czwartek, 3 maja 2012

O potrzebie powołania Komisji Edukacji Narodowej

Uchwalona w dn. 3 maja 1791 roku przez Sejm Rzeczpospolitej Obojga Narodów Konstytucja była pierwszą w Europie ustawą zasadniczą. Jesteśmy z niej tak samo dumni, jak z powołanej decyzją Sejmu w dn.14 października 1773 roku Komisji Edukacji Narodowej. Niestety, ta pierwsza w Polsce świecka władza oświatowa, która została utworzona celem gruntownego zreformowania systemu szkolnego, by stał się on jednym z głównych czynników naprawy państwa. KEN działała niemal 18 lat, choć wraz z rozpoczęciem obrad Sejmu Wielkiego w 1788 roku jej aktywność uległa znacznemu ograniczeniu.



Już nigdy więcej w dziejach polskiej oświaty nie powstał organ niezależny od władz państwowych, a łączący interesy rozwoju i wykształcenia wszystkich Polaków, ponad wszelkiego rodzaju podziałami, jakie były i nadal - jak widać - są między nimi. Nie chodziło tu jednak tylko o ratowanie polskiej szkoły, ale - jak pisze Czesław Kupisiewicz w swoim studium "Z dziejów teorii i praktyki wychowania" (Impuls, Kraków 2012) - o to, by: „wychować młodzież, której byłoby dobrze i z którą byłoby dobrze”, to znaczy młodzież świadomą swych obowiązków obywatelskich, wyposażoną w użyteczną i opartą na zdobyczach nauki wiedzę, znającą charakterystyczne dla polskiego społeczeństwa wady i słabości oraz gotową im zapobiegać, a w razie potrzeby – zwalczać. Ten cel był jednak tylko pewnym etapem na drodze do właściwego celu, odnosił się do jednej generacji. Celem natomiast finalnym była dla KEN reforma polskiego państwa, wszystkich jego agend, a także polskiego społeczeństwa, zbudowanie „społeczeństwa obywatelskiego”, o jakim pisał Helwecjusz, a w Polsce Konarski. W sposób ogólny, a przy tym nieco patetyczny, sformułował ten cel Dupont de Nemours, przebywający wówczas w Polsce: „Chodzi o to, aby przez wychowanie publiczne stworzyć naród”.(s. 171)

Do tej idei konstytucyjnej i parlamentarnej ochrony narodu polskiego, jego kultury i chrześcijańskiego dziedzictwa, które powinny być dostępne dzięki powszechnemu i jak najwyższemu wykształceniu kolejnych generacji, nawiązywano dość rzadko tak, jakby miała ona być już tylko elementem naszej historii. A jednak, w okresach największych kryzysów społeczno-politycznych i ustrojowych powracała ona z możliwością jej odrodzenia się w nowej formie, dostosowanej do zmieniających się warunków politycznych. Pojawiała się zawsze, kiedy obywatele odczuwali potrzebę upomnienia się o jedno z podstawowych ich praw – prawo do jak najlepszej edukacji i do poważnego potraktowania tak jej, jak i wszystkich uczących się.

Ruch „Solidarności” lat 1980-81 odwołał się do powyższej idei upominając się o to, by tak szkoły, jak i ówczesne Ministerstwo Oświaty przestały być bastionami partyjniackich czy partykularnych interesów, służąc przede wszystkim kształceniu i wychowaniu młodego pokolenia. Postulowano, by nie trwoniono publicznych pieniędzy na utrzymanie przy tej okazji rozbudowanej machiny pseudo oświatowej władzy. Planowano także tworzenie rad społecznej kontroli na niższych szczeblach terytorialnych. Zimą 1981 r. NSZZ „Solidarność” tworzył zespoły programowo-przedmiotowe, które przygotowywały pakiety rozwiązań prawno-pedagogicznych dla uspołecznienia szkół. Miano wówczas na myśli z jednej strony przejęcie kontroli nad treściami kształcenia tak, aby były one wreszcie zbliżone do tradycji i prawdy historycznej oraz by odwoływały się do najnowszej (nie cenzurowanej) wiedzy, z drugiej zaś strony chodziło o uzyskanie społecznego wpływu na rozdział środków finansowych w oświacie i o kontrolę wydatków. Żądano także wówczas powołania Społecznej Rady Edukacji Narodowej, by wyjąć oświatę spod centralistycznego zarządzania państwowego i zapewnić społeczeństwu realny wpływ na koncepcje wychowania i nauczania.

