poniedziałek, 26 marca 2012

Czemu i komu mają służyć recenzje habilitacji i profesur na Słowacji?


Rozmawiałem dzisiaj z przedstawicielami nauk społecznych na Słowacji na temat tego, czemu służą recenzje dorobku naukowego kandydata do habilitacji czy tytułu profesora. Zainteresowało mnie to o tyle, że sam uczestniczę jako zagraniczny recenzent w przewodzie profesorskim jednego ze słowackich filozofów wychowania na Uniwersytecie Jana Amosa Komeńskiego w Bratysławie, gdzie zakres przygotowanej przeze mnie recenzji jego dorobku naukowego jest objętościowo i merytorycznie większy, niż łącznie trzech pozostałych recenzentów w tym przewodzie.

W związku z tym, że jednym z recenzentów jest profesor z czeskiego uniwersytetu oraz dwóch profesorów z uniwersytetów na Słowacji dociekałem, po co piszą recenzje, które zawierają jedynie ogólnikowe stwierdzenia na 2 strony maszynopisu, opatrzone (dość rzadko zresztą miejscami) przymiotnikami w stylu: znakomita, bardzo dobra, interesująca, ważna itp., ale bez merytorycznego odniesienia się do treści dzieł kandydata do tytułu naukowego oraz bez uzasadnienia, dlaczego tak się sądzi?
Żadna z recenzji nie zawierała nawet jednego zdania polemicznego, jakiejkolwiek uwagi zachęcającej do prowadzenia naukowego sporu z habilitowanym już naukowcem.

Ktoś mi powiedział, że za tak niskie honorarium to nawet nie opłaca się siadać do pisania recenzji. Istotnie, kwoty za tego typu zadanie są tu na żenująco niskim poziomie, bowiem za przygotowanie opinii czyjegoś dorobku naukowego recenzent otrzymuje brutto 60 EUR, czyli ok. 240 zł. W Polsce płaci się za recenzje dużo więcej, ale i wymaga od nas także więcej. Dla mnie koszty dojazdu do Bratysławy i z powrotem przekraczają wysokość tego honorarium, ale nie dla niego przecież podjąłem się tego typu zadania, pisząc zresztą swoją opinię w języku słowackim. Kiedy jednak zaczniemy dociekać powodów tak niskich stawek, niektórzy profesorowie słowaccy wyjaśniają, że one wcale nie są niskie, gdyż w istocie każdy powinien je wykonywać w ramach swoich akademickich obowiązków, bez dodatkowych honorariów z tego powodu. Inna rzecz, że te płace nie są w tym kraju wysokie. Wszystko zatem jest względne.

Nie wierzę też, by czynnik ekonomiczny był właśnie głównym czy istotnym powodem dla naukowców tych krajów do tak powierzchownego opiniowania dorobku naukowego kandydata do awansu. Tak w Czechach, jak i na Słowacji, w tak skrótowy sposób pisze recenzje wielu profesorów. Już swoim nazwiskiem i podpisem gwarantują, że skoro coś popierają, to zasługuje to na uznanie, a jeśli nie, to nie. Nie ma jednak danych na temat tego, ile jest negatywnych wniosków w stosunku do pozytywnych tak w przypadku habilitacji, jak i profesorskich awansów naukowych. Widać jednak wyraźnie, że w ten sposób recenzowanie staje się niejako administracyjną czynnością. Już widzę możliwości wprowadzenia tu innowacji w postaci jednej tabeli, w której każdy recenzent zaznaczyłby znakiem „+” lub „-„ spełnienie lub niespełnienie przez kandydata określonego prawem wymogu. Wszystko zależy od osób, ich indywidualnego podejścia do tego obowiązku. Sam bowiem widziałem recenzje habilitacji oraz w przewodach profesorskich, które są rzetelną i głęboką analizą, także krytyczną publikacji naukowych kandydatów do naukowego awansu.

Co ciekawe, słowaccy profesorowie przyznali w rozmowie ze mną, że w ostatnich latach doszło do naruszenia akademickiej poprawności w odniesieniu do mianowania profesorów z dyscypliny naukowej, jaką jest w tym kraju „praca socjalna”. Awanse uzyskali – ich zdaniem - ci, którzy w życiu nie zajmowali się pracą socjalną, ani też nie mają publikacji naukowych z tego zakresu. Wszystko bowiem może być tu uznane za mające jakikolwiek związek z problematyką socjalną, jeśli w autoreferacie i wykładzie profesorskim kandydat potrafi to wykazać.

