niedziela, 12 grudnia 2010

Wizualizacja akademickiego pozoranctwa















Od ośmiu lat uczestniczę w akredytacji wyższych uczelni i szkół zawodowych, dzięki czemu mam możliwość przyjrzenia się z bliska ich funkcjonowaniu oraz dokonania wstępnej oceny ich działalności. Jednym z najbardziej niepokojących w ostatnich latach działań niektórych z tych placówek jest pozorowanie czegoś, co miałoby świadczyć o występowaniu znaczących w nich procesów edukacyjnych czy oświatowych, podczas gdy w rzeczywistości mamy tu do czynienia jedynie z ich pozorowaniem.

Ten szczególny rodzaj kreatywnej propagandy, podobnie jak ma to miejsce w kreatywnej księgowości, skupia się na tym, by na stronach internetowych uczelni, w jej sprawozdawczości lub w wydawanych przez nie materiałach propagandowych widniały wydarzenia, które miałyby świadczyć o czymś, czego wprawdzie w nich nie ma czy co nie dzieje się z udziałem ich kadr, ale co może to pozorować. Chodzi przede wszystkim o to, by za pomocą zmanipulowanych informacji tworzyć wizerunek szkoły aktywnej, dynamicznie się rozwijającej, z wybitną kadrą naukową, której powinno przysługiwać więcej, niż ona naprawdę na to zasługuje. Kiedy jednak zaczniemy dociekać dowodów na rzeczywiste występowanie określonych zdarzeń, osiągnięć czy procesów, to okazuje się, że za ich prezentacją czy informacją o nich nic się nie kryje lub kryją się zupełnie komu innemu przynależne zasługi.

Proces fałszowania danych dla kreowania lepszego wizerunku szkoły, by prezentowała się lepszą, niż jest w rzeczywistości, sprowadza się do takich m.in. działań, jak:

1) informowanie o konferencjach naukowych czy oświatowych, jakie odbywają się czy odbyły na terenie szkoły, choć w rzeczywistości żaden z jej nauczycieli akademickich nie był ani ich organizatorem, ani też nie referował w czasie obrad. Uczelnia wynajęła jedynie swoje pomieszczenia dla innej jednostki oświatowej, pozarządowej czy akademickiej, by pod pozorem troski o upowszechnienie jej dorobku i stworzenie warunków do debaty jak najmniejszym kosztem wpisać sobie dane wydarzenie do własnego dorobku. Bardzo często nauczyciele akademiccy zamieszczają w sprawozdaniach ze swojej działalności naukowej wykaz konferencji, w których brali udział, ale nie ujawniają już tego, że reprezentowali w czasie obrad zupełnie inną jednostkę akademicką. Podwójne afiliowanie takiej aktywności powinno być odnotowywane w programach konferencji, podobnie jak w materiałach pokonferencyjnych. Niestety, niektórzy nauczyciele akademiccy, a szczególnie ci, którzy są zatrudnieni w szkole wyższej na drugim etacie, przekazują do sprawozdania ze swojej działalności dane, które nie są zgodne z prawdą. Tego typu zatem informacje jako będące fałszowaniem danych, powinno podlegać konsekwencjom prawnym.

2) informowanie o udziale przedstawiciela władz uczelni w jakimś ważnym wydarzeniu pozauczelnianym np. o tym, że został zaproszony do jakiegoś ważnego projektu (najlepiej, żeby był to projekt rządowy, parlamentarny, prezydencki, samorządowy itp.). Jak jednak zajrzy się do często nawet zawieszanych w internecie treści dokumentów, to okazuje się, że ani ten, ani ów nie tylko, że nie bierze w niczym udziału (nie występuje w programie np. konferencji), ale i nie jest wymieniony w składzie określonego zespołu (np. eksperckiego).

3) informowanie o posiadaniu przez kadrę akademicką tytułów naukowych, których ona w istocie nie posiada. Wiąże się to z bezprawnym stosowaniem przy nazwiskach pracowników naukowych nazwy tytułu naukowego w sytuacji, gdy są oni zatrudnieni na stanowisku profesora uczelnianego. Jest to często stosowany zabieg, który ma na celu podwyższanie rangi naukowej kogoś, kto na nią nie jeszcze nie zasługuje i jej nie posiada. Tak więc przed nazwiskiem, zamiast przykładowo: dr hab. Piotr Kaczkowski, prof. AM (co oznacza, że dany pracownik jest doktorem habilitowanym na stanowisku profesora danej uczelni) pisze się prof. dr hab. Piotr Kaczkowski (co oznacza, że posiada on tytuł naukowy profesora, który nadawany jest przez Prezydenta RP).