Niestety, żadne centrum nie chce tak łatwo zrezygnować z jakże łatwych i wynoszących ponad oświatowe ubóstwo przywilejów, toteż ówczesne Ministerstwo Oświaty i Wychowania wyraziło zgodę jedynie na powołanie ciała w postaci „Społecznej Rady Oświaty i Wychowania” z prawem do przedstawiania władzy centralnej własnych inicjatyw, opiniowania i proponowania rozwiązań. Przypisywane w projekcie uprawnienia miały tymczasem pozorować rzeczywisty wpływ tego organu na centrum i cały system oświatowy, gdyż sprowadzały się jedynie do integracji społeczeństwa wokół problemów oświaty, wyrażania oczekiwań społecznych, przedkładania ministrowi wniosków, służenia mu radą, opiniowania projektów bieżących i przyszłościowych aktów normatywnych czy spełniania kontroli społecznej itp.

Za jeden z najważniejszych celów uspołecznienia oświaty uważano wówczas ujawnienie opinii publicznej tych praw i przepisów, które były niedostępne, chociaż dość istotnie warunkowały politykę edukacyjną państwa totalitarnego. W 1981 r. istniało około 300 takich niejawnych zarządzeń i okólników ministerialnych, wśród których znalazła się m.in. instrukcja zwalniania kobiet ciężarnych z pracy czy zarządzenie o odpłatności za przeprowadzenie egzaminów wstępnych do szkół średnich. Problemem demokratyzacji oświaty zajął się także I walny Zjazd NSZZ „Solidarność” we wrześniu 1981 r., postulując likwidację hierarchizacji decyzji i przedsięwzięć oświatowych na rzecz upodmiotowienia nauczycieli, uczniów i ich rodziców, poprzez umożliwienie im realnego, symetrycznego wpływu na współzarządzanie szkołami oraz na współkreowanie procesów kształcenia i nauczania.

Zastanawiano się wówczas także nad tym, jak zmienić model funkcjonowania szkoły oraz zakres wpływu na nią i odpowiedzialności nie tylko nauczycieli, ale i uczniów wraz z ich rodzicami. Szkoły miały zyskać dzięki uspołecznieniu większe możliwości realizowania celów społecznie oczekiwanych i uprawnień wszystkich jej podmiotów, by tworzone przez nie organy społecznej kontroli czy opinii nie były jedynie „ciałami ozdobnymi” władzy. Zgodnie z propagowaną wówczas ideą Polski „samorządnej” praktyka szkolna powinna stanowić wypadkową postanowień demokratycznie wybranej Rady Oświatowej, samorządów terytorialnych, nauczycielskich, rodzicielskich i uczniowskich, które by wzajemnie wpływały na ostateczne decyzje programowe i finansowe, wzajemnie się kontrolując i ograniczając.

W trakcie obrad „okrągłego stołu” niestety "zdradzono" ideę budowania w państwie edukacji ponad interesami partii politycznych, a więc poddanej kontroli Parlamentu. Członkowie podzespołu oświaty, szkolnictwa wyższego, nauki i postępu technicznego doszli w sprawie uspołecznienia szkół do "porozumienia", nie odnotowując w protokole żadnych w tym zakresie rozbieżności. Przyjęto zatem między innymi, że proces uspołecznienia szkoły, rozumiany jako samorządność nauczycieli, uczniów i rodziców powinien być rozwijany zarówno w szkołach państwowych jak i niepaństwowych, zaś Ministerstwo Edukacji Narodowej wspierać będzie dalsze poszukiwania i innowacje w tym zakresie. Do niczego zatem MEN nie zobowiązano, oddając mu możliwość manipulowania procesem pozorowania demokratyzacji oświaty.

