niedziela, 21 listopada 2010

Wyborcze „zarybianie” tymi, co czują się na siłach














Już od samego rana podjeżdżają w pobliże lokalu Obwodowej Komisji Wyborczej samochody, z których wysiadają elegancko ubrani mieszkańcy, by spełnić swój obywatelski obowiązek. Z toczących się przed budynkiem rozmów, spotkań, powitań i pożegnań wcale nie wynika, że czynią to z jakiegoś przymusu. Wręcz odwrotnie. Niektórzy nawet umówili się, jak na tzw. „paradę cmentarną”, by o tej samej porze oddać swój głos i jeszcze przy tej okazji pogadać.

Dzisiaj nie prowadzi się żadnej agitacji. Ja w każdym razie nie dostrzegam łamania w tym zakresie prawa. Widzę jedynie, że zmienia się kolejność wykonywanych działań. O ile w przypadku wyborów prezydenckich czy parlamentarnych samochody najpierw podjeżdżają w okolice kościoła, by po udziale w mszy świętej można było z czystym sumieniem udać się do urn wyborczych, o tyle w tych wyborach jest odwrotnie. Mieszkańcy najpierw udają się do lokalu wyborczego, a dopiero potem na mszę lub do pobliskiej knajpy czy na rodzinną lub przyjacielską kawkę. Pogoda sprzyja, więc można połączyć ów obowiązek ze spacerkiem, zabierając ze sobą dzieci, a jak ktoś chce, to nawet psa.

Moje dzieci bardzo lubią chodzić z nami na wybory. To one wrzucają wypełnione przez rodziców karty do głosowania. Nie ma lepszego przykładu, jak osobisty, więc zawsze zabieramy je ze sobą. Z tego, co wiem, to nawet mój ponad dwutygodniowy wnuczek podjedzie swoją „bryką”, by jego rodzice mogli oddać głos. On jeszcze tej karty nie wrzuci. Co najwyżej zrobi coś w pieluchę. Nie będzie to jednak związane z aktem wyborczym.


Sprawdzam jeszcze raz na ulotkach kandydatów, które wrzucano do mojej skrzynki pocztowej, co naobiecywali także mnie, bo lubię wiedzieć, na kogo na pewno nie oddam swojego głosu. Prawie wszyscy zobowiązują się do czegoś, czego i tak nie spełnią, bo nie są „złotą rybką”, której marzenia zamieniają się w gotowe już do wykorzystania dary. Są w tej grupie tacy, którzy startują z pozycji pewniaków. Właściwie, to niczego nam nie gwarantują, bo uważają, że i tak nie mamy wyjścia, musimy ten samorządny staw nimi zarybić. Na ich ulotkach nie ma zatem żadnej obietnicy, tylko w stylistyce pluralis majestatis zapisali, co pilnie trzeba w gminie czy mieście wykonać. Nieee, to nie oni mają coś robić, coś zabezpieczyć, na coś wpłynąć. Z ich teksu wylewa się „ikra” postulatów adresowanych do KOGOŚ, JAKIEGOŚ BLIŻEJ NIEOKREŚLONEGO BYTU, kiedy piszą, że:

Pilnie trzeba:

- zwiększyć dochody gminy poprzez wspieranie … i ściąganie…

- trzeba czynić starania w kierunku….

- musi poprawić się jakość
…. Itd.

Nawet nie mają pomysłu na zmniejszenie bezrobocia przez tworzenie miejsc pracy, tylko piszą o „promocji zatrudnienie i wspieraniu przedsiębiorczości”; o „tworzeniu warunków dla rozwoju gospodarczego…” , o gotowości podejmowania działań na rzecz uregulowania…”.

Oni będą wspierać, zapobiegać i się przejmować. Jeden to nawet napisał, że sam nic nie zrobi, bo „będzie wspierał autentyczne uczestnictwo mieszkańców miasta w kształtowaniu rozwoju miasta”. A co się będzie wysilać! Niech mieszkańcy biorą się do roboty, a on będzie ich wspierał!

Pewien kandydat to nawet napisał, że „Podniesie jakość kształcenia dzieci młodzieży”. Ciekawe, jak to zrobi? Chyba jest sztangistą czy oświatowym Pudzianem? Ale jak napisał, że jeszcze „uzdrowi sport”, to raczej jest lekarzem. Nieee, nie może być lekarzem, skoro jeszcze niżej zarejestrował w ulotce, że „będzie dbał o czystość…”. To chyba jest higienistką. A jak chce „zwiększyć aktywność miasta w promocji…” – to raczej jest alpinistą. To jest jakiś renesansowy człowiek ... Zna się na wszystkim i jest wszechkompetentny, bo nawet napisał, że „ułatwi dostęp do nowinek…” – to chyba jest „INKUBATOREM INNOWACJI” , albo jakąś NOWALIJKĄ.

Niektórzy przyjęli formułę wyrażania swoich poglądów i opinii na temat tego, co powinno się zmienić w moim mieście. Tacy napisali, że :

- należy energiczniej, odważniej i mądrzej zarządzać wykorzystując wszelkie możliwości…

- należy więcej środków inwestować w …

- należy poprawić …

- popieram …


- uważam, że należy szukać…

A wszystko to kończą stwierdzeniem: Kandyduję, bo czuję się na siłach, by wnieść swój wkład w rozwój…. „

Jedna z pań to nawet napisała, że jej dewizą jest „ułatwiać ludziom życie, a nie utrudniać”. Ciekawe, jak to uczyni?

Jak już ogłoszą wyniki wyborów, jak już te ZŁOTE RYBKI zaczną pływać w samorządowych radach, to zgłoszę się do nich po czterech latach i poproszę o wydanie mi tego, co obiecały.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz