czwartek, 17 marca 2011

Niby wszystko jest w porządku, a jednak coś jest nie tak


W dn. 16 marca br. obradował Komitet Nauk Pedagogicznych PAN, którego przewodniczący prof. dr hab. Stefan M. Kwiatkowski poinformował, że w okresie od ostatniego posiedzenia miały miejsce ważne, w tym także bardzo przykre dla naszego środowiska wydarzenia. Minutą ciszy uczczono śmierć wybitnej pedagog społecznej, reprezentującej pedagogów przez wiele lat w KNP PAN oraz w Centralnej Komisji - prof. dr hab. Anny Przecławskiej z Uniwersytetu Warszawskiego.

Wśród komunikatów przewodniczący nawiązał do ostatnich wyborów do Centralnej Komisji Do Spraw Stopni i Tytułów, w wyniku których znaleźli się w jej nowym składzie profesorowie- członkami KNP PAN (W. Theiss, S.M. Kwiatkowski, Z. Melosik i B. Śliwerski), co potwierdza wysokie uznanie także dla tego gremium. Przewodniczący podziękował zarazem prof. zw. dr hab. Zbigniewowi Kwiecińskiemu, który nie wszedł do nowego składu CK, za jego wieloletni wkład w prace tego organu, a zarazem pogratulował mi wyboru na funkcję zastępcy przewodniczącego Sekcji Nauk Humanistycznych i Społecznych CKdsSiTN.

Specjalne wyrazy uznania zostały skierowane do dwóch członków KNP PAN, którzy obchodzą w marcu br. jubileusz: 80-lecia - prof. zw. dr hab. Czesław Banach i 70-lecia prof. zw. dr hab. Teresa Hejnicka-Bezwińska.

W tym roku odbędą się w trybie tajnego głosowania (drogą korespondencyjną) wybory do Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN na nową kadencję 2011-2014. Uczestniczą w nich wszyscy samodzielni pracownicy naukowi, którzy reprezentują dyscyplinę „pedagogika”. Ważne jest zatem, by dziekani wydziałów pedagogicznych/nauk o wychowaniu, dyrektorzy instytutów pedagogiki czy innych jednostek także uczelni niepublicznych, w których są zatrudnieni doktorzy habilitowani i profesorowie pedagogiki, przekazali do KNP PAN ich wykaz, by można było uwzględnić ich wśród uprawnionych do głosowania w tych wyborach.

Głównym jednak tematem obrad było dwuznaczne w sensie prawnym, moralnym i naukowym zjawisko przeprowadzania przez polskich nauczycieli akademickich przewodów habilitacyjnych i na tytuł naukowy profesora poza granicami kraju, ze szczególnym zwróceniem uwagi na to, co ma od kilku lat miejsce na Słowacji. Po zapoznaniu się z raportem na ten temat, rozgorzała dyskusja, gdyż zdaniem profesorów nie ma w naszym kraju powodów, by uzyskiwać awans naukowy poza granicami kraju w dyscyplinie wiedzy, która nie wymaga szczególnych warunków (np. laboratoryjnych, eksperymentalnych). To zastanawiające, że nikt nawet nie dopuszcza myśli, by nasi obywatele uzyskiwali stopnie naukowe na Słowacji z nauk prawnych czy wojskowych, a następnie po otrzymaniu potwierdzenia zgodności dyplomów z ich polskimi odpowiednikami byli mianowanymi w polskim wymiarze sprawiedliwości sędziami czy generałami w Wojsku Polskim.

Czy możemy obronić się przed złym odium, jakie z tego powodu padało i nadal pada na pedagogikę i nauczycieli akademickich, którzy prowadzą badania w tej dyscyplinie naukowej?

Wyraźnie podkreślano w dyskusji, że nieuczciwość - jeśli ma miejsce - jest po naszej, a nie słowackiej stronie. To niektóre nasze koleżanki czy niektórzy koledzy z różnych, ale w zdecydowanej większości - pozanaukowych powodów, odkryli możliwości omijania polskich wymogów ustawowych, wyłudzania czy "robienia" awansu naukowego szybciej i jak najmniejszym wysiłkiem, często wykorzystując naiwność czy ufność akademików zza południowej granicy, iż przedkładana im dokumentacja, która miałaby świadczyć o dorobku naukowym, jest wiarygodna. Tymczasem obok tych, którzy rzeczywiście spełnili kryteria formalno-prawne, jakie obowiązują w słowackich uczelniach, byli i są też tacy, którzy swoją nieuczciwością nadużyli procedur, by we własnym kraju, bez cienia zażenowania ubiegać się o równorzędny status samodzielnego pracownika naukowego.