4) informowanie o wydanych właśnie publikacjach własnej kadry naukowej, które miałoby świadczyć o prowadzonej w uczelni działalności naukowo-badawczej w sytuacji, gdy są to wznowienia rozpraw z okresu w żadnej mierze nie wiążącego się z pracą naukową danego autora w tej szkole. Wznawianie zatem publikacji, które powstały w okresie pracy w jednej uczelni, a teraz ukazują się z szyldem innej jako drugie czy kolejne wydanie, jest nieuprawnionym przenoszeniem dorobku naukowego do nowej jednostki. Nie powinno być zatem zaliczane w ocenie jej działalności naukowej.

5) informowanie o związkach, spotkaniach itp. kadry kierowniczej wyższej szkoły z osobami znaczącymi w kraju. Można spotkać na stronach niektórych uczelni fotografie pracownika czy właściciela w otoczeniu jakiegoś VIP-a. Ten chwyt propagandowy wykorzystywany jest przez polityków w kampaniach wyborczych (tzw. zdjęcie z misiem), a w tym przypadku ma wywołać wrażenie, w jak dobrym towarzystwie obraca się kadra szkoły. Najczęściej tego typu zabiegi dotyczą szkół niepublicznych. Wystarczy zbliżyć się do VIP-a i poprosić, by niepostrzeżenie ktoś wykonał fotografię „znaczącego zbliżenia”.

6) informowanie o zatrudnionej w wyższej szkole kadrze naukowej, która w rzeczywistości w niej jest nieobecna, i to z różnych powodów. Rektorzy są zobowiązani do poinformowania ministerstwa o spełnieniu wymogu posiadania kadry akademickiej do tzw. minimum kadrowego (dydaktycznego i/lub naukowego). Jeśli nie spełniają tego warunku, bo właściciel szkoły nie zatrudnił w niej odpowiednich specjalistów, a więc osób, których wykształcenie i dorobek musi odpowiadać obowiązującym kryteriom, albo zatrudnił, ale w ciągu roku akademickiego one same zrezygnowały z pracy lub odeszły z niej z powodów naturalnych, to ukrywa ów fakt operując nadal ich danymi osobowymi. Wielokrotnie spotykam się z tłumaczeniem nauczyciela akademickiego, że nie rozumie, dlaczego właściciel innej uczelni wpisuje go do minimum kadrowego, skoro w niej już od jakiegoś czasu nie pracuje. Bazy resortu szkolnictwa wyższego nie nadążają z aktualizacją tych faktów, toteż nie ulega wątpliwości, że jest to wykorzystywane przez nieuczciwe podmioty.

7) informowanie o rzekomo prowadzonej współpracy międzynarodowej. Kiedy jednak sięgnie się do dokumentacji, porozmawia ze studentami i nauczycielami zatrudnionymi w danej szkole to okazuje się, że: studenci nie wiedzą o możliwościach udziału w programach wymiany międzynarodowej (korzystają z niej ponoć znajomi przysłowiowego „królika”), a jeśli mają taką wiedzę, to nie uzyskują od władz uczelni stosownej pomocy logistycznej i finansowej w tym zakresie; nauczyciele nie mają czasu na wyjazdy zagraniczne, gdyż muszą pogodzić w tygodniowych obowiązkach dwa lub trzy etaty dydaktyczne, a jeśli nawet chcą wyjechać, to okazuje się, że władze uczelni nie respektują obowiązujących zasad delegowania (nie wypłacają diet, nie pokrywają kosztów przejazdu, nie wyposażają w odpowiednie materiały itp.).

8)informowanie o dorobku naukowym nauczycieli akademickich, których zatrudnienie w szkole ze względu na uzyskane przez nią uprawnienia do prowadzenia studiów II stopnia (dwuletnie studia magisterskie) powinno skutkować systematycznym prowadzeniem badań naukowych, publikowaniem ich wyników z podaniem afiliacji przy tej szkole wyższej, udziałem w w/w konferencjach naukowych i ich organizacją oraz przekazywaniem przez podmiot prowadzący szkołę środków na tę aktywność. Pozór odławiają nie tylko sprawozdania finansowe uczelni, ale także brak procedur wnioskowania o środki wewnątrzuczelniane i dowodów na ich właściwe spożytkowanie.

