poniedziałek, 19 grudnia 2011

Czeska lekcja i Nauczyciel wolności oraz demokracji

Republika Czeska jest w jakiejś mierze moją drugą ojczyzną. Od niej rozpoczynałem swoje pierwsze kontakty zagraniczne. Po odbyciu egzaminów wstępnych na Uniwersytet Łódzki, nie czekałem na ich wynik, tylko z własną drużyną harcerską, w nagrodę za zajęcie I miejsca w Festiwalu Piosenki Harcerskiej Hufca ZHP Łódź – Bałuty, wyjechałem na międzynarodowy obóz młodzieżowy pod Sitnom k/Bańskiej Szczawnicy (obecnie Słowacja). Nasza podróż do ówczesnej Czechosłowacji zaczęła się od jej stolicy – Pragi, a po dniu zwiedzania i noclegu w eleganckim hotelu na Vaclavskem Namiesti, czekała nas podróż pociągiem na Wschód, pod Sitno, gdzie rozbite były namioty organizacji pionierskich z całej Europy.

Po Pradze wędrowaliśmy w mundurach harcerskich, z biało-czerwonymi chustami, w krótkich spodenkach, z czapkami z lilią i Krzyżem Harcerskim na piersi. Wzbudzaliśmy sensację, gdyż był to okres po stłumieniu już „Praskiej Wiosny“, a tym samym i odrodzonego w Czechach na krótko ruchu skautowego. Wiele osób zatrzymywało się i nie dowierzało, że w Pradze mogą być jeszcze jacyś skauci, a tak byliśmy postrzegani w swoim umundurowaniu i z własną symboliką. Tam właśnie spotkałem instruktorów zlikwidowanego ponownie Skauta-Junaka, nawiązałem z jego członkami kontakt i umówiłem sie na wymianę literatury. Bardzo interesowała mnie historia ich ruchu skautowego. Byli zdziwieni, że wiedziałem, kim jest Jaroslav Foglar, że nie boimy się mówić o skautingu oraz przyznawać do związków ze światowym ruchem skautowym.

Kiedy trafiliśmy pod Sitno, okazało się, że w międzynarodowym obozie są tylko i wyłącznie organizacje pionierskie Włoch, Rosji, Danii, Finlandii, NRD, Rosji czy Bułgarii. Wyraźnie odstawaliśmy tam od całości, tak umundurowaniem, zwyczajami, jak i pielęgnacją własnych tradycji. Już pod koniec trwania obozu podeszła do mojej drużyny, wędrująca tamtym szlakiem, osiedlowa drużyna pionierska Psohlaci z Ostrawy, której przewodził – jak się później okazało – b. naczelnik skautów na Morawach. Zaprzyjażniliśmy się ze sobą, wymieniliśmy adresami, a ja od tego czasu zacząłem intensywnie uczyć się języka czeskiego.

Do Ostrawy jeździło się wówczas kilkanaście godzin pociągiem z Koluszek, w tym co najmniej dwie oczekiwało się na granicy, gdzie celnicy z obu państw i pogranicznicy przeszukiwali bagaże pasażerów, by sprawdzić, czy nie przemycają niedozwolonych towarów i materiałów. Pod koniec lat 70. przemycałem do kraju niedozwoloną literaturę, głównie czasopisma czeskiego Skauta i Junaka, czeskie publikacje i odznaki skautowe, które były w tym kraju absolutnie zakazane. Czytałem wszystko to, co pozwalało mi zrozumieć, jak bardzo jesteśmy sobie bliscy, jak wiele mamy wspólnego w dziedzinie wychowania i ksztalcenia młodych pokoleń. Po wybuchu polskiej „Solidarności“ mogłem przewozić do Czechosłowacji naszą bibułę, a stamtąd przemycać do kraju teksty, m.in. Vaclava Havla.

