wtorek, 21 czerwca 2011

Akademickie trans(a)fery w grzęzawisku paradoksów wyższych szkół prywatnych


Jeszcze do końca czerwca br. mogą mieć miejsce akademickie transfery naukowców z wyższych szkół publicznych do niepublicznych i odwrotnie, jeśli są w nich zatrudnieni dłużej niż 3 lata. Takie zjawisko jest czymś naturalnym i ma miejsce we wszystkich dziedzinach naszego życia, nie tylko oświatowego czy akademickiego. Niestety, niektórzy naukowcy uniwersyteccy czy z akademii pedagogicznych, bo tylko to środowisko jest przedmiotem moich zainteresowań) nie zdają sobie sprawy z tego, jakie grożą im pułapki, kiedy zarzucona na nich sieć przynęt właścicieli szkół prywatnych w postaci proponowanej im wyższej pensji, służbowego samochodu do celów także osobistych, gadżetów np. telefon komórkowy, ryczałt samochodowy, itp., bardzo szybko, jak tylko zostaną „złowieni” (zatrudnieni) stanie się łaską, która na pstrym koniu jeździ.

Mamy sygnały z różnych stron kraju, z kilkunastu już wyższych szkół niepublicznych, które kształcą na kierunku pedagogika, że ich właściciele zainteresowani są „zakupieniem” nauczycieli akademickich dla chwilowego ratowania głęboko skrywanego przed opinią publiczną wewnętrznego rozkładu ich „firm”, tłumienia szeregu konfliktów i skandali obyczajowych, moralnych, finansowych, jakie mają w nich miejsce. Pozyskawszy kadry z uczelni publicznych na podstawowe miejsce pracy zdają sobie sprawę z tego, że oni w większości nie mają już odwrotu.

Zostali „ugotowani” i mają odciętą drogę powrotu do uczelni publicznej. Rozmawiałem w ubiegłym tygodniu z dziekanem jednego z polskich uniwersytetów, który powiedział mi, że nie zatrudni już więcej u siebie tych, którzy porzucili swoją macierzystą jednostkę dla niepublicznej, a konkurencyjnej w tym samym mieście prywatnej szkoły wyższej. Muszą ponieść konsekwencje tej decyzji. On sam przecież będzie musiał niedługo zwalniać tych, którzy są nieefektywni w swojej pracy naukowo-badawczej, gdyż z tego są głównie rozliczane uniwersytety czy akademie. Owszem, warto mu zatrudnić wybitnego naukowca z zewnątrz, nawet na drugim etacie, bo wie, że dzięki jego pracy twórczej zyska cała jednostka, a potrzebujący wsparcia będą mogli skorzystać z doświadczenia i naukowego now how.

Przejście zatem do wyższej szkoły prywatnej w sytuacji, gdy jest się młodym doktorem czy doktorem habilitowanym, jest tylko doraźną szansą na poprawę własnego bytu, gdyż bardzo szybko przekona się taka osoba, że chodzi tu głównie o poprawę bytu właściciela akademickiego biznesu. Marginalizacja i wykluczenie takiego naukowca z środowiska akademickiego stanie się czymś szybkim i naturalnym, gdyż wyższa szkoła –z wyłączeniem tych, które istnieją już ponad 10 lat i uzyskały do dzisiaj status szkół akademickich (z uprawnieniami do przeprowadzania przewodów naukowych z pedagogiki) -nie są jednostkami powołanymi do tego, by konkurować z uczelniami publicznymi. One mają zarabiać na kształceniu I i/lub II stopnia, powiększać biznesową rentowność firmy i nie przejmować się tym, że zamiast nauki produkują kolejnych bezrobotnych. Tu bowiem wychodzi się z założenia, że frajerem jest ten kto płaci za złudzenia, że uzyska wykształcenie i wartościowy dyplom, jeśli szkoła nie uzyskała marki instytucji rynkowo wiarygodnej, tzn. od kilkunastu lat rzetelnie, konsekwentnie i z względnie stałą, o najwyższych kwalifikacjach kadrą akademicką placówki, będącej gwarantem jakości. To, że w szkole stosuje się procedury ISO czy jakieś inne certyfikaty przeniesione żywcem ze sfery produkcyjnej, jest w wielu przypadkach zamydlaniem oczu tym, którzy nie znając ich powierzchowności i skrywania za nimi bylejakości, wpuszczani są w przysłowiowe „maliny”.