9)informowanie o wyborze specjalności na danym kierunku studiów czy o wyborze prowadzącego seminarium dyplomowe w sytuacji, gdy nie ma żadnego wyboru. Studentom narzuca się z różnych względów wygodne dla prowadzących kształcenie rozwiązania licząc na to, że nie będzie im się chciało zmieniać uczelni na inną.

10) informowanie o posiadaniu wybitnej kadry naukowej, podczas gdy wystarczy spojrzeć na wykaz dyżurów nauczycieli akademickich, by się przekonać, że w niepublicznej szkole wyższej kształcą przede wszystkim osoby z wykształceniem magisterskim, a nie akademickim. Podobnie jest ze studiami podyplomowymi, które powinny być nie tylko programowo, ale i kadrowo na wyższym poziomie, niż studia II stopnia. Jest jednak inaczej, gdyż tu kształcą głownie magistrzy. Nie jest to jednak zarzutem pod ich kierunkiem, gdyż potrzebni są specjaliści i profesjonaliści do przekazywania wiedzy i doświadczeń zawodowych, ale jak sama nazwa wskazuje – studia podyplomowe powinny oferować akademicki poziom.

11)informowanie o biurze karier, które powinno oferować studentom uczelni szeroko pojmowaną pomoc w zakresie odbycia stażu pracy czy znalezienia miejsca pracy, a w rzeczywistości podmiot prowadzący szkołę ogranicza się do przekopiowywania z innych portali czy urzędów ofert pracy. Strona uczelni w takim dziale jej quasi aktywności zamienia się wówczas w kolejną tablicę ogłoszeń, a student i tak musi sobie sam poradzić na rynku pracy.

12)informowanie o kształceniu e-learningowym, które nie ma nic wspólnego poprawnym metodycznie kształceniem tego typu, a jest jedynie skrzynką pocztową poprzez którą następuje przekazywanie plików tekstowych studentom przez nauczycieli akademickich. Może i lepiej, bo jakby ktoś niepowołany miał zapoznać się z ich treścią, to by się przeraził, na jak niskim są one poziomie. Studenci nie są jednak w stanie tego określić, więc „łykają” tę przynętę jako dowód na udział w nowoczesnych formach edukacji.

Tego typu gier w udawanie czegoś, czego w szkolnictwie wyższym nie ma, jest znacznie więcej. Będziemy ten cykl odsłon kontynuować dla dobra studentów i tych, którzy z takimi jednostkami wiążą jakieś nadzieje.

12 komentarzy:

  1. Co może zrobić student, gdy odkryje, że na jego uczelni popełniany jest proces fałszowania? Czy może zaskarżyć uczelnię i domagać się zapłaconego czesnego? Nie, uczelnia ma przecież akredytację PKA.

    OdpowiedzUsuń
  2. O fałszowaniu czego pisze Anonimowy?

    OdpowiedzUsuń
  3. Przecież cały nasz system edukacji stoi na fikcji!!!
    Dopiero teraz uczony-pedagog to zauważył?;-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Zauważam to od początku mojej pracy naukowo-badawczej, dydaktycznej i oświatowej. Anonimowy tego nie zauważa? ;-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Pięknie i trafnie opisał Pan patologie w niepublicznych szkółkach "wyższych". Dziękuję! A.

    OdpowiedzUsuń
  6. Moja wypowiedź była nieprecyzyjna, za co przepraszam

    Chodziło mi o fałszowanie danych przez uczelnię. Student wybiera uczelnię np. kierując się informacjami podanymi na stronie internetowej uczelni wyższej. Informacje sprawiają wrażenie wiarygodnych lub ich nie są zamieszczone np. o posiadanej kadrze akademickiej. Student jest przekonany, że uczelnia dysponuje minimum kadrowym, ponieważ posiada akredytację PKA.

    Rzeczywistość rozczarowuje, zajęcia prowadzone będą przez magistrów , często zajęcia nie są przeprowadzane , kształcenie e-learningowe jest dokładnie takie jak w pkt. 12 postu , pozostałe pkt wymienione w poście Profesora niestety również są prawdziwe.

    Chciałaby zapytać się czy prawo pozwala studentowi na reklamowanie jakości kształcenia uczelni wyższej?

