środa, 9 marca 2011

Łamanie charakterów dawniej i dziś


to jedna z najbardziej znanych metod stalinowskiego reżimu, ale typowa dla każdego systemu władzy autorytarnej, totalitarnej. Także dzisiaj stosowana jest przez właścicieli wielkich korporacji, prywatnych firm, w tym także w niepublicznym szkolnictwie wyższym. Jej istotą jest budowanie relacji społecznych na zjawisku „szpiclowiska”, donosicielstwa, intryg, pomówień, których rzeczywistego źródła i prawdy nikt nie jest w stanie rozpoznać, bo nawet nie wie, że mają miejsce, gdyż chodzi tu sprawującym władzę o to, by jeden donosząc na drugiego nigdy nie był pewien, czy będzie mógł jeszcze normalnie funkcjonować w instytucji, zarabiać na życie lub życiu publicznym.

Tak rozumiana władza (zarządca, pracodawca) musi mieć swoich i zdefiniowanych przez siebie lub płatnych donosicieli - wrogów, dzięki czemu będzie mogła także swoim zaufanym (miernym, ale wiernym) uświadamiać, że ich może spotkać taki sam los, jak nie będą jej lojalni, posłuszni, to znaczy bezwzględnie wyzuci z jakichkolwiek wyrzutów sumienia. Mają kierować się pragmatyką czynów. Te muszą być skuteczne, nawet gdyby miały bazować na kłamstwie. Im więcej tych kłamstw się stworzy, tym łatwiej będzie uwierzyć, że ich wielokrotne powtarzanie pozwoli na uwierzenie pozostałym, a nieświadomym socjotechniki osobom (podwładnym) w wiarygodność upowszechnianych informacji czy opinii.

Potrzeba trochę czasu na to, by do ludzi dotarła prawda o tych sprawach, bo – jak powiada przysłowie – „kłamstwo ma krótkie nogi”. Prędzej czy później i tak wyjdą na jaw manipulacje, fałsze, dzisiaj określane mianem kreatywnej księgowości, kreatywnej polityki czy kreatywnego zarządzania. Pedagodzy mają swój znaczący udział w odsłanianiu dzięki pedagogice krytycznej czy emancypacyjnej zjawisk, które będąc skrywanymi przez patologiczną władzę jako niegodne, jawiły się czy też były ujawniane przez nią jako właściwe, pożądane czy nawet konieczne w imię np. obrony racji stanu, troski o czystość ideologiczną czy jedność pracowniczą. Prawda przebija się powoli, ale skutecznie.

