wtorek, 5 stycznia 2010

Studenckie typy i typki

Nadchodzi trudny okres tak dla studentów, jak i ich nauczycieli akademickich. Ci pierwsi muszą rozliczyć się z własnej pracy nad sobą, z poziomu i umiejętności istotnych do zaliczenia poszczególnych przedmiotów, ci drudzy zaś muszą także dokonać podsumowania swojej pracy naukowo-dydaktycznej (to przecież także konieczność złożenia swoim zwierzchnikom sprawozdań za pracę w minionym roku; udowodnienia, że ma się więcej publikacji, niż 40 czy 50) i odłożyć swoje indywidualne pasje naukowe, by sprawdzić to, co potrafią ich studenci. Spójrzmy na studentów, bo o ligach akademickich i typach zaangażowania kadr nauczycielskich w szkolnictwie wyższym trafnie pisał Lech Witkowski (polecam jego najnowszą książkę: (Ku integralności edukacji i humanistyki II. Postulaty, postacie, pojęcia, próby, Toruń 2009).

JEDNA Z MOŻLIWYCH TYPOLOGII

Dla studentów tzw. pierwszej ligii, ekstraklasy - zaliczenie jest efektem ubocznym ich intensywnej, samodzielnej czy we współpracy z innymi pracy studyjnej, realizowanych projektów. Właściwie, gdyby nie było obowiązku dokumentowania tego zaliczeniami, to nawet nie zauważyliby, że upłynął im już semestr zimowy i wkroczyli w kolejną fazę studiowania. Być może, jedynie zmieniająca się za oknami aura i pojawiające się co jakiś czas dni wolne od zajęć (ferie, sesja, przerwa międzysemestralna) uświadamiałyby im konieczność chociaż krótkiego zdystansowania się do bieżących zadań i obowiązków, ale oni i tak byliby aktywni, poszukujący, działający. Dotyczy to tych, rzecz jasna studentów, którzy wiedzą, czego pragną, mają określone zamiary, aspiracje, oczekiwania, toteż mają nawet prawo do swoistego rodzaju roszczeniowości wobec akademickiego świata, by odpowiadał na ich potrzeby zgodnie z zawartym czy przysługującym im kontraktem. Zapewne każdy nauczyciel akademicki ma takich studentów w grupach, z którymi prowadzi wykłady, ćwiczenia czy seminaria.

Najłatwiej jest ich rozpoznać w całej społeczności studenckiej, kiedy zapowie się, że wykłady czy ćwiczenia są nieobowiązkowe i że może w nich z własnej woli, bez żadnego formalnego przymusu uczestniczyć ten, kto naprawdę chce się czegoś nauczyć, w czymś uczestniczyć, coś rozwiązywać, projektować itp. I to jest ta pierwsza liga, ci najsilniej umotywowani, niekoniecznie nawet najzdolniejsi, ale niewątpliwie posiadający już znaczące kompetencje, chłonni, zaangażowani i myślący. To pasjonaci, miłośnicy przyszłego lub wykonywanego zawodu, gdyż wśród nich są przecież studiujący w systemie niestacjonarnym.

Drugą ligę stanowią ci, którzy mają aspiracje związane z ich własną edukacją, ale okres studiów chcą potraktować zarazem jako okazję do czegoś więcej, niż tylko czy przede wszystkim – zaangażowane studiowanie. Są zdolni, dobrze wykształceni, znają swoje możliwości, więc mogą w systemie formalnych zaliczeń bardzo łatwo zaznaczyć swoją pozycję, z doskoku, często na ostatnią chwilę przygotowując się do sprawdzianów, egzaminów czy wykonując poprawnie zadane im prace projektowe. To są ci studenci, którzy muszą sobie wygospodarować w toku semestru czas na różne zainteresowania, na osobiste pasje niekoniecznie nastawione na przyszłą pracę zawodową. Niektórzy studiują tylko i wyłącznie dla własnej przyjemności, a dyplom nie jest dla nich czymś ważnym, gdyż i tak mają zapewnione miejsce pracy.