Przypomniałem, że istotnie na Słowacji wymagania do uzyskania habilitacji z pedagogiki są łatwiejsze, szybsze, korzystniejsze także ze względów ponoszonych z tego tytułu kosztów finansowych (niższe koszty przewodu) i uwzględniające w dorobku to, co w naszym kraju w ogóle nie jest brane pod uwagę (np. autorstwo programu szkolnego, podręcznika szkolnego czy akademickiego, encyklopedycznych haseł, opracowanie i opatentowanie pomocy dydaktycznych, napisanie przewodnika metodycznego do kształcenia, wychowania czy opieki itp.). Wskazałem zarazem na przykłady prób wyłudzenia stopnia naukowego przez fałszowanie danych o własnym dorobku naukowym, przedkładanie jako dysertacji habilitacyjnej nieopublikowanej w kraju własnej pracy doktorskiej, unikanie poddania własnego dorobku naukowego merytorycznej ocenie przez profesorów z polską habilitacją czy tytułem naukowym, tylko uruchamianie "zamkniętego koła własnych recenzentów", tzn. spośród niewiele wcześniej habilitowanych na Słowacji Polaków. Ma też miejsce wyznaczanie na recenzentów w przewodach tych, których zatrudnia się w prowadzonych przez siebie prywatnych szkołach wyższych czy przedkładanie opinii przełożonych popierających otwarcie przewodu z drugiego, a nie podstawowego miejsca pracy w kraju, itp.

Dlaczego słowaccy naukowcy nie ubiegają się o habilitacje czy profesurę z pedagogiki w Polsce, tylko jest odwrotnie? Jak to jest możliwe, że osoby z wykształceniem psychologicznym, medycznym, teologicznym czy filozoficznym uzyskują dyplomy pedagogów w uczelniach naszego południowego sąsiada, które odpowiadają polskim habilitacjom lub profesurom, choć z punktu widzenia koniecznych do spełnienia u nas kryteriów są tak radykalnie odmienne?

W obliczu powyższych procesów pojawiły się różne reakcje środowiska akademickiego na przejawy patologii w tej sferze i także zróżnicowane postawy i działania usamodzielnionych na Słowacji nauczycielach akademickich. Mamy szereg przykładów na stosowanie ostracyzmu w uczelniach publicznych wobec osób legitymujących się słowacką habilitacją czy profesurą, przechodzeniem tych osób do niepublicznego szkolnictwa lub też podejmowaniem przez nie szczególnego rodzaju zaangażowania, prac organizacyjnych, naukowo-badawczych i dydaktycznych celem wykazania, że nie uzyskały wyższego stopnia naukowego poza granicami kraju w podejrzany sposób. Są jednak i takie osoby, które przejawiają postawy roszczeniowe wobec władz rektorskich lub dziekańskich w uniwersytetach czy akademiach w zakresie natychmiastowego awansowania ich na stanowiska profesorskie czy powierzania im funkcji kierowniczych.
Sprawa jest skomplikowana i zobowiązująca zarazem środowisko akademickie do reakcji na być może nieliczne przejawy akademickiej nieuczciwości, które godzą nie tylko w środowisko pedagogów, ale i przyczyniają się do reprodukcji pozoranctwa i nieuczciwości. Czy mamy instrumenty do samooczyszczania środowiska z tego typu zjawisk? Czy możemy obronić się przed tym zjawiskiem w sytuacji otwartej przestrzeni akademickiej w państwach należących do Unii Europejskiej? Komitet Nauk Pedagogicznych PAN podjął zatem decyzję, by przygotowane przez Prezydium stanowisko zostało przekazane pani minister, by zostały rozważone możliwe kroki przeciwdziałania patologiom w tym zakresie.

Na zakończenie obrad o nowej, ale zarazem trudnej sytuacji Polskiej Akademii Nauk mówił członek korespondent prof. zw. dr hab. Z. Kwieciński, przybliżając nie tylko zaistniałe zmiany prawne i finansowe, ale także ich skutki, z którymi wkrótce będzie musiało zmierzyć się także nasze środowisko. Jeśli bowiem w planach resortu jest zmniejszenie liczby Zespołów PAN-owskich z 120 do 40, to może to dotknąć także Komitetu Nauk Pedagogicznych. Likwidowane są czasopisma naukowe, które od kilkudziesięciu lat były wydawane ze środków PAN. Zagrożony jest też planami prywatyzacyjnymi majątek PAN w kraju, jak i poza granicami.

