piątek, 30 września 2011

Nowy tryb i warunki przeprowadzania czynności w przewodach naukowych

Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego podpisała Rozporządzenie w sprawie szczegółowego trybu i warunków przeprowadzania czynności w przewodach doktorskich, w postępowaniu habilitacyjnym oraz w postępowaniu o nadanie tytułu profesora z dnia 22 września 2011 r. (Dz. U. Nr 204, poz. 1200), którego treść została opublikowana w dzienniku Ustaw Nr 204. Nasze środowisko dysponowało jedynie znowelizowaną ustawą w tej sprawie, toteż wszyscy czekali z niecierpliwością na akt wykonawczy do niej. Dopiero teraz staje się jasne, jak będą przeprowadzane czynności w przewodach doktorskich, w postępowaniach habilitacyjnych i o nadanie tytułu profesora.

Zmiany wchodzą w życie z dniem 1 października 2011 r.

O ile osoby ubiegające się o nadanie stopnia doktora będą mogły tak, jak miało to miejsce dotychczas, ubiegać się o wszczęcie przewodu doktorskiego w uprawnionej do tego jednostce organizacyjnej – własnej (jeżeli ta posiada takie uprawnienia lub w innej uczelni), o tyle radykalnie zmienia się sytuacja dla habilitantów. Ci bowiem będą musieli wystąpić z wnioskiem o wszczęcie przewodu habilitacyjnego do Centralnej Komisji. Warto zatem, by wzięli pod uwagę nie tylko powyższe rozporządzenie, które określa szczegółowy tryb postępowania w tym zakresie, ale także ROZPORZĄDZENIE MINISTRA NAUKI I SZKOLNICTWA WYŻSZEGO1)z dnia 1 września 2011 r. w sprawie kryteriów oceny osiągnięć osoby ubiegającej się o nadanie stopnia doktora habilitowanego.

Niezwykle ważne z punktu widzenia standardów państwa demokratycznego jest to, że kandydat do awansu naukowego będzie zobowiązany do przedkładania swojej dokumentacji w wersji elektronicznej i drukowanej. Tym samym nie będzie już możliwe składanie fałszywych oświadczeń, jak mieliśmy i nadal mamy z tym do czynienia przez profesorów czy doktorów habilitowanych o tym, od kiedy są zatrudnieni w danej jednostce organizacyjnej i od kiedy dysponuje ona prawem do zaliczania danego pracownika do minimum kadrowego. Niestety, mający miejsce brak przyzwoitości części samodzielnych pracowników naukowych z naszego środowiska musiał być do tej pory rozpoznawany w wyniku czasochłonnych analiz dokumentacji wniosku o nadanie jednostce określonych uprawnień. Teraz dane te będą zsynchronizowane z bazą danych centralnego wykazu nauczycieli akademickich i pracowników naukowych.

Największe zainteresowanie w najbliższym okresie będzie budzić nowy tryb przeprowadzania czynności w postępowaniu habilitacyjnym. Rozporządzenie w tej kwestii czytelnie określa , jakie dokumenty będzie musiał przedłożyć habilitant (a wszystkie muszą być w formie papierowej i elektronicznej oraz w języku polskim i angielskim). Jego wniosek będzie zamieszczony na stronie internetowej Centralnej Komisji, która wskaże radę jednostki do przeprowadzenia przewodu. Jeżeli ta jednostka z określonego powodu odmówi takiego wszczęcia, to CK wyznaczy kolejną jednostkę organizacyjną.


To, co niewątpliwie ucieszy część habilitantów, a zasmuciło niektórych profesorów, to zniesienie kolokwium habilitacyjnego i wykładu habilitacyjnego, bowiem wniosek będzie rozpatrywany przez komisję habilitacyjną powołaną zgodnie z art. 18, ust.5 ustawy o stopniach naukowych i tytule naukowym, która w składzie co najmniej 6 osobowym, na podstawie analizy dokumentacji i dorobku naukowego kandydata podejmie stosowną uchwałę. W przypadku wątpliwości czy istotnych rozbieżności w ocenie dorobku habilitanta komisja może zobowiązać go do stawienia się na rozmowę, informując zarazem, co będzie jej przedmiotem.

Uchwała komisji w sprawie nadania albo odmowy nadania stopnia doktora habilitowanego będzie ogłoszona na stronie podmiotowej Centralnej Komisji, w terminie 30 dni od jej podjęcia. Będzie ona zawierała także informację o składzie komisji habilitacyjnej oraz treść recenzji złożonych w tym postępowaniu. Nowe rozporządzenie zawiera także wzór zawiadomienia o nadaniu stopnia doktora habilitowanego, w którym będzie informacja określająca obszar wiedzy, dziedzinę, dyscyplinę i specjalność habilitanta.

Jeszcze jedna uwaga jest w tej kwestii istotna. Otóż wszczęte dotychczas przewody habilitacyjne, będą procedowane zgodnie z dotychczas obowiązującym trybem. Jeszcze przez dwa lata ubiegający się o habilitację będą mogli zdecydować, czy chcą ubiegać się o stopień naukowy doktora habilitowanego zgodnie z dotychczasowym trybem, czy już nowym.

Wszystkim życzę powodzenia.


http://www.bip.nauka.gov.pl/_gAllery/15/44/15441/Dz._U._Nr_204__poz._1200.pdf
http://www.bip.nauka.gov.pl/_gAllery/15/35/15351/20110901_rozporzadzenie_MNiSW_dr_hab.pdf
http://www.bip.nauka.gov.pl/_gAllery/15/45/15456/20110929_rozporzadzenie_wykaz_nauczycieli.pdf

środa, 28 września 2011

Ostatnie dni rekrutacji na studia

dowodzą, że zgodnie z przewidywaniami Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego ci, którzy wybrali małe uczelnie, prowadzące zaledwie kilka kierunków studiów, mogą ich nie skończyć w ich murach, gdyż z powodu zbyt małej liczby kandydatów upadną, jak miało i będzie to miało miejsce w wielu dużych aglomeracjach w naszym kraju - w Warszawie, Łodzi, Poznaniu czy Szczecinie. Powstało w nich bowiem w ostatnich latach wiele małych wyższych szkół zawodowych, które - mimo nowej ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym - nie podjęły wysiłków na rzecz rozwoju akademickiego, tylko przyjęły w wyniku kanclerskiego modelu zarządzania politykę biznesową, typową dla małych przedsiębiorstw.

Niestety, z takich właśnie szkół odeszli i odchodzą naukowcy, którzy doświadczają w nich wyraźnego rozczarowania między funkcjami założonymi a realizowanymi. Nie chcą godzić się na funkcje „robotników w białych kołnierzykach” bez prawa wpływu na rzeczywistą jakość kształcenia i kluczowy dla ich rozwoju zakres możliwego prowadzenia badań naukowych. Prysł mit szkół wyższych. Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego – prof. Barbara Kudrycka wprowadziła wraz z nowelizacją ustawy zakaz posługiwania się przez te szkoły wzorami tych samych dyplomów, jakie dotychczas wydawały wszystkie szkoły wyższe w Polsce, które uzyskały zgodę resortu na ich rejestrację i kształcenie studentów. Teraz dyplom będzie identyfikowany z konkretną uczelnią publiczną czy prywatną.

Za trzy lata rozpoczynający studia w roku akademickim 2011/2012 otrzymają dyplomy tych szkół lub uczelni, w których studiują, a jeśli ich marka będzie niska, a tak jest z większością szkół niepublicznych, to ów dyplom będzie tyle znaczył, co matura z amnestią. Każda szkoła wyższa – publiczna i prywatna będzie wydawać dyplomy już według własnego wzoru, a zatem liczyć się będzie to, gdzie ktoś studiował, a nie tylko to, że ma jakiś dyplom.

Rozpoczynający studia w wątpliwych jakościowo szkołach, z bardzo słabą kadrą akademicką, przeżyją rozczarowanie, kiedy powołana w tym roku Polska Komisja Akredytacyjna zacznie mierzyć już nie tylko sprawy formalne, związane z minimum kadrowym, planami studiów czy rozliczaniem środków budżetowych na stypendia, ale przede wszystkim skupi się na pomiarze efektów kształcenia. Jeśli te okażą się marne, to szkoła straci uprawnienia do prowadzenia studiów na danym kierunku. Tak więc, drodzy studenci, nie macie wyjścia, albo będzie studiować uczciwie i rzetelnie, albo z nadzieją na „wykupienie” dyplomu sami przyczynicie się do upadku szkoły, którą być może nawet uda wam się jeszcze ukończyć. Sprawdzian poprawności i uczciwości będzie obejmował wszystkich studentów i nauczycieli akademickich, poza założycielami tych szkół. Ci bowiem o ich losy martwić się nie muszą. Oni swoje dyplomy i zyski już mają. Podobnie będzie z uczelniami publicznymi, które - poddane wymogom rynkowej konkurencji - będą musiały odejść od pozostałości socjalistycznego myślenia: "Czy się stoi, czy się leży, tysiąc złotych się należy".

Zwróćcie uwagę na umowę, jaką będziecie zawierać ze swoją uczelnią. Jak podaje dzisiejsza Rzeczpospolita: Założyciel uczelni prywatnej musi zapewnić studentom możliwość kontynuowania nauki, ale tylko w razie całkowitej likwidacji szkoły. Okazuje się bowiem, że (…) czestą praktyka jest podsuwanie do podpisu studentom ostatnich lat nowej umowy. Pod pretekstem drobnych zmian wprowadzają one nowe warunki, np. student zamiast na kierunku prawo będzie studiował na administracji. Mamy już sygnały, że delikatnie "zmusza się" studentów socjologii, by studiowali na kierunku pedagogika. Jeszcze gorzej jest w przypadku wybieranych przez młodzież specjalności. Tu założyciel szkoły nie musi im niczego zagwarantować. Zdarza się zatem coraz częściej, że studiujący na II roku przechodzą do innych szkół wyższych, by w nich dalej studiować na wymarzonej przez siebie specjalności czy kierunku. Zachęcanie ich zatem do tego, by kontynuowali studia na innej specjalności, a następnie oferowanie im studiów podyplomowych w ramach specjalności własnego wyboru, jest naganne etycznie, ale kogo to dzisiaj obchodzi. Biznes jest biznes.

wtorek, 27 września 2011

Profesor Tadeusz Nowacki pozostawił nam swoje marzenia















Zmarł profesor Tadeusz Nowacki. Wiadomość o tym smutnym dla naszego środowiska odejściu nestora polskiej pedagogiki dotarła do mnie drogą mailową. Jak napisał redaktor "Międzyszkolnika" dr Przemysław Grzybowski: Jeszcze kilkanaście dni temu mogliśmy korzystać z Jego wiedzy i życzliwości podczas XXV Jubileuszowej Letniej Szkoły Młodych Pedagogów w Kazimierzu Dolnym. Podczas dyskusji panelowej było to Jego ostatnie publiczne wystąpienie... Nestor polskiej pedagogiki, urodzony w 1913 w Łodzi, twórca pedagogiki pracy - poddyscypliny naukowej i dziedziny życia skupionej wokół triady „Człowiek - Obywatel - Praca”. Autor około 80 pozycji książkowych oraz około 500 rozpraw i artykułów naukowych publikowanych w kraju i za granicą. Wychowawca pokoleń badaczy i praktyków, związany z Wydziałem Pedagogiki i Psychologii Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie.

Cześć Jego pamięci!



Tak. To jednak bolesna prawda dla wszystkich tych, którzy mieli to szczęście i współpracowali z Profesorem. Jeszcze dwa tygodnie temu był razem z nami w Kazimierzu Dolnym na XXV Letniej Szkole Młodych Pedagogów KNP PAN, o której na bieżąco pisałem w swoim blogu. Profesor miał 98 lat. Każdy, kto Go zobaczył i usłyszał tego dnia po raz pierwszy w swoim życiu, nie powiedziałby, że był w tym wieku.

Panel z udziałem Profesora doskonale pasował do Jego ducha, fascynującej żywotności i głęboko humanistycznej refleksji, a w tym przypadku skoncentrowanej na temacie roli nauczyciela akademickiego jako Mistrza. Pozostaną w mojej pamięci słowa Profesora, jakie wypowiedział w związku z postawionym wszystkim panelistom pytaniem: Czy miał swoich Mistrzów? Odpowiedział wówczas, że nie miał jednego Mistrza, od którego chciał przejąć i kontynuować jego warsztat badawczy. Były w życiu Profesora T. Nowackiego osoby z atrybutami władzy czy przewodnictwa, ale żadnej z nich – jak mówił - nie brał od A do Z. Każdy miał inne możliwości, coś było w nim porywającego, a coś nieciekawego. W każdym tkwiła jakaś cząstka mistrzostwa. Warto rozejrzeć się, czy w naszym otoczeniu nie ma osób, które być może są niepozorne, ale mające świetne rozwiązania pedagogiczne.