Wyłączam z tych analiz te osoby, które nie są zainteresowane własnym rozwojem naukowym, a zależy im jedynie na miejscu pracy, gwarantującym im wyższe zarobki (te zresztą też są jak wróbel na dachu). Czegokolwiek naukowiec z transferu nie będzie chciał zrobić w wyższej szkole prywatnej (skrót - "wsp"), będzie musiał sobie sam zdobyć na to środki. Jak chce jechać na konferencję naukową, to albo zapłaci z własnej pensji, albo musi zdobyć na to grant lub sponsora. Chce zorganizować konferencję naukową, musi pozyskać sponsorów i wprowadzić w ramach opłat konferencyjnych uczestników wysoką kwotę. Właściciel takiej szkoły musi przecież na tym zarobić. Kazać płacić za udział w konferencji tak, jakby ona odbywała się w Harvardzie z udziałem wybitnych autorytetów podczas, gdy nie wykracza ona poza sieć prywatnych znajomych, jest dowodem na patoloogiczną samoocenę.

Na konferencję w szkole o orientacji biznesowej zgłoszą się tylko „znajomi królika” i zostaną zmuszeni (zobowiązani zgodnie z normą "propozycja nie do odrzucenia") do udziału w niej ci, którzy są jej etatowymi pracownikami (wystarczy zobaczyć programy tych konferencji z lat minionych). Do szkoły, która nie ma autorytetów naukowych nie przyjedzie ten, kto chce się czegoś nauczyć, bo musiałby jeszcze mieć z kim uczestniczyć w debacie akademickiej. Podobnie jest z wydawnictwami wyższych szkół prywatnych, które usiłują pozorować naukowość tekstami tych, którzy w nauce niewiele znaczą. Nic dziwnego, że ich czasopisma stają się kronikami „wydarzeń”, zamiast na wysokim poziomie wymianą wyników najnowszych badań naukowych. Tych przecież się w tych szkółkach nie prowadzi, choć realizuje, ale głównie po to, by właściciel szkoły zarabiał na tak zwanych kosztach pośrednich.

Naukowiec zatem musi się starać, by temat, program konferencji i referujący były na tyle atrakcyjne, żeby ktoś był gotów zapłacić za udział w niej kilkaset złotych plus pokryć koszty noclegów i wyżywienia. Jak nie będzie zgłoszeń na konferencję, to on będzie winien i zacznie się obniżanie jego pozycji w oczach prywaciarza. Jak konferencja się powiedzie, to premii z tego tytułu i tak nikt nie otrzyma, gdyż przecież wykonywali to w ramach swoich obowiązków, za które i tak otrzymują wysoką płacę. W jednej ze szkół wyższych kanclerz nawet nie było stać na to, żeby pracownikom administracji chociaż symbolicznie podziękować za współorganizowanie konferencji i wniesiony przez nich wysiłek, zaś wniosek rektora w tej sprawie potraktowała jako nietakt, bo to przecież ona jest od płacenia czy doceniania swoich pracowników, a nie rektor.

Otóż to, w „wsp” pracownik staje się własnością właściciela szkoły tak długo, jak jest mu przydatny, jak jest w stosunku do niego lojalny, ale w rozumieniu usłużności i bezwzględnego posłuszeństwa, nawet gdyby miał problemy z goleniem się na co dzień czy opinią współpracowników na jego/jej temat. Musi to sobie jakoś wytłumaczyć.

