niedziela, 17 października 2010

Zło pedagogiki liberalistycznej?











(rys. Piotr Olszówka)


Lubię pisane w stylu demagogicznym i propagandystycznym teksty profesorów filozofii, których przesłanie zawiera wielką troskę o Polaków, ich edukację, rozwój społeczno-moralny, a zatem wskazują, jak ich należy wychowywać. Można bowiem na ich rozprawkach, które najczęściej są publikowane na łamach prasy, prowadzić ćwiczenia ze studentami w zakresie czytania ze zrozumieniem i krytycznego myślenia. Będzie to im potrzebne, bo przecież wkrótce – jak życzy sobie tego resort szkolnictwa wyższego – oceniać będziemy jakość kształcenia nie po tym, czy student ma odpowiednią kadrę akademicką (ta będzie mogła być bez odpowiednich kwalifikacji), czy zajęcia odbywają się w siedzibie uczelni, czy może w jakiejś remizie strażackiej, czy mają dostęp do literatury itd., itd., ale po tym, jakie są tego efekty w postaci jego wiedzy i umiejętności. Jak się okazuje, postaw czy orientacji aksjonormatywnych nikt badać nie będzie. Całe szczęście, choć wiemy, że i tak by się to nie powiodło.

Sięgam zatem po artykuł ks. prof. Czesława S. Bartnika z „Naszego Dziennika” (11.10.2010), którego tytuł brzmi ostrzegająco: „Zło pedagogiki liberalistycznej”. Czytelnik nie może sam dokonać oceny tego, czy pedagogika, którą ewentualnie ktoś opisuje jako liberalistyczna, jest dobra czy zła, gdyż zanim jeszcze zapozna się z jej treścią, już ktoś za niego decyduje o tym, jaka jest w tym względzie prawda i po czyjej leży stronie.

Jeśli jednak ktoś tak jednoznacznie ocenia coś, czego jeszcze innym nie wyłożył, to znaczy, że jego tekst ma spełniać funkcję propagandową, a więc użyteczną z jakiegoś względu, ale na pewno nie ze względu na dociekanie prawdy. Tego przecież, po co to czyni, nie wyjawi. Obuduje natomiast swoją wypowiedź strachami, zagrożeniami, które powinny wywołać w czytelniku silny lęk, i to na tyle silny, aby nie wątpił, że każde skojarzenie ze znakiem, który zawiera w sobie treść: „liberał”, „”liberalny” czy „liberalistyczny” musi mieć negatywne zabarwienie. Czegokolwiek by ono nie znaczyło, to jest już samo w sobie złem, i to złem ostatecznym, z którym się nie dyskutuje, nie spiera, nie docieka jego istoty, zakresu czy możliwych znaczeń, ale z nim się walczy, zmaga, stara się je pokonać.

Każdy ma prawo oceniać coś, o czym ma pojęcie w kategoriach tego, czy jest to dobre czy złe, a więc z perspektywy moralnej, choć tego typu osąd ma wymiar subiektywny, jeśli wpisuje się w narrację, której autor nie posługuje się jednoznacznymi kryteriami oceny.
Artykuł nie zaczyna się od tego, czym jest pedagogika liberalistyczna i na jakiej podstawie autor przypisuje określonym treściom miano ich zgodności z takową pedagogiką. Już zastosowanie w wyrazie końcówki fleksyjnej „-styczna” świadczyć ma o tym, że jest to ta część wymienna, która ma zapewne także inne jeszcze związki semantyczno-znaczeniowe. Może czytelnik artykułu kojarzy słowo: socjalistyczna, kapitalistyczna, judaistyczna, konformistyczna, itp., to będzie mu łatwiej skojarzyć ów termin z czymś, co być może ma dla niego także negatywne znaczenie.

A może nie? A może autor wolał użyć takiego właśnie określenia owej pedagogiki, zamiast „liberalna”? Proszę się zatem nie dziwić, że z wielkim zainteresowaniem zacząłem czytać ów tekst z nadzieją, że odnajdę w nim odpowiedź nie tylko na pytanie, dlaczego ta pedagogika jest zła, ale też co ją określa, co ją wyznacza, czym się ona w istocie przejawia?

