piątek, 16 marca 2012

Reformy MEN szyte na miarę mydlanych baniek


choć są kolorowe, a niektóre nawet duże, będą pękać i znikać w nicości naszej przestrzeni. Jedną ze sztandarowych reform, jaką wprowadzała Katarzyna Hall, a milcząco kontynuuje ją jej następczyni, miało być niesienie pomocy psychologiczno-pedagogicznej. W świetle nałożonych przez rozporządzenie MEN regulacji prawnych w ofercie każdej z nich powinna być troska o każde dziecko, w tym szczególnie to, które znajduje się na lewo lub na prawo od tzw. krzywej Gaussa. Przed kadrą nauczycielską postawiono niezwykle trudne zadanie: rozpoznanie problemów uczniów, udzielenie im profesjonalnej pomocy, a nawet wsparcie rodziców. Jak każda centralistyczna "reforma", tak i ta, jest konstruowana dla środowisk wielkomiejskich.

Z perspektywy Warszawy wmawia się społeczeństwu, że wszędzie jest tak samo, tylko trzeba nauczycieli prawnie do czegoś zobowiązać, żeby słowo (rozporządzenie) MEN stało się codzienną praktyką w każdym środowisku i zakątku naszego kraju. Nie stawało się, nie staje się i nie ma co liczyć na to, że stanie się w jakiejkolwiek przyszłości. Każdy centralizm kończy się grą pozorów, fikcyjnością i propagandową grą władzy z ludem. Ważne, że władza ma dobre samopoczucie, bo przecież z tego m.in. powodu zatrudniła znakomitego zresztą psychologa biznesu i psychoterapeutę jako członka gabinetu politycznego.

Gratulujemy. Nareszcie wiemy, że oświata publiczna jest biznesem, a upadająca firma, organizacja w kryzysie, jaką jest Ministerstwo Edukacji Narodowej, wymaga zmiany kultury wewnętrznej w jej organizacji. Znakomicie, że władza wreszcie zatroszczyła się o siebie, o swoją kulturę organizacyjną, by nauczyć się sztuki budowania przejrzystych i profesjonalnych relacji z obywatelami czy postaw proklienckich. Dla utrzymania władzy w kryzysie trzeba zapłacić z pieniędzy podatników, by zamydlić im głowy, wypuszczać kolejne bańki, które odwrócą uwagę od sedna nierozwiązanych lub źle rozstrzyganych spraw. Nadchodzi zatem kolejna fala pokazu mydlanych baniek, które przypominają już cyrkowy pokaz umiejętności "ubierania" w nie klientów (to jedna ze sztuczek w objazdowych cyrkach).

Władza sądzi, że można wprowadzać schematy postępowania z dziećmi o określonych, indywidualnych potrzebach edukacyjnych, odgórnie sterować wspieraniem nauczycieli i rodziców dzieci, dla których niezbędna jest pomoc psychologiczno-pedagogiczna - tak tych wybitnie uzdolnionych, jak i niepełnosprawnych, które zostały włączone do ogólnodostępnego szkolnictwa. Tymczasem w grę wchodzą przede wszystkim oszczędności, minimalizowanie kosztów utrzymywania takich dzieci w publicznej oświacie, opakowując je mydlanymi bańkami zapewnień o pomocy, jaka zostanie im udzielona. Nic z tych rzeczy, a raczej niewiele. Jeden z wielu przypadków jest tego najlepszym dowodem. Jednego z rodziców niepełnosprawnego dziecka, które - a jakże - zostało przyjęte do ogólnodostępnej szkoły podstawowej w środowisku wiejskim (wyższa dotacja dla szkoły) nurtuje i zarazem irytuje pytanie - Jak to jest w dzisiejszych czasach, że dziecko, które urodziło się z zamartwicą (najcięższą postacią niedotlenienia wewnątrzmacicznego), a więc miało 0 punktów w Skali Apgara, jest ignorowane w szkole? Przez kilka lat matka poświęciła swojemu dziecku miłość, czas, wykonując z nim trudne ćwiczenia, by rozwijało w sobie możliwości i sens godnego życia. Dziecko zostało przyjęte do szkoły podstawowej, w której ma już za sobą pozytywnie zaliczony okres wczesnej edukacji i... na tym byłby już koniec wsparcia jego rozwoju.