Havel był tym, który walczył o wolność i demokrację, a ta wykorzystała swoje moce do realizacji własnych celów. Wśród bliskich przyjaciół i doradców V. Havla był teoretyk wychowania i andragog z Katedry Pedagogiki Wydzialu Filozoficznego Uniwersytetu Karola Jiři Pelikan, który zachęcał go z końcem lat 60. do założenia własnej partii politycznej. Na fali "Praskiej Wiosny" Havel utworzył „Koło Pisarzy Niezależnych”. Jak wspominał ten okres:

"Już za Husaka, zapewne w roku ’69, zaczęły się pierwsze internowania. Napisaliśmy petycję pisarzy, domagając się ich uwolnienia. Byłem jednym z tych, którzy zbierali podpisy, i widziałem, jak się ludzie zaczynali zmieniać. Niektórzy się wykręcali i wycofywali, mówiąc, że przeżyli już dość kłopotów, że tego podpisać nie mogą, bo chcieliby chociaż na starość mieć trochę spokoju. Niektórzy bardzo rozwlekle tłumaczyli, że ta metoda jedynie zadrażnia sytuację i jest nieskuteczna, a bardziej ustępliwe i powściągliwe działanie mogłoby przynieść lepszy efekt. Inni podpisywali tę petycję ze świadomością, że najprawdopodobniej na długie lata ich twórczość będzie na indeksie. Później zainspirowało mnie to do napisania sztuki "Protest".
(http://www.dziennik.pl/opinie/article223618/Inwazja_zaskoczyla_mnie_podczas_kolacji.html)


Vaclav Havel był - jak nasz Aleksander Kamiński - zwolennikiem małego sabotażu, czego najlepszym przykładem jest zachęcenie przez niego grupy przebywających w Libercu, w czasie inwazji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację, hippisów do tego, by zdjęli z wszystkich domów tablice informacyjne i adresowe, tak żeby okupanci nie mogli się zorientować w mieście. Po latach przyznał: Byłem raczej zwolennikiem spokojnej, opanowanej postawy, której konsekwencja i upór jest skuteczniejsza niż jednorazowa ostentacyjna demonstracja.

Wczoraj wszystkie czeskie agencje przypominały życie i dokonania zmarłego prezydenta, ale jedna z nich opublikowała jakże symptomatyczne dla jego życia i zmagań zdjęcie, pokazujące Havla, jak sam idzie na jednej z portugalskich plaż w kierunku brzegu Atlantyku, odwrócony plecami do fotoreporterów. Był rok 1990. Zdjęcie to łączy w sobie symbolikę żywiołu oceanu i samotności człowieka, który kilkadziesiąt lat piórem, swoją twórczością i postawą oporu wobec reżimu, walczył o prawdę i miłość.

Niestety, nie powstrzymał sanacji państwa, co sam odczuwam bardzo bolesnie, bo w obu mam przyjaciół, ale też wielokrotnie miałem okazję poznać wrogo czy nieprzychylnie patrzących na siebie intelektualistów. Dzisiaj, dzięki strefie Schengen, już nie czuje się tej różnicy między obu państwami, bo można między nimi swobodnie przekraczać granice. Można odczuć jednak wzajemną nieprzychylność, choć przecież w nauce nie powinna ona w ogóle mieć miejsca. W piętnastą rocznicę „Aksamitnej rewolucji“ V. Havel wspominał z goryczą:

Dawniej o wszystkim decydowało państwo, a ludzie, szczególnie w średnim i starszym wieku, zaczynają postrzegać wolność jako brzemię. W końcu nieustannie trzeba podejmować jakieś decyzje. Kiedy siedziałem w więzieniu, całymi latami tęskniłem za wolnością. I oto kiedy mnie stamtąd wypuszczono, musiałem stale o czymś decydować. Nagle okazuje się, że musimy codziennie zmagać się z nadmiarem wyborów, co prowadzi nieuchronnie do bólu głowy. Wtedy w zakamarkach podświadomości pojawia się myśl, że może warto byłoby wrócić do więzienia. (http://serwisy.gazeta.pl/wyborcza/1,34474,3245067.html)

