piątek, 23 lipca 2010

Edukatorzy wolności i w wolności


Ukazała się książka niezwykła, jakich mało jest w naszym kraju, gdyż odsłaniająca zalety i słabości, trudy i powinności tych, którzy nie posyłają swoich dzieci do szkół publicznych i niepublicznych, ale prowadzą edukację w domu. Wielokrotnie pisałem w blogu o tym ruchu rodzicielskiego oporu transormatywnego, nurtu edukacji alternatywnej, pozytywnej kontestacji, którego zwolennicy realizują w sposób niezwykle konsekwentny ich naturalne, prymarne prawo do formacji osobowej własnych dzieci. Nie kierują dzieci do szkół nie dlatego, że nie zależy im na ich szczęściu, przyszłości czy jak najlepszym rozwoju, ale wprost przeciwnie, w tej właśnie formie edukacji realizują najbardziej szczytne przesłanki procesu edukacyjnego, kierując aktywność swoich dzieci zgodnie z etymologicznym znaczeniem pojęcia „edukacja” (łac. ēdŭcātĭō – wychowanie, ēdūcō – wyprowadzić, wyciągnąć, poprowadzić, wychować).

Nikt nie może tego uczynić od nich lepiej, gdyż żaden z nawet najlepiej wykształconych pedagogów nie jest w stanie włączyć w ten proces naturalnych emocji i więzi. Rodzic niczego nie musi udawać, nie musi grać przed dzieckiem, gdyż „szkołą” jest ich wspólną codziennością, toczącą się nieustannie, permanentnie przez 24 godziny na dobę. Tu niczego nie można sztucznie zaaranżować, wypreparować, ani też zbiurokratyzować, gdyż jest to najpełniej realizowana idea wolności w edukacji i edukacji w wolności.

Kiedy więc Państwo Marzena i Paweł Zakrzewscy piszą we wstępie do pięknie wydanej książki o edukacji domowej w Polsce, że jest to zjawisko edukacji poza zinstytucjonalizowanymi formami nauczania , to możemy się z tym tylko częściowo zgodzić. Ten typ edukacji toczy się w przeważającej mierze poza zinstytucjonalizowaną edukacją, ale jest jednak jej częścią, skoro pobierające nauki poza szkolnictwem publicznym czy niepublicznym dzieci i tak muszą przystąpić do egzaminów semestralnych i/lub rocznych w tych właśnie placówkach i na warunkach uzgodnionych z dyrektorem ich rejonowej szkoły. Owa pozainstytucjonalność sprowadza się zatem do wyeliminowania z życia tych dzieci i ich rodziców przymusu uczęszczania do szkoły, by w niej realizowany był obowiązek szkolny. W podporządkowaniu wszystkich podmiotów procesu kształcenia, niezależnie od miejsca jego realizacji, realizowane są nadal w naszym kraju przymus i unifikacja.

Słusznie zatem rodzice – edukatorzy własnych dzieci upominają się o to, by przywrócić pełną władzę rodziców nad edukacją własnych dzieci i znieść państwowy przymus szkolny. Kto chce, niech posyła dzieci do publicznych lub niepublicznych szkół, a kto chce, niech czyni to we własnym zakresie - w domu, ale niech nikt nie czyni tego pod przymusem.

W książce znajdą państwo wszystkie, najważniejsze argumenty za edukacją domową, choć nie stroniące od wskazywania także na jej słabości, na pojawiające się w jej toku problemy, ale czyż nie posiadają ich także nauczyciele szkół klasycznych czy alternatywnych? Co ważne, o edukacji domowej piszą rodzice (naukowcy, pedagodzy, filolodzy, przedstawiciele nauk o zarządzaniu, księża, psycholodzy, przedsiębiorcy, prawnicy, filozofowie, teolodzy, a także historycy), którzy sami ją realizują na co dzień, a są wśród nich osoby wykształcone, oświecone, mądre, wrażliwe, kochające swoje pociechy i konsekwentnie realizujące przesłanie: „Moje dziecko – moja odpowiedzialność”. Warto intelektualnie chociażby „posmakować” prawdy o edukacji domowej w wydaniu tych, którzy nią żyją na co dzień. A może ktoś znajdzie tu inspiracje dla swojej rodziny?

(zainteresowanych odsyłam do: www.uniarodzin.pl; www.edukacjadomowawpolsce.pl)

1 komentarz:

  1. Sięgnę do źródła, by uzupełnić wiedzę o edukacji domowej. Zrozumiały z punktu widzenia współczesności obowiązek edukowania dzieci nie może być tożsamy z przymusem posyłania ich do szkoły. Edukacja domowa i elastyczna powinna być prawem każdej rodziny i elementem szerszego systemu uspołecznienia oświaty państwowej, czyli ograniczeniu monopolu państwowego w kierowaniu szkołami do niezbędnego minimum i poddania szkoły permanentnej kontroli przez zorganizowaną społeczność lokalną. Może już dość pozorowania demokracji przy konkursach na dyrektorów szkół, w których rodzice jako główni klienci szkoły mają tylko jeden głos wśród wieloosobowej, zdominowanej przez przedstawicieli władz oświatowych "komisji konkursowej"!!!

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.