Każde pokolenie – mówił prof. T. Nowacki - ma ciekawych ludzi. Nie mógł jednak zdradzić nam nazwiska tego, którego obdarzał największym szacunkiem i uznaniem, gdyż taka była konwencja panelu. To my, jego słuchacze, mieliśmy domyślić się, kogo wspominał. A mówił o kimś, kto był krasomówcą, kto posługiwał się pięknym językiem literackim, porywał finezją swoich wykładów, kto narysował portret G. Piramowicza, pięknie malował obrazy. Miał tylko jedną słabość. Często odwoływał wykłady, co wzburzało ówczesnych studentów. Kiedy zatem dziekan delikatnie zapytał tego profesora, dlaczego zaniedbuje swoje obowiązki, odpowiedział bez namysłu: „Ja prowadzę wykład, jak mam coś do powiedzenia”. Kim był ów Mistrz? To Zygmunt Mysłakowski, o którym rozprawę doktorską napisał przed wielu laty Grzegorz Michalski - obecny dziekan Wydziału Nauk o Wychowaniu Uniwersytetu Łódzkiego.

Po panelu ustawiła się do Profesora T. Nowackiego długa kolejka osób z prośbą o dedykację do Jego najnowszych książek. Organizatorzy LSzMP KNP PAN zadbali o to, by każdy uczestnik je otrzymał. Była wśród nich nietypowa rozprawa, jaką Profesor wydał w Uniwersytecie Marii Curie Skłodowskiej w Lublinie pod intrygującym tytułem: "Świat marzeń". Nie zdążyłem po wpis do tej książki, gdyż rozpoczynał się już kolejny panel, a Profesor przyjechał nie tylko po to, by podzielić się z nami swoimi przemyśleniami, ale także by posłuchać młodych. Obiecał mi złożenie autografu następnego dnia, bowiem miał być z nami do końca Szkoły. Niestety, niespodziewany upadek spowodował, że musiał być hospitalizowany. Już do nas nie wrócił.

Pozostawił nam jednak swoje dzieła i pamięć o pięknym i mądrym życiu. Tak jak przed kilkudziesięciu laty profesor Władysław Tatarkiewicz wydał znakomite studium „O doskonałości”, a profesor Jan Szczepański „Spawy ludzkie”, tak profesor Tadeusz Nowacki napisał wyjątkowe studium o marzeniach, które z charakterystyczną dla siebie skromnością określił jako nie do końca uporządkowane myśli. Jak zaznaczył we Wstępie: (…) pragnę zwrócić uwagę na ogromną rolę, jaką grają one w życiu indywidualnym i w życiu gromad ludzkich, na to, że poprzedzają one doniosłe procesy, podejmowane zarówno przez jednostki, jak również przeprowadzane przez wielkie zbiorowiska ludzkie”. (s.7)

Tadeusz Nowacki uczula nas w tej rozprawie na to, jak mieć obok marzeń stosunkowo płytkich, codziennych, krótkookresowych, także marzenia znacznie głębsze i poważniejsze. Jak pięknie o nich pisze: Połowę życia spędzamy na marzeniach, a drugą połowę na realizacji tych marzeń. Nie zawsze warto żyć, ale zawsze warto marzyć. Marzenia są podstawą dążeń. Marzenie to poszukiwanie dróg do szczęścia, W marzeniach pragnienia zmieniają się w dążenia. Marzenia są generatorem energii psychicznej i duchowej. Marzenia nadają sens w życiu, gdy otwierają perspektywę na realizację idei.

A zatem podążajmy za własnymi marzeniami, by spełniały się nie tylko te, które są realizowalne, ale także te - wynoszące nas ku szczytom własnych dążeń i wyobraźni. Swoją rozprawę kończy przesłaniem, które jest marzeniem nie tylko Jego, ale także poprzedzających Jego życie i dzieło humanistów Oświecenia. Marzeniem Profesora Tadeusza Nowackiego, jakie pozostawił nam w swoim Pedagogicznym Testamencie jest czynienie przez pedagogów wszystkiego, co w ich mocy, by zmniejszał się rozziew pomiędzy poziomem wykształcenia a jakością moralną. Jak pisał w ostatnim akapicie niniejszej rozprawy:

Jest to problem poważny, w którym marzenia w ramach indywidualnego rozwoju mogą odegrać znacząca rolę. Dla podniesienia poziomu moralnego w społeczeństwie trzeba dzieci i młodzież chronić przed nadmiarem obrazów okrucieństwa i szukać owego złotego środka, który zapewni harmonijny rozwój osobowości, zgodny z pragnieniami społecznymi. W świecie bez wojen i bez fizycznego gwałtu czynnikiem zapewniającym społeczne współdziałanie może być tylko miłość w jej rozlicznych formach: życzliwości, opiekuńczości, pomocniczości, współdziałania, przyjaźni, sympatii, braterstwa. I pamiętając, że to jest podstawa etyki chrześcijańskiej trzeba wspomnieć dwuwiersz Goethego:

Das alles ist ein Turm zu Babel,
Wenn es die Liebe nicht vereint.

Będziemy o tym pamiętać - Profesorze!

(fot. P. Grzybowski)

poniedziałek, 26 września 2011

The New Educational Review - sukces polskiego czasopisma naukowego














Udostępniam czytelnikom treść listu prof. dr hab. Stanisława Juszczyka z Uniwersytetu Śląskiego, inicjatora powołania do życia pierwszego międzynarodowego czasopisma naukowego pedagogów w ramach współpracy z naukowcami Czech i Słowacji, które jest wydawane w języku angielskim.
Czasopismo stanowi egzemplifikację międzynarodowej współpracy naukowej uniwersytetów trzech sąsiadujących ze sobą krajów, które razem w przyszłym roku wstąpią do Unii Europejskiej. Jest ono potwierdzeniem strategicznej współpracy naukowej Uniwersytetu Mateja Bela w Bańskiej Bystrzycy (Republika Słowacji), Uniwersytetu Ostrawskiego w Ostrawie (Republika Czech) oraz Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach (Polska). Stanowi obiecujący początek naszej integracji w sprawach istotnych dla nauk o wychowaniu oraz dyscyplin pokrewnych o wymiarze europejskim a w przyszłości nawet światowym. ((http://gu.us.edu.pl/node/220031)

Jako redaktor naczelny prof. Stanisław Juszczyk słusznie zwraca uwagę naszemu środowisku, że ma ono możliwość korzystania z jego łam, by publikując najciekawsze i najbardziej wartościowe wyniki badań, czerpało z tego dodatkowe "korzyści" w ramach parametryzacji dorobku naukowego osób i jednostek akademickich. Przytaczam zatem treść tego listu:

Szanowni Państwo,
chciałbym poinformować o ostatnich sukcesach naszego kwartalnika (The) New Educational Review. Rodzajnik (The) ująłem w cudzysłów, albowiem jest on pomijany we wszelkich bazach cytowań i bazach danych.
Krótka historia TNER:
1. grudzień 2003 pierwszy tom czasopisma.
2. 2006 r. - wpisanie na listę czasopism parametryzowanych przez MNiSW w dziedzinie nauk społecznych i humanistycznych - 6 pkt.
3. 2008 r. - wpis na Thomson Reuters Master Journal List (tzw. Liste Filadelfijska - http://science.thomsonreuters.com czasopisma poszukuje się poprzez ISSN 1732 7629 lub tytuł: New Educational Review) a MNiSw zwiększa punktacje do 9 pkt.
4. 2009 r. - prace z TNER są już cytowane i umieszczane np. w Social Sciences Citation Index, Journal Citation Report, Web of Science, EBSCO oraz innych bazach; pojawił się już Impact Factor IF=.0.04, który zmienia się w granicach 0.04-0.06.
5. grudzień 2010 r. - MNiSW podwyższa punktację do 13 pkt ze względu na IF oraz cytowanie z JCR.

Poniżej znajdują się strony, na których otrzymacie Państwo podstawowe informacje na temat naszego czasopisma. Czasami należy wpisać w odpowiednia rubrykę numer ISSN - 17327629 lub słowo "Poland" oraz wybrać rok, aby otrzymać liczbę cytowań i IF w danym roku.

http://www1.bg.us.edu.pl/bazy/czasopisma/czasop_full.asp?id=732

http://www.scimagojr.com/journalsearch.php?q=12900154728&tip=sid&clean=0

http://www.scimagojr.com/journalrank.php?area=3300&category=3304&country=PL&year=2010&order=sjr&min=0&min_type=cd

Informacje zawarte na powyższych stronach pozwolą się Państwu przekonać, ze The New Educational Review jest wpisane na Thomson Reuters Master Journal List, że ma ono już swój Impact Factor oraz znajduje się z bazach cytowań z zakresu nauk społecznych.

Przypominam, ze nasze czasopismo publikowane jest przez Wydawnictwo Adam Marszalek w Toruniu, które dba o jego periodyczność i profesjonalny wizerunek edytorski.

Serdecznie pozdrawiam i dziękuje za współpracę,
S. Juszczyk


The New Educational Review is a journal that has been founded by the faculties of education from the following universities: University of Silesia in Katowice (Poland), Matej Bel University in Banská Bystrica (Slovak Republic) and University of Ostrava (Czech Republic). The deans and vice-deans of the pedagogical faculties of the universities mentioned above create associate Editors board. The main seat of editorial board is placed at the Faculty of Education and Psychology in University of Silesia in Poland. In our opinion, a creation of the new international journal is an important initiative, because at present in the Central European countries such a periodical does not exist. The New Educational Review is a continuation of an idea of Professor Bogdan Suchodolski, who directed the international editorial board of the year-journal Paideia. It was edited by the Committee for Educational Sciences of the Polish Academy of Sciences in the period 1972 - 1994 in English, French and Russian. Two years after the Professor Suchodolski's death the journal disappeared from the publishing market.

The New Educational Review is indexed in Thomson Reuters Journal Master List. Our journal can be find: by a short title "New Educational Review" or by ISSN 1732-6729



Gratuluję Profesorowi Stanisławowi Juszczykowi i wszystkim dotychczasowym współpracownikom oraz autorom TNER wspólnego sukcesu.

sobota, 24 września 2011

Po co nam ta demokracja?

Od dwóch dni trwa IX Ogólnopolska Konferencja Socjoterapeutów w Białej k/Sulejowa, której uczestnicy zastanawiają się, jak wychowywać i uczyć dzieci by, gdy dorosną, stały się świadomymi i aktywnymi obywatelami demokratycznego i nowoczesnego państwa. W związku z tym, że zostałem zaproszony z wykładem na temat stanu i zakresu demokracji w polskiej oświacie, przygotowałem następującej treści sofizmat:

Im więcej masz praw, tym więcej jest demokracji.

Im więcej jest demokracji, tym masz większy wpływ.

A im większy masz wpływ, tym mniej jest demokracji.

A im mniej jest demokracji, tym mniejszy masz wpływ.

Ale im mniejszy masz wpływ, tym więcej jest demokracji.

To po co ci prawa?

piątek, 23 września 2011

Porozmawiaj o swojej wolności

Otrzymałem dzisiaj list od pedagog, która postanowiła odejść z dotychczasowego miejsca swojej pracy. Stwierdziła, że jej godność osobista jest ważniejsza od miejsca pracy, w którym od co najmniej dwóch lat musiała radzić sobie z mobbingiem, frustracją i niekompetencją kierownictwa placówki. Przypomiam zatem tezy Paulo Freire:

*Aby przezwyciężyć sytuację ucisku, musimy najpierw krytycznie rozpoznać jej przyczyny, tak by ich przekształcające działanie mogło wytworzyć nową sytuację – taką, która umożliwia dążenie do pełniejszego człowieczeństwa.

*Uciśnieni, którzy przystosowali się do struktury dominacji, w jakiej sami są pogrążeni i której się poddali, powstrzymują się przed walką o wolność tak długo, jak długo czują się niezdolni do podjęcia ryzyka, którego ta walka wymaga.

Jak dobrze jest podjąć decyzję, której efektem jest zrozumienie, kto, dlaczego i jak długo był Twoim opresorem, jak wykorzystywał Ciebie w ciągu ostatnich lat tylko dlatego, że był Twoim zwierzchnikiem. Nie ma to znaczenia, gdzie, gdyż każda instytucja – publiczna i niepubliczna uruchamia mechanizmy władztwa, nad którymi nie każdy jest w stanie zapanować, by nie naruszały one ludzkiej godności.

Ile jeszcze miesięcy, lat czy godzin masz dawać komuś przyzwolenie na to, by pomiatał Tobą, jak śmieciem, by uzależniał Twoją egzystencję i samorealizację zawodową od swojego widzimisię, od swoich nastrojów, chorobliwych dysfunkcji? Ile jeszcze miałeś godzić się na to, by o sensie i wartości Twojej pracy rozstrzygał ignorant i jemu usłużni a mierni adiutanci tylko dlatego, że jest przedłużonym ramieniem jakiejś władzy? Jak długo jeszcze miałeś wysłuchiwać o tym, kto i na kogo donosi, kto i na kogo zbiera haki, kto i czyim kosztem buduje swoją pozycję w strukturze „chorej władzy”? Po co patrzeć, jak jedni żerują na drugich, jak wzajemnie kopią pod sobą dołki? Żałosne, ale prawdziwe bywa oblicze polskiej edukacji przed-szkolnej i akademickiej.


