wtorek, 14 września 2010

Polityczne lekcje wychowawcze, czyli oświatowe podchody



Od dawna wiadomo, że polski system oświatowy jest ściśle powiązany z systemem partyjnym. Po kilkudziesięcioletnim treningu PZPR-owskiej monowładzy oświatowej w okresie PRL, przerwanej na krótko okresem pełnej wolności i suwerenności politycznej w latach 1989-1991, polska oświata znowu wpadła we własną pułapkę upartyjnienia jej działań. Ilustruję to w swojej książce: Problemy współczesnej edukacji. Dekonstrukcja polityki oświatowej III RP” (Warszawa 2009). Nie powracałbym do tej kwestii, gdyby nie to, że sami politycy upominają się o miejsce na pierwszych stronach gazet jako ci, którzy – mimo bycia u władzy lub w parlamentarnej opozycji – co jakiś czas łamią zapisy ustawowe. Oświatę widać mają za własny folwark, na którym – jak dawniej w PRL czyniły to „kacyki PZPR” – mogą uprawiać swoje polityczne interesy.


Jeszcze nie ucichł spór o to, jakim prawem posłowie PiS Beata Kempa i Andrzej Dera wraz z Markiem Matuszewskim odbyli przed wakacjami w Zespole Szkół Nr 1 w Zgierzu lekcję wiedzy o społeczeństwie, a tu minister sprawiedliwości z Platformy Obywatelskiej Krzysztof Kwiatkowski odbył w ubiegłym tygodniu w Liceum Ogólnokształcącym Nr 1 w Łodzi lekcję z podstaw prawa. Już teraz rozumiem, w jakim kierunku zmierzają reformy oświatowe w naszym kraju. Nauczyciele muszą mieć swoich liderów. Bez nich nie będą wiedzieli, w jakim kierunku powinna zmierzać edukacja. A gdzie są liderzy? W partiach politycznych, i to najlepiej tych, które sprawują lub realnie mogą sprawować w przyszłości władzę w tym państwie.


Proponuję zatem, by lekcję przyrody – pokazową przeprowadziła minister zdrowia, lekcję matematyki - wiceminister nauki i szkolnictwa wyższego, lekcję historii prezes IPN, lekcję geografii – marszałek Sejmu, a lekcję o sztuce - minister kultury i dziedzictwa narodowego, itd. Szkół jest ci u nas dostatek, tak więc dla każdego znajdzie się jakaś wolna lekcja. Opozycji proponowałbym prowadzenie zajęć pozalekcyjnych np. świetlicowych, bo można pograć z uczniami w szachy (polityczne). Mogą też poprowadzić zajęcia wyrównawcze lub rewalidacyjne, bo jest komu w naszych szkołach prostować kręgosłup.

Art. 56. 1. Ustawy o systemie oświaty brzmi:
W szkole i placówce mogą działać, z wyjątkiem partii i organizacji politycznych, stowarzyszenia i inne organizacje, a w szczególności organizacje harcerskie, których celem statutowym jest działalność wychowawcza albo rozszerzanie i wzbogacanie form działalności dydaktycznej, wychowawczej i opiekuńczej szkoły lub placówki.
2. Podjęcie działalności w szkole lub placówce przez stowarzyszenie lub inną organizację, o których mowa w ust. 1, wymaga uzyskania zgody dyrektora szkoły lub placówki, wyrażonej po uprzednim uzgodnieniu warunków tej działalności oraz po uzyskaniu pozytywnej opinii rady szkoły lub placówki i rady rodziców.


Ciekawe, czy w powyższych przypadkach rada szkoły lub rada rodziców wyrażała pisemnie opinię akceptującą cała akcję? Pytanie retoryczne. Partie polityczne przecież nie działają na terenie szkół, jeśli ich liderzy wpadają do nich tylko na chwilę, na jedną lub dwie lekcje, by ratując szkolny budżet przeprowadzić nieodpłatnie określone (pożądane przez liderów partii) lekcje. To nie jest żadna działalność. Jeśli już, to charytatywna. Podchodami zatem można nazwać to, w czym ostatnio przoduje łódzkie środowisko oświatowe, a mianowicie: najpierw politycy PiS prowadzili społecznie lekcje, a wiceprezydent Zgierza Stanisław Łodwig złożył w tej sprawie doniesienie o możliwości złamania prawa przez posłów, a dzisiaj oskarżony za powyższe Marek Matuszewski zażądał od kuratora oświaty wyjaśnienia, czy podczas lekcji z podstaw prawa przeprowadzonej przez posła PO nie doszło do agitacji politycznej.