Potrzebuje skorzystać z drukarki, kserokopiarki, papieru, telefonu, itd., to niech t sobie wypracuje, bo przecież właściciel nie będzie mu tego finansował z własnej kieszeni. Jak mu się nie podoba, to może odejść. Nauczyciel akademicki pod „nogą” prywaciarza musi pamiętać o tym, że to właściciel inwestuje w niego, a nie na odwrót. To on czyni mu łaskę, że przez rok czy dwa płaci mu lepiej, a potem tłumaczy się tym, ze nie płacił ZUS-u, nie ma premii, a nawet ze względu na spadek atrakcyjności szkoły i zmniejszającą się liczbę studentów musi mu tę płacę zmniejszyć. wówczas może się paradoksalnie okazać, że na zebraniu dla pracowników akademickich w takiej „wsp” doktorzy o zbliżonym stażu pracy, doświadczeń naukowych i akademickiego poświęcenia zarabiają inaczej, jedni mniej inni nieporównywalnie więcej, że pensja rektora jest niższa od pensji ledwo zipiącego profesora, ale za to przydatnego w minimum kadrowym, że od jednych właściciel wymaga więcej, a inni są świętymi krowami, że … itd., itd. Przejdźcie, a rychło przekonacie się, co tak naprawdę stracicie.

Właśnie dlatego chyba najbardziej rzetelnie prowadzone są te „wsp”, które kształcą jedynie na studiach licencjackich, a więc poświęcają się w pełni jak najlepszemu kształceniu przyszłych nauczycieli czy pedagogów, bo nie wynoszą się z fałszowaniem przed opinią publiczną udawanego wizerunku, że realizują porównywalny do uniwersytetów model akademickiej profesjonalizacji i prowadzenia badań naukowych. Tu, jeśli organizuje się konferencje, to mają one charakter oświatowy, wspomagający i doskonalących kompetencje praktyków, nastawiony na metodykę, a nie pseudonaukę. Zatrudnia się nauczycieli akademickich pod kątem tego, w jakim stopniu ich kwalifikacje i dorobek naukowy będą połączeniem praktyki z teorią na najwyższym poziomie.

O tym, gdzie studiować pedagogikę, pisałem już wcześniej. Warto uważnie śledzić zmiany, bo czasami to, co określane jest jako NOWOŚĆ, nawet gdy dotyczy powoływanej do życia jakiejś „nowej specjalności” na kierunku pedagogika, nie zawsze jest zgodne z prawem. Studenci mogą zatem dać się schwytać w pułapkę, za którą jeszcze sami w takiej szkole zapłacą. Warto zatem zadzwonić do ministerstwa i zapytać, czy rzeczywiście wprowadzona przez wyższą szkołę prywatną tzw. "nowa specjalność!" wraz z jej programem odpowiadają kryteriom prawnym. Oszustw w tym zakresie mamy wiele i rozpoznajemy je, kiedy akredytujemy kształcenie na pedagogice. Bardzo często okazuje się, że niektóre "wsp" oferują studentom specjalności, których nazwa jest taka sama, jak nazwa innego kierunku studiów. Studiującym wydaje się, że zdobywaja wiedzę i kompetencje, jak na psychologii, a to jest nadal pedagogika, albo że studiują socjologię, a to jest tylko pedagogika, że studiują wychowanie fizyczne, a to jest tylko pedagogika, że studiują zarządzanie, a to jest tylko pedagogika, itd., itd.

Cóż bowiem z tego, że niektóre „wsp” uzyskały dzięki innym, pozapedagogicznym wydziałom, status akademii czy praw do prowadzenia studiów II stopnia, skoro jakość kształcenia na kierunku pedagogika została oceniona w nich negatywnie, warunkowo, a jeśli nawet pozytywnie, to właściciel szkoły zaraz po takiej decyzji zwolnił najlepszą (bo najdroższą) kadrę? Prawo o szkolnictwie nie nadąża za demoralizacją i patologiami wyższych szkół prywatnych, gdyż nisko opłacani urzędnicy państwowi przechodzą do biznesu jako doradcy w zakresie tego, jak minimalizować negatywne skutki negatywnej oceny PKA, nie dopuszczać do jej uprawomocnienia się, a być może i korumpować innych, odpowiedzialnych za utrzymywanie biznesowej fikcji akademickiej.