Trzecią ligę stanowią ci, dla których studiowanie jest utrapieniem, bólem, cierpieniem, przykrą koniecznością, musem, czymś, przez co muszą przejść, ale w czym absolutnie nie widzą i/lub nie chcą dostrzec czegokolwiek ważnego, przyjemnego, potrzebnego im w życiu. Studiują bo muszą, bo wierzą, że uzyskany dzięki temu kredencjał stanie się dla nich biletem wstępu do instytucji, przedsiębiorstw czy założonych przez siebie firm. Na to ostatnie rozwiązanie jednak specjalnie liczyć nie mogą, a nawet nie powinni, gdyż przecież z własnej winy niewiele potrafią, niewiele wiedzą, w niczym się nie orientują. Przeszli przez studia „na gapę” tak, jak niektórzy korzystają z środków komunikacji publicznej. Wsiadają do autobusu i na każdym przystanku rozglądają się, czy nagle nie wejdzie do niego „kanar” i trzeba będzie zapłacić karę, a może i najeść się wstydu. Na studiach zachowują się podobnie.

Na zajęcia nie chodzą, bo przecież i tak nie są one im do niczego potrzebne, biblioteki nie znają, nic lub niewiele czytają (jeśli już, to są to głównie skserowane notatki tych, co chodzą na zajęcia, i to najczęściej tych z II ligi, bo notatki tych z I są i tak dla nich za trudne, niezrozumiałe), a kiedy nadchodzi czas zaliczeń, siadają w pobliżu tych, którzy mogliby im pomóc lub korzystają z własnych technik ściągania (tu polecam książkę Konrada Kobierskiego wydaną w „Impulsie”, gdzie zostały bardzo dobrze opisane różne techniki ściągania). A kiedy muszą napisać na zaliczenie czy egzamin jakąś pracę pisemną, to gwarantuję, że w tej grupie są to tylko i wyłącznie plagiaty lub prace zakupione u infobrokerów, w internecie. Przedkładają coś, co nie jest wytworem ich pracy, a kiedy egzaminator zadaje im pytanie związane z przedłożoną treścią, to nie wiedzą nawet, w którym kościele dzwonią.

4 komentarze:

  1. Przyznam, że jestem zawiedziony. Została pominięta grupa studentów, która w mojej ocenie wymaga najwięcej uwagi wyrozumiałości i pracy ze strony nauczyciela.

    Mam na myśli studentów bardzo ubogich, którzy z różnych względów nie mogliby studiować, gdyby nie ich własna determinacja. Zarówno na studiach dziennych i zaocznych spotyka się przysypiających na wykładach, czasem nie znających fundamentalnych pojęć z olbrzymimi lukami w "kapitale kulturowym" jakby to powiedziel Bourdieu. Cechuje ich jednak olbrzymia determinacja. Skończenie studiow jest dla nich jedyną szansą ucieczki od życia, którego nie chcą.

    Bardzo łatwo umieścić ich w grupie "cwaniaków i nieuków". Jestem jednak zdania, że istnieją metody na wyodrębnienie tej grupy i specjalne jej potraktowanie. Poświęcenie jej więcej uwagi, "wyrównanie" do oczekiwanego przez nauczyciela poziomu i czasem zwyczajne pozwolenie na przespanie się na wykładzie.

    Mam nadzieję, że napisałem dość jasno. Grupa o której mówię byłaby I ligą, gdyby miała pieniądze na studiowanie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie wprowadzałem w tej typologii kryterium "kapitału kulturowego" czy "kapitału ekonomicznego", ale motywacyjne (aspiracyjne). Ta grupa studentów, o której Pan pisze zapewne mieści się w każdej z tych trzech grup. Ci, co przysypiają na wykładzie, nie wiedzieć dlaczego nań przychodzą, zamiast się wyspać w domu. Z posłuszeństwa szkolnego? Z konieczności odnotowania ich fizycznej obecności? Ja dlatego nie prowadzę list obecności, bo mnie fizyczna (wszystko jedno - śpiąca czy zasypiająca, kawiarniana czy plotkarska ich obecność) po prostu nie interesuje. Ja ich nie lekceważę, tylko im współczuję. Szanuję ich determinację, ale wiem, jak marne są jej efekty.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ma Pan Profesor rację, doczepiłem się niesłusznie uderzając w brak elementu w typologii, który nie wiązał się z kryterium.