Oto pismo „CZUWAJMY" wydawane jest w Krakowie przez Krajowe Duszpasterstwo Harcerek i Harcerzy opublikowało list z 1953 r. „Do byłych instruktorów, działaczy oraz członków byłego Związku Harcerstwa Polskiego” informujący ich o przestępstwach pospolitych, jakie wyrosły na gruncie cynizmu, oportunizmu, demoralizacji, jaka dała się wówczas zauważyć w pewnych grupach młodego pokolenia. „To one właśnie przy¬bierają chętnie nazwę „Harcerstwo", nawiązując do symbolów, haseł i tradycji harcerskich. Jest to zjawisko, które budzi żywy niepokój większości działaczy dawnego ZHP i stać się ono winno sygnałem, by poważnie zastanowić się nad tym, czyśmy zrobili wszystko, co było w naszej mocy, aby uchronić młodzież, do niedawna jeszcze harcerską i dziś na ową „harcerskość" powołującą się, przed stoczeniem się w bagno antynarodowej, antypolskiej zbrodni. Jeżeli agenci wroga właśnie „harcerskie" ideały podsuwają młodzieży, by zwerbować ją do roboty antypaństwowej - nie kto inny, ale właśnie my, instruktorzy dawnego Harcerstwa, jesteśmy specjalnie zainteresowani - a nawet jest to naszym społecznym obowiązkiem - przeciwstawić się tej kreciej robocie i owe jednostki czy grupy młodzieży „harcerskiej" wyrwać demoralizacji, przywrócić uczciwemu, twórczemu życiu. (…)
Nasze dawne przyrzeczenie „służby Polsce" dziś jest z całą perfidią wykorzystywane przeciwko zdrowiu moralnemu pewnych grup polskiego młodego pokolenia, tych grup - powiedzmy to otwarcie - które żyją jeszcze ciągle w legendzie harcerskiej, w uroku dawnego Harcerstwa, które z Harcerstwa przejęły uwielbienie awanturniczego wyczynu, bez zgłębienia społecznego czy narodowego sensu takiej „wielkiej gry", takiej „wielkiej przygody". Z bólem dowiadywaliśmy się o tym, że lekturą młodocianych bandytów są „Kamienie na szaniec", książka, z której nauczyli się wielbić jedynie konspiracyjny wyczyn, a nie nauczyli się istotnych narodowych ani społecznych powodów naszej walki z hitlerowskim najeźdźcą. W naszej harcerskiej organizacji mówiliśmy młodzieży o patriotyzmie, ale nie wiązaliśmy go ze społeczną treścią pojęcia Ojczyzny. Choć przecież i w naszych szeregach znajdowali się ludzie, którym droga była sprawa postępu. Ten niedostatek wychowania społecznego zarówno w ZHP, [jak i] w „Szarych Szeregach", ten panujący wśród młodzieży harcerskiej kult „przygody dla przygody", „wyczynu dla wyczynu" dziś jest wykorzystywany przez wroga do tego, by chłopcom wkładać broń bratobójczą do rąk. I choćby chłopców czy dziewcząt tych było zupełnie niewiele - nie zmniejsza to ciężaru moralnej odpowiedzialności, jaką za ich deprawację ponoszą ci byli instruktorzy i działacze harcerscy, ci rodzice i nauczyciele niegdyś sami należący do Harcerstwa, którzy dziś nader chętnie przekazują swym młodym przyjaciołom i wychowankom legendy o harcerskich przygodach, a w swej oportunistycznej krótkowzroczności nie próbują patriotycznych haseł dawnego Harcerstwa przepoić nową treścią, tak by młodzież kierować do jedynie zdrowej moralnie, twórczej i pięknej pracy nad odbudową i rozbudową naszego kraju, kierować ją do nauki tak bardzo potrzebnej polskiemu narodowi
.” I podpisy:
LEON MARSZAŁEK
b. harcmistrz, b. Naczelnik „Szarych Szere¬gów"
ZOFIA ZAKRZEWSKA
b. harcmistrzyni, b. czł. Głównej Kwatery Harcerek
KAZIMIERZ KOŹNIEWSKI
b. harcmistrz, b. Naczelnik „Szarych Szere¬gów"
MARIA FIEDLER
b. harcmistrzyni, b. Komendantka Wielko¬polskiej Chorągwi Harcerek
JADWIGA GRONOSTAJSKA
b. harcmistrzyni, b. Komendantka Warsza¬wskiej Chorągwi Harcerek
MARIA KRYNICKA
b. harcmistrzyni, b. Naczelniczka Harcerek
ALINA KLECZEWSKA
b. harcmistrzyni, b. Komendantka Krako¬wskiej Chorągwi Harcerek
JÓZEF KRET
b. harcmistrz, b. czł. Naczelnej Rady Harcer¬skiej, b. czł. Głównej Kwatery Harcerzy
JÓZEF SOSNOWSKI
b. harcmistrz, b. Wiceprzewodniczący ZHP
WŁADYSŁAW SZCZYGIEŁ
b. harcmistrz, b. czł. Naczelnej Rady Harcer¬skiej, b. czł. Głównej Kwatery Harcerzy
BRONISŁAWA TKACZUKOWA
b. harcmistrzyni, b. Komendantka Białostoc¬kiej Chorągwi Harcerek.


Trzeba było czekać do 1992 r., żeby okazało się, że ten list był jedną wielką mistyfikacją, sprokurowany przez współpracujących z SB instruktorów harcerskich (m.in. wymienionego na liście Kazimierza Koźniewskiego), którzy posłużyli się najpodlejszymi metodami szantażu wobec przedwojennych instruktorów, by łamiąc ich charaktery zmusić do podpisania treści, mających na celu ułatwienie ówczesnej władzy obniżenie ich autorytetu i osłabienie ich wpływu na kolejne pokolenia harcerskiej młodzieży.

