sobota, 24 lipca 2010

Akademickie i publiczne systemy wczesnego ostrzegania o (byle-) jakości kształcenia wyższego

Tyle jest zagrożeń, które czyhają na studentów i nauczycieli akademickich szkolnictwa wyższego na co dzień, że niektórzy zastanawiają się, czy na wzór systemów ostrzegawczych w innych sferach funkcjonowania państwa i społeczeństwa nie należałoby także w środowisku akademickim jeszcze silniej uruchmiać system wczesnego ostrzegania jako jeden ze składników służących do oceny wiarygodności kształcenia na danym kierunku w niepublicznej lub publicznej szkole wyższej.

System taki częściowo już istnieje, ale jest adresowany tylko i wyłącznie do władz uczelni. Stanowią o nim systematycznie prowadzone przez Państwową Komisję Akredytacyjną oceny jakości kształcenia, a także wdrażane przez uczelnie własne systemy „kontroli” jakości. Niestety, systemy te wprawdzie mogą ostrzegać kierownictwo o nadchodzących zagrożeniach, ale nie muszą zarazem rodzić działań profilaktycznych czy naprawczych. W niektórych szkołach wyższych wykorzystuje się je nie do powyższych celów, ale do nasilania działań maskujących, pozorujących tak, by mające wewnątrz uczelni patologie można było lepiej ukryć, by nikt nie dowiedział się o ich występowaniu.

Tymczasem, kiedy dochodzi do egzekwowania przez władze resortu spełnienia określonych standardów kształcenia, jeśli w ogóle ma to miejsce, to władze uczelni uszczelniają system informacji na temat rzeczywistego stanu rzeczy, by nie wyciekł on do opinii publicznej i nie spowodował lawinowej rezygnacji studentów z kształcenia w jej murach.

Każdy niekontrolowany przeciek, a o ten nie jest trudno, gdyż nie są to sprawy wagi państwowej, objęte ochroną danych ze względu na tajemnice państwowe, skutkuje serią pytań i protestów głównie studentów, którzy nagle uświadamiają sobie, że uczestniczyli w fikcji, o której nie mieli pojęcia. Przecież (jakieś) zajęcia się odbywały, ktoś je prowadził, ktoś wpisywał zaliczenia, ktoś coś im obiecywał o czymś zapewniał, aż tu nagle okazuje się, że to wszystko było tylko picem na fotomontażu. Kogo zatem atakują? Media i konkurencyjne szkoły, bo nagle zdają sobie sprawę, że w grę wchodzi jakaś „walka o nich jako klientów”. Na forach internetowych aż roi się od relacji czy opinii, które potwierdzają, że nawet pracownicy danej uczelni czy jej absolwenci zdawali sobie sprawę z mających w niej miejsce patologii, pisząc np.:

Jak zwykle pierwsze są teorie spiskowe. Gazeta X jest winna upadku wyższej szkoły Y, która poprzez swoich ludzi wmontowała jej oszustwa, niekompetencje, latami trwający rozkład systemu, rektora-iluzjonistę. Jednak jej pracownicy i studenci wiedzą, że jest to po prostu bardzo lipna szkoła (bo przecież nie uczelnia).

• Dzięki takim uczelniom dziesiątki tysięcy osób w Polsce szczyci się posiadaniem papierka i znikomą wiedzą. Kilku znanych mi absolwentów tej "zacnej" uczelni twierdziło, że wystarczyło "płacić czesne" i ukończenie tej uczelni było raczej pewne. Trochę przypominało mi to "Fabrykę oficerów" Kirsta - produkować materiał ludzki szybko i hurtowo, wypuszczając masowo wadliwy towar.

• Ja jestem pewna, że sama uczelnia wydała na siebie wyrok. Stało sie tak przez pazerność właściciela. Jeśli ktoś chciał czegoś sie nauczyć, to na pewno mu sie udało ale prawda jest niestety taka, że to taśma produkcyjna i obecnie z kształceniem na poziomie uniwersyteckim ma niewiele wspólnego. Ogromna większość studentów to osoby, które nie chcą stracić renty. Wielokrotnie Uczelnia pozwalała na to by studenci nawet 5 razy byli na tym samym semestrze- "reaktywowali się" zatem na pewno chodzi tu o kasę a nie naukę. Sama obrona to również żenada, bo jak inaczej nazwać pracę licencjacką oceniona na 3,mającą 30 stron, z czego połowa to zdjęcia. Zresztą sami studenci byli oszukiwani, bo w rzeczywistości mieli dużo mniej godzin zajęć, niż przewiduje program. Szkoda ludzi, którzy wybrali tą Uczelnie żeby rzeczywiście czegoś sie nauczyć, bo po prostu byli oszukiwani

• Nie mam nic przeciwko wykładowcom, choć wiedzieli o całym tym procederze i w nim trwali. Winne są tylko władze uczelni. A wykładowcy zaniżają poziom, do poziomu jaki większość grupy sobą prezentuje..bo przecież wykładowca nie jest cudotwórcą i nie zrobi z wróbelka orła! Czego Jaś się nie nauczy...Ale przez to cierpią inni bo niczego nowego się nie nauczą a wręcz przeciwnie powtarzają stare wiadomości i przez całokształt grupy wykładowcy też ich uważają za marniaków.
itd., itp., itd.