Niestety, cztery lata politycznej władzy PO z PSL sprzyjały tylko poszerzaniu i utrwaleniu pewnych patologii w sektorze szkolnictwa prywatnego. Mimo to, warto stawiać temu opór, choć może on wydawać się beznadziejny, choć ci, którzy jeszcze do niedawna wiele nam zawdzięczali, okazali się hipokrytami, cynicznymi graczami i zdrajcami kluczowych w pedagogice wartości. Warto o nich pisać, dawać świadectwo ich zaprzaństwu, upowszechniać wiedzę o ich niegodnych postawach (chroniących właścicieli i władz niektórych szkół niepublicznych przed odpowiedzialnością za utrwalanie miernoty, intryg, dehumanizacji), gdyż w przyszłości i tak wyda to owoce.

Nic bowiem nie jest przesądzone na zawsze, po każdym znieprawieniu nadchodzi prawość. Szkoda tylko, że takim kosztem, ale i tak jest on opłacalny. Dziwne jedynie jest to, że o inaczej rozumianej opłacalności mówią ci, którzy chcieliby jeszcze zachować resztki przyzwoitości i akademickiego honoru. Ktoś w końcu te patologie upełnomocnia, daje im swój „wizerunek”. Tym gorzej dla niego, bo właściciele i tak sobie wymienią go prędzej czy później na inną „twarz” (jeszcze tańszą i mniej kierującą się wartościami czy jakimikolwiek skrupułami). Można rzecz jasna uzasadniać i usprawiedliwiać takie czy inne postawy, ale ich egzystencjalny rdzeń nie może być naruszony dla spraw czy interesów zaprzeczających istocie humanum i akademickiej kulturze.

8 komentarzy:

  1. Słyszałam, że w jednej z łódzkich wyższych szkół prywatnych , która prowadzi kilka kierunków studiów, pedagogika uzyskała uprawnienia do kształcenia na studiach magisterskich. Tym samym będzie to już piąta szkoła mająca studia na tym poziomie. Właściciel zwalnia drugoetatowców, bo nie opłaca mu sie ich utrzymywać. Musi mieć do studiów magisterskich nauczycieli na I etacie.
    Transfery zaczynają się zatem już teraz.
    Z jednej z łódzkich "wsp" odchodzą profesorowie i doktorzy, a w innej przejmują ich lub jeszcze innych do siebie. Wzrasta konkurencja.
    Tak naprawdę stałą i dobrą kadrę ma jedynie Uniwersytet Łódzki. W "wsp" zmiany zachodzą z roku na rok, i to na gorsze.

    Bożenka

    OdpowiedzUsuń
  2. Tworzenie w "wsp" nowych specjalności, ktore mają niewiele wspólnego z właściwym kierunkiem studiów to obecnie jest standard. Należy tylko mieć nadzieję, że uczelnie oraz twórcy tych oszustw zostaną szybko ocenieni przez władze ministerialne, łącznie z Państwową Komisją Akredytacyjną.

    OdpowiedzUsuń
  3. nie wygłupiajcie się z tą kadrą na pedagogice w UŁ;-)

    OdpowiedzUsuń
  4. przecież we wszystkich łódzkich wyższych szkołach prywatnych pracują nauczyciele z UŁ. Dodatki spoza Łodzi to emeryci, "naukowcy" bez dorobku, ale z dyplomem "na mądrość", niewiele wnoszący nowego, za to wynoszący jeszcze więcej.

    Joanna

    OdpowiedzUsuń
  5. Tak, wszyscy narzekają, jaka to kiepska kadra na tych "wsp". Dziwne tylko, że kadra ta stoi osobami pracującymi na 1 etacie na uczelniach państwowych w danym mieście. Pan Profesor dobrze wie, kto pracuje na łódzkich wsp, łącznie z "tą" WSP. To osoby zatrudniane przez Pana, w większości byli pracownicy UŁ.

