sobota, 12 grudnia 2009

Spór o "Wyzwania autorytetu"



Orzymałem dzisiaj dwa listy. Jeden, informujący o tym, że:

w dniu 15 grudnia br. prof. dr hab. Lech Witkowski, odbierze nagrodę Wydziału I Nauk Społecznych Polskiej Akademii Nauk, w konkursie im. Władysława Spasowskiego. Książka Profesora „Tryptyk pedagogiczny” (wyd. Instytut Badań Edukacyjnych, Warszawa 2007), została uznana za najlepszą książkę pedagogiczną w ostatnich trzech latach. Przy okazji warto wspomnieć, że Oficyna Wydawnicza IMPULS w Krakowie właśnie ogłosiła książkę „Wyzwania autorytetu” Profesora Witkowskiego „Książką Roku 2009”.

Natomiast drugi list skierowany przez naukowca z UAM w Poznaniu - jest zapowiedzianym przez niego początkiem polemiki, której kolejne części będę tu wklejał. A zatem, ad rem:

Upadek autorytetu
„Autorytarne” uwagi na marginesie książki Lecha Witkowskiego

Gdzież że podziały się upadłe anioły?


To nie jest recenzja i takową nie będzie. Acz trudno odnieść się do czyjeś pracy w sposób bezosobowy i niewartościujący, skoro ma ona stanowić bazę odniesień dla prezentowanych tutaj uwag, idei i gra-matyki stylu. Recenzja sama w sobie jest jak przebiegły lisek i niewątpliwie trzeba wykazać dużo taktu i samodyscypliny, aby nie narazić się cynikom. Bowiem trawestując Dzierżyńskiego można powiedzieć: Dajcie mi recenzję, a powiem wam kim jest jej autor.

I oto mamy przed sobą brykę, obszerną, pokaźną i ciężką. Dorobek zmaterializowanych myśli autora, który niczym sofista wkupuje się w nasze łaski za cenę oszacowaną przez wydawnictwo. Ale to nie jest ważne. „Widmo zagłady krąży po Unii”, toteż nie da się bawić w strusia z poczuciem tego, że nic się nie dzieje. Zostaliśmy wyzwani przez autora do spojrzenia w twarz podstaw naszej cywilizacji.

Czymże jest autorytet? Gdzie należy doszukiwać się jego źródeł? Mówi się, że nasza europejska cywilizacja, u swoich źródeł wywodzi się z antyku, a konkretnie z czasów określanych jako archaiczne, gdzie począwszy od VIII w. p.n.e. zaczęły kształtować się idee prawno-obyczajowe, wzorce kalokagatyczne i stosunki warunkujące współistnienie różnych grup społecznych. Przyjmuje się również, że w czasach kształtowania się miast-polis, istotną rolę w kształtowaniu wzorów osobowych godnych naśladowania pełniła arystokracja. Prestiż, jaki w tym czasie uzyskała, warunkowany był nie tyle pochodzeniem i posiadanym majątkiem, ale zasługami (głównie na polach bitewnych), które uwodziły, wzbudzały podziw i respekt. Towarzyszący tym przekonaniom system myślenia mitologicznego kondensował schematy autorytarnego ideału w pojęciu arete. Jej podstawę stanowił ideowo znormatywizowany wzór harmonijnych i doskonałych postaw i zachowań, których medium należy utożsamiać z pedagogiką (paideią) rozumianą jako „prowadzenie”. Nie wstydźmy się zatem naszego dziedzictwa, bowiem w sytuacjach politycznego schamienia obywatelskiego autorytetu, zwykle dochodzi do upadku narodów, a rodzący się z ich zgliszczy Feniks zawsze na początku błyszczy etyczną nadzieją.

Z tych to przyczyn autorytet wszczepiony jest w tkankę naszej egzystencji. Nosimy go w sobie i też edukacyjnie nas prowadzi ku wsobnemu poznaniu i byciu. Z tych to przyczyn trudno go odszukać w sobie, bowiem przejawia się w nas jako sumienie i dziedzictwo. Toteż jak sugeruje okładka książki projektu Dariusza Sieradzkiego, autorytet jest uobecnianym zapatrzeniem nieobecności, wymagającym refleksyjnego filtra, poprzez który możliwe jest spotkanie z Innym, który przyciąga wzbudzając miłość lub chęć dokonania mordu. Autorytet wzywa i uwodzi, ale kiedy zawodzi musi być unicestwiony!

Autorytet ma swoją kubistyczną formę, która przejawiając się w płaszczyźnie naszych czasów wypowiada się głosem skojarzeń, wyobrażeń i kontekstami odniesień. Autorytet jest jakiś, jest medium, jest w każdym z nas, jest praktyką ideologizującą i hegemonizującą, jest ideą narkotyzującą, jest miejscem oczyszczającym dla „zagubionych”, ale i piekłem dla próżnych i głupich. Autorytet jest … Pójdźmy zatem tropami L. Witkowskiego. Spójrzmy jemu (autorytetowi oczywiście) w oczy, wniknijmy w jego duszę, by ją przekopać i wydobyć rdzeń jego istnienia. Bądźmy krytyczni i nie dajmy się zwieść jego obezwładniającej mocy! Autorytet jest … zatem udajmy się w drogę niczym Ariadna, Odyseusz, Dante czy Ulisses, aby odnaleźć Grala naszych pożądań i marzeń.

Książka liczy piętnaście rozdziałów. Pewnie przypadek sprawił, że rozdział ósmy stanowi ważną cezurę pracy, dzieli ją na - rozdziałowo – dwie równe części i tym samym różnicuje, co przywołuje na myśl fazę marginalizacji w rytuałach przejścia. Zastosowanie tej formalnej innowacji burzy poniektórym jasność prowadzonych przez autora myśli, ale mamy tutaj do czynienia z trawestacją naukowej formy wypowiedzi. Nie obniża to jej wiedzotwórczej formy, ale czy naukowość – jej logika dążąca do zachowania kolejności rzeczy, nie stanowi pułapki dla tych, którzy dali się uwieść jej ideologicznej mocy, by w jej imieniu poprawiać i narzucać swoje jestestwo. Książka jest, jaka jest, tak jak „koń jaki jest każdy widzi”. Autor dokonał takich wyborów i do nich się ograniczył. Mój sąsiad, który nie czyta, nie ma pretensji, że nie został wymieniony w pracy. Początek ma zawsze wpisany w siebie koniec. Mnożenie danych nic nowego nie wnosi. Tak też i zawracanie piórem upływającej wody przywołuje na myśl Heraklita, który zapewne odradzałby ponownego konsumowania już raz skonsumowanej pożywki.

Rozdział ósmy może być traktowany jako obszar graniczny między tym, co już było, a tym, co może być, co powinno się stać jako niemożliwe do przezwyciężenia czy przekształcenia. Sama granica marginalizuje znaczenia w tym sensie, iż rytualnie znosi sensy i znaczenia, by pojawić się w nowej perspektywie, jako „inny”, odrodzony i znaczący. W tym „pomiędzy” rodzi się autorytet, który musi dotknąć jasperowskiej sytuacji granicznej, aby zrozumieć własny sens i powołanie. Ból egzystencji musi topić się w „nieskończoności wszystkiego, co dzieje się w świecie, nieskończoności pozbawionej sensu”. Tylko wówczas, w dobie totalnej zagłady i poczuciu nicości autorytet stanie się strażnikiem wsobnego braku! Dlatego wydobywający się w tym rozdziale krzyk braku, zanikania, niedoceniania czy niezrozumienia autorytetu jest czymś „najpiękniejszym” i „najprzystojniejszym”, co mogło się przytrafić autorowi tej pracy.

I nie należy rozlewać łez po słownikach i encyklopediach, w których nie wykopano fundamentów pod słowo autorytet. Widocznie w dzisiejszych czasach to pojecie nie jest ważne. Po co pisać o czymś, co może być mało interesujące, nowatorskie, nieznane. Encyklopedie są po to, aby zamieszczać w nich treści stanowiące syntezę danego pojęcia. Być może – patrząc z innej strony - autorytet dlatego z rzadka jest opisywany w słownikach, bowiem nie doczekał się takowego opracowania, którego struktura w sposób zrozumiały i jednoznaczny pozwalałaby dookreślić jego sens i znaczenia. Gdzie leży prawda? Pewnie tam, gdzie pozostanie po niej ślad! Zatem pójdźmy tym tropem.

Mówi się, że najważniejsze we wszelkich dociekaniach są pytania? To one warunkują namysł, pobudzają do refleksji i prowadza do konkretnych działań. I z tego to względu, mniej istotne okazują się odpowiedzi, bowiem ich liczebność mnoży dane, które sa ważne, ale …. wówczas, gdy prowadzą do kolejnych pytań. Pytania rzucają światło na to, co nowe, a nie odpowiedzi. Naszym najważniejszym pytaniem, nie jest to, jak należy rozumieć autorytet, tylko jaką pełni rolę w naszej kulturze? Autorytet jest zawsze jakiś – jego oblicze podlega przemianom. I zapewne tak długo będzie znaczący, dopóki dopóty ostatecznie nie nasyci się treściami, których mnogość przestanie już cokolwiek różnicować. Z tej perspektywy myślowej, nie bez uzasadnienia należy przyjąć, że istotne jest to, w jaki sposób autorytet przenika nasze jestestwa? Dlaczego jedni dają się tak łatwo uwieść jej atrakcyjnej sile, a inni drwią z jej złudnego oblicza? Dlaczego daje władzę i wymaga od tej władzy fałszowania własnych podstaw (Stalin, Konrad Wallenrod)? Czy rzeczywiście trzeba być „nic nie znaczącą jednostką”, która w sposób chwalebny musi oddać życie za przeżycie w ludzkiej pamięci (Sokrates, Jezus)!? Autorytet pieści nasze zmysły i emocje, przenika wyobrażenia i marzenia, ugruntowuje przebieg życia społecznego i nasyca historię historią. Autorytet pokazuje kim i jaki jest człowiek, a nade wszystko, czym jest człowieczeństwo.

W tej całej grze o zrozumienie autorytetu, wyłania nam się przedmiot, którego narzędziowość czyni go poręcznym w dochodzeniu do celu. W rozdziale pierwszym autorytet staje się narzędziem władzy. Okazuje się sierpem i młotem ideologii, służąc temu, kto zasiewa idee i kształtuje myślenie. Jednak, nie do końca należy doszukiwać się w naszej kulturze tradycji utożsamiającej jej rozwój z „wielkimi” ludźmi i ich czynami, tak jak to widzi L. Kołakowski (s. 30, Wyzwania …). Faktem nie do końca potwierdzonym jest, że zawsze podziwialiśmy wybitne osobowości i że grono podziwianych przez nas osób warunkowane było i jest historycznie kształtowaną świadomością o tym, co jest godne uznania i kto się za tym kryje, ale nie znaczy to, że osoby te kształtowały kulturę i decydowały o treściach praktyk społecznych. Czy wybitni atleci antyku wyrokowali o przemianach w kulturze? Czy znamy nazwiska epików, którzy stworzyli tzw. eposy homeryckie? Czy Fidiasz był ceniony jako geniusz rzeźby za życia? Czy w średniowieczu podpisywano się pod swoimi pracami? Przecież w tym okresie, tą nadrzędną ideą tworzącą naszą kulturę był ten, który był ponad ludźmi, czyli Bóg.

Co prawda, jak pisze Jaeger w swojej Paidei, że starożytni inaczej pojmowali kulturę, niż my obecnie, gdyż tradycja musiała się przejawiać w jej aktualizowanym i kreowanym „tu i teraz”. Faktem jest, że to Grecy wyszli poza schemat reprodukcji i bezkrytycznego odtwarzania przeszłości, co nie miało miejsce w innych cywilizacjach, gdzie przez stulecia niewiele się zmieniało. Duch myśli starogreckiej zaczął poszukiwać w otaczającym go świecie treści kształtujących każdą rzecz z osobna. To poszukiwanie arche stanowiło rdzeń wyłaniania się refleksyjnego i krytycznego odnoszenia się do rzeczywistości. Pozwoliło to w ostateczności wykraczać poza ustalone struktury postrzegania i rozumienia świata. Pojawił się „nowy” człowiek. Ale człowiek ten jeśli był wielki, do głównie za sprawą posiadanej władzy lub politycznych „knowań”.

Uzyskiwany w ten sposób status w czasach starożytnych i średniowiecznych wymagał ponadludzkiego autorytetu. Dlatego nie dziwi nas, że arystokraci czasów archaicznych w Grecji prosili na przykład Pindara o stworzenie ich genealogii sięgającej u swoich źródeł do żywotów herosów czy bogów, nie dziwi, że cesarze rzymscy nazywali się bogami i nie dziwi, że w średniowieczu mordowano i utrzymywano posłuch zasłaniając się autorytetem Boga. Widać tu już pierwszy odcisk przekształcania się idei ponadludzkiego autorytetu. Grecy u swoich źródeł dążyli do naśladowania tego, co szczytne i godne podziwu, ale już ci z czasów kształtowania się demokracji, dalej Rzymianie i chrześcijanie ukrywali się za mitologią i religią by dać upust opisywanej przez Hobbesa ludzkiej naturze.

Nie zgadzam się, że nasza kultura podlega kreacjom tworzonym przez wybitne osobowości. Mogę zgodzić się, że od czasów nowożytnych, kiedy następuje laicyzacja ludzkiego ducha i zaczyna się wyłaniać praktyka naukowa jako nadrzędna idea kształtująca ludzką świadomość, człowiek staje się marą wszechrzeczy. Zwieńczenie tego poglądu dokonuje się za sprawą Nietsche, który „mordując” Boga ustąpił miejsca marksistom, a ci z kolei odsączyli humanizm z człowieczeństwa. A dziś człowiek stał się plastikową torebką, w której trzyma się narządy dla innych torebek. Cóż nam po zimie (autorytecie) skoro nie ma śniegu!

To właśnie praktyka naukowa sprawiła, że autorytet stał się urzeczowioną siłą sprawczą, dzięki której w obszarze polityki zaczęto mówić o tym, co jest narodowe i tym samym zmierzać do zarysowywania państwowości kosztem Innych, podległych narodów, grup etnicznych itp. Myślenie naukowe doprowadziło do instytucjonalizacji, biurokratyzacji i dyscyplinaryzacji życia potocznego. Jej eksperymentalne, empiryczne i logiczno-zmatematyzowane „szaty” zaczęły wyznaczać treści autorytetu, w które zaczęły przyodziewać się jednostki czy grupy pełniące zasadnicze role w państwie lub istotne funkcje w życiu społecznym. Na szczęście w sklepach z ciuchami coraz częściej widnieje napis: sale. Nauka jako przewodnia praktyka naszej cywilizacji dostała zadyszki. Nadchodzi pora zmian dekoracji. Nauka jak mitologia musi ustąpić miejsca nowej wizji „wykonania” (performens) świata.

Mimo wszystko nie należy mylić „wielkości” z oryginalnością czy genialnością (s. 31, Wyzwania ….). Wielcy i tym samym wpływowi ludzie zazwyczaj wynoszeni są poprzez przeciętność w wyniku sytuacji natury historycznej, które wymagały określonych czynności. To dzieje powołują ludzi do działań, a zbiegi różnych okoliczności sprawiają, że stają się „matką opatrzności” dla danego narodu. Z kolei genialność wpisana jest w naturę człowieka, który dzięki odwadze, wyobraźni i bystrości umysłu wykracza poza historyczne ramy egzystencji swoich czasów i rzuca światło swoich myśli w przyszłość. W przypadku wielkich ludzi z uznaniem mówi się właśnie o tych, którzy okazali się zwycięzcami. Przegrani najczęściej zostają wymieniani w podręcznikach historii, zaś zwycięzcom poświęca się grube księgi. Czy są lepsi od tych pokonanych?

Często, zwyczajnie los im sprzyjał, ale to zwycięzca kreuje przyszłość i jego życiorys wpisuje się w wizje autorytetu, jako człowieka godnego pochwały i naśladowania. Natomiast w przypadku posiadanego geniuszu, mówi się o tych, których idee, pomysły, innowacje itp. wpisały się w tendencje społecznych oczekiwań na zmiany. Człowiek wielki, jak i geniusz wyznaczają trendy przyszłości i tym samym jako wzory osobowe mogą stanowić podstawę dla zdefiniowania pojęcia autorytetu. Ale takie ujęcie mówi też, że autorytet sprowadzony jest do wybitnych osobowości i umysłów. W takiej sytuacji, możemy powiedzieć, gdy przyjmiemy założenie, że mamy sporą grupę ponadprzeciętnych, że autorytetów nam nie brakuje. A skoro jest ich tak wielu, to który jest bardziej autorytetem wśród autorytetów? A może nie powinno się mówić o „nich” jako o autorytetach? A może jest też tak, że autorytet jest tylko ideą, która nie znajduje swojego uzasadnienia w rzeczywistości? Prawdą jest, że brakuje nam tutaj definicji autorytetu. Prawdą jest, że definicje mają charakter schematyczny, znormalizowany, a my powinniśmy unikać takich ujęć, bo wszystko, co jest zamknięte w jakieś formie prędzej czy później przez tę formę będzie „zmaltretowane”.

