czwartek, 3 marca 2011

Doktor – „święta krowa”


Do wyższej szkoły prywatnej ma przyjechać zagraniczny stypendysta. Odpowiedzialny za współpracę z zagranicą prorektor zwraca się z prośbą do jednej z wykładowczyń ze stopniem doktora, by sprawowała nad nim opiekę. Przez ostatnich 5 lat nie pełniła żadnych funkcji, nie przyjmowała żadnych dodatkowych zadań. Nieliczna kadra etatowa jest już przepensowana. Każdy ma po kilka różnych zadań dodatkowych, niezależnie od tego, że także wysokie obciążenia dydaktyczne. Świeżo wypromowana doktor nauk pedagogicznych odmawia jednak przyjęcia roli opiekuna.

„Przykro mi – stwierdza - ale nie będę mogła podjąć się opieki nad tym gościem. Po pierwsze nie znam żadnego języka obcego (ciekawe, jak została dopuszczona do obrony rozprawy doktorskiej?), a w tym roku, po raz pierwszy w życiu podjęłam się prowadzenia jednej grupy seminarium magisterskiego. Związane z tym prowadzenie kilkunastu prac magisterskich, to już jest dostateczne dla mnie wyzwanie. Ponadto, poza pełnym obciążeniem godzinowym, zajmuję się w naszej szkole praktykami, więc nie mogę już podejmować żadnych innych obowiązków. To miłe ze strony Rektora, że pomyślał o mnie, ale ja jestem pracownikiem dydaktycznym, a na opiekuna naukowego nad zagranicznym doktorantem wskazany by był pracownik naukowo-dydaktyczny. Pozdrawiam Pana serdecznie. „Święta krowa”.

7 komentarzy:

  1. Ja się tej pani nie dziwię. Ja też nie mam na nic czasu. Przecież muszę codziennie zjeść śniadanie, obiad i kolację, dwa razy dziennie biorę prysznic, jest jeszcze sprawa podlania kwiatków i pójscia do sklepu po bułki. Nie mam czasu pracować.

    OdpowiedzUsuń
  2. Samo życie Panie Profesorze :) Ile jest takich co by się z tą Panią Doktor chętnie zamienili? Ilu nie ma szansy nawet na jeden etat a co dopiero na drugi? W odniesieniu do opisywanego przypadku zastanowiłbym się jak będzie wyglądał dalszy rozwój takiego pracownika?

    OdpowiedzUsuń
  3. Czyżby zapowiadało się na powieść w odcinkach;-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Szanowny Panie Profesorze!

    Kogo zatrudnili, tego mają.

    Prywatna szkoła, prywatna firma, prywata.
    Ich "cyrk", ich "małpy".

    Co do wcześniejszego wpisu na temat "dalszego rozwoju takiego pracownika": Ośmielam się sądzić, że ten rozwój może być szybki - zwłaszcza formalnie. Owa pani doskonale wie, że za opiekowanie się gośćmi uczelni nikt stopni naukowych nie dostaje. Ma swój cel i go realizuje. "Niech się męczą inni." Jeśli jej na to pozwala pracodawca, to owi inni powinni się bardziej bać, niż wspomniana kobieta. Także dlatego, że może szybko awansować i stać się ich zwierzchnikiem służbowym, a przynajmniej mieć wyższy stopień naukowy.

    Z poważaniem,

    OdpowiedzUsuń
  5. Przyjmowanie zagranicznych gości wychodzi poza procedury, które zaostały przygotowane do dbania o "jakość" pracy. Jeśli coś wychodzi poza procedury, to nie mieści się już w niektórych "mądrych" głowach.

    OdpowiedzUsuń
  6. Uśmiałem się, choć nie jest to do śmiechu. Ja bym chciał, aby takim zaufaniem mnie obdarzona, ile można zyskać po takim kontakcie, choćby doszlifowany język.

    OdpowiedzUsuń
  7. Kilkanascie prac magisterskich do wypromowania, zajecia dydaktyczne i procedury...gdzie daja taka prace????? chetnie wezme taki oszczedny etat!!!!!!!

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.