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy usiłuje wprowadzic w błąd opinię publiczną. Mnie nie zatrudniał w "tej" WSP rektor - prof. B. Śliwerski, tylko kanclerze i własciciel szkoły w jednej osobie. Rektora nawet nie było w trakcie tych rozmów, gdyz sprawy kadrowe, zatrudnień zarezerwowane były tylko i wyłącznie dla kanclerz. To, że niektórzy godzili się zatrudnić w "tej" WSP , bo pracował w niej Profesor i był rektorem, nie było żadną zasługą kanclerz-właścicielki. Tak ówczesny rektor , jak i my- młodzi pracownicy naukowi zaufaliśmy, że może być inaczej. Niestety, było to złudne.
    W różnych "wsp" pracują pierwszoetatowi nauczyciele UŁ. I co z tego? To dowód na to, że przy takim nieakademickim podejściu niektórych właścicieli tych szkół, lepiej jest studiować u źródła, czyli tam, gdzie jest ich podstawowe miejsce pracy. Tu, w tym drugim, po prostu dorabiają do niskich pensji. Niektórzy uczciwie, a niektórzy - nie.


    Joanna

    OdpowiedzUsuń
  7. Na pytanie "no i co z tego" odpowiadam dokładnie tak samo jak Pani - no nic. dorabiają i tyle. i właśnie o to mi chodziło, że z tego powodu argument o kiepskich kadrach uczelni prywatnych jest nie do końca właściwy. A co do zasług pani Kanclerz - czy ja wiem, czy nie miała tu żadnych? W końcu zatrudniała tego a nie innego Rektora. Co zaś do wiary, że może być inaczej - zupełnie rozumiem. Jeszcze kilka lat wstecz sytuacja była odmienna i można było mieć nadzieje, że prywatna uczelnia może się rozwijać i stanowić konkurencję dla uczelni publicznych, szczególnie jeśli o ważnych sprawach stanowią w niej cenione osoby.

    OdpowiedzUsuń
  8. Uderz w stół, a nożyce się odezwą. Nie zamierzam komentować tego, co miało miejsce w WSP w Łodzi, bo jest to - jak ktoś słusznie zauważył - dostępne nw blogu i mojej książce "Klinika akademickiej pedagogiki".
    Z faktami dyskutować się nie da. Nie jestem jedynym pracownikiem naukowym, który postanowił odejść z tej szkoły.
    Podjąłem w tym wpisie problem, zresztą nie po raz pierwszy, że polityka zarządzania wyższymi szkołami prywatnymi jako przedsięwzięciami biznesowymi przy braku rozumienia istoty i kluczowych funkcji, jakie powinna spełniac kazda szkoła wyzsza, jest krótkowzroczna i potwierdziła jedynie zapowiadany przez wielu ekspertów czas ich zmierzchu i powolnego zanikania. Niektóre jednostki miały szansę i ją wykorzystały, inne - niestety, postanowiły "zjeść własny ogon". A zatem można im życzyć smacznego.

    Samookłamywanie siebie, jak i fałszowanie rzeczywistości w obliczu komromitacji publicznej stosowaniem różnego rodzaju trików, im w niczym już nie pomoże. Wręcz odwrotnie, tylko przyspieszy proces destrukcji.

    Dużo jeżdżę po kraju, przeprowadzam od 2002 r. audyty jakości kształcenia głównie w wyższych szkołach prywatnych, ale i w uniwersytetach i widzę, jak właściciele wielu z nich zmarnowali nie tylko lokalny potencjał, ale także możliwości włączenia się w rozwój oświaty i szkolnictwa wyższego. Wystarczy poczytać raporty bardziej niezależnych w stosunku do analizowanych problemów i zdystansowanych do spraw także pedagogiki (jako nie tylko kierunku kształcenia, ale i dyscypliny naukowej) - ekspertów, badaczy szkolnictwa wyższego, by zobaczyć, jak sami przyczyniamy się do tej degradacji, godząc się na warunki i reguły pracy tych, którzy swoimi decyzjami zaprzeczają akademickim standardom, oyczajom, a często też po prostu łamią prawo lub wuymuszają jego łamanie na podlegających im kadrach, a potem przepraszają, że chcieli dobrze, albo chcieli "nieść kaganek oświaty".

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.