Nie da się autorytetu ująć w prosty sposób! Wśród wielu stawianych tutaj pytań, należy na początku zapytać, po co nam autorytet? Już Platon i Arystoteles pisali, że człowiek jest istotą niedokonaną, nijaką, obdarzoną wolną wolą, w bytowość którego wpisane są: intelekt, charakter i temperament. To bycie istotą nieokreśloną, a jednak z wolną wolą kształtowaną przez intelekt, charakter i temperament pozwala człowiekowi stawać się jakimś - kimś. To stawanie się osobą z duszą (osobowością) warunkowane są naszymi wewnętrznymi predyspozycjami (naturą, genami) i - można by tutaj dodać - zewnętrznymi „autorytetami”. „Światokultura” kipi autorytetami i od autorytetów jest uzależniona. Każdy symbol, wartość, norma, działanie itp. to autorytarny znak (może i znakowy mit, jak chce tego L. Kołakowski). Stajemy się jacyś poprzez naśladowanie. Wszystko, co robimy jest zbiorem tego, co już gdzieś i kiedyś zostało w życie wdrożone i puszczone w przestwór egzystencji. Toteż każdy człowiek z osobna jest zbiorem autorytetów, które historycznie i przyczynowo w jakimś czasie i miejscu się pojawiły. I oznacza to nic innego jak to, iż jeśli tornado może brać swój początek z trzepotu skrzydeł motyla żyjącego kilka tysięcy kilometrów od tego, co uzyska moc niszczącą, tak i autorytet powinien mieć swój trzepot skrzydeł.

Człowiek jako istota niedokonana buduje swoją tożsamość poprzez dadaistyczne oklejanie się ideami, które sobie przywłaszcza, oddając się w ten sposób w „urzeczowiane” konteksty zniewolenia. I nie należy w tej historii ludzkiego bytowania doszukiwać się czegoś nadzwyczajnego czy poniżającego. W końcu konformistom żyje się wygodniej. A ci, którzy chełpią się tym, że zdołali się wyemancypować od autorytetów, mówią tylko tyle i aż tyle, że je w sobie upodlili. Dyktatorzy minionego wieku są tego świetnymi przykładami. Ale nie martwmy się o szczegóły(!?), bo jeśli spojrzymy na sens ludzkiego gatunku z perspektywy kosmosu, to nasza egzystencja jest zjawiskiem przygodnym, niczym nie różniącym się od tego, co porabiają mrówki, aby przetrwać jako istoty niedokonane, nijakie.

Ale wróćmy do ludzi i spróbujmy przez sito przesączyć powagę tematu. „Wielkość” ma stanowić tutaj pierwszy atrybut autorytetu. Przyjęliśmy, że „wielcy” są ci, których za życia wyniesiono ponad innych, a ich czyny na trwałe wpisały się w dzieje ludzkości. Problem „wielkości” o czym pisze L. Witkowski (s. 30-31, Wyzwania …) dotyczy tych, których oryginalności z różnych powodów nie chciano dostrzec. W gruncie rzeczy ten stan rzeczy jest wynikiem zajmowanego miejsca przez idee urzeczowiane przez jednostki w dziejach. Jeżeli nie ma społecznego zapotrzebowania na zmiany, to „wielcy” oryginalni muszą poczekać na miejsce i czas, w które będą mogli się wpisać. „Światokultura” czyli to wszystko, co kształtuje europejską cywilizację rządzi się prawami przemocy i indoktrynacji. Wrócę do tej kwestii później, ale właśnie z uwagi na miejsce i czas, genialni myśliciele chcąc być „wielkimi” muszą – jak to wielu zadufanych w sobie powtarza – znać swoje miejsce w szeregu. Toteż, gdyby Kartezjusz – co mu wielu zarzuca – był bardziej radykalny w poglądach i nie dokonał „rozdziału” między tym, co intelektualne a cielesne, to inkwizycja jego cielesność zamieniłaby w proch. Czym byłaby jego „wielkość”, skoro niewielu by o nim słyszało?

Z tej to przyczyny nie obarczajmy winą tych, którzy nie promują „lepszych od siebie”. Tylko geniusz dostrzeże geniusza. I z tej prostej przyczyny krąg tych, z postaw których można wywieść dookreślenia podmiotowego autorytetu, ładnie nam się zawęził(!). Autorytet musi być etyczny!! I jest to bardzo ważna uwaga, bowiem na przykład idol już takich wymagań nie musi spełniać. Rywalizacja, dyskryminacja i intelektualne zapatrzenie na/w siebie nie służą cywilizacji. Autorytet zatem poprzez swoją otwartość na siebie i innych warunkuje postęp. I nie bez znaczenia są słowa: „Miłość buduje, nienawiść rujnuje”.

Dlaczego dzieje się tak, że niektórzy przypisują sobie status bycia autorytetem, wzorem godnym naśladowania? L. Witkowski, w nawiązaniu do wspomnianego już tutaj L Kołakowskiego, swoje rozważania o autorytecie rozpoczyna od dywagacji na temat obecności mitu w kulturze i współczesności (s. 31. Wezwania …). Jest to bardzo ważny punkt wyjścia, bowiem warto zauważyć, iż jeżeli antyk stanowi źródło naszej kultury, to i jego „oblicze” musi partycypować w świecie współczesnym. Niewątpliwie mit, a konkretnie „mitologie” kształtujące treści starogreckiego współistnienia są przemycane i wdrażane w utrzymujący się i utrzymywany przez stulecia ład społeczny. Ideę mitu można w prosty sposób sprowadzić do gry czy do zabawy, które rządzą się swoimi zasadami stanowiąc zamkniętą całość.

To kumulowanie idei w zamkniętej przestrzeni wypełniało narracje organizujące ludzkie myślenie i zachowania społeczne. Dokonywało się to poprzez ucieleśnianie praktyk społecznych, których sensem było zachowanie porządku i organizowanie współistnienia społecznego. Mit, łącząc to, co realne, z tym, co tylko wyobrażalne przenosił świat ludzkiego myślenia w obszar tego, co było traktowane jako realne, rzeczywiste i nade wszystko prawdziwe. Tym samym mit pełnił rolę wdrażającą w kulturę, tworzącą obszar życia potocznego, wyjaśniającą to, co niezrozumiała, a nade wszystko regulującą międzyludzkie relacja, które z uwagi na zamkniętą formę mitu musiały być właściwe, jednoznaczne, słuszne i prawdziwe. Mit zatem nie posiada wpisanej w siebie alternatywy i dlatego może być traktowany jako coś, co zawiera w sobie najlepsze z możliwych rozwiązań. I jeśli nie jest to do końca prawda, to jednak z uwagi na tą jedność, jedyność i „najlepszość”, mit uzyskuje wymiar autorytetu jako czegoś doskonałego (arete), w więc i drogi, z której nie można zboczyć. Co ciekawe, z uwagi na te ostatnie stwierdzenie, czyli podążanie śladem czy pójście drogą, przypomniała mi się definicja metody (methodos). W micie zatem zawiera się metoda, droga, którą należy bezkrytycznie podążyć, aby dopełnić społecznie wypracowany cel, cel warunkujący bezkonfliktowe współistnienie. Struktura mitu to struktura zaufania, i wiary w jej autorytarną moc.

Istotne w zrozumieniu mitu i jego wpływu na rozwój cywilizacji europejskiej jest „przyuważenie” zmian jakie dokonywały się w obszarze życia społecznego starożytnych na przykładzie Aten. W czasach archaicznych, miedzy VIII a V w. p.n.e. myślenie mitologiczne i formy mityczne regulowały stosunki społeczne. Sam mit, z uwagi na swoją strukturę normalizuje treści, które nakładane są na jej wewnętrzny „szkielet”. Szkielet ten stanowi formę, dzięki której mit jest jakiś, swoisty i często różny od innych. To poznanie – świadome lub nieświadome – szkieletu mitu pozwalało wykorzystywać jej formę do realizacji grupowych celów. I tak arystokracja, która dążyła do utrzymania władzy, majątków, przywilejów itp. wykorzystywała jego wewnętrzną strukturę do ufundowania swoich interesów.

Można przypuszczać i należałoby dokonać w tym kierunku pogłębionych badań, które wykazałyby, że szkielet mitu tworzy konstrukcje zwymiarowane poprzez pojęcie arete. Zasadniczo kategoria ta oznacza doskonałość i należy z nią utożsamiać takie treści, które pozwalają doszukiwać się w każdym obiekcie, przedmiocie, idei, działaniu itd. istoty, czyli tego, dzięki czemu coś jest tym czym jest. I tak przykładowo, człowiek jest istotą ludzką dzięki duszy, bo dusza to ludzkie arete. W każdym razie, arystokracja ateńska zaczęła wytwarzać mity o swojej „wielkości” na bazie arete, doskonałości, co budziło podziw i uznanie dla wielkości znormalizowanej treściami o wielkich wyczynach, o boskim pochodzeniu, o mądrości, dzielności (cnotach) i przebiegłości.

Zawierające się w micie arete wytyczało granice jego doskonałości i tym samym przyczyniało się do ustalania wzorów godnych naśladowania. Wzory te brukując drogę dochodzenia do celu (methodos) stanowiły podłoże dla pojawienia się autorytetu, które w rzeczy samej takowymi musiały być, bo regulowały stosunki społeczne i co ważne zaczęły wytyczać podłoże dla myślenia wartościującego, aksjologicznego.

Myślenie wartościujące miało ogromny wpływ na rozbijanie mitycznych form i przejście z praktyki mitycznej do filozoficznej, politycznej i teatralnej. To w tych trzech formach przejawiania się ludzkiej egzystencji doszukuję się sił, które porozcinały zwarte struktury mitów i nadały im otwarty charakter. To w tym miejscu na granicy okresu archaicznego i klasycznego starożytnej Grecji następuje rozłam w dotychczasowych relacjach społeczno-kulturowych i rusza – niczym Wielki Wybuch – twórcza energia regulująca i zmieniająca naszą cywilizację. Co więcej, wraz z tym pęknięciem mitu, kształtowanym przez dychotomię lokalizujących się w obiektach ludzkiego myślenia wartościach, pojawiła się pedagogika jako siła prowadząca już nie po jednej, jedynej drodze do celu, który był zwymiarowany autorytetem, ale prowadzącej wieloma drogami do różnych celów.

Co zatem z powyższych ustaleń wynika? Europejska cywilizacja przekroczyła próg mitu i ruszyła na spotkanie swojej nieoczywistości. Droga, którą kroczymy przez niespełna trzydzieści wieków była i jest jakaś, ani lepsza, ani gorsza, bo historia mogła toczyć się w różnych kierunkach: ani lepszych ani gorszych. Droga, po której kulturowo przemierzaliśmy, stanowiła mniej lub bardziej świadome wybory będące pedagogicznym prowadzeniem ku coraz mniej przewidywalnej przyszłości i to w świetle przejawiających się coraz bardziej odmitologizowanych i tym samym upadających autorytetów.

Tęsknota za autorytetami (s. 33, Wyzwania …) odzwierciedla stan współczesnych przemian, jakie dokonują się na wszystkich szczeblach naszej egzystencji. Ignorancja, którą L. Kołakowski zarzuca intelektualistom jest wyrazem nieszczęścia, z czym należy się zgadzać, ale nie należy tutaj dramatyzować. Moim zdaniem brak miarodajności w ocenach prac uczonych, które miałyby być w sposób kompetentny zdiagnozowane nie może opierać się co jedynie na wypowiedzi jednej jednostki. Zamieszczone w tej pracy recenzje są tego dobitnym przykładem. Trudno wymagać od jednostki, aby ta w sposób kompetentny, wystarczający i wzorcowy zdiagnozowała czyjeś dzieło. Przecież wiele z tych prac, w swoim zakresie wykracza poza wąsko rozumiane specjalizacje. Oczywiście są osoby, które posiadają szeroką wiedzę, ale to nie stanowi o autorytecie.

Gdyby tak było, to większość autystów powinna pracować na uczelniach. Wiadomo, że obok tej wiedzy o charakterze encyklopedycznym niezbędny jest hermeneutyczny wgląd w interesujący nas przedmiot badań, a nade wszystko pokora burząca uprzedzenia i poczucie własnego zadufania w sobie. Pułapki jakie czyhają na intelektualistów zostały zdiagnozowane już przez badaczy „terenowych”, którzy dla przezwyciężenia wszelkich rozbieżności, nieścisłości i zafałszowań stosują na przykład w metodologii orientację określaną jako triangulacja. Z tej to przyczyny autorytet jawi się nam tutaj jako zespół, jako polifonia, jako głos wielości nad jednością. I tu zapewne L. Witkowski upierałby się, że istotne w tych rozważaniach jest to, kogo uznać za autorytet, skoro mamy tyle rozbieżnych stanowisk, a każde z nich ma ambicje powiedzenia prawdy, swojej prawdy. Rozwiązanie jest takie, że to czytelnik ustala poprzez ustosunkowanie się do „własnego braku”, co jest mu niezbędne i co w takiej sytuacji przyjmuje jako autorytet, który ma te braki wypełnić.

Na temat braku wypowiadało się wielu myślicieli. W szczególności ci, którym nie za-brakło odwagi, by ich nie zabrakło w historii. Jest to taka kategoria arystotelesowskiej Fizyki, która przeciwstawiana jest materii, a więc temu, co jest, istnieje. Dla Parmenidesa brak, to niebyt, który jest przyczyną wszystkiego, co istnieje, a więc jest tym, z czego rodzi się każda „rzecz”. Ale jaka rzecz, skoro w kontekście platońskiego świata idei, rzeczywistość, w której przychodzi nam żyć jest co jedynie podróbką, jedną z wielu możliwości!? I w takim rozumieniu, w przeciwieństwie do Parmenidesa, wszystko, ale dosłownie wszystko, co pojawiało się wokół nas, jak i my sami jesteśmy obdarzeni brakiem. Brak zatem jest czymś naturalnym, prawdziwym i wartościowym. Brak braku może okazać się z ludzkiego punktu widzenia fałszem, oszustwem na skalę istnienia świata, jak i sensu samego świata. Toteż, czy jest rozsądne pytać o brak i tym samym pytać o autorytet, który ma ten brak kamuflować?

No właśnie, czy czasami, ktoś nie stara się nas „nabić w butelkę” i wciągnąć w metafizyczne rozważania, za którymi kryje się prześmiewczy uśmiech naukowego grymasu Autora!? Czy karty, które rozdaje L. Witkowski nie są grą w Piotrusia bez Piotrusia? Na to pytanie nikt nie odpowie, jeśli nie weźmie udziału w grze. Zatem grajmy dalej!

Próba podejścia do autorytetu przez pryzmat braku, stawia interesujące nas tutaj pojecie w szczególnej sytuacji. Patrząc szerzej, autorytet bowiem może być jednocześnie i bytem, i niebytem, bytem i jego brakiem, a także tym, co istnieje z brakiem tego, co jest jego istotą. Te trzy opcje autorytetu nie ograniczają innych kontekstów rozumienia tego pojęcia. Istotne tez jest stwierdzenie, czy autorytet jest brakiem, czy tym, co ten brak utrzymuje, czy też tym, co ma ten brak zastąpić? Z naszego, „czytelniczego” punktu widzenia, bardzo istotne jest zawiadywanie autorytetem jako „strażnikiem braku”, bowiem tę metaforę proponuje sam Autor (Wyzwania …, s. 22). Co z niej wynika?

Zadaniem strażnika jest pilnowanie kogoś, czegoś. Nadzorowanie ma na celu utrzymanie istniejącego status quo i to w taki sposób, aby to, co jest, zachowało swoją strukturę, rolę, funkcję itp. Strażnik jest jak cerber, który wpuszczał zmarłe dusze „do … środka”, ale już stamtąd ich nie wyswobadzał. Strażnik uniemożliwia zatem zmianę, stawia granicę, której przekroczenie okazuje się niemożliwym do zrealizowania działaniem. Poczucie braku wyzwolenia, czy świadomość niemożności przekroczenia granicy, która jest czymś ostatecznym, w tym sensie, że poza nią nie ma już żadnej możliwości, stawia człowieka w dość specyficznej sytuacji. Człowiek jako brak jest sparaliżowany samą obecnością strażnika. Niemoc, która jest we władaniu człowieka jest działaniem ukierunkowanym na brak działania. Anomia czy pozorna bezradność pokazują jak ogromną „mocą” trzeba się wykazać, aby – w świecie rządzonym się zmianą – zachować w niezmiennym trwaniu to, co to trwanie pragnie unicestwić. Brak jako siła napędowa życia czyni to życie jakieś – utrzymuje życie przy życiu. Brak czyni potrzebę i to pewnie w ujęciu lacanoskim! Brak jest świętym Graalem, pustym grobem Jezusa, samotnym poszukiwaniem bliskości – jest czymś w „w”, które unicestwia to bycie czymś, jako czymś pełnym, znaczeniowo nasyconym. Brak w tym kontekście okazuje się więzieniem wszelkiego istnienia i sprawia, że każdy z nas jest inny od innych, a tym bardziej inny, gdy mocniej „wybrakowany”.