Do kampanii na rzecz uspołecznienia szkolnictwa włączyły się media i naukowcy. W 1989 r. słusznie przestrzegano, że poddanie szkół społecznemu nadzorowi będzie wywoływać najsilniejszy opór wewnątrz samego systemu tak ze względu na stereotyp dotychczasowego niepodzielnego państwa nadzoru oświatowego, jak i obserwowaną rezerwę środowiska samych nauczycieli, którzy nie przywykli do dzielenia się uprawnieniami władczymi z rodzicami, a co dopiero z uczniami. Wkrótce okazało się, że proces tworzenia przez administrację oświatową przepisów na rzecz uspołecznienia szkół wprawdzie znalazł swoje odzwierciedlenie w nowej ustawie o systemie oświaty w 1991 r., ale - ograniczając uprawnienia możnowładcze nadzoru pedagogicznego czy dyrektorów szkół - nie doprowadził zarazem do istotnych zmian w zakresie poszerzenia przestrzeni podmiotowości dla rodziców i uczniów. Niewątpliwie sukcesem na tym polu było wprowadzenie konkursów przy zatrudnianiu dyrektorów szkół i kuratorów oświaty. Podporządkowanie jednak obsady tych ostatnich stanowisk politycznemu zwycięstwu określonej partii czy koalicji w wyborach parlamentarnych zaprzepaściło sens tego procesu. O zmarnowaniu idei demokratyzacji i uspołecznienia polskiej oświaty piszę w książce: "Problemy współczesnej edukacji. Dekonstrukcja polityki oświatowej III RP" (Warszawa 2009).

Nie ma racji publicysta "Niedzieli" Piotr Legutko, który w swoim artykule pt. "Komisja Edukacji Narodowej–reaktywacja" 2012 nr 30) za Grzegorzem Surdym (rzecznikiem głodujących w Krakowie na rzecz kształcenia historycznego) twierdzi, że to 12 lat temu pojawiła się idea powołania Obywatelskiej Komisji Edukacji Narodowej w Deklaracji Obywatelskiej „Edukacja dla Rozwoju”, która była pokłosiem obywatelskiej inicjatywy w oświacie. Poparli ją - jedynie werbalnie - ówczesny premier Jerzy Buzek i rzecznik praw obywatelskich Andrzej Zoll. Do dnia dzisiejszego leży ona w szufladach lub archiwach, bez żadnych skutków prawnych i politycznych, podobnie jak inne projekty reform edukacyjnych jako warunku sine qua non innych zmian w państwie polskim.


5 komentarzy:

