niedziela, 31 lipca 2011

Prywata - oznaką kryzysu państwa, a w tym także szkolnictwa wyższego

Dyskusja po raportach w sprawie katastrofy odsłania po raz kolejny słabość polskiego państwa w sprawach tak kluczowych, jak ochrona najwyższych jego urzędników, ranga instytucji publicznych i osób odpowiedzialnych za sferę publiczną. Utyskiwanie przez dziennikarzy na upadek autorytetu władzy jest odwracaniem uwagi społeczeństwa od tego, że media mają w tym także swój znaczący udział. Niestety, nie bierze się pod uwagę skrywanych interesów partyjnych i osobistych animozji, uprzedzeń czy odmiennych światopoglądów, które przenikają do struktur władzy i sposobu zarządzania państwem, jego instytucjami i tworzeniem często pod czyjeś interesy regulacji prawnych. W imię bezwzględnej walki politycznej, przedkłada się interes osobisty nad społeczny tylko dlatego, że jest się u władzy i poniekąd ma się poczucie do bezprawnego naruszania granic.

Dotyczy to także oświaty i szkolnictwa wyższego. Nie ma żadnych zobowiązań i warunków profesjonalnych, jakie musi spełnić ten, kto chce utworzyć wyższą szkołę. Wystarczy, że ma pieniądze (tzw. minimalną kwotę - dawniej 150 tys.zł, obecnie 500 tys.zł.), by złożyć w ministerstwie wniosek o uzyskanie zgody na kształcenie młodych pokoleń. Ciekawe, że kancelarii prawnej czy notarialnej nie może założyć ktoś, kto nie spełnia profesjonalnych warunków. Wyższą szkołę może założyć osoba bez wykształcenia (może nawet nie mieć ukończonej szkoły podstawowej), może też założyć ją ktoś, kto wcześniej doprowadził do bankructwa prowadzoną przez siebie firmę, może także ktoś, kto był lub jest powiązany ze służbami specjalnymi, jak i ktoś, kto jest niezrównoważony psychicznie czy ma inne dysfunkcje, które będą rzutować na sposób nie tylko kierowania szkołą wyższą jako jego firmą, ale - co gorsza - będzie wpływać na zatrudniane w tej placówce osoby.

Nie ma się zatem co dziwić temu, że z takimi osobami - założycielami współpracują albo ci, którzy mają realne gwarancje autonomii dla własnego profesjonalizmu, albo ci, którzy jej nie posiadając, wpisują się w prywatę i odkładają na bok poczucie własnej godności, autorytet nauki i reprezentowanej przez siebie dyscypliny oraz oczekiwania studentów. Przekraczają granice przyzwoitości, bo traktują szkołę wyższą jako miejsce do zarobkowania.

Wartość nauki, oświaty i szeroko pojmowanej edukacji jest przez nich deprecjonowana, bo przecież nie o nią im chodzi. Kiedy pisze do mnie wypromowana doktor nauk humanistycznych w dyscyplinie pedagogika, że zatrudniona w wyższej szkole prywatnej, została przypisana do katedry, ale kierownika czasami mija w drzwiach, kiedy idzie na zajęcia dydaktyczne, to nie dziwię się jej rozczarowaniu. Ani razu bowiem nie odbyło się w tym roku zebranie naukowe, a kierownika katedry nie obchodzi jej dalszy rozwój naukowy. Ona ma prowadzić zajęcia dydaktyczne, zaś jej rozwój naukowy jest jej prywatną sprawą. Założyciel twierdzi, że nie będzie sponsorować jej naukowych ambicji. Doktor nauk ma być wykładowcą, bo to daje kasę założycielowi. Słusznie jednak ma poczucie fikcji, w jakiej uczestniczy, a ta jest podtrzymywana na stronie internetowej tej szkółki. Niby coś jest, ale tego de facto nie ma. Nikogo nie obchodzi, czy ona coś czyta, czy nie, czy pisze artykuły, prowadzi badania itp. A po co? Kierownik katedry wpada i wypada, bo musi zdążyć na zajęcia w swoim uniwersytecie. Tam musi się rozliczyć z dorobku, ale jak go nie posiada, to i tak go nie zwolnią, bo jest im tak samo potrzebny do minimum kadrowego, jak w tej prywatnej szkole. Zresztą, naukowiec z niego żaden. A rektorzy uniwersytetów nie interesują się tym, czy zasadne jest utrzymywanie "nędznej" katedry i co wnosi do dorobku uczelni zatrudniony w niej doktor habilitowany. Nikt nie interesuje się tym, że tak jego doktorat, jak i wcześniejsza habilitacja do znaczących nie należą. Tę ostatnią załatwił sobie na Słowacji. To też jest dowodem na słabość państwa, którego środki wydatkowane są na pseudonaukowców.

Wyższa szkoła prywatna ma być prywatną, a więc tak samo jak jej założyciel, zorientowaną na prywatę. Tak zwane dobro publiczne, interes nauki i jakość kształcenia stają się kluczowe tylko w tych momentach, kiedy założyciel spodziewa się kontroli państwowej. Podobnie, jak w elitarnym pułku, gdzie ponoć były procedury, szkolenia, kontrole. . . Aż do katastrofy, która odsłoniła fikcję i prywatę w wielu zakresach.

1 komentarz:

  1. Szanowny Panie Profesorze.

    Trafne spostrzeżenia. Tylko jak to zmienić?
    Ja też jestem całkiem "świeżym" doktorem. I przykro mi niezmiernie, gdy słyszę komentarze studentów (i nie tylko) - na ulicy, korytarzu uczelnianym, w internecie, którzy czują się oszukani - właśnie przez elity, o których pan wspomina.

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.