środa, 19 stycznia 2011

Stachanowcy akademiccy na start!


Na pytanie - Jak pan zapamiętał Kieślowskiego? jakie skierował do wybitnego aktora Andrzeja Seweryna redaktor Jacek Cieślak, pada jakże ważna odpowiedź:
Mówił, że trzeba żyć i tworzyć niezależnie od ludzi władzy. Podkreślał, że to nie oni będą decydować o jego twórczości, zainteresowaniach i sposobie widzenia rzeczywistości.

To dotyczy wszystkich twórców, wykonujących wolne zawody, w tym także naukowców. Niestety, mamy zadziwiającą ostatnimi laty moc uległości wobec władzy i jej kolejnych absurdalnych pomysłów, które stają się rozkazem, poleceniem, a nie ofertą do wyboru. To już jest paranoja, jak usilnie urzędnicy resortów usiłują wmówić nam, że wytworzone przez ich służby zmiany zrewolucjonizują poziom nauki w Polsce. Przepraszam. Nie poziom nauki tylko produkcji naukowej. Już nikt nawet nie krępuje się narzucaniem w dyskursie publicznym języka, który nie tylko ma obowiązywać w wykładni mających zajść procesów, ale jest przekładany na rozwiązania prawne i dyrektywy, które staną się podstawą finansowania badań naukowych. Niech tak ściągają się ze światem ekonomiści, bo poziom ich kreatywności poznajemy dzięki kolejnym kryzysom w różnych regionach świata. Dlaczego jednak mają produkować więcej wiedzy socjolodzy, psycholodzy, historycy, językoznawcy, pedagodzy czy nawet matematycy? Więcej i szybciej, bo to mają być podstawowe mierniki ich efektywności naukowo-badawczej. Wyścig stachanowców już się rozpoczął.

Zachłyśnięcie się żargonem ekonomii i nauk o zarządzaniu, które powinny zajmować się wszystkim, tylko nie procesami twórczymi, bo te nie podlegają parametryzacji, uczyni więcej szkody, niż pożytku. Z kim chcemy konkurować nędznymi dotacjami dla szkolnictwa wyższego z budżetu państwa? Z Koreą, Chinami, Japonią, Singapurem, Hongkongiem, USA? Czym chcemy konkurować? Przymusem produkowania wiedzy. Jakiej? to nie jest istotne, gdyż ważne jest to, by była opublikowana, najlepiej na wyznaczonej przez ekspertów liście czasopism. My wciąż chcemy mieć światowej sławy naukę przy niskich nakładach. Presja na to, by produkować więcej, więcej i jeszcze więcej, wprowadzi naszych naukowców na szczyty. Cóż to za poprawa, że wzrośnie indeks produkcji naukowej, a tym samym i jej cytowań? Czy o to chodzi, by naukowcy umawiali się wzajemnie, że będą się cytować w nieskończoność, każdy każdego w każdym artykule lub jak - wykazano to w przewodach habilitacyjnych z nauk medycznych, jedni będą dopisywac się do artykułów kolegów? Czy tak mamy pokonać Chińczyków, Koreańczyków?

Naukowca trzeba – będę dalej posługiwał się językiem władzy – "produkować" od przedszkola do Opola, i nie przez przypadek używam nazwy akurat tego miasta. Przeczytajcie artykuł Pawła Polowczyka z Opola w najnowszym numerze miesięcznika EduFakty (http://edufakty.pl/download/ef05/ef05.pdf ) na temat tego, dlaczego nasi uczniowie nie mogą rywalizować z rówieśnikami z krajów azjatyckich czy USA? Bo nie potrafimy napisać i wydać podręczników do matematyki, których treść, struktura i wizualizacja byłyby dostosowane do procesów uczenia się, do najnowszej wiedzy o mózgu człowieka, bo nie potrafimy wykorzystywać w nauce multimedia tylko wprowadzamy zakaz przynoszenia do szkół telefonów komórkowych czy ipodów.

Tymczasem to właśnie multimedia w procesie uczenia się pozwalają na łączenie matematyki ze światem rzeczywistym. Najlepiej w kolorze i w wysokiej rozdzielczości. Pełno mamy telefonów komórkowych, aparatów fotograficznych i tanich, łatwo dostępnych kamer. Wyzwólcie uczniowską intuicję. Zadawajcie proste pytania, a bardziej skomplikowane czerpcie z dyskusji. Pozwólcie uczniom określać problemy. Bądźcie mniej pomocni. Nie rozwiązujcie za nich zadań (…). Nauczanie matematyki bez nauczania wytrwałości i pobudzania ciekawości przypomina to, co robią z mózgiem głupie seriale. Uczą oczekiwania na łatwe i szybkie rozstrzygnięcie – stwierdza dr P.Ł. Polowczyk.

W Polsce tworzy się nędzne budżety na edukację, na szkolnictwo wyższe i naukę, ale za to żądania ma się jak z Księżyca. No to, Stachanowcy – na start. Nie ma co czekać, trzeba zabierać się do produkcji artykułów, książek. Tylko koniecznie sprawdźcie najpierw, jakie książki opłaca się produkować i wydawać, bo nie jest tu istotne to, czemu są poświęcone i komu lub czemu mają służyć, tylko za ile punktów! To jest klucz do sukcesu. Nie redagujcie rozpraw zbiorowych, bo za to otrzymacie tylko 3 punkty. Nie piszcie artykułów krótszych, niż na co najmniej1 arkusz wydawniczy, bo nikt wam ich nie uzna i będzie z tego 0 punktów. Tekst trzeba doprodukować, dopiec, dosmażyć, domalować tak, by zmieścić się w przysługującym nam limicie punktów. Musimy podnieść statystykę produkcji – chyba naukawej.