To - być może - anarchistyczne podejście do braku, w skrajnej sytuacji może być sprowadzone do nihilizmu, ale „strażnik braku”, u swoich źródeł ujawnia relację strażnika do braku. Relacja ta – o dziwo! – utrzymuje „jakiś” porządek i sprawia, że wszelkie idee, przekonania, opinie, myśli itd. staja się powszechnie akceptowane. Brak zostaje tutaj podporządkowany sile, zasadzie, prawu czy transcendentalnej regule reprezentowanym przez autorytet strażnika. Strażnik staje się zatem miarą życia społecznego, tego, co ludzkie, co w kulturze określa się jako humanistyczne. Człowiek, tym samym jest skazany na dookreślenie przez to (kogoś, coś), co do niego nie przynależy – staje się odbiciem zwierciadła, w którym rozpoznaje siebie jako coś wyobrażalnego (jedynie wyobrażalnego) i dlatego nieistniejącego. Brak w relacji do strażnika tworzą tożsamość wyobrażeniową, nierzeczywistą i dlatego w tym punkcie należy doszukiwać się największej tragedii w „byciu człowiekiem”; tragedii, bo „ktoś” nas oszukał!

Kim zatem jesteśmy? Jak zatem należy rozumieć płaszczyznę lustra w obszarze której dopełnia się różewiczowska „nasza mała stabilizacja” i to w procesie nieustannych narodzin i ciągłego umierania, kiedy: to, co jest, umrze; to, co było nie bytuje; a to, co będzie nie istnieje? Czymże jest nasze trwanie w trwaniu lustra, skoro nasz najwyższy autorytet, tj. „metafizyka ma nogi jamnika, zakłada nogę na nogę” i duma? Egzystencjaliści twierdzą, że jedynej rzeczą, której możemy być pewni to tej, że się urodziliśmy i że musimy umrzeć. Przy okazji zaświadczają (ale czym, skoro żyli, gdy o tym pisali!?), że przestrzeń między narodzinami a śmiercią nie jest ważna. Co z nią zrobimy, to już nasza sprawa i ostatecznie, jak ją zagospodarujemy, nie będzie miało wpływu na fakt narodzin, jak i śmierci. Fakty bowiem nic nie mówią póki nie wniesie się w ich przestrzeń aktów. Nasze życie nie jest nic warte, a jednak na przestrzeni wieków zrobiliśmy wszystko, aby stało się ono ważniejsze niż narodziny i śmierć. Dlatego, skoro źródeł i podłoża naszej kultury należy doszukiwać się w czasach archaicznych starożytnej Grecji, to właśnie w tym miejscu wypada szukać podstaw wielkiego przekrętu, oszustwa na skalę trzech tysięcy lat, który zaczyna się ujawniać za sprawą upadających autorytetów.

Inna ujęcie „strażnika braku” pozwala za L. Witkowskim doszukiwać się w każdej jednostce potencjalnego autorytetu. Większość z ludzi bywała w takich sytuacjach, w których służyła radą innym, publicznie przemądrzała się albo mniej lub bardziej zwodziła czarując swoją wiedzą, osobowością czy postawą. Na szczególną uwagę zasługuje Jego propozycja utożsamiania idei „strażnika braku” z brakiem świadomości o nieustannym wydziedziczaniu człowieka z kultury, jako jednostki niepełnosprawnej, co przywołuje na myśl koncepcje J. Lacana. Tym samym, możemy co jedynie domyślać się, iż chodzi tutaj o takie rozumienie idei autorytetu, który stanowi łącznik pomiędzy „potrzebą” bycia człowiekiem a sensem istnienia kultury pojmowanym jako ten „inny”. Bowiem, jeżeli kultura jest czymś na zewnątrz każdej jednostki, to tylko poprzez stawanie się osobą podejmującą wysiłek bycia autorytetem, wnika się w przestrzeń kulturowych tradycji, gdzie dosięga się jej znaczeń.

Ta walka ze swoją niepełnosprawnością – w kontekście wydziedziczenia z kultury, jak zauważa - i słusznie - M. Dudzikowa w swojej recenzji, nie do końca jest jasno wyłuszczona, ponieważ pozostawia czytelnika z projektem domysłów na temat własnej ułomności, co chyba(!) nie jest uczciwym posunięciem, bowiem zabawa w gwiazdorka z workiem prezentów-idei, do których nie dołączono bateryjek czyni je bezużyteczne. W moim przekonaniu, wypowiedziami ponadczasowymi okazują się nie zawsze te, które mnożą pytania, ale też te, które w sposób „życiowy” i tym samym twórczy na trwałe „napiętnują” ludzką świadomość. Każdy tekst mówi i ręczy „głową” swojego autora, ale topór interpretatorów – chcąc nie chcąc – zawsze zniekształca pierwotny sens wypowiedzi, toteż należy zastanowić się, czy pisząc, pragnie się służyć poezji, powieści czy filozofii. Bowiem w tej całej gwiazdkowej zabawie, to autor dookreślając to, komu służy, ostatecznie decyduje o swoim intelektualno-autorytarnym „zabójstwie”. Toteż w tej sytuacji trzeba być świadomym własnych wyborów i ich konsekwencji, bowiem poetą-samobójcą zostaje ten, który tak jak Maria Antonina przeprosiła swojego kata, za to, że niechcący nadepnęła mu na odcisk, pisarzem-samobójcą okazuje się ten, który tak jak Maria Stuart podlegała wielokrotnemu (trzykrotnemu) skracaniu o głowę, lub filozofem-samobójcą, który jak Lady Jane Grey, która przed egzekucja wpadła w transcendentalna panikę, kiedy mając zasłonięte oczy nie mogła odnaleźć pnia końca jej egzystencji.

Wyróżnione tutaj metafory obrazują nie tylko różnice miedzy gatunkami wypowiedzi, ale także uzmysławiają sens form współpracy z czytelnikiem. Niewątpliwie w tej formie przejawia się autorytet piszącego, który – chcąc nie chcąc – ponosi odpowiedzialność za tego, którego wciąga w dyskusje bez możliwości odpowiedzi. Problem treści zapisanych i to w kontekście wiedzy naukowej, polega na tym, że piszący pouczają, że ideologizują, że doktrynują. Za tymi treściami kryją się nie tylko konkretne informacje, ale również i ich twórcy, a na samym końcu autorzy książek. Wiedza, która w słowie pisanym się przejawia, do kogoś przynależy, a jeśli wpływa na czytelników, zapisuje się w ich pamięci, a nade wszystko, jeśli decyduje o ich działaniach, to mamy tutaj do czynienia z autorytetem. Ale co, kto staje się autorytetem? Czy są to treści, czy ich wytwórcy, czy autor, który je przywołuje i kontekstowo przetwarza? Czy autorytetem stają się informacje, formy (sposoby) je przetwarzające, czy też ludzie? Jak w takiej sytuacji prezentuje się metafora „strażnika braku”?

No właśnie, jeżeli największym błędem bycia autorytetem są: próżne chełpienie się swoją „wielkością”, chore ambicje, nieustanne pouczania innych, wynoszenie się ponad przeciętnych czy też dążenie do piastowania wysokich stanowisk, to wówczas mamy do czynienia nie ze „strażnikami braku”, ale z „fałszerzami braku”. Kim bywają imitatorzy kalokagatii? Jeżeli przyjmiemy, że autorytetami są ci, którzy okazują się wielkimi nieobecnymi, to „fałszerzami braku” „wytapetowane” są przeróżne aspekty życia społeczne, w szczególności jej potoczne, bezrefleksyjne odłamy. „Fałszerze braku” zwodzą i przywracają kontakt nie z utraconym brakiem, kulturą – jak to widzi L. Witkowski – ale z kreowanym brakiem braku – kulturą jałowa, prostacką, acz ugrzecznioną, zedukowaną i moralnie poprawną. Dlatego prawdziwy autorytet pojawia się w codzienności nie jako jej fundamentalny element, ale wówczas, kiedy jest przez tę codzienność przywoływany, „przywyzywany” (Dlatego należy przyjąć, iż tytuł książki L. Witkowskiego jest bardzo trafnie sformułowany.).

Zadaniem, a nade wszystko misją „strażnika braku” jest dawać coś do zrozumienia, czyli wytwarzać taką przestrzeń dla hermeneutycznej interpretacji, w której przekazywane treści – nie tyle będą nieść informacje, ale będą dawać do zrozumienia, do myślenia. Autorytet nie jest po to, aby stać się czymś uprzedmiotowionym lub jakimś upodmiotowionym, autorytet służy, daje, wyznacza i prowadzi. Z tych to przyczyn „strażnikowi braku” nie żyje się łatwo, dostatnie; nie zawsze też zostaje zrozumiany, bo działa i myśli w aureoli wolności i braku skorumpowania. Jednak najważniejsza cecha służenia swoim autorytetem innym, jest bycie skazanym na osamotnienie, co wiąże się z egzystowaniem tuż obok potoczności, która „zakrywa” niedostatki ludzkiego trwania w świecie. I być może właśnie to sprawia, że tacy ludzie stają się „strażnikami braku”, bowiem tak, jak filozofia jest umiłowaniem wiedzy, tak w autorytecie przejawia się umiłowanie tego, co dla innych jest obce.

Ale, gdzie są ci ludzie, co się z nimi stało? B. Skarga pisze, że wszystkie autorytety zawiodły (Wyzwania … s. 33), dlatego można stwierdzić, że ich już nie ma. Jednocześnie niechybnie i nieświadomie dostrzega ich zinstytucjonalizowany charakter. My już wiemy, że autorytet nie może być uwikłany – powiedzmy - zawodowo. Bowiem oznacza to przykładowo, że im bardziej nauczyciel czy profesor są powiązani z wykonywaną profesją, za którą kryje się społeczny status, to tym bardziej grozi im idea „fałszerzy braku”. I nie należy zatem zalewać się łzami z powodu zanikania autorytetu w instancjach zbiurokratyzowanych. Tęsknota za tego typu autorytetami, wprawdzie ujawnia rozczarowanie, ale w rzeczy samej jest wyrazem niezrozumienia własnego rozczarowania, tj. bycia roznegliżowanym przez osoby będące podmiotowo zinstytucjonalizowane. Bycie oszukanym czy wykorzystanym budzi niesmak, czasami żal, a niekiedy agresję. Jednak w praktyce, jego urzeczywistnienie prowadzi do ponownych reorganizacji tych placówek, które nie spełniały społecznych oczekiwań, co przyczynia się do przedłużania pozoru istnienia „strażnika braku” i tym samym do ochrony placówek przed ich ostatecznym upadkiem i unicestwieniem.

Ten brak spełniania oczekiwań należy wiązać z przekazywanymi treściami, a skoro przekazywanymi, to nie bez znaczenia jest sposób ich transmisji. I niezależnie od tego, czy za autorytet uznaje się osobę działającą, dzieło artystyczne czy pisane, to ulegamy ich mocy wiedzeni własnym „niedostatkiem”, by doświadczać siebie i tym samym utrwalać „się” (coś, co działa zwrotnie) jako osoby. Te, nader personalistyczne kształtowanie człowieka jako osoby pełnej uzależnione jest od tego, czy człowiek staje się otwarty na „strażnika braku” czy też na „fałszerza braku”. Ponoć od nadmiaru głowa nie boli, ale w tym przypadku boli, bowiem fałszerze autorytetu powoływani są przez instytucje i w skrajnym przypadku można powiedzieć, że każdy jest jakimś autorytetem, ale nam chodzi o tych autentycznych, którzy – jak wynika z wyłaniającej się z wolna tutaj definicji - są okolicznościowo przyzywani.

Zwykle przywoływani są ci, którzy mają coś do powiedzenia i mówiąc wpływają na swoich słuchaczy. Przy czym, mowa niczym reklama wycina swoje stygmaty w ludzkiej świadomości, toteż ważne jest to, aby nauczyć się dostrzegać różnicę między przekazem dopełniającym brak w kontekście jednostka - kulturą, a przekazem o charakterze propagandowym, zideologizowanym. Nie miejsce tutaj na trywialne reminiscencje w tym temacie. Powszechnie wiadomo, że uznanie w naukach społecznych i humanistycznych budzą te wypowiedzi, które wychodzą poza ich techniczne schematy, że cenne są te wskazówki, do których dochodzi się samemu i które nie podlegają (profesorskiemu) napiętnowaniu. Tylko ignoranci w stylu Ksantypy twierdzą, że skoro Sokrates mówi, że wie, że nic nie wie, a ja wiem, że wszystko wiem, to kto jest tutaj mędrcem!?

No właśnie, kto tutaj jest mędrcem i jakie należy spełniać predyspozycje, aby za takowego być uznanym? Kołakowski twierdzi, że „Nauczanie jest jałowe, jeśli osoba nauczyciela nie jest wpisana w treść tego, czego naucza.” (Wyzwania … s. 34.). To jest dość oczywiste stwierdzenie, bowiem osoby obdarzone charyzmą czy też oddychające tym, o czym mówią, z łatwością oplatają swoją publiczność pajęczyną liberalizmu lub – skrajnie -fanatyzmu. Samo uwiedzenie słuchaczy wynika z prostej przyczyny, a mianowicie tej, że inteligencja emocjonalna poprzedza inteligencje zracjonalizowaną.

Zatem komu można zaufać, skoro ludzkie trwanie jest uwikłane w „pomiędzy” - między tym, co zdegradowane, a tym, co uwznioślone (Wyzwania …. s. 35)!? Komu mamy oddać swój głos zaufania, gdy byle głupek w telewizyjnych, publicznych debatach kompromituje swój zawód, ojczyznę, rodzinę i siebie? W jaki sposób mamy zbliżyć się do tożsamości własnego człowieczeństwa, skoro jej humanistyczna podstawa wywiedziona z kultury, nie może z w niej partycypować? I co zrobić z ludźmi, którzy zakładają maski autorytetu, by w trakcie balu prowadzić swoich partnerów krokiem niezgodnym z rytmem wygrywanej przez historię muzyki?

Zadufanie, prostactwo czy brak kompetencji w dość jednoznaczny sposób dookreślają polską inteligencję. Znaczna część rozdziału pierwszego Wyzwań … poświęcona jest tej kwestii. Czy słuszne!? Czy warto poświęcać uwagę zagadnieniom, które są ściśle powiązane z polityką, władzą, zajmowanymi stanowiskami i maja charakter „przejściowy”, a także powtarzalny? Przecież z ludzką głupotą borykamy się nie tylko my, Polacy. Głupota jest wpisana w sens ludzkich losów. To Adam uległ Ewie, Epimeteusz Pandorze, a Nowożytność Nowoczesności. Głupotę chwalił Erazm z Rotterdamu, a na podstawie informacji zawartych w Encyklopedii głupoty M. von Boxsela stwierdzimy, że głupocie musi towarzyszy wyobraźnia, która wymaga swoistego geniuszu. Z tego punktu widzenia, może i autor miał rację, że przemycił wiele „swoich” idei odwołując się do wydarzeń z „naszego” podwóreczka. Prawdą pewnie i może być to, że jest to ujecie subiektywne, autorskie i stąd nie może być ponadczasowe, i dlatego większa część poruszanych tutaj przemyśleń ma i będzie mieć tylko wymiar historyczny, odautorski i tym samym biograficzny (dla potomnych).

Myślę – a to tylko moje spostrzeżenie – iż ten rozdział uzyskałby zupełnie inny wymiar, gdyby został napisany na końcu pracy, bowiem można by w jego strukturę wpleść rozważania innych autorów na temat autorytetu i tym samym nadać cytowanym, „gazetowym” wypowiedziom ponadczasowy wymiar, co pozwoliłoby jednocześnie przedstawić swoją syntezę, a i swoją propozycję oblicza autorytetu. Tego jednak w książce nie ma, a skoro jest jak jest, to tak musi być, bo taka jest hermeneutyczna wykładnia Autora. Jego książka jest projektem przedstawiającym właśnie, różne oblicza autorytetu – są to „wyzwania do”, które można traktować jako wyznania, jako spowiedź Autorytetu, który jest „jakiś” i tą „jakoś” nam tutaj przywołuje.

W każdym razie najciekawszą ideą rozumienia autorytetu, jaka do tej pory nam się pojawiła jest związana z metaforą „strażnika braku”. W takiej zatem sytuacji, skoro jest strażnik, to powinien się również pojawić „więzień braku”. To dość ciekawe i intrygujące spostrzeżenie, bowiem mamy tutaj do czynienia z „więźniem braku” wydziedziczenia z kultury. Jest to dlatego intelektualnie subtelne, a to z tej przyczyny, iż będący więźniem jest ograniczany i dlatego zawsze mu coś będzie brakować, a poza tym, ujęcie to sugeruje, że tylko będący zależny wbrew własnej woli, niejako będący pod przymusem ma związek z kulturą, z podstawami tego, co właściwe słuszne, prawdziwe, ludzkie itp.

