czwartek, 16 grudnia 2010

Akademicki lanser















Kiedyś o nauczycielu akademickim, który lenił się, nic nie robił, tylko odcinał kupony od uzyskanego stopnia naukowego doktora mówiło się, że jest leserem. Dzisiaj trzeba dołożyć do tego jeszcze termin - lanser, gdyż ci, którzy wcale nie mają ani ochoty, ani potencjału czy kompetencji do prowadzenia działalności naukowo-badawczej, żeby zachować miejsce pracy, wykorzystują różne techniki lanserskie. Łażą tacy do swoich przełożonych i ich komplementują, opowiadają im, jak to sami są bardzo zapracowani, ile czasu muszą poświęcać na różne zadania i donoszą na tych, którzy pracują. Jak ich zapytać o wyniki własnej aktywności, to się okazuje, że są zerowe albo marne. Oni bowiem nie zamierzają pracować naukowo, prowadzić badania, studiować najnowszą literaturę, gdyż to jest dla frajerów, dzięki którym dana jednostka w ogóle może funkcjonować. Każda jednak struktura ma swoje pasożyty, które posłużą się dowolnym argumentem do usprawiedliwienia własnej marności, by niezależnie od tego i tak korzystać z wypracowanych przez innych przywilejów.

Chcąc osiągnąć poczucie stabilizacji i bezpieczeństwa oraz zrobić dobre wrażenie na swoim przełożonym, budują swoją „markę” na pozorach. Im częściej będą zawracać głowę swojemu przełożonemu, tym bardziej będzie on przekonany, że czynią tak z troski o instytucję i jej rozwój. Tymczasem lanserzy troszczą się tylko i wyłącznie o siebie, mając pełną świadomość tego, że gdyby wyłożyć na stół ich rzeczywiste dokonania, to okazałoby się, że ich nie ma. Marność nad marnościami. Ich podstawową dewizą jest przechwalanie się tym, czego to nie potrafią, jak wiele pracują i ile wynika z tego korzyści dla innych, a przede wszystkim dla szefa i jego jednostki, tylko kiedy przychodzi do złożenia sprawozdań i wykazania wymiernych wyników ich zaangażowania, prawie każda z rubryk świeci pustakami. Lanser jednak wie, jak sobie poradzić z tym problemem. Jego rolą jest bowiem osłabienie wartości tych, którzy rzeczywiście coś robią.

Namolni lanserzy wzbudzają irytację u tych, którzy rzeczywiście pracują naukowo i nie mają czasu na to, by obudowywać własne osiągnięcia działaniami autopromocyjnymi. Uważają, że dobra robota powinna mówić sama za siebie. Kiedy jednak dostrzegają, że z jakichś powodów nie są w stanie jej podjąć, muszą ją pozorować. Wystarczy prowadzić systematycznie w jednostce ocenę okresową pracy każdego nauczyciela akademickiego, by przekonać się, że więcej jest w niej lanserów, niż koneserów pracy. Największymi lanserami okazują się często ci, którzy oceniają innych, wymyślają różne procedury, zasypując ich kolejnymi kwestionariuszami. A oni? Jakie mają wyniki? Oni liczą wyniki innych i tak wiozą się na nich do następnej oceny.

5 komentarzy:

  1. Takich lasnerów - pozorantów jest wszędzie pełno, nie tylko w szkolnictwie wyższym. Mądry szef będzie wiedział z kim ma do czynienia.

    OdpowiedzUsuń
  2. Gorzej, kiedy szef sam jest lanserem.

    OdpowiedzUsuń
  3. W szkole wyższej, w której pracuję, nie tylko rektor jest lanserem i leseerem, ale i prorektorzy. To taka kupa wzajemnej adoracji, a złote usta aż pękają od ich hipokryzji. Sami doktorzy, ale gdyby przyjrzeć się ich dorobkowi, to raczej felczerzy pedagogiki. Żenada i wstyd.

    Joanna

    OdpowiedzUsuń
  4. Ano, przez takich człowiek nie ma pracy. 15 lat od doktoratu, 13, 10- i stękania: ile ja to nie robię, jak mnie zabraknie to kto? Kiedyś powiedziałem: każdego da się zastąpić. Usłyszałem, ale JA w instytucie pracuję JUŻ tyle lat.
    Potem docent i dąsy, jak mnie skrzywdzili.
    Było kiedyś takie brzydkie powiedzenie: dzień bez wazeliny dniem straconym. Kogo widać u szefa/owej najczęściej, "sprzedających" plotki itd.
    Ja tam jestem w stanie co dwa lata pisać książkę (w tej chwili co rok), jeśli dostanę dofinansowanie, będę jeździł na konferencje i je organizował- ale najpierw trzeba by przejechać czołgiem po publicznych uczelniach lub wysłać jakieś ministerialne trójki likwidacyjne (zwalniające)- to żart.
    Minister Hall jako już nie mój minister była mi obojętna, ale nareszcie bierze się za nauczycieli, decyzyjnie chce przymusić do pracy.
    To wstyd, ale po dwóch dekadach pracy w szkole- na dzień dobry 50 procent nadaje się do zwolnienia. Rozbić te koterie wzajemnej adoracji i pozorowania pracy. Na uczelniach również.

    OdpowiedzUsuń
  5. >Wystarczy prowadzić systematycznie w jednostce ocenę okresową pracy każdego nauczyciela akademickiego, by przekonać się, że więcej jest w niej lanserów, niż koneserów pracy. <
    Ale poco ją prowadzić.Z punktu widzenia władzy i kontroli arbitralność ocen jest zdecydowanie lepsza-uznaje się za dobrego tego kogo się chce i kogo warto uznać...;-)

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.