czwartek, 28 kwietnia 2011

Jak weryfikować (nie-) wiarygodność niepublicznej lub publicznej szkoły wyższej?


Każda szkoła wyższa ma swoją stronę internetową. O ile publiczne szkoły wyższe dumne są z osiągnięć swoich kadr akademickich, gdyż przez wiele lat inwestowały w ich rozwój naukowy, o tyle wiele niepublicznych szkół wyższych jedynie konsumuje ten dorobek, zatrudniając część spośród naukowców na tzw. drugim etacie lub oferując im podstawowe miejsce pracy i … na tym kończy się w wielu przypadkach uznawalność wartości naukowych. Nic dziwnego, że ruch kadrowy w niepublicznych szkołach wyższych jest nieustanny, gdyż bardzo szybko naukowcy przekonują się, że przede wszystkim mają być „wabikiem” dla kandydatów na płatne studia, a nie podmiotem wspieranym przez właściciela takiej uczelni, by mógł dalej rozwijać swoje zainteresowania naukowo-badawcze, publikować i awansować naukowo.

Praca w niepublicznych szkołach wyższych jest dla naukowców marginalizacją tak ich dorobku, jak i możliwego uczestniczenia w sposób aktywny w akademickim środowisku naukowym, gdyż nie reprezentują oni już tak rozumianych środowisk. Są pracownikami akademickich przedsiębiorstw (spółek z ograniczoną odpowiedzialnością) do kształcenia innych, a to nie jest powodem do uczestniczenia w rozwoju nauk pedagogicznych. Pozostaje im jedynie dydaktyka i markowanie nauki przez organizowanie konferencji, które wydają się mieć związek z nauką, ale tylko dla tych, którzy nie wiedzą, jaki jest rzeczywisty powód ich organizowania.
Nic dziwnego, że niektórzy naukowcy, którzy są zatrudnieni na drugim etacie w szkole prywatnej, nie godzą się na to, by ujawniano ich nazwisko, a jeśli nawet jest ono dostępne publicznie, to z analizy danych biograficznych wynika, że nie afiliują oni swoich osiągnięć naukowych w drugim miejscu pracy, tylko w uniwersytecie czy akademii, gdzie są nie tylko zobowiązani do wykazania swojej aktywności naukowo-badawczej. Już o tym pisałem, że dominuje w tym przypadku pozoranctwo, by dało się jakoś uzasadnić przed właścicielem uczelni prywatnej powody pobierania w niej drugiej czy trzeciej pensji.

Niewielu naukowców zatrudnionych w szkolnictwie prywatnym (poza tymi uczelniami, które uzyskały pełen status akademicki i wszystkie uprawnienia akademickie, jak np. w przypadku pedagogiki DSW we Wrocławiu, a w przypadku psychologii SWPS w Warszawie) prowadzi w nim swoją pełną i afiliowana przy nim działalność naukowo-badawczą. Jak to sprawdzić?

Dzisiaj dane są już dostępne w bazach publicznych. Wystarczy wpisać nazwisko nauczyciela akademickiego w internetowej bazie danych OPI - http://nauka-polska.pl/dhtml/raportyWyszukiwanie/wyszukiwanieLudzieNauki.fs?lang=pl , by przeczytać o nim, kim jest, kiedy i gdzie uzyskał stopień naukowy doktora, czy, gdzie i na jaki temat była jego habilitacja oraz czy rzeczywiście jest profesorem. Poziom ukrywania w wielu przypadkach marnego poziomu przez część nauczycieli akademickich jest bardzo łatwy do rozpoznania. Można zobaczyć, że w danym rekordzie biograficznym niektóre dane o nim są przez niego pominięte. Im ktoś posiada wyższy stopień lub tytuł naukowy, tym tych danych powinno być więcej.
Pełen ich zakres powinien zawierać informacje na temat tego:

1) jaką dany nauczyciel reprezentuje dyscyplinę oraz specjalność naukową (pedagogika np. historia wychowania, teoria wychowania, pedagogika porównawcza, pedagogika wczesnoszkolna, pedagogika społeczna itd.)?