Tego typu spostrzeżenie automatycznie przywołuje w naszym myśleniu lawinę różnych przykładów, które szukają odpowiedzi na temat ludzkiej woli i relacji świadomości do bytu (byt kształtuje świadomość, czy jest odwrotnie). W każdym razie przypomina mi się tutaj heglowska metafora niewolnika i pana, gdzie jeden nie może istnieć bez drugiego. Co więcej, istota wzajemnej zależności związana jest z pojmowaniem „innego” przez Levinasa, a w samej pedagogice, w jej źródłosłowu znajdujemy ideę prowadzenia chłopca (A prowadzi B i zwrotnie B jest prowadzone przez A). W związku z powyższym pozwalamy sobie stwierdzić, że u swoich źródeł idea pedagogizacji, a konkretnie edukacji jest ściśle powiązana z autorytetem, podleganiem i różnie pojmowaną relacją.

To bycie skazanym na uczestniczenie w kulturze, pozbawia ludzką naturę wolnej woli i tym samym pozbawia człowieka odpowiedzialności za dokonane wybory, podjęte decyzje. Dookreślanie człowieczeństwa poprzez kategorie „więzień braku” skazuje europejską cywilizację na prymitywny determinizm, bowiem wszystko, co się w historii pojawiło było nieodzowne. W tym sposobie ujmowania omawianego tutaj problemu, należy przyjąć założenie, że wśród „więźniów braku” są tacy, którzy mają większy wpływ na to, co się dzieje w świecie od innych. Różnica ta w prosty sposób tłumaczy, dlaczego przykładowo osoby „dobrze urodzone” miały większy wpływ na to, co działo się w historii, niż ci, którzy nie mieli tego szczęścia. Inna płaszczyzna zdeterminowania ludzkich poczynań, pokazuje, że autorytet jako „strażnik braku” wydziedziczania z kultury, właśnie w odniesieniu do „więźnia braku” tego wydziedziczenia, okazuje się tym, który zniewala, ogranicza.

W takiej sytuacji, bardzo istotnym okazuje się pytanie o „fałszerza braku”; jaką w rzeczywistości pełni rolę, bowiem jego znaczenie zmienia się wraz z kontekstami? „Fałszerz braku” może pełnić negatywną, jak i pozytywna rolę. Do podobnych wniosków dojdziemy odwołując się do metafory „więźnia braku”, w obszarze którego wszelkie wartości, ich ważność oraz ich hierarchia mogą w zależności od ‘spojrzenia” na kwestie zniewolenia podlegać przewartościowaniom. Czy w takiej sytuacji należy w tym aspekcie ludzkiej egzystencji doszukiwać się negatywów czy pozytywów? Jeżeli pozytywów, to bierne, jak i aktywne podporządkowywanie się będzie zawsze właściwe, bo czyni nas to istotami ludzkimi. Jeżeli negatywów, to pojawi się tu obszerna lista pytań i w tym ujęciu należy doszukiwać się walki między strażnikami a fałszerzami, między deterministami a woluntarystami o „dusze” więźniów. Jeszcze inny horyzont wyróżnionych tutaj metafor pojawi się, kiedy brak wydziedziczenia będzie mieć negatywne konotacje, to wówczas należałoby sięgnąć po „wyzwoliciela braku” wydziedziczenia z kultury. Tym samym „wyzwoliciel braku”, jako ten, który wyzwala okazuje się rewolucjonistą nowych idei i zapewne z punktu widzenia negacji determinizmu byłby traktowany jako autorytet.

Czy zatem metafora „strażnika braku” jest trafna? Trudno powiedzieć, bowiem umysł ludzki, gdy posługuje się obrazami, to potrafi z puszki Pandory wybrać to, co znajduje się na jej dnie, czyli nadzieję!

Zostawmy zatem na później w lodówce rozdział pierwszy (chyba, że się „zepsuje”) i popatrzmy, jakie kolejne tropy pojawiają się w następnym rozdziale.

Już we wstępie drugiego rozdziału znajdujemy odniesienia do teorii wiedzy absolutnej Hegla, która ma tutaj ufundować metodologiczne podstawy prawdziwości tego, co uznaje się za rzeczywiste na bazie tego, co jest. Z punku widzenia myśli historii filozofii, za autorytatywne należy uznać te dzieła i idee tych myślicieli, którzy kreują to, w czym żyjemy i czym musimy „oddychać”. Ale czy ten punkt widzenia jest prawdziwy i stanowi podstawę wiedzy oczywistej i pewnej? Rozważania Hegla zapośredniczone w procesie weryfikowania wszelkiego poznania stanowią cezurę między beztreściowym myśleniem a intelektualnym procesem hermeneutycznego wglądu w struktury intencjonalne ludzkiego umysłu. Hegel obok Kanta jest tym filozofem, który poprzez nowatorskie odniesienia do kwestii epistemologicznych, odsłonił nową perspektywę teoriopoznawczą, co w istotny sposób zaczęło przybliżać ludzkość do idei nowoczesności.

Krytykując autorytet wiedzy empirycznej, czynił jej zarzut nieprawomocności, indolencji i braku wyobraźni. Wynikało to z faktu, iż myśl Oświeceniowa – jego zdaniem - była oparta na wiedzy, która zakładała bezpośredni związek myśli z przedmiotem „postrzegania”. W tak pojętym procesie poznania, samo poznanie, mimo że nie należało do tego, co stanowiło jej treść, uznawane było za formę potwierdzającą prawdziwość, pewność i oczywistość treści. Te ontologiczne przejście danych ze świata rzeczywistego do wyobrażeń o charakterze poznawczym ujednolicało to, co ontyczne z tym, co epistemiczne. Źródeł takiej postawy poznawczej, w tym i metodologicznej należy doszukiwać się w autorytecie Kościoła, który umacniał prawdziwość swoich spekulacji poprzez bezpośrednie powoływanie się na najbardziej oczywistego, prawdziwego, kompetentnego i sprawiedliwego Boga.

Ten wzorzec myślowy został przejęty przez podlegającą procesowi reformacji Europę, w której dominujący do tej pory wzorzec wiedzy spekulatywnej został przejęta przez myśl świecką, „profaniczną”. Z tej to przyczyny, ten wczesny okres kształtowania się wiedzy, nawiązującej do empirii, nie powinien być określany jako naukowy, ale przednaukowy. W tym bowiem czasie, w drugiej połowie XVI-go wieku, charakterystyczne dla wiedzy przednaukowej było sięganie do doświadczenia i eksperymentu, bowiem w ten sposób – niejako zawoalowany – podważało się sens istnienia Boga. Nowym autorytetem europejskiej cywilizacji stała się zatem Empiria.

Jednak i jej panowanie zaczęło podlegać krytyce. Obnażając krótkowzroczność formuły poznania bezpośredniego, w którym przedmioty świata pojawiały się w poznającej myśli, zaczęto zastanawiać się nad umysłem i uprawomocnieniem przez niego tego, co człowiek uznaje za oczywiste, prawdziwe. Oddzielenie bowiem poznania od przedmiotowego bytu, nie przeszkadzało empirystom w przyjęciu stanowiska, z którego wynikało, że choć poznanie jest poza sfera prawdy, czyli tego, co bytuje, to mimo wszystko jest prawdziwe. Takie założenie w sposób zgrabny i subtelny pozwala przechodzić od twierdzeń empirycznie opisujących świat do zaleceń normatywnych dotyczących tego, jaki ten świat ma być, co w konsekwencji jest przejawem ideologizacji i braku kompromisu.

Taki sposób zatem tworzenia rzeczywistości przez uczonych, postrzeganych jako autorytety, nie tylko każe widzieć w nich ideologów, którzy stali się demiurgami świata, ale i osłami, na barkach których żyją ci, którzy im zaufali. Czy zatem ludzkość czasów średniowiecza, aż po Oświecenie powinna czuć się oszukana i wytykać Grekom, że stworzyli cywilizację „wielkiego przekrętu”? T. Hobbes czy A. Smith zauważyli, że sens ludzkiego życia dopełnia się kosztem innych ludzi i nie jest wielką sztuką dopasowanie się do okoliczności pozwalających żyć życiem tych, którym siedzi się na barkach.

Tak i L. Witkowski w nawiązaniu do Hegla nawołuje do „przyjrzenia” się autorytetowi nie w sposób bezpośredni, taki, jaki z pozoru się jawi, ale zapośredniczony. Do czego nas namawia? Pewnie do tańca z fenomenologią, hermeneutyką, kontekstualnością i dekonstrukcją. Zapośredniczenie zakłada poznanie obiektów poprzez poznanie poznawania, w którym te obiekty jawią się jako wyraz dopełniających je warunków i przesłanek. Jest to kubistyczne spojrzenie na „niewidoczna stronę księżyca”, na to, co niedostrzegane, nieuświadamiane – spojrzenie w samo patrzenie.

Z tego punktu widzenia autorytetem nie może być ten, który nie jest uwikłany w zapośredniczenie. Autorytet nie może być wzorem samym w sobie i dla siebie, bowiem wówczas nie służy tym, dla których został powołany – jest wówczas bytem wsobnym, zamkniętym, który – jeśli działa, to po to, aby napawać się swoja wielkością i niezależnością. Brak zapośredniczenia jest brakiem epistemologicznego odniesienia do siebie, w którym przejawia się mechanicznie pojmowane człowieczeństwo. W tak pojętej postawie jednostka zostaje pozbawiona swojego duchowego pierwiastka i staje się „metrierowską maszyną”, która domaga się tylko i wyłącznie czci i szacunku. Właściwym zatem rozumieniem autorytetu będzie takie, w postawie której przejawiać się będzie służba, podleganie i zniewolenie. Jednakowoż należy pamiętać, że autorytety: ten „bezpośredni” i ten „zapośredniczony” są uwikłane w kreacje świata i dlatego istotnym zadaniem intelektu (intelektualistów) jest separowanie, marginalizowanie, a niekiedy i eliminowanie (np. w polityce) tych jednostek, które mogą stanowić zagrożenie dla innych.

Ale kim maja być, ci intelektualiści? Jeżeli wyrazicielami ducha pozytywistycznego, to ich rozumowa „naoczność”, redukując wszelkie przejawy „bezpośredniości”, czyni ich autorytetami. Dzieje się tak, gdy mamy do czynienia z wyborami o charakterze nakazującym i wówczas, kiedy ogranicza się dążenia innych do popularyzowania własnej osoby, to popada się we własny autorytaryzm. Jeśli zaś wyrazicielami innego ducha, to może lepiej uczyni się, jeśli pójdzie się tropem F. Nietzschego i w sposób stoicki i radosny zaakceptuje się wszelkie przejawy „bezpośredniości”, które przecież dbają o to, aby zwykły człowiek był zwykłym człowiekiem.

A ci nie-zwykli, kim są i gdzież się podziewają, skoro decyzje „uprzywilejowanych” w sposób konieczny wyznaczają miejsca zwykłym!? Niezwykli w sposób konieczny skazani są na unicestwienie, ale na szczęście – często – na niezapomnianie.

Autor, swoją wędrówkę po tropach historyczno-socjologicznych rozpoczyna od uwikłania autorytetu w rozwój kultury warunkowany przez pragnienia mimetyczne, na które składają się dwie idee: naśladowania innych i poszukiwanie kozła ofiarnego. W tym miejscu warto zauważyć, iż przywoływany tutaj podrozdział dedykowany jest byłym kolegom z pracy, co pozwala czytać tekst w dwóch płaszczyznach. Nie będziemy tutaj oceniać, czy wypada obnażać swoją inteligencje emocjonalną, bowiem nie da się wymachiwać kijem trzymając za oba jego końce. Każdy, kto jest zaangażowany w jakąś sytuację widzi ja z własnej perspektywy i jej zobiektywizowanie wcale nie musi świadczyć o jej prawdziwości, a konkretnie o dokonaniu sprawiedliwej oceny.

Przywołane tutaj poglądy R. Girarda stanowią dla Autora alibi, dzięki którym nie może być oskarżony o popełnienie zbrodni, ale może rościć pretensje do tych, którzy dla uzasadnienia swoich nieetycznych działań potrzebowali ofiary. Trudno w takiej sytuacji ocenić, czy ich przewinienia są następstwem konsolidacji sił przeciwko Autorowi czy też wyrazem niefortunnych okoliczności. L. Witkowski, w nawiązani do R. Girarda powołującego się na dzieła Szekspira, uważa, że bezkonfliktowe i prawidłowe funkcjonowanie procesów życiowych w świecie wymaga porządku, którego dostarczycielami są ci, których uznaje się z całym przekonaniem serca, duszy i intelektu za autorytet.

Idea, która wyłania się z tak pojętego autorytetu, każe widzieć stabilizacje społeczno-kulturowa w zachowaniu porządku, bowiem każda „rzecz” zajmuje swoje miejsce w tym, co te miejsca różnicuje i hierarchizuje. Taki sposób myślenia świetnie pasuje do kultur – jeżeli można tak powiedzieć – które poprzedzały grecki antyk. I z tej to przyczyny w starożytnym Egipcie, Chinach, Indiach, Japonii w życiu społecznym „nic nie działo się”. Powielano te same wzory, respektowano przez stulecia te same wartości i nikogo nic nie dziwiło, ani nie „kusiło” do wprowadzania zmian, bowiem taki był porządek świata. A jeżeli ktoś się buntował, to tylko z potrzeby zmiany własnego losu, a nie panującego porządku w świecie. Jednak, my Europejczycy żyjemy w cywilizacji „wiecznego Poruszyciela”; zmiana jest na stałe wpisana w sens naszej kultury, toteż niszczenie dotychczasowego porządku musi prowadzić do jej ewolucji. I proszę w tym miejscu zauważyć, że w wielu przypadkach brak jakichkolwiek reakcji na to, co podlega stabilizacji, jest przyczyna wszelkiego upadku (acz to bardzo złożone zagadnienie).

Natomiast tradycja „kozła ofiarnego” konsoliduje grupę i pozwala wzmocnić się temu, który tę grupę zespala, tym bardziej jeżeli wciela się w rolę najwyższego autorytetu. Z kolei „kozioł ofiarny”, jeśli uzyska niezależność może być rzecznikiem nowego porządku. Tym samym wywodzący się z jednego źródła przeciwnicy, mogą kreować na swój sposób dwa porządki: pierwszy, to porządek zreorganizowany przez tzw. zwycięzców konfliktu, a drugi, to porządek nowelizowany przez pokonanych, ale już na wygnaniu. Te dwa porządku zaczynają funkcjonować obok siebie; mogą, ale nie musza ze sobą rywalizować, ale zwykle toczą się swoimi ścieżkami. Ich losy bywają różne, toteż nie ma tutaj sensu dywagować na ich temat. Istotne jednak jest to, że większe narracje sytuacji konfliktowych dzielą się na mniejsze struktury i każda z nich ma coś do zaoferowania kulturze. Warto w tym miejscu jeszcze zaznaczyć, iż w środowiskach akademickich dokonuje się mimetyzm powielania wzorów porządku skodyfikowanego przez autorytety. Każde nowe pokolenie zaprzysięga się, że nie będzie powielać złych wzorów swoich mistrzów. Z czasem okazuje się, że …

Wiedza naukowa, która stanowi bastion nowożytnego myślenia i działania, aby panować w świecie, potrzebuje zinstytucjonalizowanych form swojego „zamieszkiwania”, których strażnikami są autorytety. Zapośredniczonym przywilejem tak pojętego autorytetu jest możliwość doboru współpracowników, z którymi „podtrzymuje” przy życiu instytucję, na rzecz której działają. I słuszne L. Witkowski twierdzi, że kapitał intelektualny, jakim autorytet dysponuje, często przekłada się na dobór współpracowników, co ostatecznie wpływa na prestiż i znaczenie danej instytucji. Przy czym, najbardziej żałosne i godne współczucia jest to, że ludzie nie wiedzą (nie uświadamiają sobie) tego, czego nie wiedzą. W takiej sytuacji, nie można oczekiwać od takich osób refleksji, a tym bardziej pokory i pokuty.

Ratowanie porządku – jeśli już – jest oparty o „kozła ofiarnego”, pozwala tutaj spojrzeć na „wykluczonego” jak na tego, który pozwala przetrwać grupie, co więcej przymusza jej członków do refleksyjnego działania, nowelizacji stanowisk, poglądów, a nawet i światopoglądów. „Kozioł ofiarny” stanowi zagrożenie dla określonego porządku, znajdziemy na ten temat informacje w Biblii, a i starożytni Grecy, każdego roku przeganiali z miast-polis jednego ze swoich obywateli, aby zachować polityczny spokój. Czy w takim przypadku powinno się ujawniać swoje żale, skoro ofiaruje się innym możliwość zachowania „porządku kolejności”, o którym pisze R. Girard!? W sytuacjach kryzysowych, w których ważą się losy postaw autorytetów, jak i instytucji, którymi zarządzają, ofiara staje się ukrzyżowanym Jezusem, który jeśli zmartwychwstanie i zacznie działać, to prędzej czy później ucieleśni się w nowym „porządku kolejności”. Myślę, że nie jest to zbyt śmiałą teza, bowiem dzieje ludzkości są pełne przykładów powrotów, powrotów do źródeł, bez których nie ma nas, idei, społeczeństw, kultur, a tym bardziej nie ma autorytetów.