Jak dobrze jest wyjść na świeże powietrze, gdzie nie ma już tych toksyn, atmosfery wzajemnej zawiści, nieufności i wyścigu o głaski szefa, byle tylko mieć jeszcze nadzieję, że jutro, a może pojutrze będzie lepiej. Już nie musisz udawać, że jesteś kimś innym, by nie zostało to wykorzystane przeciwko Tobie. Jak dobrze jest już nie słuchać jego hipokryzji, propagandy sukcesu, kiedy wszystko wokół się wali. Lepiej jest być wśród ludzi i pracować u tych (a nie dla tych), którzy to docenią. Nareszcie możesz zachować swoją godność i wolność. Opór pedagoga wobec fałszu i zła staje się przejawem prawości jego sumienia. Nie żałuj róż, gdy płonie las…

środa, 21 września 2011

Wyższe szkoły (dla) klanów

Wyższe szkoły prywatne nie są szkołami dla młodych, zdolnych, którzy chcieliby dalej się w nich rozwijać, gdyż nie mają one nic wspólnego z uczelniami akademickimi. Zdecydowana większość tych szkół ma charakter zawodowy, a więc jej założyciel i kadry nauczycielskie skoncentrowane są tylko i wyłącznie na przygotowywaniu do przyszłego zawodu edukowanych w ramach danego kierunku studiów specjalistów. Jeśli zatem ktoś myśli o tym, by podejmować w nich zatrudnię, bo znajdzie w nich środowisko naukowo-badawcze, dzięki któremu będzie mógł rozwijać swoje pasje poznawcze, to jest w błędzie. Założyciele, a więc właściciele tych szkół, nie są tym absolutnie zainteresowani, gdyż proces kształcenia kadr akademickich jest bardzo kosztowny. Wymaga nie tylko pozyskiwania środków na badania naukowe (krajowe i międzynarodowe), ale także na badania własne, które są związane z przygotowywaniem prac awansowych na stopień naukowy doktora czy dalej – doktora habilitowanego i profesora.

Tworzone w wyższych szkołach prywatnych struktury o nazwach tożsamych z uniwersyteckimi, jak wydział, instytut, katedra czy zakład są rozwiązaniem strukturalnym, organizacyjnym, który ma sprzyjać nadzorowaniu kadr odpowiedzialnych za prowadzenie zajęć dydaktycznych ze studentami. Jeśli mają w nich miejsce zebrania czy spotkania o charakterze badawczym, to głównie w takim zakresie, w jakim założyciel szkoły zmusza swoich pracowników do pisania kolejnych projektów na granty marszałkowskie czy krajowe, dzięki którym pozyska z budżetu państwa (samorządu) dodatkowe środki na utrzymanie szkoły. Wyniki tych prac służą marketingowi do reklamowania jej dokonań, zaś beneficjentami tych projektów są ich adresaci, a więc w przypadku kierunków nauczycielskich czy pedagogicznych dotyczy to pracowników oświaty szkolnej i pozaszkolnej. Pośrednio korzystają z tego studenci szkoły, których wykorzystuje się do realizacji niektórych zadań, często pod pozorem zbieżności zadań z programem i wymogami studiów (a w istocie są tu bezpłatną siłą roboczą).

Wyższe szkoły prywatne są głównie szkołami dla swoich, a więc dla osób powiązanych z założycielem i ewentualnie władzami. Obowiązują tu powiązania rodzinne bądź w inny sposób pozyskanego założyciela (donosicielstwo, lojalność, usłużność itp.), dla którego pozostaje się w roli wiecznych czeladników, którzy za marne pieniądze mają dla niego wykonywać większość pracy. Musza przy tym bardzo uważać, by nie narazić się na jego gniew. Nic dziwnego, że niektóre szkoły od środka przypominają sposób funkcjonowania wojskowej „fali”, gdzie „kot” nie ma żadnych praw i może tylko marzyć, że jeśli tylko cierpliwie będzie znosił swój los, pokornie donosił i schlebiał patronowi, to może pozwoli mu on na coś więcej, a nawet doceni jakimś awansem organizacyjnym. Niech jednak nie myśli, że ów awans będzie cokolwiek znaczył.

W takiej strukturze jest się marionetką pociąganą za linki „chcenia” lub „niechcenia” założyciela szkoły, który z biegiem przesuwanych przez siebie granic ingerencji w życie pracownika zaczyna rozstrzygać o tym, czy powinien mieszkać ze swoimi rodzicami, czy może się usamodzielnić (najlepiej wziąć kredyt, bo wtedy jest się zależnym od niego jako pracodawcy), myśleć o własnym rozwoju naukowym czy o sposobie spędzania czasu wolnego. Poświęcenie dla niego powinno być przez 24 godziny na dobę wraz z pełną dyspozycyjnością, a każda porażka musi być godnie przyjęta nawet, jeśli sam założyciel jest jej głównym sprawcą. W takiej strukturze walka konkurencyjna o względy patrona jest ważniejsza, niż troska o cele instytucji i sposoby ich realizowania. One przestają być ważne. W końcu uruchomiony mechanizm jakoś się będzie toczył, kręcił. Tu nie ma ludzi niezastąpionych, nie mogą być liderzy, gdyż tym samym pozbawialiby założyciela poczucia bezwzględnej własności i dominacji.

Sprawa wydaje się prosta. Jeżeli ktoś jest w układzie, zostaje i ma możliwość kontynuowania swojej pracy, nawet jeśli ma problemy ze spojrzeniem sobie rano w lustro. W końcu może je zdjąć lub się samemu sobie nie przyglądać. Jak nie jest się w układzie – to trzeba się do niego jakoś wkupić. Powiązania rodzinne między zatrudnianymi pracownikami służą założycielowi takiej szkoły-firmy do manipulowania nimi, bo można uzależniać ich lojalność od spełniania określonych roszczeń. Szantaż i uzależnienie stają się tu czymś naturalnym, z czym trzeba nauczyć się żyć, jeśli chce się utrzymać miejsce pracy.

Co ciekawe, założyciele szkół prywatnych mimo określonych ustawami prawami pracowniczymi wprowadzają takie regulaminy organizacyjne i płac, żeby pracownicy nie mogli zorientować się, co jest de facto podstawą ich wynagrodzenia i od czego zależy jego wzrost lub spadek. Najlepszym tego przykładem jest przekroczenie przez nauczyciela akademickiego rocznej podstawy wymiaru składek na ubezpieczenie emerytalne i rentowe, wskutek czego ulega zmianie podstawa ich naliczania. O ile w uczelniach publicznych dział płac informuje każdego nauczyciela akademickiego o tym, że zostały dokonane nadpłaty i w związku z tym zostaną one jemu wypłacone, o tyle w wyższych szkołach prywatnych rzadko zdarza się, by takie nie tylko informacje były przekazywane pracownikom, ale też by następował zwrot przysługujących im nadpłaconych składek. W szkolnictwie publicznym jego władze troszczą się o to, by pracownicy administracji i nauczyciele akademiccy otrzymywali wszystko to, co jest ustalone normami prawa, a także co jest wypracowywane w ramach własnej działalności zarobkowej (np. premie), nad czym także czuwają związki zawodowe.

W szkolnictwie prywatnym nikt z pracowników nie ma wglądu w sferę jego finansowania, jeżeli nie działają w nim związki zawodowe (a nie działają), gdyż jednym zyski służą do utrzymania, inwestowania, rozwijania i podnoszenia poziomu szkoły, a innym w głównej mierze do konsumowania zysków dla siebie i swoich znajomych. Wykorzystują dobrą koniunkturę tak długo, jak tylko się da, gdyż nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za nietrafne decyzje w zakresie zarządzania, spadek poziomu kształcenia czy bankructwo.

Są jednak, choć nieliczne, niepubliczne szkoły akademickie, których założyciele od samego początku podjęli działania na rzecz spełnienia w nich najwyższych standardów akademickich, gdyż tylko w ten sposób mogły one dołączyć do prestiżowych uczelni publicznych i konkurować z nimi nie tylko o studentów, ale także o realizację najbardziej wartościowych projektów naukowo-badawczych. Jedyną uczelnią najwyższej rangi, w której prowadzony jest kierunek pedagogika, okazała się Dolnośląska Szkoła Wyższa we Wrocławiu. Tu młodzi pracownicy naukowi spotykają się ze swoimi mistrzami, profesorami i uczestniczą w prawdziwej nauce, dzieląc się jej wynikami ze studiującymi. Oby takich szkół przybywało, chociaż będzie coraz trudniej.

Dobrze jest jednak wiedzieć, że oprócz nich istnieją bardzo dobre wyższe szkoły prywatne, zorientowane tylko i wyłącznie na kształcenie profesjonalistów na studiach I stopnia, a więc uczelnie kształcące na poziomie licencjackim. Ich założyciele nie oszukują swoich klientów czymś, co nie miałoby mieć w nich miejsca. Tylko pozyskują jak najlepszą kadrę akademicką, wysokiej klasy specjalistów, by przygotowywać młodych ludzi do wejścia na rynek pracy z jak najwyższymi kwalifikacjami. Zawsze można je potem podwyższać i poszerzać w uczelniach publicznych – uniwersytetach czy akademiach lub w najlepszych wyższych szkołach prywatnych, które oferują studia II i III stopnia.

Od nowego roku akademickiego wszystkie szkoły wyższe są zobowiązane do prowadzenia badań losów swoich absolwentów. Ciekawe, jaka będzie ich metodologia, porównywalność i jawność uzyskanych danych.

wtorek, 20 września 2011

Wybory do KNP PAN rodzą pytania i poszukiwanie na nie odpowiedzi

Komisja Wyborcza Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN zwróciła się kilka miesięcy temu do władz uczelni publicznych i niepublicznych o przekazanie informacji, którzy z zatrudnionych w nich doktorów habilitowanych i profesorów są pedagogami, żeby można było uwzględnić ich na liście wyborców do tego społecznego w akademickim środowisku gremium. Wybory do KNP PAN nie mają tej mocy przyciągania, co wybory do Sejmu, gdyż nie skutkują ani etatami, ani jakimikolwiek gratyfikacjami finansowymi. Jak stwierdza się w Regulaminie wyborów:

Wszyscy wyborcy zostają zaproszeni do zgłoszenia swoich kandydatur na członka komitetu. W przypadku wyrażenia woli kandydowania, składają oni pisemną zgodę i zapewnienie swojej aktywnej pracy w komitecie.

Wyłonienie komitetu naukowego stwarza możliwość zainteresowanym społecznego zaangażowania na rzecz pedagogicznego środowiska akademickiego, co zostało odnotowane na stronie KNP PAN:

Komitet Nauk Pedagogicznych jest samorządną reprezentacją nauk pedagogicznych, służącą integrowaniu uczonych z całego kraju, wchodzącą w strukturę PAN. Komitet został powołany w 1953 r. W skład KNP wchodzą profesorowie pedagogiki wybierani przez właściwe środowiska naukowe oraz członkowie Akademii. Do zadań komitetu należy w szczególności:

*analizowanie i ocena rozwoju nauk pedagogicznych,

*rozważanie istotnych problemów pedagogiki,

*organizowanie sesji i konferencji naukowych oraz upowszechnianie wyników badań naukowych,

*inicjowanie i rozwijanie współpracy z zagranicznymi organizacjami i ośrodkami naukowymi,

*przeprowadzanie ocen stanu i potrzeb nauk pedagogicznych oraz instytucji naukowych, z ich własnej inicjatywy lub na wniosek nadzorujących te instytucje,

*przygotowywanie ekspertyz naukowych. diagnozowanie stanu oświaty,

*kształcenie kadr w dziedzinie pedagogiki,

*ocenianie poczynań reformatorskich w systemie edukacji narodowej,

*opracowywanie nowych koncepcji i propozycji rozwiązań modelowych dotyczących oświaty, kształcenia i doskonalenia kadr naukowych w dziedzinie pedagogiki oraz kształcenia nauczycieli
.

KNP od 13 lat organizuje Letnie Szkoły Młodych Pedagogów, zaś jego członkowie uczestniczą jako eksperci w zespołach doradczych MEN dla projektowania i wdrażania reform oświatowych. Wydaje publikacje książkowe oraz własne czasopisma: ”Rocznik Pedagogiczny” i “Studia Pedagogiczne”. Przew. KNP w l.1953-1973 był prof. B. Suchodolski, 1974-1984 – prof. W. Okoń, 1984-1993 prof. H. Muszyński, 1993-2007 prof. T. Lewowicki, zaś od 2007 Stefan M. Kwiatkowski. (http://www.knped.pan.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=59&Itemid=44)


Władze Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej stworzyły Komisji Wyborczej bardzo dobre warunki do przeprowadzenia wyborów. Jak pisałem już o tym wcześniej, z braku środków w PAN, pokryły koszty korespondencji z uczelniami i zarejestrowanymi na podstawie pism władz szkół wyższych potencjalnymi kandydatami do Komitetu. Potencjalnymi, gdyż zostaną takimi uznanymi dopiero po przesłaniu przez nich deklaracji, że wyrażają zgodę na wybór do KNP PAN.