Na zakończenie obrad prof. dr hab. Edyta Gruszczyk-Kolczyńska z Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie zaproponowała przyjęcie przez Komitet jeszcze jednego stanowiska. Tym razem w sprawie, która wymaga jak najszybszej reakcji nie tylko naszego środowiska, ale władz centralnych odpowiedzialnych za określanie kryteriów oceny naukowej pedagogów. Zadziwiające jest bowiem to, że o ile przedstawiciele nauk technicznych za opatentowanie jakiegoś rozwiązania, mogą być z tego tytułu docenieni i przyznaje im się za każdy patent, certyfikat odpowiednią liczbę punktów, o tyle w przypadku pedagogów-nowatorów, którzy są zorientowani w swojej pracy naukowo-badawczej i zarazem oświatowej, społecznej czy opiekuńczo- wychowawczej na zmianę edukacyjną, na reformy, na rozwiązania innowacyjne, za zatwierdzone do użytku przedszkolnego czy szkolnego programy i pomoce dydaktyczne itp. nie są w żaden sposób doceniani i nie liczą się ich osiągnięcia w tym zakresie. Jak to jest możliwe, że w tysiącach przedszkoli czy szkół realizowany jest autorski program edukacyjny, który powstał w wyniku wieloletnich badań naukowych, eksperymentów, konstruowanych modeli i wdrażanych rozwiązań instytucjonalnych oraz prawnych, a nie jest on w żadnej mierze przedmiotem pozytywnej oceny pracy twórczej danego naukowca?

Najbliższe miesiące potwierdzą, czy zaproponowane stanowiska KNP PAN w tych sprawach będą skutkować w pożądany sposób.

12 komentarzy:

  1. Bardzo celna i potrzebna uwaga/postulat Pani Profesor Gruszczyk-Kolczyńskiej!

    OdpowiedzUsuń
  2. Chętnie dowiedziałbym się czegoś więcej o naukowcach, którzy tak zręcznie upraszczają sobie drogę do habilitacji. Jacy to ludzie? jakich wyborów w życiu dokonują? Jaki jest ich system wartości? Czy dla nich etos profesorski to to samo, co Etos Patos i Aramis?

    OdpowiedzUsuń
  3. Jakoś temat robienia habilitacji na Słowacji przypomina mi dyskusję, która odbyła się w ruchu rycerskim, wśród ludzi BAWIĄCYCH się w średniowiecze.
    Otóż wówczas pojawiła się grupka takich, którzy nie zamierzali rekonstruować sredniowiecznej kultury materialnej ale gromko rozliczali innych z czczenia etosu rycerskiego.
    Nie minęło wiele czasu a grupkę tę nazwano: ETOS, PATOS I ARAMIS.

    P.

    OdpowiedzUsuń
  4. Mamy Unię-więc każdy może habilitacje robić gdzie chce.
    Po drugie- każdy ma wybór, więc wybiera tam gdzie chce.
    Po trzecie- jak ktoś nie ma możliwości pracy na uczelni publicznej, prywatna nie płaci za habilitację- to dlaczego przepłacać w Polsce, skoro można na Słowacji? Jeśli ktoś dopłaci za habilitacje w Polsce- myślę, że wielu zmieni Słowację na Polskę.
    Po czwarte- na Słowacji oceniają człowieka uczciwie, w Polsce to ruletka: brak zacytowania recenzenta może być opłakany w skutkach.
    Są i inne powody- jest ich bardzo wiele, ale to kiedyś przy okazji.

    OdpowiedzUsuń
  5. "Na Słowacji człowieka oceniają uczciwie..." - stwierdza Anonimowy: tylko dorobek jak jest nieuczciwy, to tego nie dostrzegają. Ciekawe... Tam liczy się człowiek (czyli ukłąd), a w Polsce nauka.