Ale … czy mamy prawo usprawiedliwiać jednych, a tym drugim dawać lizaki podniesione z ziemi i krzyczeć: Wódz jest Wielki!? Chyba nie do końca, a stanowczo nie, kiedy mamy do czynienia z „procesem naśladowania”. L. Witkowski, bowiem stara się stać przy stanowisku z napisem: Każdy, kto stoi w kolejce uosabiając sobą ideę Kolejności odpowiada za tę część systemu, która bierze w nim podstawę swojego istnienia. Ta „gęsienina” stojących, kiedy jest to tylko możliwe to pluje sobie za kołnierze, aby zhańbić prestiż i więzy utrzymujące porządek. Ludzie osadzeni w instytucjach, w których dominuje hierarchia i wymienność osób w zajmowanych pozycjach, zawsze będą dążyć do tego, aby zastąpić tych przed nimi, gdy tylko okażą swoje słabości, niedyspozycje, niekompetencje itp. Dlatego trudno mi uwierzyć w uczciwą rywalizację (Wyzwania … s. 88.), bez sędziego, autorytetu, zasad itp.

Trudno dlatego, ponieważ każda gra potrzebuje swoistych reguł, toteż i Kolejność porządku wymaga Metakolejności, a ta kolejnej Meta-metakolejności itd. Struktura struktur uświadamia, że najważniejsze jest utrzymanie Kolejności porządku (idei, struktury) i dlatego „nieporadni” (ci fałszywi i ci uczciwi) muszą odejść. Gra, a tym samym rywalizacja przejawiająca się w mimetycznym współzawodniczeniu dokonuje się na poziomie reguł czyli Metakolejności i tylko na tym poziomie można interpretować sens ludzkich decyzji. Natomiast w płaszczyźnie Kolejności porządku dopełnia się tylko i wyłącznie sens istnienia tego, w co się gra. Z tych to zależności sens istnienia każdej instytucji odnajduje swój kres w przekraczaniu reguł.

No właśnie, niszczenie elementów struktury Kolejności porządku i tym samym podważanie autorytetu posiadanego statusu dokonuje się w płaszczyźnie Metakolejności. To ten metapoziom warunkuje zasady i kryteria współzawodnictwa. W płaszczyźnie utrzymania porządku Kolejności, nie jest istotne, kto jest przyporządkowany do danego miejsca oraz to, w jaki sposób osiągnął cel. Liczy się tylko zachowanie porządku Kolejności, a nie kreowane znaczeń, bowiem one i tak podlegają ideologicznemu zbałamuceniu.

Aby sobie uświadomić istotę rozgraniczenia porządku Kolejności od sfery Metakolejności, to tę ostatnią można utożsamić z procesem mimetycznego pragnienia, który został opracowany przez wspomnianego R. Girarda. I choć książki tego myśliciela, przez wielu krytyków myśli naukowej, są zaliczane do działu: kryminalistyka, to mimo wszystko pójdźmy jego tropem, bowiem wprowadzone tutaj rozgraniczenie na Kolejność i Metakolejność, może w przybliżeniu pozwoli wyjaśnić i zrozumieć niuanse dotyczące upadku autorytetu i akademickiego, o których pisze Autor.

Każdy autorytet, niejako z definicji, skazany jest na unicestwienie, bowiem każdy w określonym czasie - chcąc nie chcąc - musi lub powinien ustąpić swoje miejsce kolejnym autorytetom. Ten stan rzeczy zobligowany głównie przez zmianę pokoleniowa, staż pracy, wypalenie zawodowe itp. warunkuje możliwość zajęcia wolnego miejsca również przez osobę, która może się okazać niechcianą córką, kaleką po wypadku w pracy, czy pseudoautorytetem. Tak się zdarza i nikt temu już się nie dziwi, ale w czasach, w których sukcesja coraz rzadziej obowiązuję, ważne jest pytanie: jak to się dzieje, że oblicza kolejnych nosicieli autorytetu – często – bledną?

Spróbujmy uzyskać odpowiedź na to pytanie, powołując się na proces mimetycznego pragnienia oraz na rozgraniczenie porządku Kolejności od Metakolejności. Przypominam, że porządek Kolejności stanowi strukturę, której zachowanie jej elementów w stanie niezakłóconym pozwala – powiedzmy – określonej organizacji istnieć. I ten sposób widzenia struktury, niewątpliwie przywołuje na myśl paradygmat funkcjonalny, albo funkcjonalny sposób istnienia rzeczywistości społecznej. Z kolei Metakolejność, jest strukturą wyższego rzędu, w obszarze którego dokonuje się regulacja zasobami porządku Kolejności. Nie przeczę, iż można mieć tutaj skojarzenia ze strukturacją A. Giddensa, ale ten motyw rozważań zostawmy na inna chwilę naszej polemiki.

Jeżeli jest prawdą stanowisko, z którego wynika, że rozwój kultury, w tym i tej akademicko-zinstytucjonalizowanej, dokonuje się za sprawa pragnienia naśladowania wzorca, o który się rywalizuje, z którym trzeba się zmierzyć i który stoi tutaj autorytetem (murem), to tylko poprzez obdarcie rywala ze skóry, staje się możliwe osiągniecie zamierzonego celu. Na temat zjawiska i procesu naśladowania pisał Platon w Państwie i Arystoteles w Poetyce, gdzie odnoszono to pojecie nie do odtwarzania czy kopiowania, rzeczywistości, ale do kreatywnego wyrażania wewnętrznej ekspresji, która partycypowała w istocie (arete) tego, do czego się odnosiła. Ujawnianie zatem czegoś czy kogoś, nie miało na celu tylko i wyłącznie pokazanie jakiegoś aspektu rzeczywistości. Dążono bowiem do tego, aby w jej zewnętrznej strukturze przejawiała się jej wewnętrzna treść, czyli odwrotność tego, co charakteryzuje literaturę i sztukę przełomu XIX i XX wieku, począwszy od modernizmu, poprzez dadaizm, surrealizm, neoklasycyzm, aż po postmodernizm, gdzie „wymiona i bebechy” mają nas zmysłowo i intelektualnie doprowadzić do tego, co rzeczywiste.

Sam akt naśladowania ma się przejawiać w zespoleniu z wzorem, którego idea zaczyna przenikać naśladującego. Pojawiająca się tutaj tożsamość jest wyrazem ekspresji pragnień, która przymusza do naśladowania tego, który staje się autorytetem, wzorem godnym posiadania. I właśnie poprzez odnoszenie się do autorytetu, jako tego „innego” wikła naśladującą jednostkę w relacje powtarzających się zbiorów, których mnogość zaczyna stanowić realne niebezpieczeństwo dla zachowania własnej, indywidualnej, autorytetu niepowtarzalności. Kopiowanie siebie, czy odszukiwanie siebie we wzorach autorytetów jest wyrazem klonowania indywidualności, która w wielości zaczyna trącić swój niepowtarzalny charakter.

Wielość ujawnia wspólną tożsamość, ale też odsłania zagrożenia, których rywalizacja o zachowanie jedyności musi prowadzić do wrogości, nienawiści i wyeliminowania nadmiaru – tych, którzy są w tej wielości jej replikami. Wrogiem zatem staje się moja ja w „innym”. I dlatego, aby uwolnić się od innego, należy go dosłownie lub w przenośni „zamordować”. To tak jak jedna z sióstr, w sztuce J. Geneta Pokojówki, przebrała się za swoją znienawidzoną panią, którą naśladowała, po to, aby druga ją zabiła i dokonała aktu oczyszczenia. Z tych to przyczyn, walka w środowiskach akademickich jest walką profesorów z profesorami o autorytet profesury.

Zdaniem R. Girarda walka między pożądaniami nie ma charakteru niszczącego czy destrukcyjnego, wręcz przeciwnie pełni funkcje przystosowawczą i pozwala przetrwać środowisku w jej zinstytucjonalizowanej formie stanowiącej praktykę kultury. Dlatego autorytety profesorów muszą się „mordować” i „zjadać”,- tak jak w niektórych kulturach czynią to synowie w odniesieniu do swoich ojców,- aby uwolnić się od zależności od innych (kiedy ich się „przegania”) lub posiąść ich moc (kiedy odchodzą na emeryturę).

Z punktu widzenia kultury mimesis stanowi jej stabilizujący i rozwojowy element. Natomiast z punktu widzenia życia społecznego i etycznych wartości kształtujących osobowość jednostki, naśladowanie jest godne potępienia, ideową klęską człowieczeństwa, bowiem rywalizujący nie walczą o zdobycie tego, co pożądają, ale dążą do unicestwienia rywala. „Mroczny przedmiot pożądania” siebie w innych staje się zatem obsesyjnym kultywowaniem własnej wielkości, niepowtarzalności, no i mądrości. Tym samym spostrzeżenie to łączy kulturę z klęską ucieleśnianego humanizmu, pozwala bowiem w „mordzie” akademickich autorytetów doszukiwać się trwałości kultury.

W tym miejscu chciałbym wprowadzić małą dygresję, bowiem na stronie 93 znajdujemy w przypisach sugerowaną w tej książce definicję autorytetu: „… jest on autentycznym autorem autotelicznego akcentu autonomicznie afirmowanego.” Stanowi ona – jak pisze Autor - zasadę A-6, na którą składa się sześć aspektów autorytetu i która to ma stanowić wstępny jego zarys. Te sześć aspektów zespolone w logiczną całość jest wytworem tej trwałej predyspozycję człowieka, którą Arystoteles nazwał intuicją i która pozwala z posiadanych informacji tworzyć zasady. Nie da się ukryć, iż trudno, w tym momencie uzasadnić sens, słuszność i prawdziwość rzeczonej definicji. Trudno z tego powodu, iż tego typu stwierdzenie powinno – moim zdaniem – być poparte głębszymi rozważaniami usytuowanymi w podsumowującymi całość rozdziale, a nie krótką informacją.

Ponadto, zasada A-6 może budzić pewną irytację. Nasza kultura zdominowana jest przez myślenie rzeczownikowe, co przejawia się w nieustannym dążeniu do definiowania wszelkich pojęć. Takie kategorialne podejście do świata rzeczywistego „szufladkuje” jej elementy, a tutaj aspekty (A-6). Akt definiowania ma swoje pozytywne, poznawczo-badawcze strony, ale jak wiemy definicje odnoszące się do elementów życia społecznego mają charakter bardzo ogólny, prawdopodobny i złożony, toteż zawierające się w nich pojęcia wymagają dodatkowych definicji itp. Z tej to przyczyny, uważam, że powinien pojawić się dodatkowy rozdział, a nie krótka zmienka w Podsumowaniu. Z drugiej strony, skoro sam Autor jest rzecznikiem myślenia intuicyjnego, to w sumie powinniśmy przystać na jego regułę kreowania interesujących nas idei, gdzie Autor „daje nam produkty, sugeruje przepis” i „masz babo placek”.