To jest istotna informacja, bowiem często w szkołach niepublicznych do zajęć z dydaktyki zatrudnia się nauczycieli akademickich, którzy nie są specjalistami w danej dyscyplinie wiedzy. Co z tego, że mają stopień doktora nauk czy nawet doktora habilitowanego, skoro prowadząc zajęcia np. z dydaktyki, nie mają o niej pojęcia. Trudno bowiem, by dydaktyki mógł nauczać ktoś, kto jest specjalistą w zakresie pedagogiki społecznej, historii wychowania czy pedagogiki sportu. Podobnie jest z innymi specjalnościami, a więc i wykładanymi przez niespecjalistów przedmiotów. Studentom wydaje się, że wszystko jest w porządku. W końcu na zajęcia przychodzi ktoś, kto ma stopień doktora. Nie wiedzą jednak, dopóki sami nie sprawdzą, że jego wiedza z danej dyscypliny jest na poziomie samych studiujących, gdyż dana osoba nie tylko nie uzyskała odpowiedniego wykształcenia w danym zakresie, ale i nie prowadzi z tej dyscypliny badań naukowych.

Tak więc ktoś, kto być może jest dobrym metodykiem nauczania chemii, biologii czy matematyki i posiada nawet stopień naukowy doktora, jeśli nie prowadzi badań naukowych i nie publikuje rozpraw naukowych z dydaktyki ogólnej, jest na zbliżonym poziomie ignorantem, jak jego studenci. Nic dziwnego, że wykładane treści są z lat 50. lub 60. XX wieku.

2) jakie jest aktualne miejsce pracy danego nauczyciela, z podziałem na tzw. miejsce aktualne i nieaktualne, gdyż akademicy zmieniają miejsce swojego zatrudnienia lub wykonują swoje obowiązki w kilku uczelniach?

Wiele uczelni prywatnych chwali się na swoich stronach, że w ich jednostkach akademickich pracują doktorzy czy profesorowie, ale jak sprawdzimy w tej bazie, to się przekonamy, że nie są w nich zatrudnieni na umowę o pracę, tylko o dzieło czy zlecenie, a to znaczy, że ich zatrudnienie jest na godziny, do realizacji określonych zadań, ale nie generuje żadnych związków i zobowiązań, które mogłyby wpływać na poziom funkcjonowania i rozwoju takiej szkoły. Oni są jej potrzebni tylko i wyłącznie do poprowadzenia jakichś zajęć (najczęściej seminariów dyplomowych), a w związku z tym jest bardzo ograniczony dostęp do nich, gdyż tak, jak ma to miejsce w szkolnictwie powszechnym, oni przychodzą na zajęcia i wychodzą. Nie są w danej uczelni dla jej rzeczywistego rozwoju, tylko po to, by w niej dorobić.

W szkolnictwie publicznym nie ma tego typu problemów, gdyż te dysponują kadrą ponad obowiązujący standard i jest ona zatrudniania na umowy o pracę, a zatem nauczyciele akademiccy mają w nich regularnie dyżury, czas na konsultacje, prowadzenie badań, kół naukowych czy organizowanie w nich konferencji.

3) jakie pełni lub pełnił funkcje akademickie (rektora, dziekana, kierownika katedry czy zakładu) oraz o czy jest lub był członkiem organów władzy centralnej (są to ciała kadencyjne) np. członkiem Państwowej Komisji Akredytacyjnej, Centralnej Komisji Do Spraw Stopni i Tytułów czy Polskiej Akademii Nauk?

Tego typu profesorowie podnoszą nie tylko prestiż uczelni i kierunku studiów, gdyż dysponują ogromnym doświadczeniem w zakresie weryfikowania jakości kształcenia i badań naukowych oraz projektowania nowych kierunków czy specjalności oraz badań naukowych.

4) jakie sam ukończył studia, gdzie i w którym roku?