    OdpowiedzUsuń
  6. Szkoda, ze autor nie sprawdzil iz wymogi Slowackie sa wyzsze (chociazby koniecznosc wspolpracy miedzyradowej, konkretna liczba cytowan i to udokumentowanych), a ocena uczciwa, dorobek dostepny w Internecie. To raczej u nas sa recenzje grzecznosciowe. Dlaczego nie zauwaza sie, ze taka droge czesto wybieraja ludzie lepsi od naszej profesury., ktora zamiast meritum kieruje sie opiniami srodowiska. A przy okazji, wiekszosc z obecnych samodzielnych w Polsce nie spelnilaby wymogow Slowackich...

    OdpowiedzUsuń
  7. Prof.Andrzej Janowski wspominał kiedyś, że gdy był w MEN(1989-1991)mógł wysłać na najlepsze uczelnie na kierunki pedagogiczne sporą ilość młodych pracowników nauki. Okazało się, że, mimo atrakcyjności warunków oferty, zgłoszono niewiele kandydatur. Wyjazdy zablokowali szefowie tych młodych w obawie przed wykreowaniem sobie konkurencji - oni języków nie znali itd.
    To się nie zmieniło w chorych mechanizmach polskiej nauki, a i polską pedagogiką kierują (czasem z tylnego fotela) często ci sami co na początku lat 90-tych ludzi. Więc może tu trzeba szukać powodów udanych prób omijania "polskiego piekła naukowego";-)

    OdpowiedzUsuń
  8. Wszelkie generalizacje są w tych sprawach nieuzasadnione. Nie wiemy tak naprawdę, dlaczego młodzi ludzie na początku transformacji nie chcieli skorzystać z wielkich udogodnień, jakie ponoć miał im stwarzać prof. A. Janowski. Na Uniwersytecie Łodzkim nie było wówczas na ten temat żadnej informacji. Od kilkunastu lat są europejskie programy wsparcia wymiany międzynarodowej dla młodych naukowców. Nikt im nie zabroni ubiegania się o te środki, o wyjazdy na staże naukowe. Nie wyjeżdżają. Nie ekorzystają ze stypendiów, z Erasmusa. To są mity, że jacyś twardogłowi z lat komuny chronili, a może i jeszcze chronią w ten sposób swoje "stołki", że obawiają się konkurencji. Ta jest czymś naturalnym i koniecznym w nauce. Tylko trzeba coś oferować w zamian.
    Z chwilą powołania do życia Komitetu Badań Naukowych każdy młody pracownik naukowy mógł ubiegać się o środki na badania własne, w ramach których można było uzyskać kilkudziesięciotysięczne kwoty na wyjazdy zagraniczne, udział w konferencjach, planowanie i realizację własnych badań naukowych. Trzeba było tylko dokonać wysiłku intelektualnego - napisać projekt, uzgodnić koszty pośrednie z władzami uczelni (a te były z tego zadowolone, bo zyskiwały dodatkowe środki na własną działalność) i co najwazniejsze , wydruukowac i wysłać na konkurs. Takiego wniosku nie mógł zablokować bezpośredni przełożony w jednostce naukowej, w której pracował młody naukowiec. Tu był potrzebny tylko podpis rektora i kwestora uczelni. Omijało się zatem owych twardogłowych, tych, co to niby mieli obawiać się konkurencji. Tym samym każdy, kto chciał i potrafił mógł uzyskać pełną niezależność finansową na własny projekt badawczy. Tej polityki resort nauki pilnował i pilnuje do dnia dzisiejszego. Nie zwalajcie zatem - Anonimowi- na swoich przełożonych, że to oni wam cokolwiem blokują, bo te bariery są w was - albo w nieudolności, albo w niewiedzy, albo w osobistych uwarunkowaniach życiowych, w wyniku których poszukujecie uzasadnień dla braku własnego zaangażowania w naukę.
    Nie ma chorych mechanizmów w nauce, w systemie, bo ten, na całe szczęście już na początku lat 90. XX w. wygenerował możliwości obchodzenia tzw. chorych układów (które są - rzecz jasna - niemalże w każdej uczelni publicznej, bo w niepublicznych w 95% jest lipa, także struktursalna). Niech Anonimowy zatem odpowie sobie najpierw na pytanie, dlaczego nie wykorzystał tych możliwości, które były dostępne nie tylko w ofercie wiceministra A. Janowskiego, ale dostępne są co pół roku w ramach rozpisywanych przez resort konkursów na badania własne, na granty promotorskie czy habilitacyjne?

