czwartek, 14 kwietnia 2011

Stracone pokolenia pedagogów


Zastanawiam się nad tym, jak dalece musiał nastąpić upadek dobrych obyczajów w środowisku akademickim, skoro ewidentną nieuczciwość osoby ubiegającej się o stopień naukowy doktora habilitowanego, niektórzy usiłują usprawiedliwiać tym, że tak się dzieje od lat w wielu środowiskach uczelnianych, że to jest efekt presji na jak najszybsze uzyskiwanie samodzielności naukowej. To w związku z akademickim „wyścigiem szczurów” niektórzy naukowcy nie wytrzymują jego presji i usiłują za wszelką cenę przedłożyć coś, co będzie dowodem osiągnięć naukowych, a de facto jest wyprodukowaniem czegoś, co narusza wszelkie standardy.

Wielokrotnie prof. dr hab. Maria Dudzikowa z Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN zwracała uwagę na zjawisko nagminnego w ostatnich latach publikowania przez młodych, a pomocniczych pracowników nauki, własnych rozpraw doktorskich tak, jakby były rzeczywiście ich samodzielnymi monografiami pedagogicznymi. Tymczasem dysertacje te powstawały pod kierunkiem ich promotorów, profesorów uczelnianych czy tytularnych, miały także swoich recenzentów naukowych, nie mogą być zatem liczone jako własne osiągnięcie naukowe. Co robią niektórzy spośród tak „kreatywnych” doktorów-autorów? Wydają swoje prace bez podania jakiejkolwiek informacji na temat tego, że zostały obronione pod kierunkiem określonego promotora i na konkretnym wydziale jako rozprawy doktorskie. Czy trzeba to ukrywać? Czy czyni się to specjalnie, żeby wprowadzić w błąd recenzentów całego dorobku przedhabilitacyjnego?

Co gorsza, choć ma to miejsce dość rzadko, to jednak pojawia się jeszcze dalej posunięta nieuczciwość w postaci dosłownego przekopiowania dużych fragmentów własnej rozprawy doktorskiej do habilitacyjnej, by tym samym przyspieszyć wydanie tej ostatniej. Na co liczy autor takiego postępowania? Na to, że żaden z recenzentów, a w przewodzie jest ich czterech, tego nie dostrzeże? Może ma takie doświadczenia z własnego środowiska, że jak trzeba ocenić czyjąś pracę, to się jej nie czyta, tylko przekartkowuje, „czyta po łebkach” i oceniając miarą objętości oraz liczby danych w wyniku obliczonego współczynnika korelacji zmiennych, pisze spod grubego palca pozytywną opinię?

W najnowszym numerze Tygodnika Powszechnego minister Barbara Kudrycka odpiera zarzut dziennikarza, że znowelizowane ustawy akademickie eliminują „przewodników duchowych”, natomiast wymuszają na młodych wyścig szczurów”.
Stwierdza: W skróconej procedurze habilitacyjnej będą więc oceniane osiągnięcia naukowe. Zwracam uwagę na słowo „osiągnięcia”, a nie „dorobek naukowy”. Można mieć bowiem 300 artykułów w mało znaczącym regionalnym piśmie, które są dowodem jedynie na to, że ktoś lubi pisać. W nauce nie zawsze ilość przekłada się na jakość. Osiągnięciem naukowym są więc oryginalne odkrycia badawcze, zmieniające dotychczasowe teorie naukowe lub zbliżające nas do obszarów dotychczas niepoznanych. Nie powinno być zatem decydujące, w jakiej formie naukowiec prezentuje wyniki swojej pracy. Może to uczynić w formie monografii, cyklu artykułów czy przełomowego patentu. (Przewodnicy duchowi i wyścig szczurów, Z Barbarą Kudrycką, minister nauki i szkolnictwa wyższego rozmawiał Michał Bardel, TP, 2011 nr 16, s. 14).

