środa, 6 lipca 2011

Cooltura akademickich rozstań pedagogów


Zapewne ktoś podejmie ten problem jako ciekawy dla badaczy w obszarze pedagogiki szkolnictwa wyższego. Proponuję zatem wstępną typologię takich rozstań, które mają przecież różne uwarunkowania, przebieg i skutki. W naukach o wychowaniu wydaje się wciąż istotne to, czy proces rozstań ma wymiar (auto-)edukacyjny, (samo-)wychowawczy i reformatorski, a więc czy i kto wyciąga z nich jakiekolwiek wnioski dla siebie oraz czy następują dzięki temu pożądane zmiany. Oczywiście, kategoria „zmian pożądanych” rodzi pytanie, dla kogo i/lub ze względu na co/na kogo? To właśnie wymaga analiz i dobrych diagnoz. W związku jednak z tym, że w wyższych szkołach prywatnych i uczelniach publicznych pedagogika ma w dużej mierze charakter normatywny, wishfull thinking, a więc opierania decyzji na myśleniu życzeniowym, najczęściej opierającym się o wizje optymistycznego scenariusza, wytwarzane są w różnych jednostkach akademickich mechanizmy i strategie budowania rozwiązań na fikcji, pozorach, a często i zakłamywaniu rzeczywistości, byle tylko sprawujący władzę czy spodziewani klienci edukacji nie rozpoznali ich przedwcześnie i dali się uchwycić w sieć trudną do wyplątania się z niej, kiedy w grę wchodzi obrona własnych praw, racji czy wartości.

Z końcem czerwca każdego roku ma miejsce transfer nauczycieli akademickich z jednych uczelni do innych, z różnych zresztą powodów, a co najciekawsze - ten materialny nie zawsze jest najważniejszym. Oto z wyższej szkoły prywatnej, która wmawia opinii publicznej, że jest jedną z naj… z kolejnym rokiem odchodzą jej najlepsze kadry. Mają prawo. Nauczyciel akademicki nie jest „chłopem pańszczyźnianym przywiązanym do roli” i ma prawo do wyrażenia niezgody na to, z kim musiał współpracować, kto silił się w stosunku do niego na więcej, niż w rzeczywistości mógł sobą reprezentować (najczęściej niczym nie był w stanie ani motywować, ani zaimponować, ani wspomóc, ale pełniona rola kierownicza wydawała mu/jej się jedynym argumentem z kategorii „przewagi”), kto okazał się w tym środowisku zwykłym hipokrytą, cynikiem, fałszywym graczem, bałwochwalcą czy moralizatorem w sytuacji kompromitujących ją//jego postaw, zachowań czy decyzji. Im ktoś był mniejszy, tym bardziej tworzył atrybuty wielkości, które ani z pedagogiką, ani z kulturą pedagogiczną, nie wspominając już o szerszej – humanistycznej, nie mają nic wspólnego.
Oto rozstając się z wyższą szkoła prywatną jej pracownicy postanowili – bo jednak reprezentowali wyższe wartości, niż ci, którym wydawało się, że w ogóle coś reprezentują – zorganizowali spotkanie pożegnalne dla części pozostających w placówce nauczycieli i pracowników administracji.

Nie zaprosili, co oczywiste tych, którzy m.in. stali się powodem ich odejścia. W sferze prywatnej każdy z nas ma prawo zapraszać osoby, z którymi chce się spotkać, wyrazić im w takiej czy innej formie wyrazy wdzięczności za dotychczasową współpracę, podzielić się swoimi wrażeniami i nadziejami. Okazuje się jednak, że i ta sfera może być naruszona przez tych, którym wydaje się, że wciąż są w swoim patologicznym miejscu pracy, w środowisku, wymagającym donosicielstwa, rozgrywania swoich interesów kolejnymi intrygami, byle tylko zasłużyć się tym, od których będzie zależał jego/ich dalszy los. On/-i pozostają, niektórzy, bo nie mają innego na razie wyjścia, inni, bo jest im to na rękę lub dobrze czują się w gnieździe os, w którym można rozgrywać swoje partyjki i manipulacje.