Jest to o tyle zastanawiające, że właśnie z „pracy socjalnej” jest najwięcej habilitacji, jakie przeprowadzili na Słowacji Polacy. Tak więc pozór, przypadkowość, brak naukowego uzasadnienia nikomu tu nie przeszkadzał. Dlaczego? Z bardzo prostego powodu. Jest w tym kraju tak wielkie bezrobocie, bieda, patologia życia rodzinnego, problem osób romskiego pochodzenia, ogromne rozwarstwienie społeczne, korupcja wśród polityków, wzrost przestępczości i agresji, obniżenie funkcji opiekuńczo-wychowawczej środowisk szkolnych i pozaszkolnych, obniżający się poziom lub nawet brak opieki nad ludźmi chorymi i starszymi itp., że trzeba kształcić jak najwięcej pracowników służb socjalnych, a do tego konieczna jest odpowiednia liczba profesorów i docentów. Na Słowacji naukowcy mogą bowiem być zaliczani tylko do jednego minimum kadrowego.

Tymczasem zainteresowanie studiami jest duże, gdyż rozrasta się liczba urzędników do rozwiązywania problemów społecznych. Na dodatek wielu profesorów czy docentów w zakresie pracy socjalnej zatrudnia się także w polskich wyższych szkołach prywatnych, by „dorobić” do niskich pensji uniwersyteckich. Staje się to okazją do zainteresowania się także tą dyscypliną na Słowacji wśród naszych kadr akademickich, które dostrzegły łatwość podwyższenia swojego statusu akademickiego w tym właśnie zakresie.

Witamy w kraju kolejnego samodzielnego pracownika po słowackiej habilitacji z Polski, który na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Preszowskiego przedstawił w dniu 21 marca 2012 r. swoją rozprawę hailitacyjną na temat: Procesy globalizacji i transformacji systemowej a problemy rozwoju współczesnych metropolii w kontekście polityki społecznej i pracy socjalnej.

Recenzentem w przewodzie z dyscypliny "praca socjalna" (dziedzina nauk społecznych) dra Zdzisława Sirojća z Wyższej Szkoły Menedżerskiej w Legnicy, był prof. dr hab. Marian Walczak z Wyższej Szkoły Humanistyczno-Pedagogicznej w Łowiczu (historyk oświaty, sekretarz generalny Polskiego Towarzystwa Pedagogicznego). Członkiem komisji habilitacyjnej był z Polski: prof. dr hab. Henryk Bednarski (też reprezentujący Wyższą Szkołę Humanistyczno-Pedagogiczną w Łowiczu; pedagog pracy).

12 komentarzy:

  1. Warto zwrócić uwagę, że w Polsce praca socjalna to także nowy, konkurujący z pedagogiką, kierunek studiów, i stąd zapotrzebowanie - zwłaszcza w prywatnych polskich uczelniach - na habilitowanych w tej dziedzinie "fachowców" po Rużomberku. Popyt nakręca podaż i vice versa.

    OdpowiedzUsuń
  2. W Polsce mamy zbliżone zjawisko. Np. w pewnej uczelni prywatnej bryluje (jako ekspert od pracy socjalnej) pewien znany filozof, którego nigdy bym o zainteresowanie tą dyscypliną nie podejrzewał. Wszyscy myśleli, że to to filozof edukacji, a okazało się po latach, że w tajemnicy przed kolegami po fachu od zawsze prowadził badania z zakresu pracy socjalnej i fascynował się tą niezwykle intrygującą poznawczo dziedziną.

    OdpowiedzUsuń
  3. Oj czepiacie się. W publicznej uczelni z pełnią uprawnień akademickich, dyrektorem instytutu pracy socjalnej jest socjolog religii, ale ze słowacką habilitacją również z pracy socjalnej. W końcu kościół z pracą socjalną się wiąże...

    OdpowiedzUsuń
  4. Czy "pedagog"prof.Henryk Bednarski to były sekretarz KC PZPR, a później minister edukacji i szkolnictwa wyższego w latach 80-tych???;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A jakże. NIE KTO INNY. TAK JAK TOW.WALCZAK Z ZNP.