Nauczyciel, który tak naprawdę ma obowiązek zająć się takim dzieckiem i pomóc mu, poświęcać mu czas w trakcie lekcji tak samo, jak każdemu innemu dziecku, traktuje je jak powietrze, jak intruza, jak balast, zajmując się przede wszystkim uczniami zdolnymi i dającymi sobie radę. Dziecko niepełnosprawne zostawia samemu sobie. Niech się cieszy, że w ogóle może być w tej klasie, obniżając tym samym jego motywację do zmagania się z samym sobą i materią edukacyjną. Dziecko to jest sadzane z dziećmi, które, tak jak ono, uczą się słabiej. Nic dziwnego, że ma ono poważne problemy z nauką, która sprawia mu trudności. Wielokrotnie było badane przez psychologów, którzy stwierdzili lekkie opóźnienie w rozwoju, a wyniki tej diagnozy są znane nauczycielom w szkole. Zdruzgotana minimalistyczną postawą nauczycieli matka pyta: jak to jest możliwe, że szkoła, która powinna udzielić pomocy takiemu dziecku, jest obojętna na to, jak ono w niej cierpi. W wiejskiej szkole nie ma pedagoga specjalnego, psychologa szkolnego, ani pedagoga rewalidacji. Nie ma też żadnych zespołów, które naradzałyby się, "co z tym fantem zrobić"? Po raz kolejny wydychane przez MEN powietrze zmian idzie w bańki mydlane, które w takich sytuacjach rozpryskują się jak marzenia zatroskanych o losy swoich dzieci matek.

7 komentarzy:

  1. Aleksander Nalaskowski - Szkoła udręczona http://www.rp.pl/artykul/9157,839117-Od-lat-na-ministrow-edukacji-wybiera-sie-postaci-malo-wyraziste---uwaza-Aleksander-Nalaskowski.html

    OdpowiedzUsuń
  2. Tu nie chodzi o wyrazistość(Giertych akurat wyrazisty był aż nadto!)!!!
    Chodzi o 2 podstawowe kompetencje!!!
    1.Praktyczną (!) znajomość oświatowej machiny czyli pełnienie w swojej karierze obowiązków przynajmniej nauczyciela i dyrektora szkoły i to z wymiernym dorobkiem na tym polu!!!
    2.Wiedzę o funkcjonowaniu wielkich instytucji oraz doświadczenia w kierowaniu nimi.
    Jak do tej pory ministrem w III RP zostawał zwykle profesor dowolnej specjalności z głębokim przekonaniem, że np.habilitacja z produkcji sedesów i umywalek(Handke był fachowcem z AGH ale od produkcji takich wyrobów)daje patent na wszechwiedzę...;-)
    Trzecim niezwykle ważnym wymogiem byłoby posiadanie jakiejś koncepcji działania w tej roli przed objęciem funkcji, a nie nerwowe jej tworzenie na chybcika i na odwal się po objęciu funkcji...;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. >Nauczyciel, który tak naprawdę ma obowiązek zająć się takim dzieckiem i pomóc mu, poświęcać mu czas w trakcie lekcji tak samo, jak każdemu innemu dziecku, traktuje je jak powietrze, jak intruza, jak balast, zajmując się przede wszystkim uczniami zdolnymi i dającymi sobie radę.<
    Panie Profesorze!
    Jeśli nauczyciel ma 30 uczniów w klasie i standardowe 2 godziny tygodniowo(bywa gorzej!), to z prostego rachunku wynika, że ma na ucznia tygodniowo aż ... 3 minuty łącznie z czasem na sprawdzenie listy, wypisanie tematu itp.itd.. Na tego niepełnosprawnego również!!! Sam Pan postuluje by mu poświęcać czas tak jak innym!!! Nauczyciel przy tej liczebności klas i takim pensum musi(!!!) trafiać przede wszystkim do większości.
    Błąd MEN i entuzjastów klas integracyjnych (zamiast szkół specjalnych!) polega na ślepym kopiowaniu pomysłów i ich ideologii z USA. To kraj wielki i w wielu miejscach rzadko zaludniony, więc alternatywa uczniów niepełnosprawnych jest taka - albo jedyna w okolicy szkoła publiczna albo nic, bo odpowiednia szkoła specjalna jest o kilkaset kilometrów. Tam fundują jednak (nawet w klasach 15-20 osobowych!) nauczyciela wspomagającego czy wręcz indywidualnego opiekuna takiego ucznia oraz dodatkowe zajęcia dla takich uczniów na niektórych przedmiotach. U nas często przy subwencji na takiego ucznia około 50tys. zł rocznie (np.przy autyzmie czy zespole Aspergera!) też byłoby to możliwe, ale organy prowadzące wolą, a prawo na to zezwala, wrzucać te pieniądze do wspólnego kotła...