Dworskość wymaga budowania systemu zarządzania jednostką na klikach rozgrywanych przez władcę, dla którego najważniejsze jest lizusostwo (dzień bez wazeliny jest dniem straconym). Mierny, ale wierny – ta zasada toruje wiele „pracowitych” karier w niektórych szkółkach. „Wierny”, czyli schlebiający właścicielowi, rektorowi czy dziekanowi jego „przyjaciel/-ółka”, bezwzględnie tępiący/-a tych, którzy mogliby zagrozić jego/jej pozycji. W takiej szkole istnieje kilka grup nauczycielskich i administracyjnych wzajemnie podgryzających się do tego stopnia, że jedyne co ich łączy, to poczucie satysfakcji z czyjejś porażki, wpadki, zaniedbania czy błędu. Trzeba o tym szybko donieść, to wyolbrzymić, bo tylko w ten sposób można przysłużyć się swojemu /-jej zwierzchnikowi/-czce. Inna rzecz, że jemu/jej to odpowiada, bo może podtrzymując podziały między pracownikami szczuć jednych na drugich i uzależniać ich zatrudnienie od poziomu lojalności, czyli donosicielstwa. Sam tego nie sprawdza, bo nie o prawdę tu chodzi, tylko o panowanie.

Tak więc, po wspomnianym, a prywatnym spotkaniu, znalazła się „szuja”, która postanowiła przekoloryzować swojej /swojemu przełożonej/-nemu to, co tam miało tam miejsce, by tym samym usprawiedliwić swoją obecność. Tajniacy ludzie dwulicowi, są wszędzie, z własnego zresztą wyboru, bo przecież ich świat jest wymyty z wartości moralnych. Ich działania podporządkowane są wyższej racji stanu. Ich hipokryzja jest hołdem, których występek składa cnocie.

Dobrze jest rozstać się z takimi, którym obce jest dobro nauki, studentów, studiowania, rozwoju, skoro ważny jest dla nich doraźny, jak najdłużej dający się wykorzystywać układ korzyści materialnych. Dla nich nie jest ważne, kogo i w czym zdradzają, Nie wiedzą jednak, że sami też zostaną zdradzeni. Bo w tej grze, która ma charakter „zerowy”, zawsze ktoś, kto nie ma realnych zasług, usiłuje budować swoje zyski, kosztem czyichś strat. Jednostronne pasożytnictwo jest możliwe do czasu, aż znajdzie się inny pasożyt, silniejszy, bardziej przebiegły, który ją/jego zrujnuje. Rozstania z ludźmi są często pożegnaniem z środowiskiem ich życia zawodowego czy społecznego, a więc także tego świata, który z humanum niewiele ma wspólnego. Pedagogika jest nauką humanistyczną. Nie dla wszystkich. Są tacy, którzy czerpiąc wzory z machiawelizmu, a dzisiaj określanego w psychologii mianem behawioryzmu, kreują relacje naukowe i wychowawcze na procesach wykluczających wartości moralne. Dla nich liczy się skuteczność, a jeśli jej nie ma, to winni są wszyscy, tylko nie oni.

Na forum „Gazety Wyborczej”
(http://forum.gazeta.pl/forum/w,87574,126330866,126330866,Negatywna_recenzja.html), którego gospodarzami są de facto naukowcy, pojawia się pytanie jednego z doktorantów, czy „negatywna recenzja może skutkować uwaleniem doktoratu? I uzyskuje od kogoś odpowiedź: . Gdyby nie było takiej możliwości, każda zszywka kartek, którą ktoś przedstawi jako doktorat, mogłaby być podstawą nadania stopnia, nie uważasz? Negatywne recenzje się zdarzają - niezbyt często, ale się zdarzają. Istotnie, zdarzały się i zdarzają w uniwersytetach, w których przestrzega się określonych standardów. Niektórym promotorom wydaje się jednak, że jak są profesorami innego uniwersytetu, który ma uprawnienia do nadawania stopni doktorskich, ale spróbują „nędzną” pracę przepchnąć w innej uczelni, notabene nie mając żadnych kwalifikacji merytorycznych do prowadzenia z danej subdyscypliny doktoratów, to uzyskają poparcie. Okazuje się, że nie. Są jeszcze uczciwi recenzenci, którzy nie godzą się na tego typu manipulacje i produkcję pseudonaukowych rozpraw tylko po to, by doktor habilitowany „miał” wypromowanego doktora, jako spełnienie jednego z koniecznych warunków do ubiegania się o tytuł profesora. A że tak postąpił/-a osoba cyniczna, nie licząca się ze stratą doktoranta, który stał się ofiarą jego/jej niekompetencji i arogancji, no cóż… stoicyzm tłumi u niektórych wyrzuty sumienia. To są też akademickie rozstania, których cenę płacą nie ci, którzy powinni. Może taki doktor habilitowany powinien pochwalić się w sowich miejscach pracy kolejnym „osiągnięciem” akademickim? Jego/jej macierzyste władze powinny to docenić, każda na swój sposób.