Jeśli ktoś ukończył studia medyczne, a prowadzi zajęcia w uczelni na kierunku humanistycznym, to znaczy, że nie posiada koniecznych kompetencji, tylko jest wykorzystywany do pozorowania poprawności akademickiej. Właśnie dlatego Państwowa Komisja Akredytacyjna określiła minimalne wymogi zatrudnia w ramach danego kierunku studiów kadr akademickich zgodnie z obowiązującymi standardami. Wystarczy zajrzeć na stronę internetową PKA, by zobaczyć, że w świetle opublikowanych tam raportów pokontrolnych, na kierunku pedagogika w większości niepublicznych szkół wyższych nie jest zagwarantowane minimum kadrowe do prowadzenia studiów II stopnia. http://www.pka.edu.pl/index.php?page=raporty

Zapis jest wówczas jednoznaczny, że dana uczelnia „nie spełnia wymogu minimum kadrowego w grupie samodzielnych pracowników nauki”. Co to oznacza? To, że jeśli władze szkoły wyższej nie zatrudnią odpowiedniego pracownika naukowego, to po roku mogą stracić uprawnienia do kształcenia na nim. Często okazuje się, że w dokumentacji kadrowej tych szkół nie ma potwierdzeń (kopii) dyplomów nauczycieli akademickich.

Tym samym studiowanie w niepublicznej szkole wyższej wiąże się z ryzykiem, gdyż wbrew pozorom i oświadczeniom nawet na jej stronie internetowej, zatrudniona w niej kadra może nie spełniać obowiązujących wymogów. Duże uniwersytety, akademie z co najmniej kilkudziesięcioletnią tradycją, nie mają z tym żadnych problemów, gdyż zatrudniają kadry naukowe powyżej obowiązujących norm do obsady zajęć dydaktycznych. Muszą mieć znacznie więcej i o wyższym poziomie wykształcenia nauczycieli akademickich, jeśli chcą zachować nie tylko prawo do swojej nazwy, ale i do kształcenia kadr naukowych (promować doktorów, habilitować czy prowadzić przewód na tytuł naukowy profesora), to muszą mieć zatrudnioną odpowiednią liczbę profesorów, doktorów habilitowanych i doktorów. Na to nie stać prywatnych uczelni i długo stać nie będzie, gdyż proces wykształcenia odpowiednich kadr wymaga wiele lat i środków finansowych.

W pedagogice jest tylko jedna taka szkoła wyższa we Wrocławiu – Dolnośląska Szkoła Wyższa, która ma pełne prawa akademickie, a więc nie tylko do kształcenia licencjatów, magistrów, ale i doktorantów i doktorów oraz do habilitowania i wnioskowania o awans na tytuł profesora.

5) jaki jest temat pracy doktorskiej, kim był promotor i recenzenci, a także gdzie odbyła się obrona pracy doktorskiej?

Niestety, dość często zdarza się, o czym także już pisałem w blogu, że niektórzy doktorzy wydają po latach swoje dysertacje doktorskie nie informując w nich o tym, ze nie są to samodzielne studia naukowe, ani też nic nie wspominając o promotorze i recenzentach. Jest to niewątpliwie wskaźnikiem upadku dobrych obyczajów, braku etyki akademickiej. Są przypadki przedkładania poza granicami kraju przez pseudonaukowców owych rozpraw doktorskich pod innym tytułem jako habilitacyjnych. No cóż, niektórzy Polacy potrafią … także oszukiwać i kombinować, byle osiągnąć cel. W rekordzie wspomnianej bazy nie znajdziemy zatem informacji nie tylko o ich doktoracie, ale i o tzw. habilitacji, bo a nóż ktoś by się tym zainteresował...

6) czy jest doktorem habilitowanym, jaki był temat rozprawy habilitacyjnej, kim byli recenzenci i w jakiej jednostce naukowej został przeprowadzony przewód habilitacyjny?

To ważna informacja, bowiem wskazuje na to, jakiej rangi naukowej byli ci, którzy opiniowali dorobek habilitacyjny naukowca, jakie są też ich osiągnięcia naukowe, gdzie pracują czy pracowali oraz w jakim środowisku akademickim był przeprowadzany awans naukowy.

7) czy uzyskał tytuł naukowy profesora (rok i dziedzina nauk)?