Z tak rozumianą reformą nie godzi się prof. filozofii Tadeusz Gadacz, który w tym samym numerze Tygodnika pisze m.in.: By myśleć i tworzyć nowe ważne dzieła, potrzebna jest przestrzeń wolnej myśli, nieskrępowana w coraz większym stopniu scentralizowaną biurokracją. Potrzebne są takie warunki materialne, które pozwolą uczonym znaleźć czas na naukę i radość tworzenia. By starać się dorastać do poziomu naukowych badań i twórczości uniwersytetów europejskich i światowych, muszą mieć analogiczne w stosunku do nich możliwości. Rozwój nauki wymaga spokoju i czasu. (T. Gadacz, Hołd pokoleniom straconym, TP, 2011 nr 16, s.12)

Trzeba dodać do tego, że potrzebna jest jeszcze do rozwoju nauki przestrzeń prawdy i uczciwości, a ta nie zależy od budżetu na naukę i rozwiązań prawnych. Niestety coraz częściej spotykamy w pedagogice komiwojażerów dydaktyki, którzy w wyniku własnej hipokryzji, pozorowania działalności naukowej, stosowanych manipulacji i odcinania kuponów od dawno uzyskanego stopnia naukowego mogą być już jedynie dla młodych przewodnikami akademickiej patologii. W tym sensie prof. T. Gadacz ma rację, że obie grupy pokoleniowe są stracone.

8 komentarzy:

  1. co do pierwszego akapitu - dość często zdarza się, że prace doktorskie rzeczywiście są pracami samodzielnymi. Być może promotorzy właśnie uczestniczą w owym wyścigu szczurów i z tego powodu nie mają czasu na pełnienie swojej promotorskiej funkcji? W tym przypadku nieuczciwością czynioną przez tę stronę jest uznawanie za "oczywistość", że praca będzie publikowana...przez dwóch autorów. A recenzenci? Mógłby Profesor wyjaśnić co należałoby zrobić, żeby uhonorować ich wkład w taką publikację?

    OdpowiedzUsuń
  2. znam przypadki doktoratów, na których ostateczny kształt promotor ani recenzenci w żaden sposób nie wpłynęli, czy i wtedy autor ma opisywać wkład promotora prawie jak współautora?????

    OdpowiedzUsuń
  3. To oczywiste. Praca doktorska jest samodzielna, ale w tym znaczeniu, że doktorant rzeczywiście sam formułuje problem, który jest przedmiotem jego pasji poznawczej i stara się go rozwiązać jak najlepiej. Można nawet powiedzieć za Leonardo da Vinci: "Kiepski to uczeń, który nie przewyższa swego mistrza".
    Tyle tylko, że nawet żeby nie wiem, jak w uczeń był zdolny i samodzielny, to jeszcze musi być ten mistrz, który to rozpozna, doceni, a nawet ukierunkuje. Cóż to za promotor, który rezygnuje z własnego zdania na temat pracy doktorskiej swojego ucznia? Nie dyskutuje z nim? Nie ma uwag? Ktoś, kto nie ma czasu dla swojego doktoranta, nie jest promotorem jego pracy doktorskiej.
    Dziwię się, że można tu w ten sposób pisać o promotorach, skoro wskazana przez Anonimowego postawa opiekuna pracy doktorskiej jego dyskwalifikuje. Ja w każdym razie z taką postawa się nie spotkałem. Jeśli są takie "zera", czyli osoby nie sprawujące akademickiej opieki nad doktorantem a potwierdzają jedynie formalną "mocą" swojego podpisu, że przyjmują jego pracę jako doktorską, to i tak owa sytuacja nie zwalnia autora pracy z napisania we wstępie, że przedłożona książka jest pracą doktorską obronioną na wydziale X czy Y w roku n-tym. Tego wymaga uczciwość akademicka, a tej - jak widzę - brakuje, skoro Anonimowy usiłuje usprawiedliwiać postawę poświadczania nieprawdy tylko dlatego, że jego (jej) promotor był "akademickim zerem".