Ale nie przejmujmy się tym. Głodny i tak zje wszystko. Istnieje bowiem wiele sposobów funkcjonowania autorytetu. Toteż ciekawym „spojrzeniem” na kreowanie naszej świadomości w przełomowych momentach ludzkich dziejów, może być książka A. Koestlera Lunatycy. Jest to praca, która budzi wiele kontrowersji, bowiem są i tacy, którzy doszukują się w niej tandetnego kryminału, a i tacy, którzy widzą w niej metodę dogłębnej analizy zebranych dokumentów w stylu francuskiej szkoły Annales z F. Braudel’em na czele, która ujawnia „rzeczywiste” podłoże kształtowania nowych pomysłów przez wybitne osobowości, głównie w dziedzinie astrologii. I nie tylko w tym woluminie chodzi o to, że księżyc przyciąga uwagę niektórych ludzi, których prace kształtują naszą wiedzę o kosmosie, ale także o to, że jest to wędrówka po obszarach ludzkiej wyobraźni, gdzie nie dopuszcza się do świadomości tego co oczywiste, zdroworozsądkowe lub przeczy ustalonym wzorom. Lunatykami są zatem nie tylko ci, którzy poszukują prawdy, ale nade wszystko ci, którzy decydują, kto tę „prawdę” ma wypowiedzieć. I z tego punktu widzenia wyniki badań czy przemyśleń myślicieli stanowią co jedynie narzędzie dla tych, którzy mają moc urzeczywistniania narzędzi. Cóż bowiem uczonemu po taśmie filmowej, na której nagrał swoje wytwory, skoro nie posiada aparatu projekcyjnego.
Wejdźmy trochę w głąb tematu i przyjrzyjmy się lunatykowi poprzez kontekst metafory. Metafora lunatyka uosabia dwie rzeczywistości w jednym. Lunatyk – jak wiadomo – może uczestniczyć w życiu codziennym, ale w rzeczy samej nic nie słyszy, nie widzi, mało czuje, a ostatecznie nic nie pamięta. Lunatyk też jest tym, który po omacku dochodzi do celu, ale i też tym, który wykonuje pewne czynności w sposób niewłaściwy, absurdalny. Lunatyk czuwa, kiedy wszyscy śpią, choć jego czuwanie jest pozorne. Zdarza się, że w swojej „wędrówce” budzi się i dostrzega absurdalność swojej sytuacji. Zdarza się też, że ta absurdalność prowadzi do tragedii.
Ludzką historię można sprowadzić do lunatykowania. Ten sposób myślenia znajdujemy w książce Lunatycy, ale tym razem u H. Brocha, który pisząc o upadku wszelkich wartości, dostrzega ratunek dla człowieka w ikonografii „munduru”, w wypowiedziach bez znaczenia i w bezrefleksyjnym życiu w „kafkowskim” świecie. Z kolei, A. Koestler, w swoich Lunatykach idzie innym tropem. Autor pyta: dlaczego tak się stało – co jest pewnym niedorzecznym fenomenem - iż pomimo tego, że rozwój myśl filozoficznej antyku doprowadził w konsekwencji jednego z ostatnich pitagorejczyków, Arystarcha do poglądu, z którego wynika, że w centrum świata znajduje się słońce i wszystkie planety krążą wokół niego, to jednak autorytety Platona, a w szczególności Arystotelesa zaważyły na powstaniu w II w. n.e. systemu Ptolemeusza, który przetrwał aż do czasów Kopernika!? Platon siedząc w swojej jaskini (metafora jaskini) nie wypatrzył z uwidaczniających się cieni jej właściwych konturów, bowiem idea, którą w niej dostrzegł kojarzyła mu się z kulą i stąd uznał, że ruch kołowy musi rządzić światem. Ta myśl – jak pisze A. Koestler – znalazła swoje odzwierciedlenie w absurdalnym systemie Arystotelesa, a zwieńczenie w projekcie wszechświata Ptolemeusza, określanego jako „diabelskie koło”.
Idea lunatyka uświadamia sens ludzkiego poznania i tym samym poszukiwanie prawdy po omacku. Pojawienie się jakiejś idei mobilizuje ludzką wyobraźnię do jej urzeczywistnienia. Umysł ludzki bowiem posiada umiejętność wyjaśniania złożonych problemów, a gdy te okazują się trudną do osiągnięcia „prawdą”, to poprzez intelektualne zafiksowanie się (idee fixe), następuje zagubienie się w świecie „platońskich idei” albo w „trzecim świecie” K. Poppera. Kwestia prawdziwości okazuje się tym bardziej złożona, gdy sobie uświadomimy, jak wielki wpływ na wiedzę i w konsekwencji na ludzkie dzieje, odgrywają autorytety i ślepa wiara w ich nieomylność.
Ale tak było kiedyś. Dziś w dobie krytyki i refleksji trudno być autorytetem dla innych. Jednak w czasach Oświecenia autorytetem mógł być ten, kto swoimi odkryciami wpisywał się w rozwój szeroko pojętej wiedzy. Natomiast w średniowieczu uważano, że prawda została ostatecznie odkryta już przez starożytnych, zatem nie dziwmy się, że ci, którzy przyczyniali się do zmian nastawień do tego, co „trwałe i niezmienne” żyli w dwóch rzeczywistościach: wiary i rozumu. Trzeba to tym bardziej docenić i to w czasach, gdy objawienie stanowiło najwyższe źródło prawdy, a rozum był traktowany jako instancja pomocnicza, mało wiarygodna, myląca się, lunatykująca.
No tak, ale jak długo można lunatykować? Po „wiekach ciemnych” i tak musiał nastać dzień. Toteż przezwyciężenie autorytetu Kościoła wymagało: działań racjonalnych, sofistycznych, nieustannego powoływania się na autorytet Biblii, walki z uniwersyteckimi pseudouczonymi i zabiegów erystycznych, dopominających się o podważenie własnych hipotez przez dowiedzenie ich fałszywości (A. Koestler, s. 431 - 437). A nie było to łatwe z tego też względu, ponieważ instytucja Kościoła otaczała się murami uniwersytetów, w których myśli Arystotelesa stanowiły jego „działa obronne”. Batalie zatem trzeba było stoczyć nie tylko z urzędnikami hierarchii kościelnej, ale przede wszystkim z akademikami, którzy – siłą rzeczy – walczyli o zachowanie swojej tożsamości: stanowisk, wiary, prestiżu, władzy i wiedzy. Znamienne jest to, że przez te kilka znanych nam nazwisk, kilku reformatorów kościoła, nauki i władzy państwowej zawalił się dotychczasowy system zarządzający życiem społecznym. Znamienne jednak jest to, że mury uniwersytetów nadal stoją, w których działa obronne Arystotelesa zostałaby wymienione na inne. I z tego powodu można narzekać, że historia lubi się powtarzać, że i że i jeszcze raz że. Czy w takim razie, w dzisiejszych czasach nadal należy mówić o blokowaniu rozwoju nauki, tak jak to miało miejsce w średniowieczu, skoro obecnie uczeni dążą do stworzenia czy odkrycia czegoś, co wniesie ich do panteonu nieśmiertelności? Jeżeli „blokują” coś czy kogoś, to na pewno dostępu do tego, nad czym w danej chwili pracują i …. i rozwój współpracowników. Koło się kręci, historia powtarza, a lunatycy chodzą po dachach uczelni.
A kim my jesteśmy!? Wystarczy, że z „bojaźnią i drżeniem” spojrzymy w twarz własnego sumienia, które powie nam prosto w oczy, kim się staliśmy w obliczu drugiego człowieka, który musi stać naprzeciwko nas.
Można za L. Witkowskim i A. Koestlerem krytykować „święte oficjum” przeszłych, jak i współczesnych akademików za ich niedouczenie, krótkowzroczność, czy kierowanie się w swoich decyzjach prywatą. Należy jednak pamiętać, że tak jak magnes ma dwa bieguny, to i w życiu społecznym możemy doszukiwać się odpychania, jak i przyciągania pewnych idei, które są uwikłane w szersze konteksty praw czy prawidłowości. Wiadomo, że rozwój ludzkich poglądów nie dokonuje się w sposób neutralny. Powiązane z nim procesy poznawcze – jak pisze J. Habermas – ujawniają swoje interesy. Co więcej, zinstytucjonalizowany charakter życia uniwersyteckiego odsłania treści ludzkiego życia od strony społecznej, indywidualnej i tym samym psychologicznej. Na tę stronę ludzkich decyzji zwraca uwagę w swojej książce A. Koestler. Należy też pamiętać, że ludzkie decyzje podejmowane są w określonym czasie, których okoliczności zdominowane są przez dominującą ideologię. Ludzkie zatem działania zdominowane są przez dominujący paradygmat, który jednocześnie nakłada na ich świadomość określone oczekiwania. Oznacza to dalej, że decyzje, które utrwalają się w życiu społecznym (akademickim) dokonują się za sprawą społecznej (akademickiej) aprobaty. Samo zaś przyzwolenie na coś można traktować, jako zapotrzebowanie na te „coś” lub jako oznakę własnej bezradności. Różnica między pierwszym a drugim stanem tkwi w ludzkiej świadomości. Przy czym, ten drugi dodatkowo może oznaczać, że dany autorytet jest emocjonalnie powiązanym z kimś lub, że jest na tyle „politycznie” silny, że na zmiany można liczyć dopiero po jego śmierci.
Powyższy opis, w kontekście próby zdefiniowania autorytetu przez L. Witkowskiego poprzez zasadę A-6, ujawnia nam nie tylko wymagania, jakie powinien spełniać autorytet, ale też całą sferę jego wewnętrznych predyspozycji i powiązań ze światem zewnętrznym. Ta relacja w świetle tej zasady, w sposób jednoznaczny dyskredytuje tych, którym bez „drżenia i bojaźni” zdaje się, że działają dla dobra tych, z którymi współpracują i którym zawodowo „służą”. Bo jeśli autorytet – jak czytamy „… musi być w pełni normatywnej realizacji jego ontologii i jakości działania; autentyczny, pozbawiony gry pozorów; …” (Wyzwania …, s. 93), to prawda „bycia” zawsze ujawnia się w relacji do drugiego, przez którego i dla którego jest autorytet powoływany. W tym byciu wezwanym przez drugiego ujawniają się zapotrzebowania na posiadanie, przebywanie lub apelowanie. Tym samym, idąc tropem D. von Hildebranda autorytet staje się swoistą, agatologiczną wartością, stanowiącą dobro, bez którego nie można funkcjonować. Dzieje się tak, bowiem tą najwyższą kategorią skłaniającą człowieka do zapotrzebowania na autorytet jest ważność. Ktoś jest zawsze ważny dla kogoś z uwagi na coś: na chęć posiadania czegoś; przebywania obok czegoś, kogoś; czy też stawania się jakimś poprzez akt apelowania. Ważność determinuje oczekiwania podmiotów, ale też sprawia, że autorytet ukazuje swoje ontyczne podstawy, dzięki którym realizuje swoje normatywne ukonstytuowanie w świecie, który dzięki jakości swoich działań staje się „jakiś” (lepszy, inny, ciekawszy, piękny, sprawiedliwy itd. czyli ważny). W tej perspektywie nie może być mowy o grze pozorów, bowiem nieautentyczność prędzej czy później będzie skorygowana przez prawdę, to, co właściwe czy słuszne. Ważnym bowiem staje się ten dla drugiego, który w wyciągnięte dłonie wkłada swoje serce, myśli i charakter.
To ofiarowanie siebie innym, zgodnie z zasadą A-6, powinno być dodatkowo okupione tym, że autorytet musi być jeszcze „… autorski, podejmujący samodzielny wysiłek; wskazujący autoteliczne wartości i cele; nazywający dobitnie wyróżniony przedmiot wysiłku; stanowiący akcent ukierunkowujący płaszczyznę działań, zaangażowany w dojrzałe rozpoznawanie złożoności strukturalnej bez ulegania presji zewnętrznej; podejmując pełną przeżycia i namiętności walkę o uznanie aksjologicznego zobowiązania jako sensu własnego życia i tożsamości.” (Wyzwania …, s. 93.). Jak zatem z przywołanego fragmentu wynika, autorytet jest skazany na siebie, niezawisły w swoich dążeniach, zaangażowany w realizację wartości i celów, bez których świat nie może się obejść. Tworząc i realizując sens własnego powołania tworzy rzeczywistość, która staje się jego wytworem, odwzorowaniem. Wszystko zatem, co realne jest zbiorem autorytetów, albo mówiąc językiem L. Wittgensteina,: świat składa się z autorytetów, a zbiory autorytetów tworzą stany rzeczy. Jednak rola, jaka może być przypisana autorytetowi, wcale nie musi upatrywać w nim na przykład autora, którego poszukuje sześć postaci ze sztuki L. Pirandello, aby odnaleźć w sobie „się”, byleby tylko stać się kimkolwiek, w jakimś „stanie rzeczy”.
W następnym podrozdziale, w odniesieniu do Encyklopedii kultury polskiej XX wieku A. Kłoskowskiej, L. Witkowski tym razem składa swoje „autorytarne lego”, powołując się na przedstawicieli socjologii kultury, filozofii nauki i socjologii wiedzy. Nie jest to układanka zbyt treściowo rozległa ani też intelektualnie nośna, ale chcąc nie chcąc, przeszłość wpływa na przyszłość i trzeba jakoś z przeszłością żyć. Toteż przywołane tutaj trzy obszary wiedzy, niczym Trzy siostry A. Czechowa próbują wyzwolić się z prowincjonalnych rozważań na temat autorytetu, pocieszając się, że „… zostaniemy same, żeby zacząć życie od nowa. Bo trzeba żyć... Trzeba żyć...”.
Na początku, omawianego tutaj fragmentu książki, za sprawą J. Szczpańskigo, autorytet został sprowadzony do roli intelektualisty, który może przywdziać maskę przewodnika albo funkcjonariusza. Możemy zatem do naszej kolekcji ról, jakie odgrywa autorytet przypisać dwie kolejne. Przy czym, pierwsze dookreślenie jest mało interesujące, bowiem bycie przewodnikiem nic nowego i ciekawego nie wnosi do treści już ustalonych. Wiadomo, że autorytet musi stanowić wzór godny naśladowania, jako ten, który posiada wiedzę, jest dobrze poinformowany i potrafi doprowadzić do oczekiwanego celu. Natomiast, w bardziej interesującej perspektywie prezentuje się rola funkcjonariusza. Nie chodzi tutaj o to, że jest to postawa lansowana przez struktury władzy wspierane medialnym onturarzem i w tej perspektywie autorytet staje się narzędziem manipulacji indoktrynującym masy. Bardziej ciekawe okaże się spojrzenie na autorytet funkcjonariusza, gdy ten będzie pełnić dodatkowo rolę przewodnika. Są to i takie osoby, które uzyskały swoje znaczenie dzięki władzy i jeśli w sposób ideowy poświęcą się „wartościom”, dla których zostali powołani i wykreowani, to poprzez związek z władzą, są narażeni na ostracyzm, gdy zaczną uzyskiwać wzrastającą niezależność. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że bycie przewodnikiem jest godne społecznej pochwały i rzeczywiście jest to prawda. Ale spójrzmy głębiej na autorytet ucieleśniany przez „funkcjonariuszy”. W dobie „lustracji” łatwo oceniać tych, którzy „zaprzedali się antyspołecznej polityce”. Ale, jak oceniać te postawy, za którymi kryła się autentyczna chęć działania dla dobra innych osób? Czy można winić ludzi za ich partyjną przynależność, skoro byt kreował ich świadomość? Czyż nie mamy tutaj do czynienia z podwójnym dramatem osób, które najpierw zostały napiętnowane przez władzę za swój radykalizm, a następnie dodatkowo moralnie zbluzgane przez historię!? Dla T. Kotarbińskiego ocenianie ludzkich postaw jest proste, tym bardziej jeśli będziemy się kierować zasadą sprawiedliwości i słuszności. Pierwsza z nich mówi, że „… działanie jest etyczne, jeżeli przy dawaniu każdemu tego, co mu się należy, zachowuje się równość, proporcjonalność lub wzajemność.”. Równość dotyczy nagradzania lub karania w zależności od dokonanego uczynku. Z kolei wzajemność odnosi się do odwzajemnienia za uczynek. Natomiast proporcjonalność dotyczy nierównego traktowania ludzi, w znaleźności od efektów swoich czynów. Co zaś się tyczy zasady słuszności, to „… orzeka, ze działanie jest etyczne, jeżeli jest racjonalne, zgodne z prawami; powoduje dawanie każdemu tyle, ile według jego aktywności mu się należy. I rzeczywiście obie zasady „pięknie brzmią” i zapewne są pomocne w kwestiach ekonomicznych i wychowawczych, ale w obszarze oceny ludzkich postaw mogą pojawiać się dylematy. Ale nie martwy się! T. Kotarbiński sformułował jeszcze zasadę praworządności, która nawiązuje do imperatywu kategorialnego I. Kanta i być może ona pozwoli lepiej ocenić postawy „funkcjonariuszy”. Zasada ta mówi: „… że działanie jest etyczne, jeżeli jest zgodne z wolną wolą człowieka i prawem powszechnym, z którym identyfikują się wszyscy ludzie, co powoduje, że należy dać każdemu tyle, co byśmy chcieli, aby się jemu należało (człowiek powinien mieć wolny wybór i jednocześnie być uwarunkowany wolą innych ludzi). A co z tą wolą ludzi, jeżeli jest ona wypadkową ideologii!? Może lepiej przestańmy oceniać!