Profesorów tytularnych pedagogiki jest w naszym kraju niewielu, ale większość doktorów habilitowanych podpisuje się tak, jakby posiadali ów tytuł. Tymczasem ten wymaga odrębnego postępowania awansowego po spełnieniu stosownych kryteriów i mianowaniu przez Prezydenta RP. Przed nazwiskiem tytularnego profesora zapis powinien być: prof. dr hab., tymczasem większość mianowanych przez własne uczelnie doktorów habilitowanych, którzy nie są profesorami tytularnymi, też tak się podpisuje, lekceważąc obowiązujące w tym zakresie prawo, jak i wprowadzając w błąd opinię publiczną i studentów. Tak więc, nie każdy, kto podpisuje się jako
„prof. dr hab.”, jest nim w rzeczywistości. Niektóre osoby uzyskały mianowanie na tytuł profesora poza granicami kraju. Prawdopodobnie nie mają się czym szczycić, skoro nie informują o tym ministerstwa i nie przekazują danych na ten temat do powyższej bazy akademickiej.

8) czy wypromował własnych doktorów oraz jakie były tematy ich prac doktorskich (kim byli recenzenci, kiedy i gdzie miała miejsce obrona pracy doktorskiej)?

To jest najlepszy wskaźnik tego, że pracownik naukowy istotnie rozwija nie tylko siebie, ale i przyczynia się do kształcenia młodych kadr naukowych. Obrazuje to także jego zainteresowań poznawczych czy pasji badawczych.

9) czy recenzował prace doktorskie, habilitacyjne i/lub dorobek naukowy na tytuł profesora?

Informacja o recenzowaniu osiągnięć innych naukowców jest najlepszym wskaźnikiem na pozycję takiej osoby w nauce oraz poziom uznawania i szanowania jej szczególnych kwalifikacji. Jak stwierdza się w "Kodeskie w procedurach recenzyjnych w nauce" (MNiSW 2010): Wyznacznikiem kompetencji potencjalnego recenzenta jest nie tylko jego wiedza, poświadczona znaczącym dorobkiem naukowym, lecz także reputacja rzetelnego recenzenta. Są jednak takie subdyscypliny, w których przewody naukowe prowadzone są bardzo rzadko, a zatem ten wskaźnik nie jest reprezentatywny dla wszystkich specjalistów w danej dyscyplinie naukowej.

7) czy kierował projektami naukowo-badawczymi?

To jest bardzo dobry wskaźnik tego, czy dany naukowiec prowadzi badania, kieruje zespołami badawczymi oraz jakie są tego wyniki. Jeśli ktoś jest zatrudniony w prywatnej szkole wyższej, a kierował projektami badawczymi w swoim podstawowym miejscu pracy, jakim jest uczelnia publiczna, to znaczy, że z tą pierwszą nie identyfikuje się, nie ma czasu i ochoty wspierać jej rozwoju akademickiego, tylko sprawdza, czy ma na koncie przelaną pensję za prowadzone zajęcia dydaktyczne, ewentualnie dodatek za pełnienie w niej funkcji (w tym przypadku to inni są od „czarnej roboty”, czyli organizowania i prowadzenia badań, by ten mógł jedynie „spijać śmietankę”) lub upublicznianie własnego nazwiska w składzie kadry.

Jeśli zatem w bazie OPI powyższe dane są niepełne lub skrywane przed opinią publiczną, co ma najczęściej miejsce w przypadku nauczycieli i właścicieli niepublicznych szkół wyższych, to znaczy, że kadra nauczycielska tej instytucji nie jest godna prezentacji. Nie ma się kim pochwalić, bo i dorobek naukowy i dydaktyczny tych osób być może jest niski lub na wątpliwym poziomie. Być może zatem dana szkołą wyższa jest „fabryką” do zarabiania pieniędzy, a więc konsumowania tych środków, które przekazują w ramach czesnego studenci. Nawet, jeśli są w niej prowadzone badania czy zespoły badawcze, to można dostrzec, że mają one charakter doraźny i to głównie ze względu na środki finansowe, które obniżają koszty utrzymania kadr dydaktycznych w tych placówkach.

