poniedziałek, 8 listopada 2010

Akademickie alle gro…
















Alle gro i buczy, tylko nie wiadomo gdzie, kiedy dyskutuje się o kondycji szkolnictwa wyższego. Jak pisze dzisiaj w swoim artykule Renata Czeladko (Rzeczpospolita 8.11.2010), rektorzy publicznych i niepublicznych wyższych szkół zawodowych protestują przeciwko jednemu z tych zapisów w dyskutowanym w Sejmie projekcie nowelizacji ustawy Prawo o szkolnictwie Wyższym, który dotyczy wieloetatowości nauczycieli akademickich.

– To wbijanie noża w plecy tym uczelniom niepublicznym, które nie posiadają własnej kadry. Szczególnie dotyczy to szkół, które prowadzą studia na poziomie licencjackim – mówi prof. Waldemar Tłokiński, szef Konferencji Rektorów Zawodowych Szkół Polskich. – Jeśli rektor uczelni macierzystej nie wyrazi zgody pracownikom na dalszą pracę w naszych uczelniach, to wiele kierunków przestanie istnieć, bo z dnia na dzień nie wychowamy własnej kadry.

Zajrzałem na stronę Konferencji Rektorów Zawodowych Szkół Polskich i nie odnajduję na niej żadnej merytorycznej analizy tego problemu, odniesienia do jakichkolwiek diagnoz czy badań naukowych wskazujących na to, że istniejące w Polsce niepubliczne wyższe szkoły zawodowe uczyniły cokolwiek w tym kierunku, by zatroszczyć się o rozwój naukowy swoich kadr, o prowadzenie badań naukowych i o promocję czy publikowanie własnego dorobku naukowego. Właściciele szkół tego sektora woleli zadowolić się przejmowaniem dorobku wypracowanego przez zatrudnionych w nich profesorów w szkolnictwie publicznym, by pozorując wsparcie dla ich dalszych badań, uzyskać zgodę MNISW na prowadzenie studiów II stopnia.

Z obietnic dotyczących inwestowania we własną bibliotekę, w finansowanie własnych badań naukowych, w rozwój awansu naukowego własnych pracowników, po uzyskaniu owych uprawnień, niewiele pozostało. Wszystko chce się mieć tu niejako za darmo, wniesione bez wysiłku przez studiujących w postaci czesnego i przez akademickie kadry szkolnictwa publicznego. Tak więc ten nóż w plecy wbijają pracownikom niepublicznych szkół wyższych ci ich właściciele, którzy skupiają się przede wszystkim na własnym biznesie. Od lat bowiem wiadomo, że prowadzenie prywatnej szkoły wyższej jest najbardziej rentownym przedsiębiorstwem w tej dziedzinie życia społecznego, toteż inwestowanie w jego tzw. rozwój akademicki natrafia na bariery związane z poziomem nieuczciwości wobec zapowiadanej przez właścicieli misji i arogancji niektórych z nich wobec zatrudnianych kadr akademickich.

Większość niepublicznych szkół wyższych stała się hurtowniami dyplomów, takim internetowym „allegro”, w których handluje się dyplomami bez pokrycia w rzeczywistej wiedzy i umiejętnościach absolwentów. Ma rację prof. Andrzej Kolasa, przewodniczący Konferencji Rektorów Publicznych Szkół Zawodowych, który twierdzi, że uczelnie nastawione na kształcenie licencjackie nie zapewniają naukowcom możliwości prowadzenia badań i nie dla każdego są atrakcyjne jako pierwsze miejsca zatrudnienia. Jeśli nawet takimi się stają, to tylko na krótki okres czasu, najczęściej przed spodziewaną kontrolą Państwowej Komisji Akredytacyjnej. Po co je więc dotować z budżetu państwa?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.