Dopiero w 1992 r., kiedy nie było już cenzury i można było zacząć usuwać „białem plamy” w polskiej historii - Przewodniczący Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa STANISŁAW BRONIEWSKI-ORSZA napisał:

1. Dziesięć podpisanych osób to przeważnie wybitni i zasłużeni działacze Harcerstwa z okresu niepodległości i wojny. Nie można właśnie wymienić ich bez informacji, że znaleźli się, gdy im ten list przedstawiono do podpisu, w poczuciu całkowitego zagrożenia i wymuszającego podpis szantażu. Znane były daleko idące represje osobiste, naciski na rodziny, przekreślanie możliwości właściwego działania zawodowego. Dla większości z podpisanych ten podpis był wielkim przeżyciem.

2. Szczególnie mocno należy podkreślić przeżycie jednego z podpisanych wspaniałego harcmistrza Józefa Kreta, długoletniego więźnia „Oświęcimia", który wezwany do podpisania odkładał decyzję, zwracał się o radę do innych (również podpisanych) przyjaciół. Wreszcie któryś z nich namówił go, aby podpisał - przecież pod przymusem nie ma to znaczenia. Podpisał i do końca życia gorąco tego żałował.

3. Niezbędne jest także wspomnienie o tych, którzy się nie załamali, którzy rozumiejąc ponoszone ryzyko ostro odmówili agitującemu. Należy wymienić dwie, dziś już nie żyjące osoby, których odmowy znam: Wanda Opęchowska - Wiceprzewodnicząca Szarych Szeregów i Aleksander Kamiński. Kto odmówił, a jeszcze żyje, ma swoje ciche osobiste zadowolenia.

4. Jedenasty podpis pod listem, jest Kazimierza Koźniewskiego, tego, który z polecenia władz komunistycznych całą tę akcję łamania ludzi wykonywał. Nadużyciem tylko jest podanie przy jego nazwisku informacji, iż był Naczelnikiem Szarych Szeregów - to niepra-wda.”


Warto zwrócić uwagę na to, że tego listu nie podpisał wybitny pedagog ALEKSANDER KAMIŃSKI, ten, który pisał o roli dzielności nie tylko w czasie wojny, kiedy to wróg jest jednoznaczny dla wszystkich na ziemiach przez niego okupowanych, ale jest o także w państwie o pozornej suwerenności. Dr Janinka Kamińska ujawniła, że: w roku 1953 hm Aleksander Kamiński mimo krwotoków płucnych był intensywnie przesłu¬chiwany przez funkcjonariuszy UB. Przygoto¬wywano bowiem proces pokazowy redaktora „Biuletynu Informacyjnego" AK i autora „Kamieni na szaniec", ocenianych przez ówczesne władze PRL podobnie jak w ówczesnym „liście" Kazimierza Koźniewskiego.

Nie bez powodu zatem właśnie w pracach Aleksandra Kamińskiego znajdziemy bolesną dla całego narodu pamięć także jego cierpień, praktyk zakorzenionych w doświadczeniu historycznym, które niosą ze sobą obrazy terroru, dominacji i oporu. Dokonuje w nich surowej oceny społeczeństwa polskiego upominając się zarazem o to, jakich zasad należy bronić, a z jakimi należy walczyć w interesie wolności i życia. Jedną z plag polskiego życia – są tłumy otaczających nas blagierów, ludzi rzucających słowa na wiatr, niesłownych. Są całe środowiska, w których człowiek się czuje tak, jakby się znajdował wśród słynnych kiplingowskich małp, bandar-logów, istot, które, wypowiedziawszy jakieś twierdzenie lub zapewnienie – już w kilka chwil potem zapominają o nim i postępują wbrew niemu.