    OdpowiedzUsuń
  9. I druga kwestia:
    Stwierdzenie, że na Słowacji jest trudniej uzyskać habilitację czy profesurę, bazuje na niewiedzy tych czytelników blogu, którzy są skłonni w to uwierzyć, bo nie czytali i nie rozumieją uwarunkowan prawnych, jakie mają miejsce w tym kraju. Mogę bardzo szybko udwodnić, w jaki sposób w ciągu dwóch -trzech lat od uzyskania stopnia naukowego doktora w Polsce (w wielu przypadkach na żenująco niskim poziomie, w wyniku czego jednostka, w której ten przewód był przeprowadzonym, utraciła uprawnienia naukowe) można na Słowacji uzyskać habilitację - z pedagogiki w szczególności, ale nie tylko, bo także z pracy socjalnej i z nauk teologicznych. Nie trzeba być pedagogiem, by habilitować się z pedagogiki.Zapewne wiele osób przeprowadziło tam swój przewód uczciwie, na miarę obowiązujących w tamtym kraju regulacji. Część z nich dzisiaj uczciwie dalej pracuje naukowo w polskich uczelniach, nie wstydzi się swojego dorobku, dowodzi nabytych kompetencji i dalej się rozwija. Niestety, zapewne jak w każdym środowisku, są też tzw. "czarne owce", ludzie, którzy narazili na śmieszność i nicość polską naukę, wykupując sobie awans naukowy na upozorowanym "dorobku". Istotnie, taniej, międzynarodowo (a jakże), poniżej godności (ale czego oczy innych nie widzą, tego własnemu sercu nie żal) i na żenująco niskim poziomie. Niektórzy wracają z tymi dyplomami do kraju i wstydzą się go nawet ujawnić władzom własnej uczelni, tylko chyłkiem sprzedają swoje usługi szkołom prywatnym, bo wiedzą, jaka jest ich "wartość".

    OdpowiedzUsuń
  10. Oj Panie Profesorze, sam Pan miesza czytelnikom w glowach. To na tym blogu, jakis czas temu - rok czy poltorej - niestety wyszukiwarka nie zwraca tego postu - pisal Pan o slowackich habilitacjach podajac jakie to wybitne trzeba miec osiagniecia, ile cytowan, jakie precyzyjne wymagania trzeba spelnic i jak sie poprawia jakosc habilitacji po tym jak nasi uczeni sa zaangazowani w tamte przewody... A ja wciaz widze jak mierni uczeni przywoza sobie profesury i habilitacje i za chwile zaczynaja jezdzic jako eksperci paki... Smutne to wszystko...

    OdpowiedzUsuń
  11. Anonimowy z 17.29- piszesz o sobie jako tym miernym??
    Ja znam dwóch habilitowanych ze Słowacji, którzy mają więcej publikacji i na lepszym poziomie aniżeli profesorowie z lat 80 czy 90, gdzie często jedna książka plus kilka artykulików wystarczyło.
    Nie uogólniaj, nie mierz wszystkich swoją miarą. A może to zazdrość, że nie można ich przewodów habilitacyjnych w Polsce zahamować, np, brakiem cytowania jednego z recenzentów w książce habilitacyjnej??
    Na Słowacji na to akurat nie patrzą. Jeżeli jest inaczej, proszę wskazać mi choć jeden przewód habilitacyjny, gdzie starający się nie zacytował żadnego z recenzentów- choć jeden z ostatnich powiedzmy 20 lat....

    OdpowiedzUsuń
  12. Anonimowy17.29- Czytaj uważnie, a nie selektywnie. Właśnie po to opublikowałem już w 2008 r. zasady habilitowania i uzyskiwania tytułu profesora na Słowacji (w KU w Rużomberku), by uświadomić krytykom, że trzeba najpierw spełnić szereg wymagań. Niestety są dowody materialne na to, że niektórzy Polacy postanowili oszukać słowackie komisje i przedstawiały dane o dorobku i spełnionych kryteriach, które de facto nie zostały spełnione!!! O tym pisałem kiedyś i teraz. Tego nie akceptuję. A Ci,których dorobek jest większy od profesorów z Polski, niech to koniecznie ujawnią w baziw OPI resortu nauki i szkolnictwa wyższego. Rozumiem, że nie mają się czego wstydzić. Może i ja będę miał szansę,by poznać ich dzieła i je zacytuję.

    OdpowiedzUsuń