    A recenzenci?
    Anonimowy(-a) nie dostrzega ich roli? Czyżby praca doktorska była tak genialna, że żaden z dwóch recenzentów nie miał ani jednej, słusznej uwagi? Ciekawe, z jakiej dyscypliny jest to możliwe? Z socjologii? Z historii? Z nauk politycznych? Z pedagogiki? Jeśli nie było żadnej uwagi krytycznej, to znaczy, że dysertacja wcale nie była tak znakomita, jak sądzi o niej jej autor.
    A zatem, przyzwoitość wymaga, by przygotowując rozprawę podoktorską do druku uwzględnić uwagi recenzentów. Nie twierdzę, że wszystkie, ale jednak te, które są kluczowe dla jej ostatecznego kształtu. Wówczas należałoby o tym nadmienić.
    Tymczasem w pedagogice coraz częściej zdarza się, że autor książki podoktorskiej dziękuje swojemu promotorowi i recenzentom, choć de facto nie skorzystał z żadnej ich opinii czy uwagi krytycznej. Czyni to na wszelki wypadek, asekuracyjnie albo na zasadzie akademickiej wazeliny. Wtedy sobie samemu wystawia świadectwo hipokryty (-ki). Anonimowy nie rozumie, że ja nie upominam się o to, by wprowadził(-a) nazwisko promotora czy recenzenta jako współautora. Tak postępują w naukach medycznych, nagminnie, dopisując do artykułu jeszcze swojego zwierzchnika - docenta lub profesora. Mój profesor nigdy by na coś takiego nie pozwolił. Ja też. Widać Anonimowy(-a) dojrzewał (-a) w patologicznych warunkach. Mogę tylko współczuć.

    OdpowiedzUsuń
  4. Czasem przerażają mnie nadinterpretacje Pana Profesora. Wystarczy jedno pytanie, a już "nieuczciwość", "patologiczne warunki", "mogę tylko współczuć" itd. w odniesieniu do autora postu. A to tylko pytanie było...Jak ktoś pyta o uhonorowanie recenzentów, to nie dlatego, że uznaje swoją pracę za "genialną", że nie miał zamiaru nigdy uwzględnić ich uwag w żadnej ze swoich prac. To pytanie może oznaczać, że sądzi po wpisie Profesora, że są jeszcze inne formy, których on nie zna i chciałby się o nich od Profesora dowiedzieć. Taka to patologia. "Jeśli nie było żadnej uwagi krytycznej, to znaczy, że dysertacja wcale nie była tak znakomita, jak sądzi o niej jej autor" - tu już wybaczy Pan Profesor, ale jeśli mamy recenzentów, którzy w taki sposób postępują, to idąc tropem myślenia o promotorach, nie nazywajmy ich recenzentami. To po prostu nieuczciwi ludzie, którzy nie realizują swojej funkcji i zadań związanych z pracą zawodową, za którą otrzymują wynagrodzenie. Wprowadzają natomiast młodego adepta nauki w błąd. I jeśli on cieszy się na tej podstawie, że napisał całkiem dobrą pracę, to jego prawo - zacni Profesorowie nie wnosili żadnych uwag. Może w patologicznych warunkach zostali wychowani? Mieć pretensje do doktoranta, że wierzy w autorytet recenzji i recenzentów, chwilę po oskarżaniu go o patologiczne i nieuczciwe zamiary, to już naprawdę...