Wśród „piekących” wprost cech narodowych Polaków na plan pierwszy wybija się – obok umiłowania wolności, dobroci i wielkoduszności – swoista niedomoga, jaką jest niepełna dzielność. Rozumiał przez nią obniżony poziom zaangażowania człowieka w działanie, które cechuje wygodnictwo, próżniactwo, słabość organizatorska, nierzetelność, niesłowność, niedokładność, powierzchowność w myśleniu i działaniu. Niepełna dzielność to (...) nie tylko mięczakowatość naszych dusz, wywodzącą się z panującej w naszym charakterze dobroci, nie tylko brak twardości – płynącej z tego samego źródła, ale także brak wytrwałości, brak nawyku w przezwyciężaniu samego siebie. Każdy człowiek decyduje nie tylko o swoich losach, ale i o losach kraju, toteż poziom jego dzielności wpływa w sposób znaczący na siłę lub słabość państwa. Nic dziwnego, że z siłą argumentacji etycznej napiętnował Kamiński niechlujstwo fizyczne i moralne, ordynarność, rozkład czy zakłamanie życia rodzinnego, towarzyskiego, społecznego, wszechwładne panowanie konwenansu, ostentacyjne miłosierdzie i ckliwą filantropię, sobkostwo i karierowiczostwo, wygodnictwo i snobizm.

Podobnie dla Platona wychowanie było rozumiane jako przysposabianie do dzielności i cnoty od pierwszego dzieciństwa, polegające na pragnieniu, aby się stało dziecko obywatelem, który umie rozkazywać i słuchać w granicach sprawiedliwości. Ów Ateńczyk odmawiał posługiwania się pojęciem dzielności w stosunku do ludzi wytresowanych w swoim zawodzie, a więc kupczących swoimi cnotami dla utrzymania pracy zarobkowej.
Erich Fromm, wybitny psycholog społeczny pisał, że tego typu praktyki mają miejsce nie tylko w państwach czy instytucjach totalitarnych, ale także w społeczeństwach demokratycznych, liberalnych, gdzie autorytarna władza (państwowa czy instytucjonalna) wykorzystuje te same praktyki łamania ludzkich charakterów, by realizować swoje skryte interesy. W instytucjach zarządzanych autorytarnie, w placówkach zamkniętych, gdzie możliwe jest nadużywanie władzy, przeciwstawianie się jej skutkuje jedynie cynicznym uśmiechem. Sprawniej i skuteczniej zarządza się ludźmi manipulując nimi, niż budując wspólnotę opartą na autentyczności, prawdzie, porozumieniu i wzajemnej akceptacji. Ci, którzy uczestniczą w tych praktykach mogą dzisiaj tryumfować, ale prędzej czy później ich doraźne korzyści i sukces zostaną ujawnione jako haniebne.

Polscy Biskupi stwierdzili ostatnio, że zbyt słabo piętnowali zło w ostatnich latach wyrażające się w kłótniach, nieżyczliwości czy podziałach w społeczeństwie. Nie dostrzegają jednak pewnej ciągłości autorytaryzmu władzy, dla której nieustanne dzielenie pozwala jej na manipulowanie społeczeństwem i osiąganie własnych celów pod pozorem troski o tych, którzy zaliczani są do tych po właściwej stronie, czyli po stronie władzy. W ubiegłym tygodniu Rada Stała Konferencji Episkopatu zaapelowała o zgodę narodową przed pierwszą rocznicą tragedii smoleńskiej, cytując zarazem fragment Listu św. Jakuba: "Bracia, nie oczerniajcie jeden drugiego. Kto oczernia brata swego lub sądzi go, uwłacza Prawu i osądza Prawo".

9 komentarzy:

  1. Nie wiem czyjego autorstwa to jest tekst. Podejrzewam, że KTT (Krzysztof Teodor Teoplitz- ale mogę się mylić). Warto poczytać w kontekście powyższego postu.


    Ilekroć czytam o kolejnej demaskacji, odłowieniu teczki, wracam myślą do sprawy aktora Andrzeja S. Kiedyś głośnej, dziś zapomnianej jak jego grób.