  1. W ten sposób mamy do czynienia z zadziwiającą sytuacją.
    Chcemy rozwijać państwo demokratyczne, społeczeństwo obywatelskie, postulujemy prowadzenie dialogu na wszystkich poziomach, mówimy o potrzebie aktywności, o zaufaniu w relacjach społecznych, poszukujemy pracowników samodzielnych i odpowiedzialnych, marzymy o życiu konstruktywnym na poziomie jednostkowym i zbiorowym.
    System oświaty jest zaprzeczeniem tych postulatów i dążeń. Szkoła oferuje człowiekowi obowiązkowy plan wraz z systemem kar i nagród, które kierują jego myśleniem i działaniem. Młody człowiek "ćwiczy" przez kilkanaście nawyki podporządkowania, wykonywania poleceń, realizacji zadań zaplanowanych przez anonimową centralę. Cała edukacja polega na podążaniu drogą wyznaczoną "z góry", uczeń jest prowadzony za rękę od pierwszej klasy aż do matury. Jego zadanie jest bardzo proste: ma spełniać wymagania postawione przez system. Sytuacja jest paradoksalna: najpierw zamykamy człowieka w klatce, a potem oczekujemy od niego umiejętności życia w świecie, którego głównym znakiem jest wolność.
    Przyczyny tego stanu są "oczywiste", pisze o nich, nie pierwszy raz, Gospodarz. Można je określić dobrze znanymi hasłami: centralne sterownie, jedyna słuszna droga, system nakazowo-rozdzielczy. Nasza oświata jest zadziwiającym i groźnym reliktem systemu komunistycznego, funkcjonującym w rzeczywistości państwa demokratycznego. Proces edukacji składa się z wielu elementów: struktura szkolnictwa i struktura szkoły, system planowania, zarządzania i nadzoru, cele, treści i metody nauczania, kształcenie nauczycieli. Ten tak ważny i złożony proces społeczny jest ciągle jeszcze sterowany przez "komitet centralny". Ponad 600.000 nauczycieli wykonuje swoje działania zgodnie z jedyną słuszną drogą wyznaczoną przez MEN i CKE. Wydaje się, że nauczyciele pracują samodzielnie, ale ich samodzielność przypomina autonomię obywatela i pracownika w Peerelu. W ten sposób nauczyciele i uczniowie jadą na tym samym wózku, ich działania są głównie wynikiem nakazów, konieczności, zewnętrznych wymagań, podporządkowania i posłuszeństwa, kontroli, zarządzeń, prostego systemu kar i nagród, z naciskiem na kary. Szkoła stała się w III Rzeczypospolitej aparatem przymusu dla KAŻDEGO obywatela. Czego możemy oczekiwać od nauczycieli i absolwentów takiej instytucji ? Odpowiedź nasuwa się automatycznie: takie są Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie.
    To nie szkoła wymaga reformy, to nie do nauczycieli należy kierować postulaty o unowocześnienie edukacji. Gruntownej reformy wymaga struktura szkolnictwa i sposoby zarządzania oświatą. Zmiany muszą dotyczyć umiejscowienia ośrodków decyzyjnych systemu. Oświata musi przejść analogiczną transformację do tej, jaka dokonała się po 1989 roku w naszym kraju.
    Pytanie kluczowe: kto i jak może lub powinien uruchomić proces przemiany ?

    OdpowiedzUsuń
  2. Przy okazji:
    Czy zauważył Pan, że coraz rzadziej w mediach zjawiska i wydarzenia edukacyjne oceniają i komentują oraz o nich informują ludzie związani z edukacją - nauczyciele, dyrektorzy, eksperci [byle prawdziwi;-)]. Coraz częściej za to jedni dziennikarze odpytywani przez innych dziennikarzy.Szczególnie często w tej roli występują ludzie z "Perspektyw", najczęściej p.L. Jastrzębska.W ten sposób środowisko dziennikarskie stało się samowystarczalne w kwestiach edukacji - zadaje pytania i samo na nie odpowiada...;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pani Lidia Jastrzębska jest akurat bardzo dobrą dziennikarką, od lat specjalizującą się w problematyce oświaty i wychowania,a przy tym znakomicie orientującą się w bieżących wydarzeniach edukacyjnych. Oby takich dziennikarzy było więcej - zawsze przygotowanych, interesujących się problematyką, o której piszą i uczestniczących w wielu wydarzeniach w sposób refleksyjny. Gorzej, kiedy jakiś dziennikarz prosi o wywiad, ale nie ma zielonego pojęcia o problemach, które wyłaniają się w trakcie wypowiedzi jego rozmówców.

      Usuń
  3. Nie będę polemizował o kompetencjach p.Jastrzębskiej - choć mam odmienne zdanie. Chodzi o zamknięcie mediów we własnym sosie. Niech sobie p.Jastrzębska (to tylko przykład) pisze i komentuje samodzielnie co chce jako dziennikarz(!!!) specjalizujący się w edukacji. Taki dziennikarz to jednak co innego niż osoby funkcjonujące wewnątrz(!!!) systemu!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest walka o czytelnika. Być może nie ma w niej czasu na poszukanie dobrego rozmówcy. Może właśnie dlatego redagujący czasopismo idą na skróty. Inna rzecz, to kogo mieliby zaprosić do debaty? Gdzie są młodzi naukowcy, którzy mieliby coś do powiedzenia na temat polskiej oświaty? Przecież większość doktorów chałturzy w szkolnictwie prywatnym, a jak coś bada, to banalne tematy.

      Usuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.