    OdpowiedzUsuń
  5. To jakieś nieporozumienie - Anonimowy. Ja nie przypisuję doktorantom niecnych zamiarów. W pełni zgadzam się z taką oceną ich tzw. promotorów, ale raz jeszcze powtarzam, że to nie zwalnia autora rozprawy doktorskiej z pamięci o tych osobach lub o tych miejscach, które stanowiły jednak o wkładzie w jego rozwój. Tak czy inaczej samouka pedagogiki jak i innych nauk jeszcze nie spotkałem, by jego dysertacja powaliła mnie na kolana. Korzystał jednak z czyjegoś dorobku naukowego, coś czytał, analizował itd. itd. Tylko i wyłącznie o to mi chodzi. Ni9e zdarzyło się w moim doświadczeniu uczestniczenia w radach wydziałów, które przeprowadzały przewody doktorskie, habilitacyjne czy profesorskie, by ani jeden recenzent nie miał uwagi krytycznej, nie dzielił się swoją opinią. Większość profesorów zabierających głos, stawiających pytania też staje się w ten sposób niejako współautorami współmyślenia o problemie, który badał doktorant czy habilitant. Tak więc w tym sensie uważam za niewłaściwą postawę doktoranta, który publikuje swoją rozprawę tak, jakby rzeczywiście był jedynym i wyłącznym źródłem wiedzy do jej zaistnienia oraz jej w tym sensie jedynym autorem. Piszę o nieuczicwości tylko i wyłącznie w tym znaczeniu, kiedy ktoś całkowicie skrywa czas i miejsce jej powstania, a ostatnio spotkałem się nawet z tak dalece posuniętą manipulacją, że habilitant wykreślił okres czasu, w którym prowadził swoje badania, by sprawić wrażenie na ich aktualności! Rozprawę wydał po 10 latach od obrony doktoratu. Nie wspomniał o promotrze, o recenzentach, o tym, że to był doktorat. Praca jest beznadziejna. Nie powinna być dopuszczona jako magisterska. I to ma być ten genialny naukowiec, ktory ma prawo do obrażenia się na swojego promotora? Kompromituje siebie i jeszcze udaje, że się nic nie wydarzyło. To dlatego dal do przeczytania tę książkę tzw. podoktorską innemu profesorowi, by ten nawet nie zorientowął się w kancie? Nie musiał, bo był przedstawicielem zupełnie innej dyscypliny naukowej. Prawdopodobnie zatem recenzenci mieli uwagi krytyczne, ale po co było zmieniać doktorat przygotowując go jako monografię podoktorską? Po 10 latach pewnie pomyślał sobie- pewnie nikt juz nie pamieta, że to był doktorat, a może były jeszcze inne intencje?
    Ja rozumiem, że Anonimowy stawia pytania, tylko proszę zobaczyć w jakim kontekście? Moja nadinterpretacja bierze się jedynie z próby dopełnienia o te kwestie, których Anonimowy nie dostrzega. Zgoda, ma prawo nie dostrzegać.

    Wreszcie, tak nieuczciwie podchodzący do sprawy, jak opisani przeze mnie doktorzy czy habilitanci, kiedy otrzymają negatywną recenzję wydawniczą z wskazaniem, co powinni w niej zmienić, co czynią? Jak Anonimowy sądzi?

    OdpowiedzUsuń
  6. Teraz już rozumiem i zgadzam się w pełni. Swoją drogą nie wpadłabym na tak diabelski plan, aby doktorat opublikować za lat 10 jako rozprawę habilitacyjną. Co za geniusz (nie mój niestety ;))! Prawdziwe napoleoński umysł!

    OdpowiedzUsuń
  7. Sam napisałem doktorat, promotor przestawiał mi przecinki. Wiedziałem co mam badać i jak, w zasadzie z prawie gotową pracą zwróciłem się do promotora, czy mnie weźmie pod swoje skrzydła.

    OdpowiedzUsuń
  8. Pewna osoba po bardzo, bardzo wielu latach (coś 8-10) opublikowała doktorat, jak groziło zwolnienie z pracy. Tematyka przestarzała, badania też- bo młodzież już inna, inne nazewnictwo się pojawiło, ale "sztuka" u tej osoby jest.

    OdpowiedzUsuń