Tekst zaczyna się jednak od skutków, od następstw pedagogiki liberalistycznej, które autorowi udało się z mocą pewności zdiagnozować, rozpoznać na zasadzie przyczynowo-skutkowej. Tego typu dowody mają przecież dla każdego czytelnika największą moc przekonywania. Dwa plus dwa jest cztery, no, chyba, że ktoś jest jak w wierszu Juliana Tuwima Zosią - Samosią, to wówczas wynik brzmi osiem. Mam wrażenie, że dla ks. prof. Bartnika, który pedagogiem przecież nie jest i badań w tej dziedzinie żadnych nie prowadził, a w każdym razie żadnej publikacji z tego zakresu nie miałem okazji poznać, wynik został tak właśnie skonstruowany, gdyż on sam najlepiej wie. No więc przeczytajmy chociaż fragmenty tego tekstu, a zaczyna się tak:

Jedną z głównych przyczyn upadku dzisiejszej kultury wyższej jest błędna koncepcja edukacji i pedagogii dzieci oraz młodzieży na forum publicznym. Niektórzy powiadają, żeby z dzisiejszych teorii pedagogicznych wydobywać optymistycznie tylko to, co jest w nich wspaniałe i postępowe, i nie popadać w krytycyzm i pesymizm, bo trzeba kroczyć naprzód. Tak! Ale nie można wychwalać wielkiego, rzekomo, zdrowia człowieka, który jest poważnie chory. Gdyby była zdecydowana i odpowiednia krytyka, a nie naiwna euforia co do złych formacji dydaktyczno-wychowawczych młodzieży, to nie byłoby Hitlerjugend, Komsomołu, no i dziś młodzieży wyzwolonej z prawa, etyki i religii.

Zabrzmiało groźnie? Dla mnie tak, bo już widzę oczami wyobraźni, że moje dzieci, które są w wieku przedszkolnym i szkolnym zagrożone są wpływami chorych pedagogów, których podejście formacyjne, dydaktyczno-wychowawcze zmierza do tego samego, co obowiązywało w Hitlerjugend czy w Komsomole, ba, może skutkować wyzwoleniem moich dzieci z prawa, etyki i religii. To ja tego nie chcę!!! A Państwo chcecie? Jak nie chcecie, to uważajcie, by wasze dzieci – te naturalne czy poddawane waszym wpływom nie miały żadnego kontaktu z pedagogiką, której przedstawiciele – wyznawcy - wdrażacze:

1) sprowadzają cały proces dydaktyczny i wychowawczy tylko do swobodnego dialogu między uczniem-wychowankiem a nauczycielem-wychowawcą, jak równy z równym i co do wiedzy, i co do władzy;

2) kładą nacisk wyłącznie na osobistą inwencję i twórczość ucznia, któremu nauczyciel-wychowawca jedynie towarzyszy i któremu tylko pomaga w sposób bezarbitralny;

3) usuwają ze wszystkich procesów formacyjnych wszelki stres, nacisk, dyscyplinę pracy, oceny, a stosują jedynie zachęty, pochwały, delikatnie kształtujące opiniowanie;

4) forsują ogólnie postawę wchodzenia w życie głównie przez krytykę i sprzeciw wobec kultury duchowej, dawnej i obecnej, głównie prawnej, obyczajowej, moralnej i społecznej np. narzucają z całą siłą nową tematykę życia, jak dekonstruktywizm, feminizm, homoseksualizm, swobodę moralną, antyreligijność i rozbijanie tradycyjnej logiki w konstruowaniu nowej osobowości albo reprezentują kierunek antyszkolny, odrzucający lub minimalizujący na różne sposoby szkołę jako instytucję, a na jej miejsce wprowadzający jakąś wspólnotę nieformalną, konkretne środowisko lokalne lub jednostki ideologiczne, np. partie, stowarzyszenia itp.

5) rezygnują całkowicie z wychowania duchowego, osobowościowego, a ograniczają się do procesu przekazywania i zdobywania wiedzy, informacji, do praktyki i życia technicznego;

6) odrzucają prawdę o złu moralnym.

Zastanawiam się, do kogo adresowany jest ten tekst, pełen generalizacji typu: „jedynie”, „tylko”, „głównie”, „przede wszystkim”, skoro Cz. S. Bartnik asekuruje się stwierdzeniem: Oczywiście, w Polsce nie stosuje się tych kierunków w formie pełnej i zbyt otwartej, bo wielką rolę odgrywa tradycja, zwłaszcza katolicka, ale wdzierają się one coraz bardziej w teorię i praktykę.

Za chwilę jednak dodaje, by niebacznie zwracać uwagę na błędne założenia takiej pedagogiki, do których zalicza:

1. Tendencja do odejścia totalnego od tradycji klasycznej.

2. Przyjęcie indywidualizmu, gdzie miarą wszystkiego jest tylko jednostka sama w sobie, bez żadnych ograniczeń ze strony innych ludzi, prawdy, miłości społecznej, prawa, etyki.

3. Odrzucenie jednej i powszechnie obowiązującej etyki, wypływającej z natury człowieka, są tylko etyki partykularne i relatywne.

4. Wszystkie wspomniane kierunki odrzucają dyscyplinę i samodyscyplinę w pracy, zdobywaniu wiedzy i formowaniu swej osobowości, wszystko ma być spontaniczne i swobodne, a także przyjemne.