Gdyby działał publicznie dostępny system wczesnego ostrzegania, to być może umożliwiałby wczesne rozpoznanie zagrożenia odebraniem uprawnień danej uczelni do prowadzenia kształcenia na określonym kierunku i pozwalałby na uruchomienie odpowiednich procesów naprawczych, w które włączyliby się także studenci i nauczyciele akademiccy. Obecnie, tylko dla "właścicieli szkół" wizja upadłości kierunku kształcenia często jest postrzegana jako zagrożenie lub nawet jako nieuchronne zmierzanie do katastrofy. Dla kadry akademickiej takiej szkoły, a szczególnie dla członków jej organów władzy kolegialnej, byłby to sygnał do podjęcia działań zmierzających do polepszenia sytuacji. Dlatego też umiejętnie zarządzając ryzykiem i mierząc je za pomocą systemów wczesnego ostrzegania mogłyby skutecznie przewidzieć przyszłe zdarzenia zagrażające istnieniu kierunku kształcenia.

Wskaźnikami występowania patologii w szkołach wyższych są m.in.:
- brak nauczycieli akademickich w tzw. minimum kadrowym,
- prowadzenie kształcenia w nielegalnych wydziałach czy jednostkach zamiejscowych (także poza granicami kraju),
- pogarszająca się sytuacja naukowa środowiska akademickiego w wyniku ograniczania i zaniechania przez właściciela finansowania badań naukowych,
- ograniczanie zakupu literatury specjalistycznej do biblioteki czy prenumeraty czasopism naukowych,
- zwiększanie zatrudnienia w administracji i obsłudze technicznej szkoły a niezatrudnianie wysokiej klasy nauczycieli akademickich,
- obsadzanie zajęć dydaktycznych nauczycielami zatrudnianymi na umowy, a nie na etacie,
- zatrudnianie przede wszystkim naukowców w wieku emerytalnym,
- niereagowanie władz uczelni na skargi i zażalenia studentów,
- wysoka fluktuacja kadr naukowych,
- spadek rekrutacji,
- niski poziom prac dyplomowych,
- nieskreślanie „wiecznych” studentów,
- przyznanie jednostce akademickiej warunkowej lub negatywnej oceny jakości kształcenia na danym kierunku,
- tworzenie przy szkole quasi akademickich firm pozorujących funkcje związane z edukacją na danym kierunku,
- przyjmowanie studentów z innych uczelni bez wyrównywania różnic programowych, a kiedy z własnej jednostki studenci chcieliby się wycofać, to niewydawanie im dokumentów,
- marionetkowe władze jednostek organizacyjnych czy organy władzy jednoosobowej w uczelni niepublicznej,
- skracanie obowiązującego czasu nauki,
- prowadzenie zajęć głównie w formie wykładów i w licznych grupach,
- wysoka liczby bezrobotnych lub pracujących niezgodnie z wykształceniem wśród absolwentów danego kierunku itp.

Ten system działa, tylko wolimy pomijać jego sygnały ostrzegawcze, nie dociekać powodów istniejących czy wyłaniających się w uczelni patologii, bo tak jest z różnych powodów i różnym osobom wygodniej.

5 komentarzy:

  1. Jestem studentką upadającej AHE, a niedługo prawdopodobnie będę byłą studentką. Co prawda dziwiły mnie praktyki tej uczelni i wiele afer śledziłam na bieżąco, jednak ponieważ system kształcenia jaki wybrałam (e-learning) był przedsięwzięciem nie tylko AHE, ale też UMSC w Lublinie, łudziłam się, że zagrożenia nie ma. W mojej sytuacji tylko system e-learningowy wchodzi w grę(pracuję cały tydzień łącznie z sobotą). Chciałabym zwrócić uwagę, że czasami studenci nie wybierają uniwersytetu ze względu na sytuację życiową (ubiegam tutaj mentorów proponujących kształcenie na uniwersytetach zamiast w "prywatnych szkółkach") Sama jestem po studiach na uniwersytecie państwowym w Krakowie i nie powiem, żeby organizacja tam była lepsza. Panował chaos i ignorancja wobec studentów, w sumie na PUW-ie nauczyłam się więcej niż na swoich poprzednich studiach.
    Gdyby PUW miał większą konkurencję w metodach kształcenia na odległość, wielu ludzi nie przychodziłoby do szkoły, która ma taką a nie inną reputację. Niestety wielu znanych mi studentów - osoby rozgarnięte, chociaż pewnie w to nie wierzą sceptycy, którzy są zapatrzeni na państwowe uczelnie - nie mają możliwości studiować zaocznie z różnych względów.
    Nie usprawiedliwiam AHE -brzydzę się praktykami manipulacji i lawirowania na granicy prawa - ale uważam, że atakowanie studentów za wybór uczelni niepaństwowej jest niesprawiedliwe. Gazety mało zaszkodziły szanownemu kanclerzowi, bardziej studentom.
    A za zwłokę w ingerencję w to, co robi szanowny pan kanclerz mam osobisty żal do Państwowej Komisji Akredytacyjnej. Rekrutacja trwa...

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy pisze...
    To, o czym Pani pisze, nie dotyczy tylko AHE, ale także wielu innych uczelni niepublicznych - tak w Łodzi, jak i w całym kraju, w tym także publicznych. Fałszu nie widać z zewnątrz, bo on musi być ukryty. Przynęty są na tyle atrakcyjne, że mało kto dostrzega, jak został na nie schwytany. A potem, to już tylko "patelnia". Wystarczy spojrzeć na stronę PKA, by się przekonać, że system ostrzegania dotyczy także kierunków w mniej lub bardziej renomowanych uczelniach publicznych, wyszych szkołach zawodowych. Studenci są ofiarami rozwiązań, których nie mogą być świadomi, gdyż nie mają dostępu do wiedzy na temat mających miejsce pierwszych przejawów możliwego kryzysu. Ofiarami tych patologii są też nauczyciele akademiccy, szczegolnie ci, ktorzy dali się uwieść zapewnieniom, obietnicom, blichtrowi, reklamom, pięknym budynkom czy słowom na temat tego, czego tu wspaniałego będą mogli dokonać. Po kilku latach przekonują się, że tkwią w fikcji, że zostali wykorzystani przez właścicieli, kanclerzy, dziekanów itp., gdyż naiwnie uwierzyli, że wszystkim i wszędzie chodzi o prawdziwą naukę i wysokiej jakości dydaktykę. A w rzeczy samej niektórym zależy na czymś zupełnie innym. Na wykorzystaniu koniunktury, na zbijaniu zysków wyższych, niż gdyby musieli czymś handlować czy coś produkować. Tu kasa sama "przychodzi" i pcha się drzwiami i oknami, bo wielu uwierzyło, że mogą kupić sobie dyplom i chwalić się tym w rodzinie, jeśli nawet nic on nie będzie znaczył na rynku pracy. Nauczyciele odchodzą, jeśli chcą jescze zachować jakąś twarz, o co zresztą rok temu apelowała grupa senatorów i posłów. Ale tej twarzy niektózy nigdy nie mieli, więc mogą ją tracić także w innej firmie pod nazwą: "wyższa szkoła...". Profesor pisał przecież o dziekanie jednego z uniwersyteckich wydziałów, który jawnie zobowiązywał swoich profesorów i doktorów, by na II etacie w prywatnej uczelni markowali pracę, by się nie angażowali. Tam mają dorabiać i udawać. Inni tego nie mówią, ale czynią tak, bo tak jest im wygodniej. Żal, że doszło do tak głębokiej degeneracji szkolnictwa wyższego w Polsce. Pewnie wszyscy w tym w jakiejś mierze uczestniczą, albo przed tym ostrzegają. Tylko kogo to obchodzi? Polak jest przecież mądry po szkodzie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Anonimowa pisze, że nauczyła się więcej na PUW metodą na odległość niż na tradycyjnych studiach.
    Czy nie oznacza to, że nauczyłaś się sama, miałaś inną motywację, jesteś starsza, mądrzejsza, bardziej doświadczona.
    PUW to rodzaj studiów eksternistycznych, za które trzeba płacić i uczyć się samemu. Metoda e-leraning mogłaby być dobrą metodą, ale wymaga dużego zaangażowania od wykładowców oraz finansowania min badań, rozwoju stosowanych metod od uczelni

    OdpowiedzUsuń
  5. Case AHE przyczynił się do powstania notki na blogu Dolnośląskiej Rady Przedsiębiorczości i Nauki. Piszemy o zdrowej i niezdrowej konkurencji w dobie niżu demograficznego. Zapraszamy do dyskusji:
    http://drpin.wordpress.com/2010/07/23/jak-uczelnie-walcza-o-studentow-a-jak-powinny/

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.