    Niechcący wyszedł problem, który uważam za szalenie istotny. Biorę pod uwagę Pana wieloletnie doświadczenie dydaktyczne jednak wydaje mi się, że dydaktycy akademiccy są za mało uwrażliwieni na problemy socjalne swoich studentów.

    Przykładem niech będzie rozmowa:

    -Pani profesor, niestety nie będę mogła uczestniczyć w pierwszych 15 minutach zajęć seminaryjnych, ponieważ nie pasują mi połączenia kolejowe, a nie moge zostawić dziecka samego.
    - Ojej, proszę więc zastanowić się nad kupnem samochodu.

    Najzabawniejsze (przez łzy), że Pani Profesor była w tym autentyczna, tzn. radziła szczerze i z dobrotliwą miną.

    Patrzę krytycznie, na moją wrażliwość w tej dziedzinie, czas pokaże czy jest to moja postawa, czy młodzieńcze przeakcentowanie ważności problemów. Nie wiem... czas pokaże.

    Odpowiadając na Pana pytanie. Przychodzą ponieważ chcą uczestniczyć w wykładzie, ale czasem po prostu nie dają rady.

    OdpowiedzUsuń
  4. Pewnie jest z tymi postawami różnie. Ma Pan rację. Znam starszą panią profesor, uwielbiającą swoich studentów i seminarzystów, która wiezie im z Warszawy kilkaset kilometrów pociągiem (!) własne książki, bo wie, że oni, mieszkający na wsi czy w małej miejscowości, nie mają do tych tytułów dostępu. Sądzę, że wielu spośród nas przejmuje się czynnikiem ubóstwa, trudności z dojazdami, brakiem środków na zakupienie literatury czy prenumeratę czasopisma. Inna kwestia, to czy nasi studenci to doceniają? Czy nie traktują tego, jak naszego obowiązku?
    Sam studiowałem w okresie, kiedy było i głodno i chłodno, ale dokonywałem też pewnych wyborów, zamiast pójść na obiad, kupowałem książkę w antykwariacie. Ktoś inny, życzliwy mnie dożywił. Czasami, jak się czegoś bardzo chce, to można to uzyskać, tylko trzeba też podjąć jakieś działania w tym zakresie.
    Być może wkrótce będziemy musieli wprowadzać dodatkowe formy zajęć dla tych, którzy byli w szkolnictwie publicznym w mniejszym czy większym zakresie wykluczani, szykanowani, degradowani, i mają teraz problem ze skupieniem uwagi, z motywacją do studiowania, z zaufaniem do prowadzących. Bo kiedy dostają się na studia, za które muszą dużo - jak na ich warunki socjalne - zapłacić i nie przychodzą na zajęcia, i niczego nie komunikują, o nic nie zabiegają, to wciąż ważne jest pytanie - po co to wszystko czynią? Czy jak wchodzą do sklepu, to płącą za towar, którego nie zabierają ze sobą?
    Jak komuś pomóc, w czym go wesprzeć, skoro on tego nie chce, albo nie potrafi przekazać?

    Jeśli ktoś przyjdzie na wykład i nie daje rady, to pojawia się pytanie, co dalej? Czy to akceptuje? Czy jest mu z tym wygodnie lub wstydliwie? Jak on to robi, że chce mu się spać? A może warto byłoby samego siebie zmusić do jakiej aktywności? Zapytać o coś prowadzącego? Pewnie w ewaluacji wystawią takiemu wykładowcy 5.0 lub 4,5, dla świętego spokoju. Wiele czyni się w uczelni - dla spokoju, byle do przodu, byle ...

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.