Na stronie internetowej APS http://www.aps.edu.pl/ zaprasza się wszystkich samodzielnych pracowników naukowych w dyscyplinie pedagogika do wzięcia udziału w wyborach do Komitetu nauk Pedagogicznych Polskiej Akademii Nauk. Zamieszczono też listę osób uprawnionych do wyborów do Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN, prosząc zarazem, by wszelkie uwagi kierować pod numer tel. 22 589 36 26 lub e-mail: bnowak@aps.edu.pl.

Apelujemy o zgłaszanie uwag, gdyż z przekazywanych drogą elektroniczną i telefonicznie spostrzeżeń naszych Koleżanek i Kolegów wynika bardzo wiele błędów, które pojawiły się na opublikowanej Liście Wyborców nie z winy pracowników APS w Warszawie czy Komisji Wyborczej, tylko samych zainteresowanych albo pracowników administracji przygotowujących wykaz profesorów z danej uczelni.

Wykaz listy wyborców obejmuje 581 osób, w tym 300 stanowią osoby ze stopniem doktora habilitowanego i 281 z odnotowanym przy ich nazwisku tytułem naukowym profesora. Jak się okazuje, aż 65 wyborcom - spośród tej drugiej grupy - ktoś podwyższył status naukowy z doktora habilitowanego na profesora mimo, iż nie posiadają tego tytułu. Piętnaście osób w ogóle nie powinno znaleźć się na tej liście, gdyż nie są pedagogami (także w świetle ich dorobku naukowego), a w wielu przypadkach zamiast nazwy uczelni, w której są zatrudnieni, zostało odnotowane - „brak danych”. Tych danych nie ma też w bazie MNiSW. Komisja Wyborcza nie miała zatem łatwego zadania.

Nie wiemy, z jakiego powodu władze – szczególnie niepublicznych szkół wyższych - przekazały Komisji Wyborczej na listę kandydatów osoby, które nie spełniają podstawowego warunku, a mianowicie nie są doktorami habilitowanymi czy profesorami z dyscypliny pedagogika? Czy byłoby możliwe, żeby pedagodzy zostali zgłoszeni na listy wyborcze do Komitetu nauk Psychologicznych lub Socjologicznych PAN? Regulamin wyborów określa to jednoznacznie:

Czynne prawo wyborcze przysługuje pracownikom naukowym danej dyscypliny, lub
grupy dyscyplin objętych zakresem działania komitetu, posiadającym tytuł profesora lub stopień doktora habilitowanego.


Nie dotyczy to rzecz jasna emerytowanych profesorów czy doktorów habilitowanych, którzy już nie są zatrudnieni, ale mają pełne prawo do kandydowania do KNP PAN. Natomiast 5 samodzielnych doktorów habilitowanych nie miało odnotowanego awansu na tytuł naukowy zapewne dlatego, że nastąpił on w ostatnim półroczu. Komisja Wyborcza nie mogła o tym wiedzieć.

Piszę o tym tylko i wyłącznie dlatego, że otrzymuję telefony i listy drogą elektroniczną z prośbą o interwencję. Niektórzy koledzy pytają, dlaczego pominięto ich nazwiska? Inni, czy brak danych przy nazwisku nie jest warunkiem do skreślenia z listy wyborczej, skoro na Karcie do Głosowania jest wymóg, by podać miejsce pracy kandydata? Jak to uczynić, skoro nie ma go w wykazie?

Osobiście, życzę wszystkim profesorom uczelnianym, by uzyskali tytuł naukowy profesora, gdyż w wielu dyscyplinach brakuje nam wsparcia kadrowego do recenzowania przewodów na tytuł naukowy czy opiniowania przygotowywanych do druku publikacji naukowych. Bardzo bym chciał, żeby profesorów tytularnych było jak najwięcej w naszej dyscyplinie, gdyż zwiększałoby to szanse do awansu kolejnych pokoleń badaczy.

I jeszcze jedna informacja. Jak określa to regulamin wyborów:

Członkowie PAN nie obciążają limitu wybieranych członków komitetu, tym samym nie musimy wskazywać na liście do głosowania tych profesorów pedagogiki, którzy są już członkami PAN, gdyż oni wchodzą w skład Komitetu Nauk Pedagogicznych poza wskazanym w regulaminie limitem. Dotyczy to profesorów: Czesława Kupisiewicza, Wincentego Okonia i Zbigniewa Kwiecińskiego.

Życzę też wszystkim tym, którzy kandydują, by spełniły się ich oczekiwania.

niedziela, 18 września 2011

Studia na pedagogice w Wieży Bubel


Absolwenci pedagogiki i kandydaci na pedagogikę mają już w całym kraju ten sam problem. Jeśli studiowali lub zamierzają studiować w wyższych szkołach prywatnych – bez względu na to, jaką mają przymiotnikową nazwę - jak wykazuje Raport ministra Michała Boniego pt. Młodzi – zasilają coraz liczniejszą grupę bezrobotnych. W grupie osób w wieku 25-29 lat , które mieszkają wraz z rodzicami, mamy w Polsce najwyższy odsetek osób bezrobotnych, bo wynoszący aż 60%. Liczba osób bezrobotnych poniżej 25 roku życia wyniosła w naszym kraju w tym roku pół miliona osób. Rząd Platformy Obywatelskiej nie mógł przedstawić i udokumentować lepiej katastrofy, do jakiej doprowadził swoją polityką, pozwalając na otwieranie kolejnych wyższych szkół prywatnych, by stawały się przechowalniami dla przyszłych - i tak - bezrobotnych. Oni jeszcze nie są odnotowywani w tych statystykach.

Jeszcze trzy lata temu, kiedy PO wraz z PSL zaczynała rządzenie, ponad 1/3 bezrobotnych, którzy nie ukończyli 27 lat, stanowili absolwenci wyższych szkół, w tym w przeważającej mierze szkół prywatnych. Dzisiaj jest ich o połowę więcej. Gra rynkowa jest twarda i nieubłagana. Skoro każdy ma sam zatroszczyć się o siebie, bo politycy dobrze zadbali o swoje interesy, to musi mieć świadomość konsekwencji, jakie z tym się wiążą. Ciekaw jestem, jak ci młodzi-dorośli będą głosować za dwa tygodnie?

Ci, co skończyli już studia w kiepskich szkółkach, tracą w konkurencji z tymi, którzy ukończyli ten kierunek w państwowym uniwersytecie czy w akademii (bez względu na ich przymiotnikową czy ogólną nazwę). Ci drudzy zaś, którzy zamierzają ulokować swoje nadzieje na lepsze „jutro”, jeśli kierują swoje kroki do małych, działających od zaledwie kilku lat wyższych szkół prywatnych czy prowadzących ten kierunek kształcenia od roku czy dwóch lat, nie zdają sobie sprawy z tego, jak nietrafna będzie ich inwestycja. Chyba, że chcą w trakcie tych studiów być bezrobotnymi, czyli nieuczącymi się, traktującymi je jak hipermarket, po którym można przechadzać się godzinami lub obiec wszystkie ścieżki między regałami, zastanawiając się, co jeszcze wrzucić do koszyka konsumpcyjnych pragnień. W takich szkołach pierwsze pytania będą brzmiały: ile może być nieobecności w czasie zajęć? Co mogą mi zaliczyć z innej szkoły? Czy muszę chodzić na wszystkie zajęcia i dlaczego trwają one tak długo?

To są odwieczne dylematy, gdzie studiować? Czy wybrać jakąś szkołę prywatną we własnym mieście, gdzie nie zostaliśmy przyjęci na uniwersytet czy do akademii na bezpłatne studia? Czy może, skoro już trzeba za te studia zapłacić, szukać ich w uczelniach publicznych na studiach niestacjonarnych? Czy może jednak we własnym mieście lub regionie jest wyższa szkoła prywatna z kilkunastoletnią tradycją i świetną kadrą, a więc uzyskany w niej dyplom nie przyniesie nam na rynku pracy wstydu? Dzisiaj pracodawcy już pytają: Co pani/pan potrafi? Jakie ma pomysły na realizację siebie w danej roli zawodowej? Gdzie pani czy pan studiował? Kto kierował dana uczelnią czy wydziałem pedagogicznym? Z kim miała pani/pan zajęcia? Co robiła pani/pan w trakcie studiów/ Jakie ma doświadczenia praktyczne, zawodowe, wolontariackie czy badawcze? Czesne, książki, wynajęcie mieszkania, dojazdy to wszystko są koszty, które albo trzeba, albo warto ponieść, by studiować w jak najlepszej uczelni.

Za dwa tygodnie kończy się do nich rekrutacja. To, co ich założyciele i marketingowcy prezentują na stronach internetowych, niewiele może mieć wspólnego z rzeczywistością. W wielu przypadkach są to już tylko wycinki z przeszłości, karty zamkniętej historii, bo nie spotkacie już w tych szkołach ani tych profesorów, ani doktorów, ani też atrakcyjnych zajęć, które kreowane są tak samo, jak czynią to bankowcy, kiedy chcą nam wcisnąć kiepski produkt. Pytajcie zatem o to, kto tak naprawdę będzie w tej szkole pracował od nowego roku akademickiego? Zobaczcie w internecie - kim jest rektor, prorektor, dziekan czy prodziekan wydziału lub instytutu, w którym prowadzony jest kierunek waszych studiów? Przepustką do pozyskania miejsca pracy nie będzie już dyplom licencjacki czy magisterski jakiejkolwiek szkoły wyższej.

Byle jaka kadra nie zapewni studiującym kwalifikacji, które powinny wyrażać się określoną wiedzą i umiejętnościami, bo od wypalonej zapałki ognisko się nie rozpali, tym bardziej, kiedy podejmuje się studia na odległość. Zamiast trafić do Wieży Babel, możecie w październiku ocknąć się w Wieży Bubel. Jak pisze w swoim blogu „Belfer”:

Firma edukacyjna (pod nazwą wyższa szkoła) mająca uprawnienia do nadawania tytułu magistra, w której miałem dodatkowe zajęcia z drugim stopniem (magisterki), od maja zalega mi z wypłatą. Nie tylko mi, ale wszystkim, którzy zgodzili się tam pracować. Ponoć mają zapaść finansową, księgowej nie ma, rektora nie ma, nikogo nie ma- jak się dzwoni. Już nie mam sił upominać się o swoje. (http://okiembelfra.blogspot.com)

Belfer odsłania w swoim blogu wiele patologicznych sytuacji, jakie mają w tzw. wsp, uczulając na sytuacje, które czynią spustoszenie w życiu młodego człowieka. Wydawałoby się, ze trafił do szkoły wyższej, a tu przeżywa sytuacje, które są kulturowo i akademicko niższe. Oto fragment z wpisu tego Blogera z dn. 18 lipca br.:
Przytacza sprawę, jaką opowiadała mu znajoma, z którą miałem kontakt zawodowy przez około 15 lat:

Ma ona dziecko na studiach pedagogicznych, studiach płatnych, zaocznych. Otóż to jej dziecko zdaje rewelacyjnie egzaminy, ma dobre stopnie i lubi studia. Ale to wszystko do czasu. Otóż trafiła na pewnego nauczyciela akademickiego, młodego, gwiazdę na tej uczelni. Ma wysokie notowania, bo i jego mentor i opiekun pracy doktorskiej zajmuje wysokie stanowisko na tej uczelni, to tej osoby pierwszy doktorant, nawet dostał jakaś nagrodę- więc jest show.

No i dziecko tej znajomej trafiła na tą gwiazdę. I zaczęły się problemy, kiedy młody pracownik naukowy, zażyczył sobie pracę kontrolną od grupy. Wszyscy dali, znajomej dziecko również i ….. ta praca nie została oceniona pozytywnie. Więc padło pytanie: co mam zrobić, aby pracę zaliczyć? Młody doktor sformułował oględnie wymagania, ale generalnie chodziło o to, że wszyscy którzy pisali u niego te prace i dostali zaliczenie, w swoich pracach cytowali naszą uczelniana gwiazdę, a dziecko mojej znajomej nie cytowało.
I się zawzięło, nie będę cytować!

Odpowiedzi na maile zawierały zwroty powszechnie uważane za obraźliwe (np. dotyczące koloru włosów), plus inne epitety. Cztery złożone prace (dodatkowo) nie pasowały młodemu naukowcowi, ale dopuścił do egzaminu, który zaliczono z pozytywnym wynikiem.
Niemniej piąta próba też nie zaliczona została, więc młoda gwiazda uczelni oznajmiła, że w takim razie „kasuje pozytywną ocenę z egzaminu” i nie zalicza semestru.

No to poszły skargi na „gwiazdę” do rektora i dziekana.
Dziekanat nie chciał tych skarg przyjąć, bo to przecież nasz „najlepszy” wykładowca, dobrze że dziecko mojej znajomej było z ojcem, który po pół godzinie wymusił przyjęcie skargi. Panie w dziekanacie to rodzina pracowników uczelni- to taki standard w pewnego typu uczelniach.

Jak się sprawa potoczy?
Znajoma nastawia się, że jeżeli przeniesie dziecko do innej szkoły, to skieruje skargę do Ministerstwa i gdzie tylko się da.
Maile od „tej uczelnianej gwiazdy” do dziecka znajomych są poniżej wszelkiej krytyki, język niegodny człowieka wykształconego. Ponoć u tej osoby to standard.
Ale mentor, ale nagroda, ale opinia- to jest to, co w tej uczelni stawia się wyżej, nad opinię czy odczucia studentów.

sobota, 17 września 2011

Polityczna kapitulacja i kompromitacja minister edukacji oraz jej gabinetu

Pedagog, który rzeczywiście kieruje się troską o prawidłowy rozwój dziecka i o stworzenie mu jak najkorzystniejszych warunków, może nawet w imię tego dobra popełnić jakiś błąd, pomylić się, źle skalkulować własne działania czy nie przewidzieć wszystkich jego skutków. Kształcenie i wychowanie nie są procesami, które przebiegają w izolacji, pod kloszem, sam na sam. Jak pisał prof. Tadeusz Kotarbiński, nawet wówczas, kiedy marzy nam się podejmowanie działań, które miałyby być skuteczne, musimy brać pod uwagę to, że w świecie relacji międzyludzkich apodyktyczne decyzje, pomijające istotę humanum, a jest nią m. in. wolna wola każdego z nas, jest z góry skazane na niepowodzenie. Tym bardziej, kiedy kierujemy się wyłącznie interesami wąsko pojmowanej grupy politycznej, która uzyskawszy mandat w wyniku demokratycznych wyborów z biegiem rządzenia nabiera przeświadczenia, że jej wszystko wolno.

Jakże łatwo i niepostrzeżenie można przejść od praw demokracji do autokracji, chociaż szyldem troski powiewa się na swoich propagandowych sztandarach (dzisiaj są nimi nie tylko oficjalne wypowiedzi władz tego resortu, ale i treści stron internetowych oraz regulacje prawne, w tym także ich projekty).
Ministerstwo Edukacji Narodowej nie ma szczęścia do kierownictwa, które uwzględniałoby prawidłowości życia społecznego, uwarunkowania psychofizyczne i duchowe ludzkiego rozwoju oraz naturalne prawa rodziców do stanowienia o kierunku i jakości życia ich własnych dzieci.

Władze MEN zapędziły się w swoim etatystycznym władztwie i zawłaszczaniu sfer życia naszych dzieci i młodzieży tak, jakby były własnością państwa, jakiego urzędu! To jest złamanie nie tylko zasad solidności społecznej i tej „Solidarności”, która w latach 1980-1989 upominała się o inną Polskę, o samorządność i poszanowanie praw każdego. Jedynie prof. Henryk Samsonowicz jako pierwszy postsocjalistyczny minister edukacji rozumiał i dawał dowód tym wartościom oraz prawidłowościom w trakcie kierowania resortem edukacji.

Najwyższy czas wrócić do podstaw, odzyskać suwerenność, która jest konieczna w społeczeństwie obywatelskim, a nie urzędniczo-instytucjonalnym. Gdzie jest ta obiecywana autonomia dyrektorów przedszkoli i szkół, gdzie jest poszanowanie praw nauczycieli , uczniów i ich rodziców? Komu służą te bzdurne narzędzia ewaluacji? Ilu jeszcze urzędników i biurokratów będzie pasożytować na nieefektywnych procedurach oświatowych? Kiedy skończy się odgórne rządzenie i manipulowanie środowiskiem nauczycielskim, które w niczym nie sprzyja doskonaleniu procesu kształcenia i wychowania, tylko temu przeszkadza? Prof.M. Handke, jak pomylił się w swoich wyliczeniach, to podał się do dymisji. Trzeba jednak było posiadać honor i poczucie współodpowiedzialności za losy uczących się i wychowywanych oraz ich nauczycieli i wychowawców, by przyznać się do błędu.

Ogłoszenie kilka dni temu przez minister Katarzynę Hall, że będzie w kolejnym rządzie (cóż za pewność wygranej!) kontynuować swoją „misję zawłaszczania przestrzeni edukacyjnej”, a wczorajsze zadeklarowanie nie tyle wycofania się z dalszego prowadzenia błędnej polityki, tylko jej odroczenia o rok, jest wskaźnikiem braku pokory i szacunku wobec tych, których przez 4 lata nie słuchano i słuchać nie zamierzano. Rozumiem, że presja na wejście do Sejmu wraz ze swoją doradczynią polityczną Ligią Krajewską jest silniejsza, niż przyznanie się do błędów i przeproszenie obywateli za prawne ukonstytuowanie nieodpowiedzialnych rozwiązań.

Jak już tak bardzo pragnie się rządzić innymi wbrew nim samym i ich potrzebom oraz logice praw społeczno-rozwojowych, to może w okresie przedwyborczym warto byłoby sobie poczytać nie tylko dzieła Tadeusza Kotarbińskiego, ale i Jana Pawła II, który po uzyskaniu godności Papieża odnotował w swoim pamiętniku: „Pamiętaj, że nie jesteś ważny”. No, ale łatwiej jest pokazywać się na oficjalnych mszach, niż myśleć i działać zgodnie z tym przesłaniem ...

piątek, 16 września 2011

Wybory członków Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN z koniecznością poszanowania prawa ich tajności


Na podstawie uchwały prezydium Polskiej Akademii Nauk nr 28/2011 z dnia 26 maja 2011 r. , w sprawie regulaminu wyborów członków komitetu naukowego i jego organów do wszystkich zidentyfikowanych przez Komisję Wyborczą doktorów habilitowanych i profesorów reprezentujących dyscyplinę naukową pedagogika zostały rozesłane karty do głosowania, w których należy wpisać co najwyżej 10 nazwisk) oraz oświadczenie o zgodzie na kandydowanie do Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN. W imieniu Komisji Wyborczej dr hab. Janusz Gęsicki, prof. APS zwrócił się z prośbą o przesłanie w załączonej kopercie zwrotnej terminie do 31 października 2011 r. wypełnionej karty wyborczej.

W związku z tym, że ze względu na brak środków w PAN, koszty zwrotnej korespondencji wzięła na siebie Akademia Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie, za co należą się słowa podziękowania JM Rektorowi dr hab. Janowi Łaszczykowi, prof. APS, każdy z rozstrzygających o tym, kto jego zdaniem powinien być w tym gremium na kolejną kadencję, powinien to odnotować w załączonej „Karcie do głosowania” i odesłać ją w kopercie zwrotnej z naklejonym już znaczkiem pocztowym. Można posłużyć się zamieszczoną na stronie APS pełną listą osób posiadających bierne i czynne prawo wyborcze: http://www.aps.edu.pl/pliki/Wybory_KNP_PAN_2.pdf, by wpisać imiona, nazwiska i miejsce pracy maksymalnie 10 proponowanych przez siebie profesorów/doktorów habilitowanych spośród zarejestrowanych przez Komisję 581 osób.

Zwracam też uwagę na to, że pominięcie jednej z tych informacji, jak np. miejsce zatrudnienia proponowanego przez nas kandydata, może zostać uznane jako niespełnienie formalnego wymogu i karta zostanie unieważniona.

Natomiast Oświadczenie, że wyraża lub nie wyraża zgody na kandydowanie w tych wyborach, powinno – nie tylko w moim przekonaniu - zostać odesłane na własny koszt w odrębnej kopercie na ten sam adres: akademia Pedagogiki specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej ul. Szczęśliwicka 40; 02-353 Warszawa z dopiskiem „Wybory KNP PAN”.

Piszę o tym dlatego, że w czasie tegorocznej – XXV Letniej Szkoły Młodych Pedagogów Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN, uczestniczący w niej profesorowie zwrócili uwagę na to, że odesłanie w jednej kopercie karty wyborczej z wskazanymi w niej nazwiskami „swoich” kandydatów wraz z informacją, że wyraża się lub nie wyraża zgody na kandydowanie w tych wyborach, łamie zasadę tajności wyborów. Takie łączne odesłanie Karty do głosowania wraz z wspomnianym Oświadczeniem jest niezgodne z fundamentalną w państwie prawa zasadą tajnego głosowania w sprawach personalnych tym bardziej, gdy odbywa się ono drogą korespondencyjną. Odesłanie zatem w odrębnej kopercie Oświadczenia o uczestniczeniu w wyborach jest zgodne z prawem i regulaminem wyborczym, PAN.

Szkoła, która nie daje spokoju




































Każdy, kto choć raz uczestniczył w Letniej Szkole Młodych Pedagogów przy Komitecie Nauk Pedagogicznych PAN, nie może liczyć na spokój, na wyciszenie umysłu, emocji i własnej aktywności. Nie da się stłumić czegoś, co jest efektem przeżywania nawet wówczas, gdyby chciało się tego uniknąć. To jest po prostu niemożliwe. Nie tylko mój pobyt w Kazimierzu Dolnym jest tego najlepszym dowodem, że trudno jest zapomnieć treści wygłaszanych referatów, nawet krótkotrwały kontakt z kimś, kogo znam osobiście, z kim się przyjaźnię, wymieniam korespondencję i/lub publikacje czy kogo mogłem po raz pierwszy zobaczyć. To miłe, kiedy podchodzi osoba i mówi, że jest właśnie tą, której książkę recenzowałem dla jednego z uczelnianych wydawnictw naukowych. Tak to w naszej pracy bywa, że otrzymujemy maszynopisy czyichś rozpraw, by dokonać ich oceny i nie wiemy nic o ich autorach poza tym, co wyrazili w swoim tekście. To są sytuacje podobne jak do bohaterów jakiegoś opowiadania czy powieści, którą przeczytaliśmy a w jakiś czas później stała się ona przedmiotem scenariusza filmowego. Jakże trudno jest po obejrzeniu filmu skojarzyć wyobrażaną sobie wcześniej postać bohatera z tym, którego wyraził obsadzony przez reżysera aktor. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że to w gruncie rzeczy nie ma żadnego znaczenia, ponieważ w sztuce być może ważna jest zbieżność postaci literackiej z filmową, ale w nauce najważniejsze jest to, by spotkawszy autorkę czy autora książki, którą się wcześniej recenzowało, mieć możliwość kontynuowania dialogu, spotkań w przestrzeni kultury symbolicznej, metafizycznej. Wielką zatem radość sprawiają mi sytuacje, kiedy nagle podchodzi do mnie Osoba i mówi, że jest autorem recenzowanego przeze mnie wcześniej tekstu.

Piszę o tym dlatego, że w czasie tegorocznej Szkoły podchodzili do mnie młodzi autorzy, niektórzy z nowym i poszerzonym wydaniem swojej wcześniejszej rozprawy, by podziękować lub podzielić się dalszymi planami naukowego rozwoju. Niestety, nie mogłem uczestniczyć we wszystkich Szkołach Młodych Pedagogów, ale widziałem, jak tego typu doświadczenia spotkań z młodymi naukowcami, którzy w ciągu kilkunastu lat przeszli drogę rozwoju od magistra (początkującego uczestnika LSzMP) po doktora habilitowanego. Prof. Maria Dudzikowa jest jedyną w naszym akademickim środowisku, która prowadząc te Szkoły wie o każdym więcej, niż tylko to, co zawiera się w jego rozprawach naukowych. Szkoła nie daje spokoju tym, którzy dzięki spotkaniom z profesorami i z samymi sobą (każdy przyjeżdża przecież z innego ośrodka akademickiego, z własna biografią w tle) odkrywają, jak wiele jeszcze powinni się nauczyć, ile poznać, co zrozumieć, co czytać i gdzie poszukiwać nowych źródeł wiedzy.

Ja też mam po tegorocznej Szkole pracę domową do odrobienia, bo nie dają mi spokoju problemy, przywoływane teksty i ich autorzy, których dotychczas nie znałem, a widzę, jak bardzo byłyby mi przydatne w realizacji dalszych projektów badawczych.
Jedną z takich osób był wyjątkowy dla mnie Gość tej Szkoły, Osoba, którą wielokrotnie przywoływałem i cytowałem w swoich książkach poświęconych edukacji autorskiej, emancypacyjnej, alternatywnej w Polsce z przełomu ustrojowego, a więc lat 1989-1990, ale której nigdy nie miałem możliwości wysłuchać. Jest nią prof. dr hab. Henryk Samsonowicz – pierwszy, i jak na 15 ministrów minionego 20-lecia najlepszy spośród kierujących resortem edukacji narodowej. To dzięki prof. H. Samsonowiczowi (Jego rozporządzeniu z 1989 r.) możliwy był w Polsce ruch klas i szkół autorskich, mogłem realizować wraz z żoną eksperyment pedagogiczny w szkole państwowej.

Wdzięczny jestem prof. Marii Dudzikowej za możliwość spotkania z wybitnym historykiem, którego skromność, pokora, poczucie humoru i niezwykła mądrość oczarowały chyba wszystkich słuchaczy. A przecież prof. H. Samsonowicz nie mówił nam o swoim urzędowaniu w resorcie edukacji, ani o polityce oświatowej, tylko - a raczej aż - o tym: Czy jest jedna Europa? I co z tego wynika dla pedagogów… Te trzy kropki w tytule są wskaźnikiem tego, że to my-pedagodzy powinniśmy wyciągnąć wnioski z lekcji historii powszechnej, jakiej udzielił nam Profesor w ciągu niespełna 70 minut.