Drugim elementem składanki omawianej przez L. Witkowskiego jest autorytet traktowany jako problem filozofii nauki. W tym obszarze składania układanki, zrozumienie autorytetu uwikłane jest w przemiany społeczne, które uświadamiają walkę nie tyle klasową, ale indywidualną z ustalonymi normami, z wzorami myślenia i działania, na których ufundowana jest kultura i życie społeczne w historycznie ukształtowanej czasoprzestrzeni. Najbardziej wyraziście uwidaczniało się to w okresie kształtowania się myśli nowożytnej, kiedy zaczęto podważać doświadczenia potoczne, światopogląd Arystotelesa i poglądy scholastyków na rzecz eksperymentu, humanizmu i purytańskich zasad. Przejście to nie dokonało się w sposób nagły. Walka wymagała ofiar, debat sądowych, a nade wszystko mądrości. Spór, który pociągnął za sobą przemiany społeczne i kulturowe dotyczył poznania, a konkretnie jego formy. To z niej wyłoniła się wiedza naukowa, która oscylowała między empiryzmem, racjonalizmem, desakralizacją i irracjonalizmem. Początki tej formy jako nowego oblicza ludzkiego poznania należy łączyć z wiedzą pewną o charakterze użytecznym opracowaną przez F. Bacona. Kładąc nacisk na takie cele, które mają prowadzić do pojawiania się wynalazków, położył nacisk przede wszystkim na eksperyment, rejestrowanie, klasyfikowanie i porządkowanie zebranych danych. Tym samym w swojej pracy Novum Organum tchnął ducha nie tylko w podwaliny poznania naukowego, ale także w podstawy praktyki o charakterze utylitarnym, co doprowadziło do uprzemysłowienia Europy. Podobnież Galileusz narzucił poznaniu wymiar praktyczny, ale przede wszystkim ścisły i uteoretyczniony. Wiedza ma być ścisła w tym sensie, że ma łączyć doświadczenie z matematyką. Kolejną cegiełki do uściślenia formy naukowego poznania dodali Kartezjusz w obszarze filozofii, B. Paskal w dziedzinie etyki i świata przyrody oraz T. Hobbes w aspektach życia społecznego, w których znajdujemy zapowiedz pojawienia się wiedzy pozytywistycznej.
Patrząc na zręby tworzenia się wiedzy naukowej można dokonać pewnych ustaleń, dotyczących nowożytnego pojmowania autorytetu. Nowy ideał godny naśladowania dokonywał się wśród myślicieli, praktyków i filozofów. Dotyczył on nie tyle i nade wszystko zhumanizowanej postawy człowieka renesansu, ale praktyki poznawczej, która w sposób wirtualny zaczęła przenikać procesy odkrywania, wyjaśniania i opisywania świata. Autorytet tego okresy nie był utożsamiany z konkretnymi osobami, ale z ideą postępowań epistemologiczno-metodologicznych, z procedurami dającymi wiedzę, ale i władzę nad światem przyrody. Bóg, jako autorytet władzy scholastycznej został zdetronizowany, na jego miejsce wstąpił proces empirycznego i racjonalnego poznania, na który z coraz większą uwagą zaczyna wpatrywać się, coraz bardziej wyemancypowany człowiek – Pan Wszechrzeczy.
Trzecim elementem rzeczonej tutaj układanki jest socjologia wiedzy, w ramach której Autor za M. Schellerem zwraca uwagę na akt rywalizacji między autorytetami, który chcąc nie chcąc musi prowadzić do ich ograniczeń (Wyzwania … s. 102). Ale czy zawsze? W tym miejscu warto zauważyć, powołując się na artykuł M. Czyżewskiego (W stronę dyskursu publicznego), że akt rywalizacji ostatecznie prowadzi do czterech rozwiązań sytuacji problemowych. Dwie z nich mają charakter kooperacyjny, a pozostałe dwie konfliktowy. W ramach kooperacji może dojść po pierwsze do porozumienia, gdy uwzględnia się odmienne punkty widzenia, a po drugie do tzw. ceremonii mającej wymiar skonwencjonalizowanego, pozorowanego układu, który często warunkowany jest przymusem sytuacyjnym, ideologicznym, partyjnym itp. Natomiast sytuacje konfliktowe z jednej strony prowadzą do tzw. dramatu społecznego, którym przejawia się eskalacja napięć i ostatecznie przyczynia się do wykreowania nowego status quo, a z drugiej strony do tzw. rytualnego chaosu (nie mylić z chaosem w fizyce), w ramach którego nie ma mowy o porozumieniu - jest bowiem świadectwem regresu w kulturze. Toteż źródeł odnowy również „atmosfery” w nauce należy doszukiwać się w porozumieniu i społecznym dramacie. Jednak te mechanizmy dyskursu publicznego w życiu akademickim pojawiają się bardzo rzadko. Ich rzecznikami – w sytuacji administracji zarządzającej zasobami ludzkimi – powinni być dziekani. Zdarza się, że przezwycięża się feudalne przyzwyczajenia i tworzy się „wspólne korporacje” w ramach których uwzględnia się interesy poszczególnych jednostek, które zostają wciągnięte w system odpowiedzialności. Jest to trend zgodny ze współczesnymi tendencjami zarządzania firmą. Faktem jest, że współpraca zwykle ma charakter ceremonialny, ale to i tak dużo, jeśli się zważy, iż z reguły na uczelniach panuje rytualny chaos – dominuje pozytywistyczne hasło wobec romantyzmu: My i Wy (artykuł A. Świętochowskiego)! My korzystamy, Wy o niczym nie wiecie (nie dowiecie się). My jesteśmy, Wy przebywacie itd. itp. Nie popadajmy jednak w emocjonalny sentymentalizm. Co kilka lat wybierane sa nowe władze. Zawsze jest szansa na to, że uczony dziekan będzie mieć zdolności menadżerskie.
To rozgraniczenie na My i Wy, patrząc szerzej, jak sugeruje L. Witkowski w nawiązaniu do poglądów K. Mannheima ma swoje źródło w blokowaniu informacji. Toteż w kontekście walki między autorytetami o władzę dąży się między innymi do ujawniania tzw. idoli (F. Bacon), czyli błędów, które sa ukrywane przed społeczeństwem. Proces obnażania, wzajemnych oskarżeń i „prania brudów” dobitnie ujawnia się w walce między politykami i intelektualistami. W tej walce dąży się do zniszczenia bazy duchowej przeciwnika, byleby tylko go przechytrzyć, a najlepiej wyeliminować. W tej walce, jak pisze M. Żiółkowski (Sprawowanie władzy a przekonania ludzkie) „władza nad kimś” może przejawiać się w trzech wymiarach. Pierwszy wymiar władzy to rozstrzyganie problemów w sposób otwarty, jawny, behawioralny; drugi, polega na dążeniu do uniemożliwiania wyrażania subiektywnych preferencji przez przeciwnika; a trzeci, to niedopuszczanie do uświadomienia sobie przez adwersarza sprzecznych interesów o charakterze obiektywnym, czyli chodzi tutaj o takie manipulowanie wiedzą i samym zainteresowanym, aby nie dostrzegał tego, co rzeczywiście mu się należy.
L. Witkowski pisze z powagą i nieukrywanym rozczarowaniem o zaniku krytyki naukowej i solidaryzmie branżowym. Zanik ten w sposób skuteczny „wypompowuje” dążenia do własnego rozwoju i dlatego tam, gdzie nie ma dyskusji jest próżnia. W jej przestrzeni wszyscy spadają z ta sama prędkością, zatem wyrządzają sobie krzywdę wszyscy i to wspólnie. Jak temu przeciwdziałać? Poprzez rozbicie bańki próżniowej i wspólne, nie poprzez kreowanie, ale poprzez prowadzenie do samowykreowania się młodych autorytetów. Czy jest to utopia!? Wszyscy jesteśmy głupcami, więc stańmy się odpowiedzialni za innych (skoro wszyscy)!
Z innej strony, wykorzystanie idee „władzy nad kimś” do oceny dorobku naukowego uczonych prowadzić tutaj może do śmiesznych sytuacji. Oceniać możemy w sposób otwarty, niepruderyjny, rzeczowy, acz krytyczny i zhumanizowany (tolerancyjny, ludzki). Możemy również oceniać w taki sposób, aby uniemożliwiać ustosunkowanie się ocenianego do oceny. Ale i możemy tak oceniać, i to z określonym nastawieniem, aby oceniany nie uświadomił sobie swoich indywidualnych preferencji i swoistych zdolności i intelektualnych możliwości.
Zanim przejdę do treści zawartych w kolejnym podrozdziale, chciałbym zauważyć za M. Żiółkowskim, iż autorytet może mieć „władzę nad kimś”, ale także należy pamiętać, że autorytet uzyskuje „władzę do czegoś”, która polega na świadomym dążeniu do sprawczego, celowego działania, aby uzyskać zamierzone efekty. „Władza nad kimś” może przejawiać się poprzez różne formy. My w tym miejscu skoncentrujmy naszą uwagę na tyrani, bowiem nie jest naszą zasadą powielanie trywialnych formuł w stylu: demokracja jest najlepszym ustrojem z możliwych, czy wychowanie humanistyczne prowadzi do wolności itd. itd. Na temat tyrani w starożytnej Grecji pisał już w VII w. pne. Archiloch z Paros. Była to forma rządów utrzymania się przy władzy przy pomocy oręża w obronie ludu przeciwko oligarchii (arystokracji). Była to forma zarządzania miastami-polis, która cieszyła się dużą popularnością. W. Jeager pisze, że największym marzeniem każdego Greka było to, aby zostać tyranem. Wynikało to między innymi z faktu, że wielu z nich miało ogromny wpływ na rozwój „ośrodków”, którymi zarządzali. Najlepszym przykładem może być Pizystrat, który doprowadził do reform wielu dziedzin życia w Atenach. Należy też pamiętać, że demokracja w starożytności nie cieszyła się zbytnią popularnością. Zauważmy też, że za czasów Peryklesa demokracja doprowadziła do hegemonii Aten i podporządkowania ekonomicznego, gospodarczego i politycznego przeszło dwustu miast-polis, w których nieposłusznych „wycinano w pień”. Władza ludu była zatem formą, która wydaje się nam najsprawiedliwszą formą władzy politycznej, jednak należy pamiętać, że najwybitniejsze jednostki tamtych czasów bardzo krytykowali tę formę ustroju. Wielu z nich musiało opuścić attykę, a Sokrates – jak wiadomo - w obranie swoich ideałów poświęcił swoje życie.
W dwudziestym wieku, w Europie mieliśmy kilku tyranów, których władza doprowadziła do wyzwolenia się wrodzonych instynktów dookreślających homo sapiens, a mianowicie fizycznego eliminowania innych i seksu. Być może właśnie w obszarze zmilitaryzowanego i policyjnego życia polityczno-społecznego przemoc jest tym, co kształtuje treści autorytetu opartego na władzy, które w tych obszarach ufundowane są na strachu, zniewalaniu i poniżaniu. Władza, która kształtowana jest przez autorytety inaczej przejawiała się w czasach antycznych niż w nowożytnych. Tyrania starożytnych nie wspierała się nauką, bardziej kładła nacisk na politykę, etykę i sofistykę. Natomiast współcześni tyrani mają do dyspozycji technologię i ideologię – narzędzia, które podnoszą prestiż autorytetu władzy wraz z kamuflowaniem słabości, braku rozwoju i błędnych decyzji.
Z pośród dialogów starożytnych, nastawionych pozytywnie do tyrani, do naszych czasów zachował się Hieron Ksenofonta, ucznia Sokratesa, który prawdopodobnie za uwagi zawarte w dialogu O dochodach państwowych został wygnany z demokratycznych Aten. Uważa się, iż praca Ksenofonta o „sztuce tyrani” znalazła swoje odzwierciedlenie w Księciu N. Machiavellego, a więc w książce, która odcisnęła znaczące piętno na nowożytnym kształtowaniu strategii utrzymania władzy. Tytułowym bohaterem Hierona jest władcą Syrakuz, który prowadzi rozmowę z poetą Simonidesem, który przybył na jego zaproszenie, aby służyć mądrymi radami, celem dopomożenia w usprawnieniu władzy. Z przeprowadzonego tutaj dyskursu wynika, że życie tyranów nie należy do łatwych, nie mogą korzystać z przyjemności w sposób swobodny, wszędzie muszą myśleć o swoim bezpieczeństwie, wiedzą, że ludzie ich okłamują, przyjaźń i miłość, które doznają nie są prawdziwe, posiadane dobra budzą zazdrość i zawiść, miejsce zamieszkania nie jest miejscem bezpiecznym i stąd przytulnym, wrogów karzą zazwyczaj śmiercią, rzadko ich się podziwia, zazwyczaj budzą lęk i strach. Problem tytułowego tyrana polega na tym, że nie może się z tyrani uwolnić, a jedyne co mu pozostało to powiesić się. Okazuje się, że tyran może być osobą szanowaną i nawet kochaną, ale pod warunkiem, że spełniać będzie zalecenia sugerowane przez Simonidesa. Wśród wielu rad znajdujemy tu i takie, które polegają na przejawianiu zainteresowania podwładnymi, na wspieraniu dobrym słowem, na okazywaniu współczucia. Powinno pokazywać się obywatelom z jak najlepszej strony, uczyć okazywania szacunku, osobiście wynagradzać tych, którzy sobie na to zasłużyli. Zarządzać tak, aby wspierać rywalizację, powinno się motywować obywateli do współuczestniczenia w działaniach na rzecz miasta, portu, wojska, bowiem wzbogacając przyjaciół wzbogaca się siebie.
Jak z powyższego wynika również tyran może stać się pożądanym autorytetem, jeżeli zacznie spełniać określone warunki. Prawdą jest też to, że w czasach „prywaty”, w miejscach, gdzie również zinstytucjonalizowany wymiar egzystencji zarobkowej podlega zhierarchizowanej formie stanowisk, na szczycie której stoją dyrektorzy, menadżerzy, rektorzy, dziekani, prezesi itd., to prestiż autorytetu zawsze przegląda się w lustrze tyrani. A dyskomfort z przeglądania się w lustrze może polegać na tym, że władza wyniszcza, pustoszy sumienie, kaleczy uczucia. Przykłady z historii pokazują jednak, iż co jakiś czas pojawiają się władcy i zarządzający firmami czy instytucjami, którzy budzą podziw. No właśnie – co jakiś czas. I zapewne A. Einstein ma rację, pisząc, że „Siła [władza] zawsze przyciąga ludzi o niskim poziomie moralnym i uważam za wręcz niezmienną regułę, że po tyranach genialnych przychodzą łajdacy.”.
Ukierunkowanie zatem naszych spekulacji o autorytecie w obszar wiedzy o tyrani, gdzie stawanie się autorytetem dokonuje się poprzez użycie siły, zamachy stanu czy gierki polityczne, rzuca tutaj nowe światło na interesujący nas przedmiot naszych rozważań. Władza jest zawsze uwikłana w relacje z podwładnymi. Przecież i współczesna demokracja wykorzystuje swoich obywateli tak jak w starożytności wykorzystywało się niewolników. Toteż dialektyczny związek pana i niewolnika albo prowadzi do wykreowania „chołoty” albo obywatela. Przemiany ilościowe zawsze prowadzą do zmian jakościowych i dlatego autorytet styranizowany może się ugiąć pod naporem niezadowolonych i refleksyjnych obywateli, a tyrania zautorytetyzowana może upaść pod wpływem rozpasanej „chołoty”. Warto w tym kontekście wiedzieć, kim się jest i kogo na kogo się „edukoguje”.
Powyższy wniosek powinien również uwzględniać drugą stronę kształcenia, a mianowicie źródła, które czynią niektóre jednostki „edukogolami”. Można chylić głowę przed wielkimi nazwiskami, ale trzeba pamiętać o własnej godności i nie dać się zafiksować, i nie „kłaniać się przed rosyjską rewolucją czapką do ziemi”. I choć A Giddens jest wybitnym socjologiem, myślicielem, którego rozważania uwodzą, to po co kochać platonicznie, skoro – o czym świadczy dedykacja Wyzwań … - można dać się „omotać” przez współdoświadczanie. Różnica jest istotna, acz – zdarza się – że współżycie z książkami daje więcej satysfakcji niż bliskość drugiego człowieka. Ale o tej żałosnej stronie ludzkiego współistnienia nie będę pisać. Dlatego też – w kontekście dawania się uwieść – warto wiedzieć, czy spotkanie będzie mieć charakter przygodny, czy też oddajemy się w niewolę refleksywności, która wyzwala – wyzwala pogłębiony namysł.
W tym uganianiu się za …. autorytetem, istotne jest to, iż L. Witkowski zatytułował kolejny podrozdział: „Wyzwanie „refleksyjności” wobec autorytetów …” Dobór wyróżnionych słów w podtemacie, dlatego jest ważny, bowiem w literaturze socjologicznej, a i filozoficznej, istnieje zasadnicza różnica między refleksyjnością a refleksywnością. Sam A. Giddens niezbyt jasno tłumaczy rozumienie obu kategorii. Z kolei, dla Z. Kwiecińskiego jedno jak i drugie pojęcia zdają się mieć tę samą „barwę”. Nie da się ukryć, że refleksywność znajduje zwolenników w teorii filmu, jak i koncepcjach konstruktywistycznych, w których istotną rolę pełni obserwator. My tej kwestii poświęcimy trochę więcej uwagi. Ale o tym później.
Nie da się ukryć, iż jest to – jak do tej pory - najciekawszy podrozdział dotyczący autorytetu i że L. Witkowski okazuje się matką swoich dzieci. Trochę szkoda, że A. Giddens jest „rozdeptywany” przez tłoczących się wokół niego krytyków, ale to pewnie dlatego (pomijając „strogmenowy” styl jego wypocin, które nie pobudzają wyobraźni studentów), że usadowił się w niewielkim pokoju swojego świata, poza który nie wytyka nosa. Faktem jest również to, iż zaglądanie przez okno do jego pokoju, wymagałoby opracowania siatki pojęciowej, w sieć której uwikłałoby się jego poglądy, jako perspektywy do krytycznej analizy. L. Witkowski nie czyni tego, co w znacznym stopniu podważa jego krytyczne „podglądanie”, bowiem przytoczony przez niego fragment z książki A Giddensa („Ekspertowi autorytet przysługuje tylko tymczasowo, ponieważ jego poglądy mogą zostać zakwestionowane przez innych, tak samo wiarygodnych ekspertów.” Wyzwania … s. 110) właśnie ujawnia mistyfikacje krytyki, która nie krytykuje, ale przywołuje inny kontekst własnego odniesienia się do takich, a nie innych przykładów.
Ten angielski socjolog (A. Giddens), który postanowił bawić z T. Blairem w politykę, zaczął wymyślać reguły gry do tzw. „trzeciej drogi”, która zbytnio nie przystawała do rzeczywistości, toteż szybko się w niej wycofał. Jego przenikliwe rozumienie zjawisk społecznych, co prawda, każe mu doszukiwać się ogromnego zapotrzebowania na autorytet we współczesnym świecie, głównie z uwagi na brak stabilizacji życiowej, to jednak i jego samego to dziwi, gdyż ponowoczesność ignoruje tradycję. Ale co to znaczy ponowoczesność, skoro tradycja zostaje oddana we władanie ludu, który sam siebie nie rozumie i miota się w chaosie prób legitymizacji własnego interesu? Nie da się ukryć, że przyrost populacji warunkuje zagrożenia spowodowane wzrostem liczebności „gęb pchających się do miski ze śniadaniem”, toteż już starożytni Grecy, jak i Rzymianie ustanawiali prawa, które miały na celu ograniczanie dostępu do elit władzy i wszelkiego rodzaju przywilejów. Kiedy w demokratyzujących się starożytnych Atenach, władza została przekazana w ręce mas, to szybko doszło do sprzeniewierzenia arystokratycznych idei humanizmu, a i w konsekwencji do upadku hegemoni tego miasta. Rzymianie, kiedy zaczęli sprzedawać i kupować stanowiska, a tym samym swoje militarne poparcie dla zachowania władzy cesarskiej wpadli w „zmierzch cesarstwa rzymskiego”. Tego typu przemiany wraz z społecznymi rewolucjami prowadziły do przejęcia władzy przez lud, który na zgliszczach swoich krwawych dokonań tworzył nowe ramy społecznego współistnienia. Bunt mas, jak zauważył Ortega y Gasset stał się trwałym elementem ludzkiej cywilizacji, toteż w jego obliczu mówienie o jakiś transformacjach „post-ach” i „po” jest nieporozumieniem. Przywołany tutaj Ortega sprowadza intelektualistów i uczonych do idei człowieka masowego, czyli prymitywnego i barbarzyńskiego nieudacznika. To nie oni są rzecznikami rozwoju cywilizacji, bowiem istotą przemian jest dopuszczanie do władzy wybijających się z przeciętności jednostek, które wpatrując się w swój elektorat, tworzą swoistą historię władzy, z której się wywodzą. Historia jest historią rządzących, a dziś rządzić może „każdy” i dlatego wszystko było i nadal jest możliwe: historię tworzymy o sobie my sami, a jak nie my, to inni zrobią to – w „jakiś” sposób - za nas.
Toteż w obliczu histerycznej masowości, gdzie idee patologicznego rehabilitowania pospolitości często przeobrażają się w wieszcze słowa wypowiadane w takich programach telewizyjnych, jak: „Kawa czy herbata, Pytanie na śniadanie, Dzień dobry TVN, tryumf święci antropologia gatunku. Masa, a zatem i umasowienie staje się ekonomiczną miarą sensu, wyznaczając granice zapotrzebowania na skonsumowanie własnego jestestwa i to we wszystkich wymiarach ludzkiej egzystencji, w tym i zapotrzebowanie na konsumowanie autorytetów. Umasowienie w swojej strukturze staje się coraz bardziej dynamiczne i roszczeniowe. Jednostka, a tym bardziej autorytet stają się zasadniczymi elementami masowości, dzięki której zostają powołani na służbę celem realizacji jej idei spospolicania postaw mających indywidualne zapędy. Wielu wykładowców z dumą mówi, że oni są dla studentów, a nie odwrotnie, co jak się zdaje – chyba! – nie jest powodem do dumy. Tańczenie w rytm tego, jak nam zagrają i to w fałszywą nutę musi budzić trwogę. Z jednej strony bije się w dzwony, aby refleksyjnie jednoczyć czy identyfikować się z autorytetami, a z drugiej strony kandydaci na autorytety utożsamiają się z oczekiwaniami „ogólności”.
Ponowoczesność – jeśli takowa istnieje – w swoim koniecznym oczekiwaniu na to, co nieprzewidywalne i niewyobrażalne, nie odwraca się od bezczelności mas, którą dopuszcza do swojego samostanowienia i co czyni ją niewybredną. To w jej próżności, pyszałkowatości, prymitywizmie i patologii odkrywa się sens ludzkiej bytności w świecie, bytności blednących znaczeń lub odcinania się od ich kulturowego, tradycyjnego usensawniania. Dla M. Webera, kultura „z punktu widzenia człowieka jest wyposażonym w sens i znaczenie skończonym wycinkiem nieskończoności wszystkiego, co dzieje się w świecie, nieskończoności pozbawionej sensu.”. Tym samym ponowoczesność pozbawiając się kultury, odsłania to, o czym pisali francuscy egzystencjaliści, a to już prosta droga do tego, aby wejść z A. Dante do piekła. Można mieć zatem tylko nadzieję i wierzyć, że ludzie zawsze będą spożywać chleb, niezależnie od tego, czy będą na „Polach śmierci” czy w „Odysei kosmicznej”. Kultura składa się z masek, które nakładają na siebie społeczeństwa, aby przetrwać i trwać. Życie bez nich – jak pokazuje historia – jest możliwe, ale patrzenie w jego odkryty wizerunek musi budzić grozę.
Warto zauważyć, że współczesne umasowienie dryfuje wzdłuż szlaku, który już opisał Platon w Timajosie wyjaśniając, jak należy rozumieć chorę, którą można tłumaczyć jako umiejscowienie, uprzestrzennienie. Chora daje miejsce, które przymusza do określonego bycia. To tak, jakbyśmy pojmowali chorę jako teatr, który prowokuje do odgrywania „świata”, nie mając nic z nim wspólnego. Tak pojęta chora nie utożsamia się z treściami, które w niej „goszczą” – ona udostępnia miejsce, umiejscowienie. I być może, właśnie w ten sposób należałoby traktować ponowoczesność w jej wymiarze kulturowym. Ale to nie wszystko. Idea chory pozwala widzieć autorytet w innej perspektywie, jako „choreante”, który wyzwolił się z ograniczeń kultury i prymitywnej świadomości masowej, i niejako z innej płaszczyzny wchodzi w pośrednie (nie bezpośrednie) relacje z tymi, którzy doń się zwracają, chcąc odegrać siebie, aby stać się kimś realnym. Pamiętamy, że w antyku, w Atenach były organizowane konkursy dramatyczne, które były finansowane przez choregów. Była to bardzo ważna funkcja i stanowiła ogromne wyróżnienie, bowiem zwycięski spektakl otwierał przed choregiem karierę polityczną. W ten sposób swoją działalność publiczną rozpoczynał między innymi i Perykles. Dlatego, w tak pojętej strukturze „schoregowanego” autorytetu widziałbym działania na rzecz innych i tym samym kreacje sensu kultury. W tym kontekście, autorytetem nie jest ten, kto jest w bezpośrednim związku z np. uczniami, ale ten który w sposób narzędziowy posługuje się – powiedzmy tutaj – nauczycielami, aby uczniowie stali się tymi, kim chcieliby być.
W tej perspektywie nie ma mowy o niewolniczym przywiązaniu do autorytetu (Wyzwania… s. 107), ponieważ funkcjonuje on poza kulisami czyjegoś życia, jak i sferą umasowienia. Co ważne, podmiot poszukujący ma szansę pójścia „trzecią drogą”, jeśli będzie odnosić się refleksywnie do autorytetu. Ale co z tymi, których stać tylko na refleksje i dla swojego rozwoju potrzebują bezpośredniego kontaktu z tym, do kogo się zwracają? Ogólnie wiadomo, że podmiotowe utożsamianie stanowi duże zagrożenie dla obu stron rzeczonej tutaj relacji, bowiem poprzez wzajemne lub jednostronne oczekiwania, dawania, zaangażowanie itd. pojawia się pewien potencjał sprawowania władzy, na co zwrócił uwagę przywoływany już wcześniej A. Giddens. Tę zależność omawia w swojej teorii strukturacji, w której dąży do połączenia systemów społecznie reprodukowanych przez instytucje z działającymi w nich podmiotami. Zdolność tych ostatnich do przekształcania otoczenia, również przez wywieranie wpływu na inne podmioty, pozwala umieścić różne aspekty władzy w centrum jego koncepcji. Relacje, jakie dokonują się w obszarze władzy są wytwarzane przez zasoby, wśród których wyróżnia także zasoby autorytetu, z których wyłania się aspekt dominacji.
Przy pomocy tej teorii można na przykład odkryć źródła szkolnego oporu, walkę miedzy nauczycielami i uczniami o przetrwanie i to z perspektywy autorytetu „choreanta”, który w tym przypadku tworzy ramy dla strukturacji. W tych ramach zawiera się struktura świata społecznego, która jest internalizowana przez podmioty i uobecniana w ich działaniach. Przy czym, działania te ograniczają woluntaryzm podmiotów do reguł, które w różnych obszarach praktyk społecznych przymuszają jednostki do takich działań, w których ukazują się społeczne i materialne okoliczności ich uległości. A z drugiej strony i bunt, co prowadzi w konsekwencji do reprodukcji lub przekształceń w sposobach funkcjonowania struktur złożonych z praktyk społecznych.
Przekształcenia dokonujące się w obszarach życia społecznego są następstwem zawodzenia mechanizmów kontroli i ograniczanej ingerencji stradycjonalizowanego autorytetu w intelektualne struktury podmiotów. Za przejawy tego ograniczenia intelektualiści są sobie sami winni. Prawdą jest, że polska myśl naukowa nie należy do przodujących w świecie, że zaplecze ekonomiczne naszego kraju nie służy uczonym w ich materialnej stabilizacji i że władze sprowadzają „myśl naukową” na peryferie swojego zarządzania, bowiem jej nie pojmują albo nie mieści się ona w standardach preferowanego światopoglądu. W Polsce, polityka zarządzania kapitałem ludzkim sprowadza się z jednej strony do ulegania oczekiwaniom społecznym, a nie prowadzeniu jego ku wyższym celom, a z drugiej strony do masowej hodowli przeciętności. Obie strony pokazują cele polityki obywatelskiej, a w rezultacie są przejawem dokonywania się rewolucji społecznej bez wystrzału z broni palnej. Obecnie, w coraz bardziej zmaterializowanej kulturze masowej, społeczeństwo domaga się pozorów lepszej stabilizacji na przyszłość. Można ją osiągnąć poprzez posiadane już dobra materialne lub poprzez pracę i wykształcenie. Na ten temat napisano już wiele i nie będę powielać przejawów rozczarowania, jak i zatroskania co bardziej światłych myślicieli. Stwierdzę tylko, iż namnożyło się nam barów mlecznych, w których gotuje się byle co i spożywa „bylejadztwo” z byle kim (przepraszam bezdomnych!). Miejmy nadzieje, że jest to okres przejściowy i że większa ilość dzieci tych jakoś wykształconych rodziców znajdzie w nich – mimo wszystko – jakieś zaplecze dla własnego samorozwoju.
W tej sytuacji, nie tylko ważne stają się pytania: w czym, poprzez co i w jaki sposób należy doszukiwać się odnowy autorytetu, ale także: gdzie? I kto wie, czy od tego nie należało by dokonać reformy!
Ale rewolucja mas trwa i trzeba iść z duchem czasu, toteż spójrzmy, co proponuje nam A. Giddens. Stwierdza on między innymi, że nauka i jej racjonalność coraz mocniej popadają w formę instrumentalnego uprawomocniania. I aby temu przeciwdziałać, to autorytet prawdziwości działań naukowych wymaga refleksywnego podejścia do nauki. Podkreślam refleksywnego, a nie refleksyjnego.
Oba pojęcia w jakimś sensie do siebie przystają i w kontekście obarczenia autorytetu odpowiedzialnością za kierunek rozwoju ludzkiej cywilizacji, warto im poświęcić trochę więcej uwagi. Na ten temat między innymi pisali: I Kant, H. Plessner, R. Gehlen, P. Hartmann, M. Merleau-Ponty, E. Husserl. I tak, w ramach antropologii filozoficznej (R. Ingarden, Spór o istnienie świata, 1987) wyróżnia się świadomość duchową, która umożliwia człowiekowi wyzwolenie się ze świadomości zwierzęcej nastawionej na bycie w centrum własnej egzystencji i wkroczenie w świat zewnętrzny postrzegany przedmiotowo, „niestematyzowany”. Tematyzacja danych właśnie dokonuje się za sprawą refleksji. Refleksja w swoim najprostszym ujęci może stanowić pewną reminiscencje formalnego poznania, w którym dokonuje się porównanie poszczególnych odniesień do przedmiotu, których treściowe określenia prowadzą do tworzenia pojęć empirycznych. Tutaj zaczyna się kształtować postrzeżenie ontologiczne, które pozwalają już na wyższym poziomie refleksji tworzyć różne typy przedmiotów. Mamy tutaj do czynienia z modyfikacją, usprawnieniem czy przekształcenie idei, działań, faktów, dzięki którym wyłania się nowa jakości świata postrzeganego. Tak pojęta refleksja zwykle ma charakter liniowy i odsłania „rzeczowość” świata postrzeganego w sposób metonimiczny. Z kolei refleksywność obejmuje wielokrotny namysł o kim/czymś, jako przejaw „zwrotnej pracy myśli", w którą jest wpisany podmiot myślący (obserwator refleksji). Refleksywność podnosi zatem na wyższy poziom akt refleksji, dzięki któremu może stać się ona aktem analizy, w który wpisany jest obserwator (M. Fleischer, Obserwator trzeciego stopnia … 2005). Refleksywność jest zatem bardziej złożona, wielowymiarowa, zwrotna, metaforyczna i obejmuje podmiot ją kreujący. Inaczej mówiąc, w obszarze refleksywności pojawia się sam podmiot, który obserwuje siebie i swój proces myślowy. Refleksywność, odnosi się do pojawiających się w refleksji treści - i to na sposób hermeneutyczny - które podlegają wielokrotnemu ukontekstowieniu i to w różnych czasach i okolicznościach, i to poprzez zestawianie ich w różnych teoretycznych ujęciach. Wielowymiarowość, która kształtuje refleksywność jest zatem próbą fenomenologiczno-konstruktywnego wnikania w „obiekt” przemyśleń, jakim staje się sam podmiot myślący.
Wracając zatem do propozycji A. Giddensa, który krytykując „tradycyjne” podejście do nauki, bowiem jej prawomocność straciła społeczne uznanie i zaufanie, szuka rozwiązania tego problemu w refleksyjnym (a w naszym ujęciu również refleksywnym) podejściu do autorytetu, tym bardziej, że doszukuje się wzrostu refleksyjności/refleksywności społecznej (Wyzwania … s. 111). I w rzeczy samej, w sytuacji ryzyka i niepokoju, społeczeństwo staje się samoobserwującym się medium partycypującym w globalnych przemianach cywilizacyjnych.
Nie do końca z tym stanowiskiem zgadza się L. Witkowski. W ambiwalentny, tj. swoisty dla siebie sposób, refleksyjność - pojmowana jako działanie - odnosi do sfer: funkcjonalnej i strukturalnej. Pierwsza uwzględnia uwarunkowania globalne, które prowadzą do szerszych działań refleksyjnych, w których automatycznie poszerza się racjonalność działań decyzyjnych. I tu Autor zauważa, że tego typu perspektywa, nie musi oznaczać refleksywnego wglądu w istotę uwarunkowań globalnych. Natomiast druga, strukturalna – choć opisana jednym zdaniem – pozwala się domyślać, iż sfera refleksji została tutaj sprowadzona do refleksywności. Pomieszanie zatem refleksji i refleksyjności z jej stroną funkcjonalną i strukturalną nic nowego nie wnosi do rozważań w tym temacie, bowiem L. Witkowski mnoży dane, które zawierają się już w definiendum, w wyrażeniu definiowanym, czyli już wcześniej zdefiniowanym.
Jednak ten trop pozwala w jakimś stopniu „widzieć” refleksyjność i „doświadczać” refleksywność nie tylko metafizycznie, ale również - jak mi się zdaje - paradygmatycznie. Pedagodzy, za sprawą Z. Kwiecińskiego i K. Rubach doskonale znają popularne w socjologii paradygmaty, tj.: humanistyczny, interpretatywny, funkcjonalny i strukturalistyczny. Oczywiście należałoby tutaj dokonać pewnej teoretycznej podbudowy, aby to, co społeczne (socjocentryzm), był na równym poziomie z tym, co indywidualne (homocentryzm). Oznacza to również, że refleksyjność sprowadzona była by do poziomu ontycznego i epistemicznego, a refleksywność stanowiłaby sferę ontologiczną i epistemologiczną. W związku z czym, te cztery paradygmaty można by traktować jako cztery konteksty dla podejścia refleksyjnego, refleksywnego i kształtowania w ich ujęciach zapotrzebowania na określony autorytet. Poświęćmy trochę więcej uwagi tym kontekstom, bowiem ujawniają one nowy odcisk w rozumieniu autorytetu, a mianowicie coś, co określam na tę chwilę jako „samoautorytet”
I tak, paradygmat humanistyczny w obszarze refleksji „pokazuje” te treści życia społeczno-kulturalnego, w których przejawiają się znaczenia „obiektów” kreowane w sposób indywidualny i subiektywny. Z kolei refleksywność pozwala podmiotom uświadomić sobie własną zależność od znaczeń wpisywanych w kulturę, które – przy ich biernej postawie - stają się marą ich zdeterminowanego działania i społecznej niewoli. Dlatego refleksywność humanistyczna pozwala uświadomić sobie jednostkom własną zależność od systemów, organizacji czy instytucji, w których funkcjonują. Umożliwia więc dostrzeżenie pułapek, wobec których stają się bezsilne i dlatego ich przezwyciężenie wymaga buntu oraz walki ze wszystkim, co je ogranicza. W tych okolicznościach autorytet należy utożsamiać z procesom refleksywnego interpretowania danych, dzięki którym jednostka odkrywa siebie w uwikłaniu w świecie, w którym przyszło jej żyć. Przy czym świadomość „samouwikłąnia” w świeci będzie zależna od głębokości refleksywności, której miarą będzie samorozumienie wynikające ze samozwrotności, a więc procesu, który staje się „samoautorytetem” i tak też powinien być traktowany.