Tak bowiem bywa najczęściej, że niepubliczne szkoły wyższe korzystają ze środków unijnych, ale realizując określone zadania (najczęściej też związane tylko i wyłącznie z procesem dydaktycznym np. praktykami zawodowymi) nie inwestują pozyskanych środków w pozyskiwanie jak najwyżej klasy akademików, w rozwój nauki, poprawę jakości kształcenia, tylko spożytkowują na utrzymanie własnego stanu.

Coraz częściej pojawiają się informacje o tym, że właściciele prywatnych szkół wyższych wykorzystują środki unijne po to, by zdjąć własne obciążenia płacowe nauczycieli akademickich. Wprowadzają zatem do owych projektów swoich nauczycieli, których kompetencje w zakresie zadań projektowych są żadne, ale przyuczyć się do nich każdy może, jak musi. Zastępowanie zatem umów o pracę nauczycieli akademickich umowami z projektów unijnych powinno zainteresować nie tylko Sądy Pracy, ale także tych, którzy kontrolują poprawność spożytkowania tych środków publicznych.

2 komentarze:

  1. To co się dzieje w niepublicznym szkolnictwie wyższym, to zaledwie wierzchołek góry lodowej. W szkolnictwie niepublicznym głównie o charakterze zawodowym, dokonują się takie nadużycia, od których włos się jeży. Nagminnym zjawiskiem jest nieorganizowanie egzaminu potwierdzającego kwalifikacje zawodowe. Dzieje się tak dlatego, że powstające licznie prywatne szkoły zawodowe nie dysponują bazą, aby taki egzamin przeprowadzić. Oczywiście, oznacza to, że nie dysponują też bazą, aby kształcić w danym zawodzie (zawodach). Jednak nikomu, kto wydaje zezwolenia na prowadzenie takiej działalności, jaką jest niepubliczna szkoła zawodowa, nie przychodzi do głowy sprawdzić, czym dana szkoła dysponuje. Mało tego, informowane o tym fakcie Ministerstwo EN odpowiada, że wymóg posiadania odpowiedniej bazy szkoleniowo-dydaktycznej jest "ograniczaniem swobody działalności gospodarczej". Horrendum

    OdpowiedzUsuń
  2. Ma Pan Profesor rację. Jak spojrzałam na strony łódzkich uczelni prywatnych i zobaczyłam, że nawet w wydawanych tzw. publikacjach naukowych ważniejszy jest założyciel, niż naukowcy, to zrozumiałam, że po raz kolejny traktuje się ich jak "wabiki" do kuszenai klientów, zaś w istocie pokazuje im, jakie jest ich miejsce w szeregu - podrzędne. W żadnym z wydawnictw uniwersyteckich nie byłoby możliwe, żeby numer czasopisma naukowego otwierał kanclerz czy dyrektor administracyjny. Jeśli autorami w czasopismie czy pracy zbiorowej są głównie pracownicy szkoły, która je wydaje, w tym w wiekszości tzw. drugoetatowi, to nie ma to już nic wspólnego ani z poziomem wydawnictwa (przy całym szacunku do tych autorów), ani jego charakterem krajowym, a już tym bardziej międzynarodowym. Jeśli to ma przyciagać kandydatów na studia lub stanowić o naukowości tych szkółek, to jest to żałosne. W ocenie poziomu akademickiego bierze się pood uwagę dorobek tylko i wyłącznie pracowników pierwszoetatowych. A tu widać - miernoty, skoro nie piszą, albo wstydzą się, że tu pracują.
    Nawet rektor i prorektorzy nie potrafią czytać regulacji w tym zakresie, tylko wciskają kit właścicielom, by wyciagać kasę a ich wpuszczać w maliny. Tak więc nie pomogą tym szkółkom prywatnym ani wydawane w nich książki, ani czasopisma, jeśli reprezentują poziom odpowiedni tylko i wyłącznie dla kształcenia na poziomie studiów II stopnia. Wyżej już nie podskoczą. Co najwyżej wszyscy będą się wzajemnie oszukiwać,jak jest wspaniale.

    Sylwia

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.