Cdn.

11 komentarzy:

  1. Samo życie. Wypracowałem jedną zasadę: robić swoje, nie zaprzyjaźniając się zbytnio z kimkolwiek. Poza tym, nikomu o niczym nie mówię, nawet osobom nie mającym związku z pracą na uczelni wyższej, a to co mi mówią, zatrzymuję dla siebie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Niewątpliwie istnieje problem w strukturach kadr akademickich, z reszta jak wszędzie jeśli chodzi o szkolnictwo. Wiadomo jednak, że im wyżej idziemy w struktury szkolnictwa, tym więcej wymagamy od naszych doktorów i profesorów. Doświadczenie każe mi być w tej kwestii niezwykle czujną, tam gdzie są ludzie zdarzają się zarówno wypaczenia jak i błędy, tyle, że biorąc pod uwagę wymagania i oczekiwania w stosunku do t.zw. "wyższych sfer" wypaczenia są o wiele dotkliwsze. Oczywiście irytuje mnie zawsze obrona typu "to nie możliwe", "jak taka osoba mogła coś takiego zrobić?" itp.
    Jeśłi chodzi o sprawę negatywnej recenzji lub co gorsza decyzji komisji odnośnie zgodności tematu pracy doktorskiej z kierunkiem na którym chce się ją bronić, to można się tak zagalopować w swej pasji -razem z opiekunem- że praca zostaje słusznie odrzucona, ale jednak odrzucona. I co z tym zrobić? Moja koleżanka napisała pracę za bardzo z pogranicza, no i komisja nie dopuściła jej do obrony. Teraz musi napisać kolejną. Pytam tylko, gdzie był opiekun? Co z czasem tej osoby? -no chyba, że zostawi sobie tą pracę na habilitację, ale jednak szkoda. Wolałabym, aby mój promotor miał przysłowiowo "rękę na pulsie".
    AAA!!!, i jeszcze jedno: jasne, że pracownik naukowy może wybrać sobie miejsce pracy, ale ile razy można ją zmieniać? Coś rzeczywiście dzieje się na naszych uczelniach niedobrze. Wiadomo układy i kasa to argumenty mocne, ale nie najważniejsze. W końcu, co z budowaniem zaufania do siebie nawzajem?, co z ideałem?, co z wartościami? Jak uczyć młodzież kultury bez udziału w niej?Jak "zarażać" dobrem "plując jadem"?
    Jeśli coś z tym nie zrobią "wysokie kadry" obudzimy się niedługo z "ręką w nocniku".

    OdpowiedzUsuń
  3. a ja przyjeżdżam na zajęcia i wyjeżdżam, podobnie jak Belfer. Ważne, by na konto wpłynęła kasa, a ci, co sa na miesjcu niech się podgryzają. Mnie właścicielka tak rzadko widzi, a musi mnie zatrudnić, by miała minimum kadrowe, że dopóki jestem jej niezbędna, to musi mnie tolerować i niczego mi nie wrzucać.
    Nie jest to sprawiedliwe, ale rektor i prorektorzy muszą znać kolejność dziobania. Tmczasem to ja im robie łaskę, bo dzięki mnie, moga i mają kim rządzić. Im to wystarczy. Mają służbowe samochody, względnie wysokie pobory i tak samo mogą "olewać" studentów czy innych pracowników. Na tym przecież to wszystko polega. Niech teraz pracują na mnie, a może młodsi od nich niech pracują na nich.
    Zosia

    OdpowiedzUsuń
  4. W takich szkołach ma miejsce upadek cnót, a znaczenia nabiera umiejętność "sprzedawania się" właściciela i władz - "sprzedają się" też nauczyciele, tylko administracja i studenci muszą lawirować między młotem a kowadłem.

    Tadeusz

    OdpowiedzUsuń
  5. Szanowny Panie Profesorze, szanuję Pana za to, co Pan robi w sferze nauki. Tematyka bloga wydaje mi się jednak nader często pretekstem "rozwiązywania" osobistych konfliktów i niejednokrotnie jest krzywdząca dla tych, którzy w niepublicznych uczelniach rzetelnie wykonują swoją pracę. Z pozdrowieniami! Sympatyk.