cdn.

WSE UAM - Poznań









Trochę szkoda, że Autor tej polemiki nie chce ujawnić swojego nazwiska, gdyż przestrzeń naukowego dyskursu powinna rządzić się wolnością wymiany myśli i poglądów. Zapewne jest jeszcze w akademickim środowisku bariera, która nie sprzyja temu, o co L. Witkowski upomina się w każdej swojej rozprawie. We wstępie do nagrodzonej przez PAN książce pt. Między pedagogiką, filozofią i kulturą (IBE, 2007, s. 9) pisze, że dla niego punktem wyjścia w badaniach naukowych (…) była zawsze filozofia jako typ krytycznej, wręcz zbuntowanej postawy intelektualnej, a przestrzeń przebiegu myśli ustanawiały – jako dominujące – pytania pedagogiczne, prześwietlające typy perswazji kulturowej, jakiej ulegamy i jaką sami bezwiednie często stosujemy. Pytania, rozpoznające przewrotność, wręcz ironię losu w zderzeniu intencji i ich efektów czy charakteru.

1 komentarz:

  1. Jakos nie moge oprzec sie wrazeniu, ze brak komentarzy do tej pory wynika z faktu, ze wszyscy obawiaja sie glosno powiedziec, ze caly ten in extenso przywolany glos polemiczny jest belkotem i prowokacja. Moim zdaniem nie ma w tym za grosz sensu, jest to przyklad nowomowy lub - Sokalowskiej - prowokacji. Szkoda, ze dzisiejsza pedagogika stala sie tak bardzo belkotliwa... Postmodernizm postmodernizmem, ale nauka musi dbac o porzadek terminologiczny i precyzje poslugiwania sie slowem, a nie jedynie 'aspektowanie przez pryzmat indolencji, analiza symbiozy antagonizmow i konkluzje elokwentno-eruducyjno-asensowne"
    sciskam zimowo

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.