Jaki mają związek powyższe założenia z powstaniem Hitlerjugend czy Komsomołu, a także w jakiej polskiej szkole są one w taki właśnie sposób realizowane, by trzeba było przed nimi ostrzegać polskie społeczeństwo?

10 komentarzy:

  1. W "Imieniu Róży" jest przepiękny fragment na temat chaosu pojęciowego: Hubert tłumaczył Adsonowi, że jest rzeczą głęboko niesprawiedliwą karać jednego człowieka za winy innego.
    Adso zauważył, że inkwizytorzy walcząc z herezją mieszają wszystkie rozmaite herezje, o jakich słyszeli i przypisują je wszystkie razem złapanym przez siebie prostaczkom, którzy nawet tych pojęć nie odróżniają.
    Hubert wyjaśnił, że inkwizytorzy czynią tak świadomie i celowo, bowiem prostaczkowie nie mogą wybierać w herezjach i odróżniać - ich te kwestie nie interesują i nie są ważne, prostaczkowie chcą tylko jakoś zmienić swój ciężki los i wszystkie nadzieje wiążą z taką herezją, jaka w ich okolicy przypadkiem się pojawi.
    Jedynym motorem herezji jest los prostaczków.
    Tak więc karani są za swój los a nie za swoje winy.
    Nasuwa się na koniec tego wykładu niedopowiedziana myśl, że inkwizytora ten los akurat nic nie obchodzi, a w świetle sądowej przemowy Bernarda Gui (i spalenia jedynej żeńskiej bohaterki powieści) jest tylko użytecznym narzędziem, by kogoś odpowiednio często postraszyć stosem.

    Umberto Eco oparł ten powieściowy wykład na głębokiej znajomości historii średniowiecza, trzeba jednak przyznać, że i dzisiaj ludzie mający ambicje inwizytorskie również nie przejmują się sprawiedliwym atakiem - byle zniszczyć to, w czym upatrują zagrożenia dla swoich idei (które przecież wcale nie muszą być ideami wspólnymi dla wszystkich).

    Inkwizytor nie musiał tłumaczyć się przed nikim a każdy, kto podważał jego opinię - był heretykiem.
    Według inkwizycji podział między Dobrem i Złem przebiegał prosto: dobry jest inwizytor, źli wszyscy inni. To oni muszą udowodnić, że nie są winni ale inkwizytor nie musi brać pod uwagę ich dowodów.

    Cechą charakterystyczną inkwizycji było łączenie kompetencji ostatecznego sędziego, biegłego rzeczoznawcy, prokuratora i policjanta. Tylko brudzenie rąk wykonywaniem wyroku pozostawiano innym, po to by móc stwierdzić, że rozlew krwi obciąża władzę świecką.

    Dzisiaj inkwizycja nie ma już władzy sądowniczej, ale tradycja szerzenia chaosu pojęciowego dla osiągania własnych ideologicznych celów stanowi jej trwały wkład w historię i pozostaje natchnieniem dla rozmaitych dyktatur oraz, jak widać, marzeniem "Naszego Dziennika".
    Pod współczesną herezję nazwaną niemiłym dla wielu słowem (liberalizm) podpina każdą niemiłą "Dziennikowi" ideę (taką jak np. partnerstwo ucznia i nauczyciela, walka z dyskryminacją itd).

    Pedagogiczny wniosek?
    Narzędziem pracy użytecznym dla wychowawcy jest dostrzeganie chaosu pojęciowego stosowanego świadomie (etyka) i nieświadomie (ignorancja) oraz kształcenie poczucia odpowiedzialności za skutki własnych słów - czyli sprawdzanie, kto głosi, że "winny jest kto inny". Te trzy elementy są łatwymi do rozpoznania a jednocześnie bardzo szkodliwymi społecznie symptomami.

    Chaos pojęciowy jest narzędziem kłamcy - co najkrócej powiedział bodajże Chrystus (niech wasza mowa będzie tak-tak, nie-nie).

    Antycznym ideałem obywatela był "vir bonus dicendi peritus" - człowiek łączący wysokie walory etyczne na równi z umiejętnością ich przekazywania, przy czym podstawą etyki było poczucie odpowiedzialności za swoje czyny - które starożytnych Rzymian często pchało do własnoręcznego wymierzenia sobie kary.

    Mam wrażenie, że w życiu publicznym dzisiaj chętnie zrezygnowaliśmy z pierwszej połowy tego ideału, skoro duchowni posuwają się do świadomego używania chaosu i tym podobnych nieuczciwych środków.

    OdpowiedzUsuń
  2. Gdyby jednak nie ten chaos i wydobycie go na jaw przez profesora, nie mielibyśmy tak interesującego komentarza.