(http://www.rp.pl/artykul/9131,593411-Mam-prawo--przypominac--o-wartosciach.html; http://www.rp.pl/artykul/19,593705-Uczelnie-pokaza--jak-duzo-publikuja-.html)

7 komentarzy:

  1. Bardzo ciekawy post :)

    Kto w Polsce uczy jak zastosować wiedzę o procesach uczenia się oczywiście w połączeniu z wiedzą o działaniu mózgu człowieka. Czy jest to bardziej dziedzina psychologii, neuronauk czy może pedagogiki a właściwie dydaktyki. Jeżeli chciałabym znaleźć materiały na ten temat to gdzie najlepiej szukać, który ośrodek akademicki w Polsce zajmuje się takimi badaniami?

    Dziękuję z góry za wskazówki :)

    OdpowiedzUsuń
  2. UAM w Poznaniu. Utworzyli specjalny kierunek - kognitywistyka.

    OdpowiedzUsuń
  3. Panie Profesorze, czemu tak późno? Nikt jak dotąd specjalnie nie protestuje przeciwko pomysłom reformy nauki. pojawiają się publikacje w prasie codziennej (np. ostatni tekst prof. Modzelewskiego, jest też na niego odpowiedź Pani Minister) ale to raczej "delikatne polemiki", nic więcej. czy to wynika z niedoinformowania środowiska? Bo ostatnio za każdym razem widzę ogromne zaskoczenie wymalowane na twarzach akademików, kiedy mówię o nowych zasadach "naliczania punktów" za dorobek. jak to możliwe? ma Profesor jakiś pomysł na rozwiązanie tej zagadki? Ta reforma w tajemnicy była przygotowywana? Czy po prostu nikogo nie obchodzi?
    http://wyborcza.pl/1,76498,8951217,Nauka_nie_jest_od_zarabiania__A_humanistyka___juz.html
    http://wyborcza.pl/1,97863,8955565,Minister_Barbara_Kudrycka_odpowiada_prof__Karolowi.html

    OdpowiedzUsuń
  4. Diabeł tkwi w szczegółach. Nikt nie zna projektu rozporządzenia , ktore będzie aktem wykonawczym do Ustawy o stopniach naukowych i tytule. Środowisko protestowało przeciwko dokonanej ocenie parametrycznej jednostek. Niektórym udało się doprowadzić do zmiany przyznanej im oceny. Tak więc Anonimowy nie masz racji. Środowisko interesuje się tymi zmianami, ale nie zna szczegółów, które będą rzutować na projektowane zmiany.

    OdpowiedzUsuń
  5. Od kiedy ilość świadczy o jakości? Kto się pod tym podpisał, akceptując takie duby smalone. Jesteśmy chyba jedynym krajem, gdzie artykuły powyżej kilkunastu stron są wartościowe, a te np. 10 stronicowe nie brane są pod uwagę (pomijając czasopisma punktowane, które rządzą się odmiennymi prawami). Zamiast stworzyć dobre warunki do pracy, tworzone jest w wielu przypadkach pozoranctwo reform. Quo Vadis szkolnictwo wyższe???

    doktorant Uniwersytet Śląski

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie znam tematu od podszewki, więc ciężko mi ocenić kto ma rację, środowisko naukowe czy ministerstwo. Ale to co widzę, to fakt, że z nauką jest w Polsce kiepsko. Powodem jest za pewne w dużej mierze spuścizna historyczna. Szkoda, że Pan Profesor miast uzewnętrzniać swoich emocji, być może słusznych, nie podaje argumentów. Wtedy można by się do nich odnieść, przeanalizować. A tak? Cóż, rozumiem, że nikogo się do wydajnej pracy naukowej przepisem nie zmusi. Czy jednak na pewno o to chodzi w reformie? Czy obecna sytuacja, w której duża liczba profesorów nie ma na koncie żadnej znaczącej publikacji poza kilkoma artykułami w zaprzyjaźnionych czasopismach naukowych jest normalna? Czy wpompowanie większej liczby pieniędzy w ten system faktycznie uzdrowi sytuacje? Mi się wydaje, że każde pieniądze można przejeść, zmarnować. I że nie tylko naukowcom żyje się w tym kraju ciężko. Zamiast ślepego bronienia status quo niech środowisko naukowe obiektywnie oceni sytuacje i zaproponuje kierunek zmian. Albo chociaż niech zrobią to ludzie wybitni z tego środowiska, tacy jak Pan Profesor Śliwerski.

    OdpowiedzUsuń
  7. Argumentów jest multum. O fałszowaniu danych przez doktorów habilitowanych, którzy są zatrudnieni w szkolnictwie prywatnym na drugich etatach profesor już wielokrotnie pisał. Oto doktorek habilitowany z UŁ wykazuje te same publikacje w uniwersytecie i w prywatnej uczelni. Mało tego, to jeszcze te dane zafałszowuje, bo przypisuje sobie więcej, niż rzeczywiście zrobił. Nikt nie wymaga od pierwszoetatowych naukowców efektywnej pracy naukowo-badawczej, nie rozlicza ich z mierności dorobku, bo powiązania międzyludzkie są zbyt duże w tej piramidzie hierarchii i zależności.

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.