środa, 5 maja 2010

Naukawa półtusza

Na wydziale pedagogicznym jednego ze słowackich uniwersytetów pewna pani - doktor pedagogiki, pełniąca zresztą funkcję kierowniczą w jednej z polskich uczelni publicznych i zatrudniona zarazem w innej uczelni niepublicznej, postanowiła zatroszczyć się o swój awans naukowy – o uzyskanie stopnia doktora habilitowanego. Jak ktoś chce być samodzielnym pracownikiem naukowym, to jest oczywiste, że musi udowodnić nabycie w tym zakresie określonych kompetencji, wykazać się publikacjami, udziałem w konferencjach naukowych, wypromowaniem pedagogów, udziałem w zespołach badawczych lub indywidualnym prowadzeniem badań, współpracą zagraniczną itd., itd. Wspomniana pani doktor nauk humanistycznych powinna zatem podjąć pewien wysiłek umysłowy, poczytać, przeanalizować stan dotychczasowych badań w interesującym ją obszarze zagadnień i po opracowaniu własnej koncepcji przeprowadzić (zgodne z obowiązującymi w naukach humanistycznych standardami) badania naukowe, a następnie opublikować ich wyniki.

W tym jednak przypadku trud był nadaremny. Prawie żadnego artykułu, jak i żadnej książki nie napisała samodzielnie. W większości przypadków z jeszcze jednym doktorem. Można powiedzieć, że jej samodzielność okazała się połowiczna. W swoim „myśleniu" o sukcesie naukowym wybrała model półtuszy, to znaczy odcięcia z danych o opublikowanych artykułach czy książkach swojego współautora i zatuszowanie tego tak, by poza granicami kraju, gdzie przecież nikt nie ma możliwości sprawdzenia tego typu danych (a może i nie był tym zainteresowany), wszystko wyglądało na zgodne z obowiązującymi tam wymogami. Nie udało się. Ktoś jednak, przez zupełny przypadek, odkrył jej oszustwo, choć członkowie komisji naukowej nie dawali temu wiary. Nie mogło przejść im przez myśl, że Polka potrafi oszukiwać. Ot, taka naukawa półtusza – tu sza, tam sza…

3 komentarze:

  1. Panie Profesorze, skoro habilitacje rodzą tyle wątpliwości i nakłaniają ludzi do takich zachowań (jak powyższe i wiele innych, o których często słychać)czy nie lepiej byłoby się ich pozbyć. Jest wiele dobrych systemów, które radzą sobie bez hab. i to całkiem dobrze. Trwanie przy habilitacjach wydaje się irracjonalne. Wywołuje patologiczne sytuacje zarówno po stronie tych, którzy o nie zabiegają, jak i tych którzy o nich decydują (naukowi oligarchowie, gerontokracja?). Wyższe poprzeczki dla doktorów, stanowisko profesora na bazie terminowego kontraktu i realne konkursy na uczelniach na takowe stanowiska. Jak sie zdaje dość łatwo można wyeliminować patologię. Chociaż znając rodzimą zasadę "sie kombinuje, sie żyje" to utopia.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak, popieram poglądy Anonimowego. Znam osobiście takich pseudonaukowców. Słowackie habilitacje, zero dorobku naukowego i na uczelni tyuły i PENSJE profesorskie. Poza tym olbrzymia pewność siebie i oczekiwanie szacunku dla ich osoby. To jest po prostu OBRZYDLIWE. Dziwi mnie, że władze to tolerują i wspirają. Ale tak właśnie jest.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wszystko na sprzedaż. Na jakim świecie my żyjemy?
    Jeśli lekarze i prawnicy pozwalają sobie na podobne postępki to najwyższa pora zabierać się z tego kraju. Już raz nam powiedziano, że świat nie zna precedensu plagiatu, w związku z czym tak trudno tworzyć i doskonalić programy antyplagiatowe. Nie ma po prostu od kogo się uczyć. Pewnie podrabianych habilitacji też nie. Tylko Polak/ Polka potrafi. Wstyd i hańba dla autorki tych wymyślnych matactw oraz dla tych, którzy jej na nie pozwolili

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.