Już czekamy na wydanie specjalnych map turystycznych ze strzałkami wskazującymi, w których łódzkich szkołach nie byli jeszcze politycy PO, PiS, SLD czy PSL i jak można do nich trafić. Można też ukryć w pobliżu szkoły kopertę z konspektem takich zajęć. Kto ją znajdzie będzie mógł jako pierwszy złożyć skargę do … . No właśnie, do kogo? Chyba do wyborców!

2 komentarze:

  1. Szanowny Panie Profesorze!

    1. Przekartkowałem wzmiankowaną książkę Pana Profesora. Mam nadzieję, że uda mi się znaleźć czas na jej zgłębienie. Już na pierwszych około 20 stronach znalazłem sformułowania, które mnie zaskoczyły - pozytywnie zaskoczyły.

    2. Lekcji o prawie - poza przedmiotami prawniczymi (zwłaszcza w technikach i w szkołach policealnych) jest stanowczo za mało, o ile w ogóle są. Zdaję sobie sprawę, że już nawet w gimnazjach są tematy prawnicze w ramach "Wiedzy o społeczeństwie"; podobnie jest na poziomie przedmaturalnym. Problem tkwi w tym, że sama podstawa programowa WOS jest bardzo często nieżyciowa. Dominują tematy polityczne, a nawet ideologiczne. To może być nawet gorsze od ministra, czy parlamentarzysty, udającego nauczyciela.

    3. Proszę sprawdzić podstawę programową. Zastanawiam się, po co gimnazjalistom mogą być potrzebne zasady prawa wyborczego w Polsce. Na tę problematykę jest bardzo mało czasu, a zagadnień jest dużo. Niekiedy dochodzi do tego dodatkowa "kula u nogi" w postaci wskazówek podręcznikowych. W jednym podręczniku znalazłem radę w stylu: "zróbcie sobie parlament". W jednej z książek metodycznych (związanych z podręcznikiem WOS) dla nauczycieli są błędy merytoryczne. Oto jeden z nich: prokuraturę zaliczono (przynajmniej na schemacie) do władzy sądowniczej w Polsce współczesnej.

    4. Aktualnie można znaleźć informacje o studiach "unijnych" z zakresu przygotowania nauczycieli przedmiotów zawodowych, w tym prawniczych, lub administracyjnych. Zatem robi się coś, by dokonać zmian na lepsze.

    5. Zastanawiam się, co będą robili, gdzie będą pracowali, prawnicy (lub administratywiści) z przygotowaniem pedagogicznym, jeśli lekcje w szkołach będą prowadzili adwokaci i radcowie prawni. Pomysł wtłaczania mecenasów do szkół promuje Minister Sprawiedliwości. Jedni muszą skończyć trzysemestralne przygotowanie pedagogiczne, żeby móc nauczać w szkołach, zaś innych wysyła się do szkół, bez wspominania o uprawnieniach pedagogicznych. Może - np. w ramach wzajemności - Minister Edukacji Narodowej wyśle nauczycieli (niekoniecznie prawników) do prowadzenia spraw w sądach, lub do prowadzenia kancelarii prawniczych. Co powiedzieliby na to "ludzie w togach"? Uprawnienia pedagogiczne to jedno, a uprawnienia do prowadzenie kancelarii to drugie. Zastanawiam się, ilu nauczycieli oceni ministerialne pomysły w trakcie wyborów, chociażby najbliższych - do samorządów terytorialnych.

    Z poważaniem,

    OdpowiedzUsuń
  2. Otóż to, panuje u nas przyzwolenie na przekonanie, że skoro na oświacie zna się każdy, bo każdy chodził do szkoły, to każdy może innych nauczać i wychowywać. Tylko jakoś dziwnym zbiegiem okoliczności żaden z ministrów nie postuluje tego, o czym Pan pisze, by w kancelariach prawniczych zadania wykonywali pedagodzy, a może chemicy cze geografowie. Też przeciez potrafią czytać ze zrozumieniem i pisać, a nawet liczyć.

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.