sobota, 19 grudnia 2009

Raport nie tylko o akademickiej „cyrkulacji mózgów”


Ukazał się raport Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich i Fundacji Rektorów Polskich na temat stanu, uwarunkowań i perspektyw polskiego szkolnictwa wyższego. Jak każda tego typu publikacja musiał bazować z jednej strony na bardzo ogólnych wskaźnikach edukacyjnych, z drugiej zaś strony jego autorzy powielili bardzo ogólne wnioski, czyniąc ów dokument bardziej natury politycznej, niż stricte akademickiej. Niewątpliwie jego zaletą jest udostępnienie dość bogatych zasobów danych statystycznych na temat szkolnictwa wyższego w Polsce na tle porównawczym z edukacją w tym sektorze w krajach Unii Europejskiej, które to dane są rozproszone w różnych, cząstkowych ekspertyzach.

Postawione diagnozy już od pierwszych stron tej publikacji są zasmucające. Okazuje się bowiem, że w świetle kilkudziesięciu wskaźników odnoszących się do różnych składników kapitału intelektualnego nasz kraj zajmuje ostatnie miejsce. Pod względem kapitału ludzkiego jesteśmy na 21 miejscu w Europie, w przypadku kapitału społecznego na miejscu przedostatnim, pod względem kapitału strukturalnego na miejscu ostatnim i ze względu na kapitał rozwojowy na miejscu 21.

Najgorsi jesteśmy pod względem liczby opublikowanych artykułów naukowych na 1 mln mieszkańców (najniższa pozycja polskich naukowców jeśli chodzi o cytowanie ich publikacji naukowych czy zgłaszanie przez nich patentów). Tym samym osiągamy wyniki relatywnie niskie. Fatalnie jest też w zakresie takiego wskaźnika kapitału społecznego, jak pozytywne postawy wobec innych ludzi, gdyż w tym zakresie zajmujemy w krajach UE przedostatnie miejsce. Nie powinno nas to dziwić, skoro nie bez powodu mówi się o typowo polskiej - bezinteresownej zawiści i wrogości w relacjach międzyludzkich. Mamy też, w wyniku niepromowania w toku kształcenia postaw aktywnych wobec samorozwoju i ciągłego doskonalenia się - niskie wskaźniki dotyczące ustawicznego dokształcania się i kształcenia. Co gorsza, w Polsce prawie 60% studentów uczelni publicznych i niepublicznych płaci za swoje studia. Mamy też rażąco niskie nakłady na naukę (o,5% PKB), co wyklucza naszych naukowców z internacjonalizacji badań i konkurowania na rynku światowym.

Jest jednak coś, czym możemy się pochwalić, a mianowicie tym, że Polska zajmuje drugie miejsce wśród państw UE pod względem udziału osób w wieku 25-64 lata z wykształceniem co najmniej średnim w ogólnej liczbie ludności. Jesteśmy rekordzistami w Europie jeśli chodzi o liczbę szkół wyższych (w 2007 r. było ich 457, w tym 326 niepublicznych).

Jak stwierdza w jednym z cząstkowych raportów na temat szkolnictwa niepublicznego Andrzej Koźmiński –

Podstawową kwestią w tworzeniu nowego systemu zarządzania szkołami wyższymi jest odpowiedzialność organów kolegialnych i jednoosobowych za realizowanie misji uczelni, za jakość nauczania, za wyniki działalności i za efektywność wykorzystania środków finansowych (publicznych i niepublicznych). Uczelnie ze swej istoty nie mogą imitować podmiotów gospodarczych, ani ewoluować w kierunku podmiotów biznesowych czy rynkowych. (…) Uczelnia to przede wszystkim szkołą i efekty nauczania są najważniejsze.

(źródło: Polskie szkolnictwo wyższe. Stan, uwarunkowania i perspektywy, Wydawnictwo Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2009)

1 komentarz:

  1. Dochodzą do nas odgłosy z frontu walki, jaka rozgorzała na skutek opublikowania strategii rozwoju szkolnictwa wyższego. W oddali słychać odgłosy strzałów - a to w kierunku habilitacji, a to w kierunku finansowania badań naukowych z budżetu (najlepiej rodzinnego), a to w kierunku jakości kształcenia (co by tu rzucić studentom na ochłap). Po stronie wroga widać tych, co rzucają się heroicznie na resztki unijnych gran(a)tów lub zabiegają o dostawy nowych sił powietrznych, żeby przewietrzyły tkwiące w marazmie struktury. Wielu generałów walczy na kilku frontach, posiłkując się @-learningiem, inni (do-)wódcy, oślepieni kanonadą pocisków mają jeszcze w odwodzie blended learning lub cyberbulion, którymi mogą (ob-) razić wroga jakimś cytatem z Wyspiańskiego. Całe szczęście, że w odwodzie są zastępy sanitariuszek, to przynajmniej opatrzą rany tym, którzy zostali przedwcześnie ranieni odłamkami z broni faryzeuszy. Dowództwo może jeszcze uruchomić jakiś nowy kierunek walki o lepsze jutro, by rozwijał się kapitał nieaktualny. Będzie potrzebne mięso armatnie, a jak przyjdzie niż demograficzny i nadejdą silniejsze mrozy, to być może trzeba będzie zrekrutować nawet ryby. Mogą być grube, byle tylko nie brały za poparcie spławika.
    Jeszcze niedobitki uciekinierów od służby wojskowej chowają się po szkołach niepublicznych, bo wciąż nie wierzą, że już nie muszą być rekrutami. Na wszelki jednak wypadek ci najbardziej gorliwi patrioci postanowili udać się do komisji rekrutacyjnej we wskazanych przez resort nauki uczelniach, czyli do komisji poborowej na studia mimo, a może właśnie dlatego, że już dawno upłynął termin przyjęć do służby dla (k-)raju. Oni wiedzą, że służba nie drużba, ale warto się poświęcić dla dobra rodziny, przyjaciół lub innych (obcych) i włączyć się do ratowania stanu nauki polskiej. Chyba, że ona już nie jest stanu wolnego, to przecież można ją skusić metodą na Tomka i sprowokować jakimś odwołaniem czy powołaniem do zawodu lub misji. W końcu zdrada to niezła rada, jak misja to nie wojna, tylko pomoc bratnia, więc można nie obawiać się zakończenia tego stanu we właściwym terminie. Zawsze znajdzie się ktoś, kto podrzuci nam ściągę albo za nas napisze pracę duplonową, czyli nowy plagiat w starej odsłonie i zostaniemy wyniesieni na szczyt ignorancji. Tylko w ten sposób będziemy mogli po powrocie z akademickiej wojny założyć własny biznes, najlepiej też wyższy, bo w końcu nauka nie jest taka trudna, żeby jej nie pojąć za własną (chociaż ciasną).
    Wojna akademicka trwa, wytacza się armaty „za” i „przeciw”, bo w końcu naukowcy muszą sobie radzić z procesami agonii-styki rynkowej i zaopatrując się w hurtowni wiedzy umysłowej, tworzyć nowe po(d-)kłady nadziei. Oby nie takiej, jak ta opisana w "Łysku z pokładu Idy".

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.