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie tylko w szkołach wiejskich obserwujemy patologie związane z integracją. W dużym mieście, na wielkim osiedlu jest podobnie. Literatura swoją drogą, a rzeczywistość szkolna swoją drogą. Moje dziecko w szkole podstawowej także nabyło niskiej samooceny. Względną równowagę odzyskało w gimnazjum, bo tu już nie jest "specjalny".
    Alicja B.

    OdpowiedzUsuń
  5. Skąd bierze się taka produktywność MEN, ciągła chęć do poprawiania, naprawiania, usprawniania za pomocą zarządzeń ? To efekt mitologizacji oświaty. Obowiązujący system edukacji oparty jest na micie "centralnego i hierarchicznego zarządzania". Taki mit może funkcjonować tylko wtedy, gdy "wierzą" w niego wszyscy, czyli MY i ONI. ONI - to zarządzający systemem, MY - to nauczyciele, eksperci i rodzice. Bo nawet przeciwnicy jakiegoś ministra i działań MEN, podlegają temu mitowi. Można to porównać do carskiej Rosji - nienawidzimy cara, ale nie wyobrażamy sobie życie bez cara.
    To nic nowego. Cała ludzka cywilizacja była, jest i będzie oparta na mitach. Naszą historię można opowiadać jako dzieje powstawania i obalania mitów. Chociażby mit dobrego urodzenia, czyli podział na stany. Przez wieki wszyscy uważali ten "mit" za naturalny, nikt nie buntował się, nawet najbardziej pokrzywdzeni.
    Dlatego naszym zadaniem jest odmitologizowanie sytemu organizacji i zarządzania oświatą. Bez tego nie ruszymy z miejsca. Jak to zrobić ? Są dwa sposoby: czekać lub działać. My jesteśmy na etapie czekania, ponieważ akceptujemy system MEN-owski, chcemy go tylko ulepszyć. To tak, jakby ulepszać system stanowy lub komunistyczny. Nie będzie żadnego lepszego ministra i ministerstwa. Ten mit już się wyczerpał.

    OdpowiedzUsuń
  6. od 1 września 2012 w szkołach podstawowych zacznie obowiązywać rozporządzenie o pomocy psychologiczno -pedagogicznej,
    matka może zgłosić wniosek o przygotowanie Planu Działań Wspierających i sama może zasiadać w zespole ds. jej dziecka a następnie rozliczać ten zespół z wykonania działań zaplanowanych dla niego, łącznie z egzekwowaniem dodatkowych godzin specjalistycznych,
    jeśli to nie pomoże to powinna wystąpić do PPP o wydanie opinii lub orzeczenia, które będzie zmuszało szkołę do podjęcia działań wskazanych w tych dokumentach,

    jeśli szkoła nie podejmie działań wspierających pozostaje oficjalna skarga do dyrektora a potem do Kuratorium
    czasami działa też prośba o podpisanie dokumentu, w którym szkoła odmawia podjęcia działań terapeutycznych względem dziecka, niestety w naszym kraju jest kult "dokumentu" i czasem trzeba użyć tego argumentu w działaniach skierowanych przeciw "betonom pedagogicznym"

    Beata

    OdpowiedzUsuń
  7. @Beata
    Całe to rozporządzenie wymaga raczej tworzenia sobie biurokratycznych "dupokrytek" - tworzenia pism, notatek,wysyłania pism, tworzenia teczek, zbierania podpisów itp.itd. oraz wysyłania pism zamiast i kosztem udzielenia dziecku realnej pomocy...;-)
    Nie uprawiaj propagandy MEN-owskich biurokratycznych knotów!!!

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.