    OdpowiedzUsuń
  6. Sympatykowi polecam ksiązkę: Edukacja i sfera publiczna" autorstwa H. Giroux'a i L. Witkowskiego. Projektowanie na mnie własnych perspektyw jest tu nieuprawnione, bo nie ma nic z tym wspólnego, ani z osobistymi konfliktami, ani "załataiwaniem jakichś spraw", gdyz ja ich nie posiadam i w nich nie uczestniczę. Opisuję problemy, ktorymi dzielą się ze mną pracownicy tych szkół. Także uczelni publicznych. Dobrze, że nie w każdej tak jest, ale byłoby źle, gdyby nie dostrzegać tego, że jest też inaczej.Tak więc życzę Sympatykowi jak najlepiej.

    OdpowiedzUsuń
  7. Do osób, które próbują stawiać zakamuflowane pseudo diagnozy Profesorowi; potwierdzam, że tak jest; i to nie tylko na prywatnych uczelniach. Prawdę mówiąc, to myślałam, że nie doczytam tego wpisu do końca, bo od razu uruchomiły się we mnie różne ślady pamięciowe i poczułam mdłości...To jest opis obrzydliwej patologii. Czy teraz już wiadomo, skąd u mnie takie a nie inne pref. polityczne?

    OdpowiedzUsuń
  8. O tych, którzy tak w wyższych szkołach prywatnych, jak i w publicznych uczelniach rzetelnie wykonują swoją pracę, pisałem już wielokrotnie i nadal będę pisał. Można to dostrzec w treści wpisów.

    OdpowiedzUsuń
  9. Moge opisac swój przypadek. Mój odżałowania godny promotor przed obrona stwierdził, że po 4 latach pisania pracy napisałem bardzo dobra pracę magisterską. Po 4 latach! A co robił wcześniej? Czytał i mówił, pisać, pisac. To pisałem a potem ni z tego ni z owego nagle zaczął przede mną pietrzyć problemy merytoryczne, że postanowiłem sam zrezygnować. POnadto z wykształcenia jestem filologiem polskim a moje artykuły drukowane sa w wysoko ocenianych periodykach a mój pryncypał stwierdził, że mój język to język "Gazety Wyborczej". Dyrekcja nie kiwneła palcem w mojej sprawie i mnie zwolniono. Obecnie obroniłem dwa doktoraty, ale opinię mi taka wyrobiono w okolicy, że muszę dojeżdżać ponad 300 km, aby móc pracować. Wydrukowałem ponad 40 artykułów oraz 1 ksiązkę. Przed drukiem są nastepne 3 i moja dyrekcja stwierdza, że nie mam kwalifikacji. Tragedia.

    OdpowiedzUsuń
  10. Tak, to jest prawdziwy dramat. Nawet niestosowne jest pisanie o tym, ze należy Panu współczuć, bo żadne słowa nie zrekompensują tego, czego musiał i musi Pan doświadczać. Mimo wszystko życzę Panu, by ktoś wreszcie dostrzegł to, czego nie posiada już Pański (może na szczęście) niedoszły promotor, czyli pasję, zaangażowanie itwórczość. Jak tylko uzyska Pan habilitację, skończą się te problemy, bo chętnych do skorzystania z Pańskiego sukcesu wówczas będzie więcej, niż dzisiejszych oponentów czy zawistników.

    OdpowiedzUsuń
  11. Szanowny Panie Profesorze i Szanowni Państwo!

    Dziękując za odniesienia do mej wypowiedzi we wcześniejszym wątku, ośmielam się zachęcić Państwa do zapoznania się z dwoma oficjalnymi tekstami uniwersyteckimi:
    1. "Oświadczenie Kolegium Rektorskiego UMCS
    ":
    Mą szczególną uwagę - jako prawnika (zajmującego się, między innymi, zagadnieniami ochrony dóbr osobistych) - zwrócił szczególnie punkt 8.
    http://www.umcs.lublin.pl/news.php?nid=4369
    2. "Posiedzenie Senatu UMCS - 4 lipca":
    http://www.umcs.lublin.pl/news.php?nid=4370

    Nie tylko na "pedagogikach" bywa "gorąco".

    Sam jestem daleki od publikowania swego stanowiska w tej sprawie.

    Z poważaniem,

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.