    OdpowiedzUsuń
  3. Panie PRofesorze, dziękuję. Kiedy tylko dostrzegłem ten artykuł, od razu przyszło mi na mysl: napiszę do Pana Profesora prosbę o analizę tego amteriału, gdyż sam nie pokuszę się o wnikliwą analizę tego "artykułu". Dziękuję, dziękuję, dziękuję. Już od dawna zauważyłem, że słowa liberalizm, laicyzm, i temu podobne są słowami wytrychami w ustach osób duchownych. Wszystko co nie zgadza się z poglądami RM i zowlenników tego medium, okreslane jest własnie takimi słowami. Emancypacja jest zła, krytyczna nauka o wychowaniu jest zła, asertywnosć jest zła itd. itp. Zapytałem kiedys pewnego księdza: dlaczego to, co zgodne z teologią moralną jest moralne, a to co choć trochę odbiega od dogmatów teologii moralnej jest już swieckoscią, laicyzacją, liberalizmem itd. Słowem: dlaczego to, co teologia moralna uważa za słusze tylko słusznym jest? Wymijająca odpowiedź padła.
    A jeszcze na marginesie: wyobraża Pan sobie publiczne postawienie tezy, że Jan Paweł II nie był tak naprawdę pedagogiem? Srodowisko ks. prof. Bartnika nieustannie używa zwrotu: najdoskonalszy nauczyciel młodzieży.
    Pozdrawiam i jeszcze raz dziękuję. Żałuję że nie dane mi było mieć zajęc z Panem Profesorem:)
    GK

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie obawia się Pan Profesor, że teraz przez środowisko RM będzie Pan nazywany liberałem, który karmi studentów laickim ateizmem i walką z wartościami chrześcijańskimi?:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie karmię i nie walczę, więc się nie obawiam.

    OdpowiedzUsuń
  6. Szanowny Panie Profesorze!

    Z uwagą przeczytałem powyższy wpis blogowy. Zapoznałem się także z wcześniejszymi komentarzami.

    Teraz powstrzymuję się przed zajęciem stanowiska, gdyż powinienem - i to uważnie - przeczytać tekst księdza profesora Bartnika. Są też inne sprawy, ważne, które utrudniają takową lekturę.

    Dlatego aktualnie koncentruję się na prośbie, która bierze swój początek w lekturze odnośnego wpisu i komentarzy. To, co tu przeczytałem budzi mój niedosyt poznawczy. Być może dlatego, że Pan Profesor rozpuścił czytelników swych tekstów - wśród nich mnie - głębią (w jakimś sensie, skończonością) rozważań. W tym przypadku odczuwam, już wcześniej wspomniany, niedosyt poznawczy.

    Uprzejmie proszę o udzielenie odpowiedzi na następujące pytanie:
    Co dobrego jest w pedagogice liberalnej (liberalistycznej)?
    Pytam o to, gdyż pedagogika (mam nadzieję, że w ogóle nauka) powinna wskazywać (na) dobro. Brak - zwłaszcza ewidentnego - zła to za mało. Zapoznałem się z wcześniejszymi wypowiedziami, ale nadal brakuje mi odpowiedzi o dobro.

    Z poważaniem,

    OdpowiedzUsuń
  7. Liberalizm ma wiele znaczeń, prawdziwy liberalizm definiowany jako wolność i zasada nie wtrącania się Państwa jest jak najbardziej wskazany. Współczesne tendencje w pedagogice jednak często wprowadzają liberalizm totalitarny, definiowany z hasłem przewodnim "nie ma tolerancji dla wrogów tolerancji". Ja nie dziwię się rodzicom, czy wychowawcom protestującym przeciw kompletnej relatywizacji moralnej i uczenia dzieci, że nie ma wartości uniwersalnych.

    OdpowiedzUsuń
  8. O tym, co dobrego jest w pedagogice liberalnej piszę nie tylko w kolejnych, jak i wcześniejszych postach, także w swoich książkach. Skutki edukacji liberalnej udokumentowałem także wynikami własnych badań empirycznych. To coś więcej, niż pisanie o tym, że ta pedagogika opowiada się za eliminacją z naszego życia zła - tak jednostkowego, jak i społecznego.

    Natomiast Maria miesza poziom liberalizmu gospodarczego, ekonomicznego ze społecznym i edukacyjnym. mimo, że nazywają się tak samo, nie są tym samym.Liberalizm jest przeciwko wmawianiu, że nie ma wartości uniwersalnych, jak i przeciwko temu, że nie ma wartości chrześcijańskich.

    OdpowiedzUsuń
  9. Dobrze byłoby znać różnicę chociażby między artykułem (wywodem) naukowym a publicystyką. A ks. Bartnik to trochę za wysokie progi jak na taki blogik...Sorry.

    OdpowiedzUsuń
  10. "Nasz Dziennik" - to właściwe progi dla publicystyki ks. Bartnika.

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.