    OdpowiedzUsuń
  7. Niepubliczne szkoły wyższe działają w większości jak przedsiębiorstwa, a zatem student jako klient sprzedawanego mu produktu może go reklamować. Przede wszystkim powinien skierować swoje wątpliwości, uwagi krytyczne czy opinie do Państwowej Komisji Akredytacyjnej lub do Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, bo tylko one są władne sprawdzić powyższe dane. Najlepiej, kiedy swoje pismo skieruje do obu instytucji.

    Inną formą reklamowania pseudousługi jest przeniesienie się do innej, a wiarygodnej uczelni, a takimi są uczelnie publiczne. Student płaci, więc ma prawo wymagać lub zerwać kontrakt z zachowaniem obowiązujących standardów.

    Można też poszukać wsparcia w mediach - bo nagłośniona sprawa przez dziennikarzy wymusi stosowne kontrole już z urzędu.

    OdpowiedzUsuń
  8. Otóż to, moja koleżanka ukończyła studia podyplomowe z zarządzania oświatą w WSP w Łodzi, a komisja konkursowa nie uwzględniła dyplomu, gdyż ta uczelnia nie ma uprawnień do kształcenia na kierunku zarządzanie i marketing. Wydaje mi się, że większym problemem jest prowadzenie studiów podyplomowych przez niektóre niepubliczne szkoły wyższe, które powinny dać nam określone uprawnienia, a okazuje się, że są one bezprawne.
    Basia O.

    OdpowiedzUsuń
  9. Prywatne szkolnictwo tworzy wspólnoty zredukowane do sieci powiązań jedynie finansowych. Szkoła taka ma opłacać się w kolejności przede wszystkim - właścicielowi, kanclerzowi, profesorom (najlepiej emerytowanym lub niekompetentnym, miernym, ale wiernym, bo są sterowalni), doktorom (najlepiej lichym, bo można im mało płacić) i magistrom (tych jest najwięcej, bo najmniej kosztują), no i studentom (bo jest taniej niż w uniwersytetach). Taniej nie znaczy jednak lepiej. Moja mama mówiła mi, że jak masz mało kasy, to kupuj to, co drogie, bo nie będziesz musiał tego reklamować i posłuży ci na lata.
    Miała rację! Ja wybrałam studia w uczelni publicznej i nie żałuję, bo wiem, że z mojego dyplomu nikt nie będzie się wyśmiewał.

    A.

    OdpowiedzUsuń
  10. Student, wystarczy, że wrzucisz w google nazwisko rektora, prorektora czy dziekana, a przekonasz się, co sobą reprezentują i czy rzeczywiście ich kwalifikacje są zgodne z misją szkoły wyższej i prowadzonymi w niej kierunkami kształcenia. Nie bez powodu niejedna niepubliczna szkoła wyższa ma problemy z pozsykiwaniem fachowców, akademików z prawdziwego zdarzenia, gdyż oni nie chcą podlegać służbowo pod miernych rektorów, prorektorów, dziekanów czy właścicieli szkół. To trochę jak z polityką. Jak jest bagno, to lepiej w nie nie wchodzić, bo może wciągnąć.

    OdpowiedzUsuń
  11. I taka moja maleńka uwaga. Pracuję w prywatnej uczelni, kilkadziesiąt kilometrów od dużego miasta z publicznym uniwersytetem gdzie mieszkam. Chciałem kilkakrotnie założyć sobie kartę czytelnika w bibliotece uniwersyteckiej.
    Nie da rady, trzeba pracować na uniwersytecie, politechnice lub innej uczelni z tego miasta- lub uczelni, która ma podpisaną umowę z biblioteką uniwersytecką. Moja prywatna akurat nie ma podpisanej.
    Korzystam okazyjnie z karty koleżanki.
    Ktoś powie niemożliwe? A jednak tak jest. To są dopiero absurdy.

    OdpowiedzUsuń
  12. Belfer, to chyba oczywiste, ze biblioteka unieersytecka, ktora wydatkowala dziesiatki tysięcy złotych na zakup książek i wielokrotnie więcej na jej utrzymanie, nie zamierza udostępniać zbiorów studentom czy nauczycielom ze szkół prywatnych, gdy te nie zamierzają w tych kosztach partycypować. Prywaciarze chcą mieć wszystko psim swędem, jak najtaniej, byle nie musieli sami na tym tracić.

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.