To był mistrzowski wykład – erudycyjny, sięgający od początków tworzącej się na naszym kontynencie ludzkiej cywilizacji, kultury - po czasy nam współczesne, a przy tym wygłoszony z wielkim taktem, dystansem i pokorą wobec także własnej niewiedzy czy wątpliwości, jakie wynikają z braku dowodów na występowanie określonych zdarzeń, interpretacji czyichś postaw czy możliwych skutków działań ludzi władzy. Przywołanie przez Profesora najważniejszych cech, które sprawiły, że ludy Europy łączy wspólnota więzi, wynikająca z: 1) wartości chrześcijańskich, 2) osiągnięć greckiej filozofii i 3) norm prawa rzymskiego, zostało zreferowane w szerokim kontekście ewolucji i dynamiki przemian procesów religijnych, demograficznych, gospodarczych, politycznych i społeczno-kulturowych, jest powodem dla wyciągnięcia z tego wniosków na dziś i na przyszłość.

Czy istnieje i czy zawsze istniała jedna Europa jako krąg cywilizacyjny i kulturowy? – pytał H. Samsonowicz, po czym przeprowadził wywód, którego słuchało się z zapartym tchem. Dobrze, że od czasu do czasu nas odprężał jakąś anegdotką historyczną czy „puszczeniem oka” do słuchaczy, by pewne informacje zachowali tylko dla siebie.

Konsekwentnie, krok po kroku (epoka po epoce) wprowadzał nas w tajniki procesów rodzącego się w Europie pluralizmu idei, wartości oraz władzy i władztwa (ludzkiego i terytorialnego), odsłaniał przed nami powody zmieniających się granic najpierw plemion, grup etnicznych, wyznaniowych, kulturowych, państwowych i organizacji systemów społecznych, a także wykazał genezę struktury współpracy regionalnej niektórych państw europejskich pod nazwą Trójkąta Weimarskiego. Przy okazji wplatał w swoją narrację historyczną etymologię takich pojęć, jak król, władza, wodzostwo, państwo, samorząd, ale i czym jest pamięć zbiorowa, chrześcijaństwo oraz jaką rolę odegrała ikonografia w dociekaniu prawdy o mających przed wiekami miejsce procesach, wydarzeniach czy rodzajach zachowań.

Były też analogie do czasów nam współczesnych. Dowiedzieliśmy się bowiem o tym, że należeliśmy do jednego z nielicznych w Europie narodów, który w najlepszym dla siebie ekonomicznie okresie wszystko, co zarobił, przejadał, konsumował, a także o tym, że posiadaliśmy przed 150 laty wyjątkową strukturę społeczną na tym kontynencie, bowiem ponad 10% społeczeństwa stanowiła uprzywilejowana klasa polityczna, podczas gdy w pozostałych państwach przeważała klasa chłopska. Profesor wydobył z polskiej historii jej najpiękniejsze karty – okresu tolerancji religijnej, systemu szlacheckiej demokracji, stworzenia republiki alfabetycznej, troszczącej się o edukację narodu, której wyznacznikiem było powstawanie uniwersytetów oraz Komisji Edukacji Narodowej.

Skoro kluczem mądrości jest pilne i częste pytanie, Profesor był do naszej dyspozycji, byśmy mogli weryfikować własne hipotezy, rozwiewać wątpliwości czy prosić o wyjaśnienie pewnych zdarzeń. Jak się okazało, zafascynował nas jako wielki humanista, człowiek współczesności i ponowoczesności oraz polityk, skoro pytaliśmy go o pojawiające się w sposób sinusoidalny, w okresie minionego 20-lecia, sprzeczności w polityce oświatowej, o ekspansję Chin w Europie oraz o powody Jego entuzjazmu dla budowania społeczeństwa obywatelskiego, doskonalenia lokalnej samorządności. Niektórzy chcieli wiedzieć, co najlepiej określa naszą tożsamość wśród narodów współczesnej Europy?

Henryk Samsonowicz wskazał nam na powtarzający się w dziejach tego kontynentu cykl jakże charakterystycznych procesów społeczno-politycznych: po rozbiciu, scalamy się, a po zjednoczeniu ponownie się dzielimy. No i wreszcie przypomniał, że muszą być INNI, byśmy wiedzieli, kim sami jesteśmy. W tym wszystkim potrzebna jest edukacja, gdyż bez niej nie powiodą się żadne reformy w kraju. Prof. H. Samsonowicz jednoznacznie tez stwierdził, że jest przeciwnikiem odgórnego, z polityczno-administracyjnego nakazu wprowadzania obowiązkowej edukacji szkolnej dla dzieci w określonym wieku. Jak stwierdził: Nie ośmieliłbym się nakazać, że do przedszkola trzeba iść, jak ma się 5 czy 6 lat. Przywołał pogląd jednego z amerykańskich neurofizjologów, że nie ma na świecie (nawet wśród bliźniąt jednojajowych) dwóch takich samych istot ludzkich. A zatem warto pamiętać, jakie konsekwencje rodzi myślenie polityczne w stylu: ein Volk, ein Reich, ein Fűhrer.

Tym mocnym akcentem musiał się z nami rozstać, pozostawiając w nas wspomniany już przeze mnie niepokój i niedosyt. Prof. Tadeusz Lewowicki, który przewodniczył tej sesji wykładowej podsumował: Profesor Henryk Samsonowicz pozostawił w nas ślad na całe życie. Taki efekt wywołują tylko „giganci humanistyki”.

(fot. B. Sliwerski, P. Grzybowski)

czwartek, 15 września 2011

MISTRZOWSKA SZKOŁA PEDAGOGICZNYCH ELIT



Dwadzieścia pięć lat, z czego aż 18, przypadło na przewodniczenie tej wyjątkowej szkole naukowych elit – prof. zw. dr hab. Marii Dudzikowej z UAM w Poznaniu, jest dowodem na to, że można w sposób systematyczny, konsekwentny, w oparciu o zasady akademickiej samorządności i bezinteresowności prowadzić formę doskonalenia oraz wsparcia teoretyczno-metodologicznego początkujących, młodych i najzdolniejszych naukowców (z państwowych wyższych szkół zawodowych i z uczelni akademickich z całego kraju) w ramach corocznej, tygodniowej Letniej Szkoły Młodych Pedagogów przy Komitecie Nauk Pedagogicznych PAN. Takiej formy autentycznego, otwartego, bezpośredniego i życzliwego wspomagania kolejnych pokoleń kadr akademickich nie posiadają przedstawiciele innych dyscyplin naukowych, toteż nic dziwnego, że trochę nam tego zazdroszczą.

To prawda, że w każdej uczelni akademickiej, która posiada uprawnienia do nadawania stopni naukowych i tytułu, profesorowie i doktorzy habilitowani sprawują lokalnie i niejako instytucjonalnie opiekę nad doktorantami, by ci mogli przygotować i realizować pod ich kierunkiem naukowo-badawcze projekty. W takich właśnie uczelniach prowadzone są studia III stopnia, a więc studia doktoranckie, które otwierają młodym magistrom pedagogiki czy pokrewnych kierunków drogę do samodoskonalenia naukowego, a dalej karier akademickich. Letnie Szkoły Pedagogów są jednak czymś, co dokonało swoistego przełomu w pielęgnowaniu najwyższych standardów konstruowania relacji Mistrz-Uczeń, i to wbrew procesom rynkowym oraz prymitywnemu konsumpcjonizmowi czy dokonującej się degradacji uniwersytetu jako świątyni wiedzy.


Każdy naukowiec jest w pewnym stopniu samotnikiem, kiedy zmaga się z formułowaniem własnego problemu badawczego, kiedy wyszukuje i czyta literaturę specjalistyczną a następnie konstruuje swój plan badawczy. Może we własnym środowisku znaleźć stosowne wsparcie, ale też zdarza się – podobnie, jak ma to miejsce z nauczycielami w szkołach – że krępuje się powiedzieć o tym, czego nie rozumie, nie potrafi, jakie ma dylematy lub dlaczego nie radzi sobie z wyszukaniem właściwych lektur. Po to jednak są osoby znaczące, mistrzowie, którzy pozawalają na skrócenie dystansu do pokonania pewnych barier, by nie wyważać otwartych już drzwi, a zarazem –jeśli nauka jest ich pasją – do otwartego dzielenia się nie tylko swoją wiedzą, ale i „myśleniem na gorąco”, spontanicznie, w zderzeniu z nagle pojawiającym się wahaniem innych, młodszych nauczycieli akademickich, wciąż jeszcze siebie niepewnych, czy aby idą w dobrym kierunku.


Letnie Szkoły Pedagogów stają się swoistego rodzaju terapią, ale i spotkaniami wyrównawczymi, warsztatami i szansą na budowanie wzajemnych relacji, które będą w przyszłości owocować nie tylko szczerą i wymagającą przyjaźnią czy znajomością, ale także pozwolą na generowanie nowych projektów, pozyskiwanie sojuszników, partnerów do współpracy badawczej czy wreszcie staną się okazją do podzielenia się własnym warsztatem dydaktycznym. To już jest tradycją, że stają się one - dzięki Marii Dudzikowej i współpracującym z Nią samorządem - międzyuczelnianym, a w tym przypadku także pozauczelnianym rajem dla tych, którzy nie chcą być wykluczeni, pominięci, niedostrzeżeni, ale i nie poszukują jakiejś skutecznej strategii na uczestniczenie w „wyścigu szczurów”. Dążenie do prawdy, zmaganie się z problemami naukowymi wymaga przecież poczucia bezpieczeństwa społecznego, szacunku, ufności i dodawania odwagi tym, którzy wciąż jeszcze się wahają lub mają zaniżone poczucie własnej wartości. Nie chodzi tu o to, by kogoś w sposób manipulacyjny dowartościowywać, a następnie pozostawiać go samemu sobie, gdyż po powrocie ze Szkoły dalej mógłby miec poczucie osamotnienia czy bezradności. Istotą Szkoły jest sprzyjanie tworzeniu więzi profesjonalnych, osobistych i edukacyjnych wśród tych, którzy chcą dążyć wzwyż (per aspera ad astra) zgodnie z własnym potencjałem (kulturowym habitusem).


Warto mieć przed sobą "lustro życzliwej prawdy", by dociekając jej w stosunku do innych obiektów, nie ulegać iluzji czy samopotwierdzającym się hipotezom. Czasami usłyszy się cierpkie słowa dotyczące własnego warsztatu, jakichś jego braków, ale jest to dla nas szansą do dalszych analiz czy refleksji, i to bez jakichkolwiek zobowiązań. Wbrew temu, co się potocznie sądzi o procesie spotkań i debat w czasie LSzMP KNP PAN, tu nikt nie wtrąca się w koncepcje projektów badawczych promotorów dysertacji, jakie mają powstać we własnej uczelni każdego z uczestników. Nie jest rolą mistrzów ani kwestionowanie zamysłów badawczych, ani też zastępowanie opiekunów rozpraw naukowych w ich zadaniach. Każdą stronę tych procesów obowiązuje takt, szacunek i zaufanie.

Tygodniowe debaty, spotkania z zapraszanymi do udziału w Szkole profesorami, których referaty stają się okazją do poznania wartości intra- trans- lub interdyscyplinarności badań w obszarze nauk o wychowaniu wzbogacane są wykłady przedstawicieli pokrewnych dyscyplin naukowych, wieczorne i poranne rozmowy, niekończące się dyskusje czy także zdarzający się w wyniku ograniczeń czasowych niedosyt na ich zaistnienie sprawiają, że każdy z uczestników wywozi coś z sobą i dla siebie, ale i dzięki sobie oraz dzięki innym.


Mógłbym porównać Szkołę do obozu kondycyjnego młodych sportowców, w trakcie którego sprawdzają oni swoje możliwości, doskonalą konieczne umiejętności. Naukowcy podobnie, ćwiczą i pracują najpierw samodzielnie, aby w wyniku trenerskich konsultacji z prof. M. Dudzikową i zaproszonymi przez nią profesorami przygotować sie do udziału w zawodach, które - jakże trafnie - zostały zatytułowane mianem: „Giełda (p)różności, czyli wystąpienia Młodych”. Istotnie, niektórym wydaje się, że są doskonali, wyjątkowi, toteż kiedy przyjeżdżają do Szkoły, przechodzą przez krytyczne sprawdziany, pierwsze odczytania przez Kierownika Naukowego Szkoły, by być właściwie przygotowanymi do publicznej prezentacji swoich tez, przesłanek czy pierwszych wyników badań.

Być może jest to dla wielu z nas jedyna okazja, by usłyszeć szczere, choć czasami bolesne, słowa prawdy, która nie ma zniewalać, pomniejszać, osłabiać motywację czy poczucie sensu dalszej pracy naukowej, ale uchronić nas przed możliwym rozczarowaniem. To tu jej uczestnicy i wykładowcy dostają zastrzyk energii, motywacji, kroplówkę niedostępnej dotychczas im wiedzy z pierwszej ręki, u źródeł. Właśnie po to są tu zapraszani dla nich profesorowie z całego kraju, których prof. Tadeusz Lewowicki określił mianem „gigantów naukowych”.

