studia niestacjonarne po to, by akademicki biznes w sektorze prywatnym mógł się na tym wzbogacać kosztem rozbudzonych aspiracji u młodych pokoleń.

Słusznie pisze P. Dołowy: Algorytm szczęścia Ministerstwa Nauki wygląda tak: jak najwięcej studentów za jak najmniejsze pieniądze. A co z jakością kształcenia i badan naukowych? (s. 16) Przecież władzy chodziło o to, by kształcić byle kształcić, nieważne gdzie, kogo i jak, byle tylko ten biznes kręcąc się, zdejmował ze statystyk liczbę młodych bezrobotnych, a zarazem bez angażowania środków publicznych sprzyjał części naukowców w dokapitalizowaniu ich poborów i majątku. Jest to kwestia nie tylko wieloetatowości, ale także tolerowania przez władze resortu i rektorów uczelni publicznych zatrudniania się ich profesorów, doktorów habilitowanych i doktorów w wyższych szkołach prywatnych, w tym na funkcjach stojących w radykalnej sprzeczności z zasadami uczciwej konkurencji. 20 lat takiej polityki wobec uczelni, stawiania środowiska naukowego przed pokusą łatwego zarabiania bez dbania o jakość kształcenia, a właściwie bez możliwości zarabiania w inny sposób zrobiło swoje. Część środowiska uprawia edukacyjne oszustwo. Reszta milczy, przez co można odnieść wrażenie, że jest niechętna zmianom (tamże, s. 17)

Poszukiwanie cudownych środków na uzdrowienie przyjmuje już kuriozalne projekty, jak chociażby zaprezentowany przez Pawła Dobrowolskiego w „Rzeczpospolitej” (Harvard w Polsce nielegalny, A16, z dn. 18.05.2012), który miesza w swojej wypowiedzi wszystko ze wszystkim: Polskie uczelnie są i będą kiepskie, dopóki polskie prawo będzie wymagać, by uczelnie były prywatnym folwarkiem profesury, ustawy i rozporządzenia będą drobiazgowo determinować sposób uczenia, a konstytucja będzie wymagała darmowych studiów na państwowych uczelniach. Nie ulega wątpliwości, że rację ma ów autor, kiedy stwierdza: Polską uczelnią rządzi rektor wybierany spośród wykładowców z tytułem naukowym lub stopniem doktora habilitowanego. W wyborach rektora mogą uczestniczyć jeszcze pracownicy administracyjni i studenci, ale to profesorowie stanowią większość elektorów i decydują, kto zostaje ich szefem. W ten sposób powstaje zamknięte środowisko, w którym swoi wybierają swoich i między sobą się kłócą, kto będzie rządził i w jakim celu. Wsobny chów i wsobny wybór władz uczelni pozwala polskim profesorom bezkarnie ignorować innowacyjność oraz potrzeby studentów i społeczeństwa.

Tyle tylko, że te rozwiązania utrzymuje w mocy prawnej minister nauki i szkolnictwa wyższego. Profesorom nic do tego, skoro władza określa, jak mają być zarządzane publiczne uczelnie i jak mają być w nich wybierane organa władzy jednoosobowej czy kolegialne. Do kogo zatem P. Dobrowolski ma pretensje, chociaż ich słuszność jest bezapelacyjna? Do profesorów, którzy trzymają w swoich łapach uczelnie? Śmieszne. Szkoda, że nie podał, jakie są zarobki profesorów w USA, a jakie młodych naukowców, których mianuje się w tych uczelniach na stanowiskach profesorskich. Tak prymitywny sposób oceniania polskiego szkolnictwa wyższego przez analogię do USA w sytuacji, gdy mamy inny ustrój polityczny, inną Konstytucję, inne prawa to regulujące i inne środki na rozwój uczelni, jest demagogiczny. Niech zatem prezes utworzonej przez Leszka Balcerowicza Fundacji Obywatelskiego Rozwoju, jako absolwent Harvardu, zmieni najpierw polskie prawo, a dopiero potem narzeka, że u nas jest tak źle. Zanim został doktorem Harvardu, to jednak skończył studia w Polsce, na polskim uniwersytecie. Czyżby tak źle był kształcony? Oświecono go dopiero w Harvardzie?

Ucieka się w naszym państwie od odpowiedzialnego finansowania wyższego szkolnictwa publicznego, przenosząc środki do tworzonych przez rząd agend, by tym samym prywatyzować je poza kontrolą publiczną. Odwracanie od tego uwagi i traktowanie jako tożsamych, a więc równie zobowiązanych do poddawania się procesom rynkowym i "pracodawcom" - co ma miejsce w naukach technicznych, medycznych, przyrodniczych - przez nauki humanistyczne czy społeczne jest nie tylko ucieczką od odpowiedzialności za rozwój naszego społeczenstwa, jego kultury i inteligencji, ale próbą wyłudzenia przez "elity" władzy profitów dla siebie, nie tylko politycznych. Minister Kudrycka pisze o tym wprost: "My stworzyliśmy ramy prawne - nowe ustawy i ponad sto rozporządzeń. Teraz wszystko jest w rękach uczelni i pracodawców - by absolwenci mieli lepiej płatną i ciekawą pracę, uczelnie więcej pieniędzy, a pracodawcy większy zysk". (B. Kudrycka, Gospodarka dla uczelni, uczelnie dla gospodarki. To się opłaci! GW 16.05.2012, s. 9) Są dziedziny i dyscypliny nauk które nie powinny być w uniwersytetach i akademiach dostosowywane do tej ideologii. Preferowanie rynkowej orientacji w niektórych dziedzinach nauk nie może uzasadniać przekształcania tych uczelni w szkółki zawodowe dla potrzeb pracodawców. Dorabianie do tego rynkowej ideologii i spychanie wielu nauk poza przedmiot i źródła właściwego przedmiotu ich badań spowoduje nieodwracalne straty dla tożsamości i suwerenności tak polskiej nauki, kultury, jak i naszego narodu.



2 komentarze:

  1. Szanowny Panie Profesorze,

    pozwolę sobie zwrócić Pana uwagę na zeszłotygodniowe spotkanie w programie Pana Tomasza Lisa. Między innymi była tam Pani Ministra Kudrycka, Pan Prezes Klesyk i inni.

    Stwierdziłem, posługując się wikipedią, że w programie uczestniczyli sami humaniści, ponieważ ukończyli wszyscy te lub inne studia zaliczane do humanistycznych.

    Ich receptą na wymyślone, ale też i realne bolączki szkolnictwa wyższego było natomiast wezwanie "kształćmy inżynierów".

    Stawiam zatem pytania:
    1. dlaczego humaniści proponują taką receptę?
    2. jakie jest prawdopodobieństwo, że inżynierzy będą zainteresowani utrzymaniem, czy choćby budową, społeczeństwa obywatelskiego, jeżeli wszystkie znaki na niebie wskazują uniwersytety mają być fabrykami?

    Z wyrazami szacunku,
    Jacek Wolski

    OdpowiedzUsuń
  2. W tym programie, któremu poświęciłem odrębny wpis, nie dostrzegłem humanistów, poza red.T. Lisem.

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.