czwartek, 21 lipca 2011

Pedagogika na zakręcie nie tylko demograficznego niżu

Nie ulega już wątpliwości po powoli sumowanym I etapie rekrutacji do uczelni publicznych na bezpłatne studia pedagogiczne I i II stopnia, że tak uniwersytety, jak i akademie poradziły sobie z naborem na ten kierunek. Nieliczne prowadzą jeszcze studia z „pedagogiki specjalnej”, o czym pisałem nieco wcześniej. Zaczyna się dla tych uczelni kolejny etap naboru na studia niestacjonarne, określane najczęściej jako studia zaoczne, a więc płatne. W tym przypadku w wielu uczelniach publicznych rekrutacja trwać będzie do wypełnienia wszystkich miejsc, a tych nie może być więcej, niż na studia stacjonarne. Niektórzy kandydaci zastanawiają się nad tym, gdzie ubiegać się o indeks, w której uczelni publicznej?

Część osób poszukuje dla siebie miejsca w wybranej przez siebie szkole niepublicznej, położonej najbliżej ich miejsca zamieszkania, ale tez niekoniecznie. Są osoby, które potrzebują anonimowości, ciągnie ich nieznane miejsce, nowe środowisko i być może także walory wyższej szkoły prywatnej. Okazuje się, że PEDAGOGIKA nadal będzie atrakcyjnym kierunkiem studiów, bez względu na to, jaką wybierze się po pierwszym roku specjalność, gdyż jak wynika z badania „Campus 2011”, jakie zostało przeprowadzone przez portal Pracuj.pl, młodzi absolwenci tych studiów lokują swoje oczekiwania zawodowe w administracji publicznej, „przemyśle” rozrywkowym, a nawet w służbach mundurowych. Tak więc absolwenci studiów humanistycznych należą w 47% do tych, którzy nie zamierzają pracować w zawodzie, do jakiego zostali przygotowani w toku studiów. To polski fenomen wyższej edukacji i jej efektywności, dlatego minister nauki i szkolnictwa wyższego skierowała duży strumień środków dla kandydatów na studia techniczne, przyrodniczo-matematyczne, a więc na tzw. kierunki zamawiane, by wzmocnić rynek pracy o tych, którzy będą chcieli pracować zgodnie z wyuczonym zawodem.

Ci, którzy mimo to nie zamierzają pracować w zawodzie pedagoga, zapewne podejmą te studia dlatego, że kojarzą im się z czymś łatwym, miłym i tanim. Istotnie, jak przejrzymy oferty wielu wyższych szkół prywatnych, to dostrzeżemy nawet dumpingowe koszty, byle tylko ściągnąć do siebie jak najwięcej klientów. Tu jednak kandydaci powinni wyostrzyć swój namysł, zanim podejmą decyzję, bo być może będzie taniej, ale za to nudno, niekompetentnie i być może z obciążeniem negatywnej lub warunkowej oceny komisji akredytacyjnej, jaka może taka szkoła uzyskać w wyniku oceny bylejakości kształcenia w niej studentów. Wówczas zainwestowane środki w uzyskanie (zakupienie) dyplomu mogą się nie zwrócić w postaci uzyskania zatrudnienia w administracji czy innej dziedzinie życia pozapedagogicznego czy pozaoświatowego.
Może zatem lepiej wybierać szkołę, która jest publiczną, bo tej nie grozi likwidacja kierunku kształcenia, lub która ma ponad dziesięcioletnią tradycję i zarazem ciągłość kształcenia na wybranym przez nas kierunku. Jeśli bowiem edukują na nim od kilku zaledwie lat, to może oznaczać, że wkrótce nastąpi jego akredytacja, a nikt nie jest w stanie przewidzieć, czy będzie ona miała pozytywny dla tej społeczności finał. Zagrożeniem jest podejmowanie studiów w szkole, która przy wybranym kierunku studiów, jako jednym z nielicznych wśród prowadzonych w niej od zaledwie kilku lat, znajduje się zapis - „NOWOŚĆ”. Może to być bowiem oferta jak w hipermarkecie, wciskania klientom czegoś, co z nowością ma tyle % wspólnego, ile liter zawiera to hasło. Najczęściej, jak informują o tym sami studenci na forach internetowych, jest to STAROŚĆ, a ta – jak wiadomo – NIE RADOŚĆ.

Warto też śledzić ruchy w szkolnictwie ogólnym i zawodowym. Przykładowo w łódzkich gimnazjach pracę straci 50 nauczycieli języków obcych i wychowania fizycznego. Jest to następstwem łączenia klas w wyniku zmniejszającej się z każdym rokiem liczebności uczniów. O ile jeszcze można było dzielić liczne klasy właśnie na lekcje wf. i języka obcego, o tyle teraz są one na tyle małe, że takie podziały nie mają już ekonomicznego sensu.

Nie wiemy, jaki będzie wynik wyborów. Jeśli nastąpi zmiana polityczna w obozie rządzącym, to już mamy zapowiedzi odwrotu od rozwiązań, które były zapowiadane jako możliwe do realizacji od 2012 r. Już są sygnały o totalnej „klapie” tzw. ustawy „żłobkowej”, w wyniku której miały powstawać z pomocą środków publicznych alternatywne formy opieki nad małymi dziećmi. PiS zapowiada, że jak dojdzie do władzy, to wydłuży do 26 tygodni urlopy macierzyńskie i wzmocni politykę prorodzinną państwa, by nie instytucjonalizować opieki nad małym dzieckiem, gdyż jest to niekorzystne dla jego rozwoju.

1 komentarz:

  1. no tak, wydłużony urlop macierzyński przyda się jak już się urodzi to dziecko z gwałtu - vide projekt zaostrzający ustawę antyaborcyjną. i jakoś sobie poradzi władza z niżem demograficznym. już niech ten pis lepiej do władzy nie dochodzi, choć PO niewiele brakuje do tej ideologii.

    OdpowiedzUsuń