      Usuń
    2. Tak prof. Henryk Bednarski był sekretarzem KC PZPR i madrym ministrem edukacji i szkolnictwa wyższego. Te funkcje które pełnił nie przeszkodziły mu w rozwoju naukowym i w promowaniu nauki na forach międzynarodowych. To mądry znający języki profesor w odróżnieniu np. od obecnego przewodniczącego Centralnej Komisji d/s stopni i tytułów naukowych, który własnych publikacji w znaczących publikacjach zagranicznych nie ma, bo nie zna języka angielskiego w stopniu wystarczającym.

      Usuń
  5. Na jednym z wydziałów w jednej z polskich uczelni o statusie uniwersyteckim (sic!) w ciągu ostatnich 10 lat została obroniona tylko jedna habilitacja z pedagogiki w Polsce. Reszta profesur została obroniona w Rużomberoku. To oczywiście chroni przed rotacją z uczelni... a mnie osobiście skłania do refleksji nad zapaścią polskiej nauki w pokoleniu ludzi między 30 a 50 rokiem życia, których emeryci nie dopuszczają do sensownych grantów, stażów i możliwości awansu. A nowa, jakże ambitna, ustawa o możliwości habilitacji jest niewykonalna bez tzw. "pchacza". Stąd nie zdolności lecz znajomości decydują o karierze naukowej. Więc większe szanse na zostanie naukowcem ma zachowawczy konformista, niż niezależny badacz, który nie kontynuuje archiwum kombatanckich myśli...

    Zdaję sobie sprawę z dosadności swojej wypowiedzi, ale osobiście boli mnie, to co jest obecnie. Bo wygląda to tak, że wąska grupa ma możliwość publikowania w znaczących czasopismach, a reszta wcale nie mniej zdolna i ambitna jest skazana na prowincjonalne niepunktowane "gazetki".
    To trochę tak, jakby w szkole stawiano 6 wyłącznie za przeczytanie książki, którą można kupić za 1000 dolarów w Australii... kto tego nie wykona, ten nie jest klasyfikowany.

    Jak nie mam racji, to proszę o sprostowanie. Chętnie skorzystam z mądrych rad.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Redakcje czasopism naukowych czekają na dobre artykuły. Nie ma to nic wpsólnego z jakimś poparciem, finansowaniem itp. Niezależny badacz, pasjonat bez względu na to, gdzie pracuje, może w nich publikować. Musi tylko prowadzic badania i napisac tekst.
      Czy anonimowy jest pewien, że habilitowany na Slowacji będzie w czymś lepszy? W czym? O grantach juz dawno nie decydują emeryci, chyba ze w wsp.

      Usuń
    2. Pewien pan profesor będąc w USA zagadnął znajomego profesora tamtejszego o mozliwość publikowania w piśmie, z którym tenże był związany. A on na to: - Czy wyście tam w Polsce poszaleli? Do czego wam potrzebne publikowanie u nas? Po co nam wasze artykuły, nie macie własnych czasopism? My mamy dośc własnych autorów...

      Usuń
  6. Problem polega na tym, że badacz pasjonat też musi mieć pieniądze na prowadzenie badań i codzienne przeżycie. A uczelni, gdzie nie decydują emeryci w RP tak za wiele nie ma. Ale oczywiście zgadzam się, determinacja i odporność na frustrację jest wskazana zawsze. W końcu wielu spośród znanych mi pasjonatów założyło własne wydawnictwa, w których publikują, co chcą, bo gdzie indziej mieli problem.

    OdpowiedzUsuń
  7. Wszystko schodzi na psy...nauka też, a czytanie tego bloga mnie uświadamia, czasem przeraża, i otwiera oczy... Naukowcy już nie są naukowcami, studenci już nie studiują, a uczelnie to tylko duże budynki zapełnione urzędasami... chyba lepiej już marchewkę sprzedawać po podstawówce niż być magistrem na kasie w Tesco... lol

    OdpowiedzUsuń
  8. Polskim Busem (komfortowe warunki jazdy) można dojechać do Bratysławy i z powrotem za ok. 60 zł po wcześniejszej rezerwacji.
    Pozdrawiam Pana Profesora.

    OdpowiedzUsuń