    Andrzej Szalawskiego, wysoki, postawny, obdarzony wieloma talentami i dążeniem do zawodowej perfekcji, miał piękny głos - wyczucie frazy, nienaganną dykcję. Właśnie ten głos go zgubił: w okupowanej Warszawie rozlegał się z zainstalowanych przez hitlerowców głośników, nazywanych szczekaczkami. Andrzej S. był lektorem. Czytał komunikaty z frontów, zarządzenia władz, listy rozstrzelanych w ulicznych egzekucjach. Po wojnie został aresztowany pod zarzutem kolaboracji i zdrady. Stanął przed sądem, gdzie zagrał rolę skruszonego grzesznika tak przekonująco, że wykręcił się niewielkim wyrokiem. Uznano, że młody, głupi, szantażowany nie potrafił zdobyć się na odmowę. Bał się, był tchórzem, umierającym ze strachu kilka razy dziennie. Przed sądem błagał o szansę zmazania win pracą dla ludowej ojczyzny. Gorzej poszło Andrzejowi S., gdy wyszedł na wolność, z kolegami-aktorami. Początkowo komisja weryfikacyjna chciała dożywotnio pozbawić go prawa wykonywania zawodu. W końcu jednak ona także dopatrzyła się jakichś okoliczności łagodzących. Kara ograniczyła się do zakazu grania w Warszawie, rezygnacji z głównych ról w prowincjonalnych teatrach. Ale Andrzej S. był naprawdę talentem z Bożej łaski. Podbijał publiczność, czarował młodych i starych widzów, wzruszał matrony i pięknotki zamaszystością gestu, timbrem głosu, męską urodą jak z amerykańskich filmów. Mało kto kojarzył zdobywczego amanta z szubrawcem zatrudnionym w szczekaczce. A ci, co wiedzieli, nabierali wody w usta: reedukacja przyniosła pożądany efekt, a takiego aktora ze świecą szukać: on nie gra na scenie, on żyje.

    Andrzej Szalawski zakołatał do bram sławnego teatru Nowego, teatru Dejmka w Łodzi. I został przyjęty, wystąpił w "Święcie Winkelrieda" Andrzejewskiego i Zagórskiego, sztuce zapowiadającej krach przemian 56 roku. Na "Winkelrieda" przyjeżdżali widzowie ze stolicy - tam podobnie bezczelna satyra by nie przeszła. Recenzenci komplementowali zespół, zauważyli postać kreowaną przez Andrzeja S. Kiedy Aleksander Ford kręcił "Krzyżaków", powierzył mu rolę Juranda [na zdjęciu]. Była to trafna decyzja obsadowa. Tyle że na planie wielu aktorów bojkotowało kolaboranta - ostentacyjnie nie podawano mu ręki, milczano, gdy o coś pytał, kogoś zagadywał. Jak znosił środowiskowy ostracyzm? Jak wytrzymywał psychiczną presję, repetycję z pamięci o brunatnej plamie w życiorysie? Nie pomogły sukcesy, oficjalne dowody uznania, dyplomy, medalowe blaszki. Andrzej S. był człowiekiem złamanym. Nieufnym samotnikiem, osobowością depresyjną przy pozorach wesołości i ożywienia. Przynajmniej takie zrobił na mnie wrażenie, kiedy go poznałem w 1980 r. przy okazji telewizyjnej robótki, mini-musicalu: śpiewał jak grzeszny anioł.

    Cały tekst nie wchodzi, postaram się wrzucić w dwóch częściach

    OdpowiedzUsuń
  2. Część druga

    Minęły lata: w "Pamiętniku Teatralnym" ukazał się szkic poświęcony nowym ustaleniom w sprawie lektora szczekaczki. A więc Andrzej Szalawski zgłosił się do jej szefów na polecenie komórki wywiadu AK. Pracując w gnieździe wroga składał sprawozdania swoim rzeczywistym przełożonym. Pomogły one rozpracować działalność goebbelsowskiej propagandówki, umożliwiły akcje przeciwko jej personelowi. Aresztowany w 1945 r. konspirator wybrał milczenie na ten temat. Gdyby przyznał się do współpracy z wywiadem AK, czekałoby go długie i okrutne śledztwo. Wyrok z paragrafu - wróg, agent reakcyjnego podziemia. Kolaborantów traktowano łaskawiej. Dlaczego napiętnowany i poniewierany towarzysko nie wyznał później, jak było naprawdę? A niby gdzie miał znaleźć wiarygodny konfesjonał, komu miał zaufać? Kolegom po fachu maszerującym przed trybunami, poczciwym esbekom, niezawisłym prokuratorom, niesterowalnym sędziom? Środowisko kombatanckie... Przełożeni, mogący potwierdzić, że mówi prawdę, od dawna nie żyli. Zawodowcy patriotyzmu, przytuleni do PAX, garnący się do ZBoWiD, nie bardzo go pociągali. Separujący się od nich bohaterowie podziemia pozostawali nadal pod nadzorem służb. Andrzej S. zabrał do grobu tajemnicę. Kogo zresztą by przekonał do swojej wersji sprawy, tak na pozór klarownej i prostej: ześwinił się, zdradził. Po zmianie dekoracji przedstawia się jako drugi Kloss.

    Nie wiem, czy istnieje dziedzina z pogranicza wiedzy historycznej - rekonstrukcja stanów psychicznych jednostek rzuconych w mrok czasu, badanie wartości słów, klasyfikacja lęków i stężenia namiętności.

    Oceniając przeszłość z dzisiejszej perspektywy zapominamy, że czym innym było powiedzenie "nie" w latach siedemdziesiątych, czym innym zaś w dniach, gdy nawet największy optymista nie wierzył, że mury runą. Inny był strach, inne barwy radości. Lubimy sielanki, a przecież tłumy oglądały chętnie szubienice na miejskich placach - wieszano na nich Niemców. Pisze się dziś o bestialstwie wobec zwyciężonych, mściwym rewanżu, odwecie. Jest to prawdą. Przerażającą prawdą, której jednak nie da się zrozumieć bez światła wydobywającego z ciemności skorupy ówczesnych emocji, odczłowieczenie serc tych, co przeżyli. To odczłowieczenie - pęd do pośpiesznego ferowania wyroków, satysfakcja z cudzego upadku - zaczyna się zawsze od mowy nienawiści.

    OdpowiedzUsuń
  3. Pan, Panie Belfrze, chyba niezamierzenie, i tak napisał pochwałę dzielności. Przecież Pana Bohater postąpił jednak UCZCIWIE! Zapłacił za to bardzo wysoką cenę, ale wszystko, co cenne - kosztuje. Pan pisze o odczłowieczeniu tych, co oceniają. Zna Pan powiedzenie "osądzi ich Bóg i Historia"? W Pana świecie ten drugi człon znika - ludzie już nie mają prawa sądzić ludzi. Jest Pan pewien, że to lepszy świat? Zastosuje Pan tę zasadę do wszystkich? Moim zdaniem każdy powinien mieć prawo do sprawiedliwego sądu i do sprawiedliwego sądzenia. Sprawiedliwego na miarę ludzką, bo tylko do takiej jesteśmy zdolni.

    OdpowiedzUsuń
  4. Czy już słyszał Pan Profesor o nowych planach rządu?

    http://praca.gazetaprawna.pl/artykuly/494267,rzad_uwaza_ze_jest_potrzebny_panstwowy_egzamin_nauczycielski.html

    Ciekawi mnie zdanie Pana Profesora w kwestii tych propozycji.

    OdpowiedzUsuń
  5. "Nie wierzmy w to co piszą źli ludzie o naszej szkole, uwierzmy w to, że rządzą najlepsi - wybrani. inni zazdroszczą sukcesu. Uwierzmy w to, że wszystko jest w trosce o nasze dobro" lata 50-te? 60-te?

    OdpowiedzUsuń
  6. Ani lata 50-te, ani 60-te, ale całkiem świeże spotkanie "ku chwale WSP" ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Przeczytałam z wielkim zainteresowanie. Mój ślubny, jako podręczna Wikipedia,wiedział, kto to Andrzej Szalawski.Ja nie. Mam taki smrodek dydaktyczny:"Nie wiem czyjego autorstwa to jest tekst. Podejrzewam, że KTT". podejrzewam? raczej przypuszczam, sądzę...

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie wierzmy Anonimowemu, który każe nam żyć złudzeniami, fikcją, że wszystko jest wspaniale, że ktoś komuś zazdrości sukcesu. Gdyby tak było, to napisałby - gdzie, kto ma takie sukcesy, jakie sukcesy, o jakich wybrańcach myśli skoro nawet wstydzi się swojej szkoły, skoro nie ujawnia jej nazwy. Oj, śmierdzi tu propagandą Gierka, ale nie ma co się dziwić.

    OdpowiedzUsuń
  9. Dzisiaj byłam na Targach Edukacyjnych, gdzie dowiedziałam się, że w WSP rektorem nie jest już Pan Profesor. Podziękowałam im za ofertę. Wybiorę inną uczelnię. Szkoda, że Pana już tu nie ma. Pozdrawiam -
    nauczycielka jednej z widzewskich szkół podstawowych

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.