Zasługą prof. M. Dudzikowej oraz współpracujących z Nią przez cały rok (od Szkoły minionej do Szkoły następnej) młodzi nauczyciele akademiccy, zabezpieczają w pieczołowity sposób nie tylko logistykę całego, a przecież bardzo kosztownego przedsięwzięcia (przyjeżdża do Szkoły ok. 80 magistrów i doktorów z całej Polski, w tym niemalże połowę składu osobowego stanowią początkujący), ale także całą organizację i program spotkań, wykładów, seminariów z tematem, spotkań z Mistrzami, konsultacji, konwersacji czy nawet korepetycji u wybranych profesorów. Tu można wykorzystać każdą okazję do tego, by podejść i zapytać wybranego przez siebie profesora, porozmawiać przy wspólnym śniadaniu, obiedzie, kolacji czy w przerwie kawowej o sprawach nas najbardziej interesujących. To jest szczególne miejsce i przestrzeń, w której można korzystać z bezpośredniego kontaktu naukowego, jeśli tylko takiego oczekujemy.

Ilekroć jadę na spotkanie z uczestnikami Letniej Szkoły Młodych Pedagogów, mam szczególne poczucie wdzięczności, że mogę podzielić się z innymi tym, czym obdarzali mnie wcześniej moi akademiccy Mistrzowie oraz co jest wytworem moich własnych prac naukowo-badawczych czy doświadczeń organizacyjno-dydaktycznych. Tu możemy rozmawiać o wszystkim, co jest tylko przedmiotem naszych zainteresowań. Opuszczeniu przeze mnie ośrodka po dwóch dobach pobytu, towarzyszyło poczucie pewnego niedosytu, że byłem tu tak krótko oraz żalu, że nie mogę być do końca, gdy program przewiduje jeszcze tyle znakomitych referatów, spotkań, a nawet wyjazd o Lublina, gdzie będzie zwiedzanie Starego Miasta, Zamku Lubelskiego i Kaplicy Trójcy Świętej oraz gdzie w Instytucie Pedagogiki będzie miała miejsce prezentacja publikacji naukowych jego pracowników, a Gospodarzy tegorocznej Szkoły.


Dziękuję prof. Marii Dudzikowej, Prezydencji Letniej Szkoły Młodych Pedagogów na czele z jej Sekretarzem - mgr Bartoszem Dąbrowskim z UMCS w Lublinie oraz jej Gospodarzom - profesorom Dariuszowi Kubinowskiemu i Ryszardowi Berze za zaproszenie, możliwość wspólnych spotkań i debat oraz stworzenie możliwości podzielenia się własną troską o pedagogikę, której dotychczasowe dokonania zasługują w pewnym zakresie na kontynuację, a w innym na zmianę. Każdy uczestnik i wykładowca został obdarzony książkami od sponsorujących LSzMP oficyn: UMCS, UKW, UJ, IMPULS, Oficyny Naukowej oraz "kogutem" z Piekarni Sarzyńskiego. Pragnę też podziękować dr Ewie Bochno za to, że pozyskała dla nas z Kancelarii Prezesa Rady Ministrów najnowszy Raport o Młodzieży i Raport Polska 2030. Już wiemy, że przyszłoroczna – XXVI Letnia Szkoła Młodych Pedagogów odbędzie się na Uniwersytecie w Białymstoku, a jej sekretarzem będzie dr Alicja Korzeniecka- Bondar. Do problematyki tegorocznych referatów, które miałem przyjemność wysłuchać, powrócę w kolejnym wpisie.


(Fot. B. Sliwerski, P. Grzybowski)

poniedziałek, 12 września 2011

xxv Letnia Szkoła Młodych Pedagogów rozpoczęta

























Rzeczywiście, toczy się swoisty maraton pedagogicznych debat, konferencji, spotkań, które są typowe dla miesiąca poprzedzającego nowy rok akademicki. Po raz dwudziesty piąty prof. Maria Dudzikowa zainaugurowała XXV Letnią Szkołę Młodych Pedagogów - cykliczną formę konferencyjno-warsztatową dla doktorantów z całego kraju, ale i dla osób po uzyskaniu stopnia doktora nauk humanistycznych w dyscyplinie pedagogika. Gospodarzami tegorocznej Szkoły są władze Wydziału Pedagogiki i Psychologii UMCS w Lublinie.

Dojechałem na interesujący panel, który prowadził prof. Tadeusz Lewowicki, a poświęcony temu, czy mamy swoich Mistrzów, a jeśli tak, to czy idziemy ich tropem? Do tego ustosunkowywali się Ci, którzy są Mistrzami, gdyż swoimi refleksjami, anegdotami i wspomnieniami dzielili się z nami profesorowie: Jerzy Bartmiński z UMCS (językoznawca); Tadeusz Nowacki - wybitny pedagog pracy; ks. Andrzej Szostek (filozof) z KUL oraz Elżbieta Tarkowska (socjolog) z APS w Warszawie. Przewodniczący panelu zaproponował atrakcyjną dla słuchaczy formułę, by mówiąc o wybranym przez siebie Mistrzu, nie zdradzili jego nazwiska. Publiczność miała je odgadnąć. Ciekawe, że wśród tych Najważniejszych znaleźli się dla poszczególnych Panelistów ich profesorowie - Zygmunt Bauman, Zygmunt Mysłakowski, Anna Wierzbicka i ks. Tadeusz Styczeń.

Pojawiły się tu takie kwestie, jak:
- Czy sami chcemy czerpać coś od tych, którzy są przewodnikami, mają atrybuty władzy charyzmatycznej? Czy rzeczywiście musimy czerpać od Mistrzów wszystko od A do Z? Czy może jednak powinniśmy czerpać od każdego coś, co jest w nim wyjątkowego? W każdym pokoleniu są ciekawi ludzie. Kim bowiem jest mistrz? Jak stwierdził jeden z panelistów, pojęcie to ma 3 znaczenia- to bycie osobą w jakimś zakresie doskonałą i przewyższającą tym innych; to bycie zwycięzcą w zawodach, walkach, konkurencjach; osoba godna naśladowania, uznawana za wzór.

Dobrze jest jednak mieć szczęście, by trafić na tych, którzy oczarują nas swoim mistrzostwem, zachęcą do samodoskonalenia. Mistrz dla nas to ten, który staje się naszym naukowym, nauczycielskim partnerem. To Ktoś, kto pisząc do nas list, potrafi podpisać go " Twój Wdzięcznik".

A wieczorem, w czasie uroczystej kolacji, wszyscy mogliśmy zaśpiewać na melodię z filmu "Czterdziestolatek":

"Ćwierć wieku już minęło, jak jeden dzień,
Dwadzieścia lat, i pięć, to piękny wiek.
Ćwierć wieku już minęło, lecz nie martw się,
Bo każdy rok był piękny niczym sen.

M.D. wciąż nam roztacza uroki swe
i prosi, żeby brać.

Na szkolnej karuzeli wciąż kręcisz się,
Tu szybciej i inaczej płynie czas.
I choć M.D. pogania, nie do wytrzymania,
To tak naprawdę kocha nas.

Bo tak mówiąc szczerze,
W całej twej karierze
Jest zasada pracuj, twórz.
Z podniesionym czołem
Przyjedź więc na Szkołę.
Swoją wiedzę dziel i mnóż.
(. . .)"


M.D. - to prof. MARIA DUDZIKOWA, której wyrazy uznania, wdzięczności i szacunku za tyle lat wspólnej pracy i wspierania w rozwoju naukowym, przekazywali nie tylko najmłodsi uczestnicy XXV LSzMP KNP PAN.

(fot. P. Grzybowski)

piątek, 9 września 2011

Pedagogiczna postinteligencja i akademiccy mandaryni

Z każdym dniem obrad konferencji władz wydziałów kształcących na kierunkach pedagogicznych w szkołach wyższych z całej Polski, jaka odbywa się na Wydziale Nauk Pedagogicznych DSW we Wrocławiu, podnosi się temperatura krytycznych diagnoz. Dzisiaj prof. Mieczyslaw Malewski z tej uczelni mówił o zaniku roli i misji uniwersytetów (uczelni akademickich) edukujących m.in. przyszłych pedagogów - w kształceniu inteligencji polskiej.

W wyniku masowego dostępu do edukacji wyższej nastąpiło w naszym kraju przejście od edukacji zorientowanej na równy dostęp do studiowania do fazy postulowania roli edukacji jako gwarantującej równy wpływ jej wyników na przyszły sukces życiowy absolwentów. Pomija się natomiast potencjał egalitarystyczny edukacji jako równego uczestnictwa wszystkich studiujących w procesie kształcenia oraz równe wyniki ich kształcenia. Szkoły wyższe - zdaniem prof. M. Malewskiego - wytwarzają postinteligencję, którą cechuje niedostatek kultury, zaburzenie jej ogólnohumanistycznego rozwoju osobistego w wyniku m.in. zredukowania studiów do formowania umiejętności instrumentalnych, pragmatycznych, przyjmowania każdego, bez jakiejkolwiek selekcji (z badań wynika, że zaledwie 15-20% wszystkich studiujących dysponuje koniecznymi w tej edukacji zasobami poznawczymi).

Trudno, by student o niskiej motywacji lub jej braku do rzeczywistego studiowania, nie wymagający niczego od nauczycieli akademickich (pierwsze pytanie, jakie pada na rozpoczynających się zajęciach brzmi najczęściej: ile można mieć nieobecności i dlaczego trzeba tak dużo czytać? Czy można zdać egzamin - nie zdając go? itp.) był inteligentem. Dla takich osób szkoła wyższa ma być jak najtańsza, nieabsorbująca czasowo, jak najbliżej domu i z jak najmniejszymi wymaganiami, natomiast powinna sprzyjać szybkiemu i łatwemu uzyskaniu dyplomu. Wykształcenie wyższe takich osób jest - jak mawiał filozof Theodore Adorno- połowiczne.


Mandarynami zaś stali się, uczestniczący w rywalizacji rynkowej, ci pracownicy naukowi (szczególnie na kierunku pedagogika, marketing i zarządzanie czy administracja), którzy skupili się zamiast na pracz naukowo-badawczej i uczciwie realizowanych zajęciach dydaktycznych, na zdobywaniu kapitału finansowego (wieloetatowość, sprawowanie tzw. opieki nad kilkudziesięcioma dyplomantami rocznie, ściganie się i kolesiowskie wyłudzanie honorowych doktoratów, nepotyzm, korupcja, protekcjonizm i nepotyzm w zatrudnianiu itp.). Efekt jest taki, że „nielimitowany dostęp do edukacji wyższej tworzy proletariat dyplomowanych” oraz nowe „elity mandarynów”, niszcząc tym samym uniwersytety.

czwartek, 8 września 2011

Debata w trosce o wizerunek polskiej pedagogiki w kraju, z bublem prawnym MEN i Sejmu w sprawie opłat za przedszkole w tle

Dolnośląska Szkoła Wyższa we Wrocławiu jest czwartą niepubliczną szkołą wyższą, a jedyną, która kształci na kierunku pedagogika o pełnych prawach akademickich na Wydział Nauk Pedagogicznych. Dzięki temu gwarantuje nie tylko odpowiednio wysoki poziom edukacji porównywalny do najlepszych wydziałów pedagogicznych (edukacyjnych) w kilku zaledwie uniwersytetach, ale może prowadzi studia III stopnia, a więc studia doktoranckie. Także w tej uczelni istnieje możliwość przeprowadzania przewodów habilitacyjnych i prowadzenia postępowań o nadanie tytułu profesora w dziedzinie nauk humanistycznych, a od nowego roku akademickiego nauk społecznych w dyscyplinie pedagogika.

Nie ma się zatem co dziwić, że w dn. 8-10 września br. obradują w murach tej uczelni po raz pierwszy władze wydziałów kształcących na kierunkach pedagogicznych w szkołach wyższych z całej Polski, a wiodącym tematem jest - „Pedagogika jako dyscyplina naukowa i kierunek studiów w świetle znowelizowanej Ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym. Zobowiązania, możliwości, zmiany”. Tego typu konferencje mają już swoją historię w naszym środowisku, o czym przypomniał otwierający debatę rektor i profesor DSW – dr hab. Robert Kwaśnica, witając przybyłych dziekanów i dyrektorów instytutów pedagogicznych głównie z uniwersytetów i akademii pedagogicznych.

Nie ma to w tej chwili znaczenie, gdzie i kiedy odbyła się pierwsza taka inicjatywa konferencyjnych debat profesorów sprawujących kluczową dla funkcjonowania i rozwoju jednostek akademickich władzę administracyjną oraz merytoryczną, ale słusznie przypomniano, że kilka lat temu reaktywował ją dziekan Wydziału Studiów Edukacyjnych UAM w Poznaniu dr hab. Wiesław Ambrozik, prof. UAM. Kontynuował ją po nim prof. zw. dr hab. Zbyszko Melosik – obecny dziekan tego Wydziału, a w ub. roku dziekan Wydziału Pedagogiki i Psychologii UMCS w Lublinie dr hab. Ryszard Bera, prof. UMCS.