Wczoraj odszedł ten, którego słusznie określano mianem „czeskiego Gandhiego“, walczącego bez przemocy, mocą swojego autoryteu, o nienaruszalnej godności i urzekającej osobowości. Nie potrafił powstrzymać rozpadającej się Czechosłowacji, którą po I wojnie światowej tworzył - wspominany przez niego z uwielbieniem w wielu wywiadach czy przemówieniach - prezydent I Republiki, wybitny filozof Tomasz Masaryk. W dwa lata jednak po odejściu V. Havla z Hradczan, po spełnieniu i zakończeniu przez niego trzynastoletniej prezydenckiej misji, w świetle opinii rodaków zapytanych o to, kto był w dziejach ich kraju największym Czechem, został usytuowany na III miejscu. Na I miejscu był Karol IV, a na II – T. Masaryk.

Jednym z najważniejszych przesłań jego życia i doświadczeń z pełnienia najwyższego urzędu w państwie było: Polityka nie jest jedynie technologią władzy, lecz musi mieć także moralny wymiar.

U nas o takich osobach mówi się cynicznie i z ironią, że są harcerzykami. No cóż, nie wszyscy wynieśli właściwą lekcję z czasów socjalizmu i dzikiego kapitalizmu.

Havel pozostawił nam swój osąd doby transformacji, która w Czechach niczym nie różni się od tej, jaką mamy obecnie w Polsce:

Demokrację w coraz większym stopniu postrzega się tylko jako rytuał. Mówiąc ogólnie, wydaje się, że zachodnie społeczeństwa przechodzą pewien kryzys demokratycznego etosu i aktywnych obywatelskich postaw. Niewykluczone, że zjawiska, jakich jesteśmy świadkami, to zaledwie zmiana paradygmatu, spowodowana nowymi technologiami - i że nie ma się czym martwić. Możliwe jednak, że mamy do czynienia z głębszym problemem: globalne korporacje, kartele mediów i potężne biurokratyczne aparaty przekształcają polityczne partie w organizacje, których celem nie jest już służba społeczeństwu, lecz ochrona szczególnych klienteli i interesów. Polityka staje się polem walki lobbystów; środki masowego przekazu trywializują poważne problemy; demokracja często sprawia wrażenie nie tyle poważnego zadania dla poważnych obywateli, ile wirtualnej gry dla konsumentów.

(…)Komunistyczny system doprowadził do perfekcji biurokrację, anonimową manipulację i nacisk na masowy konformizm - ale niektóre z tych zagrożeń są także częścią teraźniejszości. Już wiemy na pewno, że demokracja pozbawiona wartości i sprowadzona do rywalizacji politycznych partii posiadających "gwarantowane" recepty na rozwiązanie wszelkich problemów, może się okazać wysoce niedemokratyczna. Dlatego tak wielki nacisk kładziemy na moralny wymiar polityki i żywe obywatelskie społeczeństwo jako przeciwwagi politycznych partii i państwowych instytucji
. (http://www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_041117/publicystyka/publicystyka_a_11.html)

Nic dodać, nic ująć. Tylko szkoda, że nie będzie wśród nas tego, który swoim życiem i dokonaniami nadal będzie zaświadczał wartość i sens etyki w życiu politycznym i w sferze publicznej, a do tej zalicza się tak edukacja, jak i nauka. Będzie mi bardzo brakowało Vaclawa Havla, gdyż Praga bez niego nie będzie już taką samą, jak wtedy, kiedy żył, tworzył i sprawował w niej swój urząd.

3 komentarze:

  1. Piękny, przepełniony uczuciem tekst i wspaniałe, choć smutne emocje. Dzisiejszy wpis chwyta za serce. Dziękuję!

    OdpowiedzUsuń
  2. Pytanie czy zmarły wywalczył to czego chciał, czy też jedynie zmianę dekoracji...;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Od kiedy to jedna osoba może wywalczyć to, czego pragnie? Ciekawe, co miał anonimowy na myśli?

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.