Gospodarz rozpoczynających się dzisiaj w DSW we Wrocławiu obrad skupił się na diagnozie negatywnego postrzegania pedagogiki w naszym społeczeństwie, w tym szczególnie wśród politycznych i administrujących państwem decydentów, z drugiej zaś upomniał się o potrzebę odbudowania tego, co jest największym naszym brakiem, a mianowicie - dobrego wizerunku. Kiedy bowiem dzieją się rzeczy ważne, jak np. powołanie przez minister nauki i szkolnictwa wyższego - B. Kudrycką zespołu do spraw strategii rozwoju tego szkolnictwa w Polsce, to nie skierowano nawet zaproszenia do żadnego z pedagogów-akademików, a przecież prowadzone są w uniwersytetach różne seminaria i badania z pedagogiki szkoły wyższej. Tak więc powyższa strategia powstawała bez udziału pedagogów. Politycy niechętnie – mówił prof. R. Kwaśnica - odbierają nasze opinie na temat procesów wychowawczych i dydaktycznych, jakie mają czy powinny mieć miejsce w szkołach. I tak o polityce oświatowej i planowanych zmianach decydujący głos mają ekonomiści.

Na marginesie - co z tego, że ekonomiści i socjolodzy okazują się ważniejszymi ekspertami od edukacji, skoro nie po raz pierwszy głęboko się pomylili, albo nie ostrzegli w porę rządu i parlamentarzystów, którzy gremialnie poparli nowelizację ustawy o systemie oświaty w części przekazującej uprawnienia samorządom terytorialnym do ustalania wysokości opłat za pobyt dzieci w przedszkolach publicznych na podstawie rachunku kosztów. W wyniku tego rozwiązania, bezmyślnie przyjętego przez parlamentarną większość (416 posłów było ZA) i podpisanego przez Prezydenta RP, władze gmin na najuboższych terenach Polski decyzją swoich rad przyjęły najwyższe stawki opłat, jakie muszą wnieść rodzice za pobyt dziecka w przedszkolu powyżej 5 godzin dziennie. W Biskupcu rodzice prowadzą strajk okupacyjny, dzięki czemu cała Polska dowiedziała się, jak wygląda w polskim Parlamencie rzeczywista troska o politykę rodzinną i o wyrównywanie szans edukacyjnych dzieciom w najbiedniejszych regionach kraju.

Rząd zmusił samorządowców nowelizacją prawa oświatowego do spełnienia najważniejszych warunków prowadzenia przedszkoli i edukacji sześciolatków w szkołach podstawowych bez zabezpieczenia na te cele odpowiednich finansów. Konsekwencje tych decyzji ponoszą rodzice, a MEN ucieka przed odpowiedzialnością (a ponoć projekt tej nowelizacji przygotował rząd na wniosek ZNP, mający w swojej misji troskę o wykluczanych i wspomaganie w edukacji dzieci). Premier D. Tusk przeprosił za ten bubel prawny własnej koalicji, czyli znowu Polak okazał się mądry po szkodzie.

Powrócmy jednak do trosk o pedagogikę dziekanów uczelni publicznych i niepublicznych. Prof. R. Kwaśnica stwierdził, że w lepszej sytuacji jako eksperci od edukacji i polityki oświatowej są socjolodzy i ekonomiści, gdyż posługują się lepszym, bardziej komunikatywnym dla władz językiem. Poza tym każdy jest w tym kraju - i to bez względu na wykształcenie - przygotowany do tego, by wypowiadać się na temat szkoły. Być może powody oddania pola ignorantom ma jakieś historyczne korzenie i uprzedzenie do pedagogów jako usłużnie kooperujących z władzami PRL. Nie ma jednak powodu, by do tego powracać.

Zdaniem Rektora DSW - pedagogika jest kierunkiem kształcenia prowadzonym w 47 wyższych szkołach i uczelniach publicznych oraz w 102 wyższych szkołach prywatnych. To dobrze, bo to oznacza, że dysponujemy jako środowisko akademickie wysokim potencjałem. Inna rzecz, to czy ów potencjał jest wartościowy. Ilość bowiem nie wszędzie przechodzi w jakość. Potrzebna jest zatem wspólnota działań wszystkich środowisk akademickich, by można było pokazać dobrą stronę pedagogiki jako nauki. Może właśnie ci, którzy ponoszą odpowiedzialność administracyjną za losy pedagogiki akademickiej, powinni podjąć inicjatywę przygotowania naszego raportu o stanie polskiej edukacji w Polsce. Potrzebne są bowiem nowe syntezy, porównania, analizy, jak i badania naukowe.

Mój referat, otwierający merytoryczną debatę, został zatytułowany: "Pedagogika w zakleszczeniu". Dokonałem krytycznej analizy wybranych zjawisk patologicznych w akademickiej pedagogice, posługując się głęboką metaforą - „zakleszczenia”. Wykorzystałem dwa znaczenia tego pojęcia, które pozwalają w lekkiej formie docierać do głębin wspomnianych zjawisk, by nie unikać na co dzień poważnej refleksji nad pedagogiką. Pierwsze znaczenie zakleszczenia dotyczy tzw. blokady wzajemnej (ang. deadlock), a więc sytuacji, w której co najmniej dwie różne akcje czekają na siebie nawzajem, więc żadna nie może się zakończyć. Uczestnicy sytuacji społecznej zdobyli pewne unikatowe warunki, które są niezbędne do wykonania kolejnego ruchu, ale żaden nie ma lub nie chce mieć wszystkich i gra nie może być kontynuowana.

Zaproponowałem analizę 5 rodzajów zakleszczenia:
» paradygmatyczno - teoretycznego, normatywno-ideologicznego;
» metodologicznego;
» prawno-politycznego i ekonomicznego;
» instytucjonalnego;
» personalnego (kadrowego).

W drugiej części referatu odniosłem się do zjawiska zakleszczenia pedagogiki przez pasożyty zewnętrzne, czyli osoby-pasożyty, przystosowane "do ssania" w szkolnictwie niepublicznym (głównie dla celów osobistych i bez względu na wynikające z tego straty dla edukacji, dla badań i wizerunku pedagogiki w Polsce), zbrojne w posiadany stopień doktora habilitowanego lub profesora, który jest im pomocny w utrzymywaniu się „w skórze żywiciela”. Są to m.in tzw. "Kleszcze słowackie" (ci, którzy nieuczciwie uzyskali awans naukowy na Słowacji, wyłudzając go w Rużomberoku oraz ci, którzy ich w tym wspierali nierzetelnymi i kolesiowskimi recenzjami) oraz "Kleszcze rodzime (to ci naukowcy, którzy pracują na wielu etatach, bez wnoszenia istotnego wkładu w naukę i w podstawowe dla nich miejsce pracy).


Profesor Zbyszko Melosik wygłosił niezwykle interesujący referat na temat: „Społeczne funkcje uniwersytetu: tradycja i współczesność” pokazując swoisty paradoks, z jakim muszą radzić sobie naukowcy w sytuacji, gdy są przez władze resortu i presję neoliberalnych ekonomistów zmuszani do zwiększania jakości kształceniaw uniwersytecie publicznym przy jednoczesnym zmniejszaniu kosztów tego procesu. Jak zatem pogodzić pasję poszukiwania prawdy, prowadzenia badań naukowych i dzielenia się ze studentami tajemnicami wiedzy w sytuacji, gdy narzuca się dehumanizujące i degradujące wolność nauki oceny parametryczne i komercjalizację badań. Naukowcy tracą kontrolę nad ewaluacją jakości kształcenia i badań naukowych, gdyż jest ono podporządkowywane zewnętrznie (poza uniwersytetem) konstruowanym procedurom oceniania.

Skutkuje to postawami kalkulatywności, a więc rozstrzygania o tym, w co opłaca się zaangażować, a w co nie, co i gdzie publikować, a na co nie wydawać pieniędzy? Jako naukowiec jest pasjonatą autonomii badań, ale jako dziekan musi myśleć kategoriami menedżerskimi. Zamiast oferować jak najciekawszy program kształcenia, musi przeliczać, ile to kosztuje i czy to się w ogóle opłaca. Źródła zmiany postaw są jednak poza uniwersytetem, który coraz bardziej staje się instytucją usługową, a nie świątynią wiedzy i jej odkrywania w relacjach mistrz-student. Uniwersyteckie kształcenie pedagogów przekształca się w zawodowe, gdyż studenci nie chcą wiedzy ogólnej, kierunkowej, będącej wynikiem badań podstawowych, tylko oczekują wiedzy praktycznej. Profesor staje się w tej sytuacji dostarczycielem wiedzy. Liczy się w naszej pracy to, co da sie sprzedać, co ma zastosowanie w praktyce.

Profesor Zbigniew Kwieciński w swoim referacie pt. Kakofonia w czarnej dziurze. Pytania o cele wychowania Pytania o cele wychowania wskazał na potrzebę powrotu polskiej pedagogiki, która w ciągu minionego 20 – lecia dokonała już przejścia z fazy ortodoksji do heterodoksji, do problematyki celów kształcenia i wychowania. Czarną dziurą jest brak uzgodnionych celów edukacji. Pytał zatem, czy rzeczywiście nie ma możliwości, aby pedagogika polska powróciła do debaty na temat wspólnego konsensusu co do minimalnego trzonu wspólnego myślenia wokół celów edukacji (przywołał tu znakomite prace Kazimierza Sośnickiego i Sergiusza Hessena jako wymagające dzisiaj aktualizacji we wspólnej debacie naukowej). Jaka instytucja mogłaby być miejscem takich uzgodnień?

Ciekawe, że takim miejscem nie miałoby być Polskie Towarzystwo Pedagogiczne, tylko Polska Akademia Nauk, która może powoływać komitety problemowe do wypracowywania różnych dokumentów. Być może warto byłoby powołać taki Komitet Problemów Rozwoju Edukacji, którego członkowie (w połowie mianowani, a w połowie pozyskani jako eksperci) mogliby systematycznie diagnozować polską edukację i formułować własne strategie jej rozwoju.

W związku z usprawiedliwioną nieobecnością prof. Aleksandra Nalaskowskiego, głos zabrała dr hab. Mirosława Nowak-Dziemianowicz prof. DSW, która wyjaśniła wszystkim uczestnikom debaty - kulisy trudu wprowadzania do polskiego systemu edukacji akademickiej, na każdym jej poziomie, Krajowych Ram Kwalifikacji.

Dyskusja po wygłoszonych referatach była bardzo ożywiona. Dr hab. Ireneusz Kawecki – dziekan z Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie pytał – jak definiujemy jakość edukacji? Czy przez pryzmat satysfakcji studentów (klientów) czy oczekiwań pracodawców? Skoro 70% kandydatów wybiera studia bez rozumienia swojej przyszłej roli i braku motywacji, to jesteśmy skazani na masowość kształcenia, a nie jego jakość, gdyż za studentem idą pieniądze z budżetu na jego edukację.

W drugiej części obrad prof. zw. dr hab. Stefan Kwiatkowski mówił o potrzebie prowadzenia badań losów absolwentów akademickiego kształcenia. Sam prowadzi takie badania od lat, toteż chętnie udostępni zainteresowanym wypracowane narzędzia diagnozy. Zobowiązanie przez ministerstwo władz szkół wyższych do tego, by prowadzone były badania los ów absolwentów musi uwzględnić fakt, że średni czas poszukiwania pracy po studiach wynosi obecnie 1,5 roku, a zatem nie ma sensu badać po roku od ukończenia studiów tych, którzy są bezrobotni. Wynikami własnych badań w tym zakresie podzielił się prof. UMCS Ryszard Bera.

Interesującą analizę studiów III stopnia, a więc studiów doktoranckich na kierunku pedagogika, przeprowadziła prof. dr hab. Maria Czerepaniak – Walczak. Pojawia się w ich toku dylemat, czy traktować je tak, jak studia I i II stopnia, a więc z systemem ECTS do ich zaliczania, czy jednak nie wziąć pod uwagę tego, że w końcu są to studia przyszłych, młodych naukowców, a nie ma takiego zawodu – „doktor”. Warto zatem dzielić się doświadczeniami w zakresie tego, jak kształcić tych, spośród których większość i tak nie znajdzie miejsca pracy w szkolnictwie wyższym? Jak koncentrując się na formowaniu kompetencji akademickich (umiejętności prowadzenia badań naukowych) nie zaniedbać kompetencji nauczycielskich (popularyzacji wiedzy) i kompetencji społecznych oraz kierowniczych?

W dyskusji znowu pojawił się problem tego, że kandydaci na studia pedagogiczne tak naprawdę nie są ich klientami, ale sponsorami. Nie ma egzaminów wstępnych, selekcji do zawodu, toteż przyjmowani są wszyscy zgodnie z zasadą „tętna”, to znaczy, jak bije, to znaczy, że może studiować. Tymczasem coraz częściej spotykamy się ze studentami o zaburzonej osobowości. Jak tu mówić w tej sytuacji o jakości ich kształcenia, o koncentracji na efektach, a nie na procesie i programach?